Fundamenty wiaryTekst

Z serii: Schronienie #5
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

David Weber

Fundamenty wiary

Przełożył Robert J. Szmidt

Dom Wydawniczy REBIS

W cyklu SCHRONIENIE dotychczas ukazały się:

Dla Alice G. Weber, z wyrazami miłości.

Hej, Mamo! Spójrz! Dokonałem tego!





LUTY

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

.I.
Wyspy Rozbitków
Wielki Ocean Zachodni
Pałac cesarski
Cherayth, Chisholm
oraz
Pracownia Ehdwyrda Howsmyna
Delthak
Królestwo Starego Charisu

Noc chyba nie mogłaby być ciemniejsza, skonstatował Merlin Athrawes, przyglądając się zaciągniętemu chmurami burzowymi niebu. Przez gęstą warstwę obłoków nie przebijało światło gwiazd ani nawet księżyca, a choć na południowej półkuli Schronienia panowało właśnie lato, to jednak znajdujące się prawie cztery tysiące mil od równika Wyspy Rozbitków leżały na planecie o średniej temperaturze znacznie niższej aniżeli na Starej Ziemi. To sprawiało, że określenie „lato” nabrało tutaj nowego znaczenia. Merlin nie po raz pierwszy zastanowił się, jakim cudem w ogóle odkryto te wyspy.

W sumie były cztery, z czego żadna nie nosiła własnej nazwy. Największa mierzyła prawie dwieście pięćdziesiąt mil długości, najmniejsza – ledwie dwadzieścia siedem mil; nie licząc kilku gatunków arktycznych wyvern oraz fok (które nawiasem mówiąc, bardzo przypominały swe ziemskie odpowiedniki) zamieszkujących wąskie plaże, Merlin nie zauważył żadnych rozwiniętych form życia. Zakładał, że pierwszy statek, który zbliżył się do tych jałowych, stromych wulkanicznych brzegów wyrastających ponad wody Wielkiego Oceanu Zachodniego, roztrzaskał się. Nie rozumiał tylko, czego ktokolwiek mógł tu szukać ani dzięki czemu rozbitkowie przeżyli, nadając temu miejscu nazwę.

Merlin wiedział, że wysp nie nazwali Ziemianie z zespołów terraformujących, przygotowujący Schronienie do zasiedlenia przez ludzi. Miał dostęp do oryginalnych map Pei Shan-wei, na których te smagane lodowatymi wiatrami łachy skał, piachu i wulkanicznego żwiru nie były w żaden sposób oznaczone. Na planecie wciąż nie brakowało nienazwanych miejsc, mimo że szczegółowe atlasy stanowiły integralną część Pisma – księgi Kościoła Boga Oczekiwanego. Wszakże było ich znacznie mniej niż w czasach, gdy Shan-wei i reszta mieszkańców Enklawy Aleksandryjskiej ginęli z rąk swych katów. Zafascynowany Merlin lubił się oddawać badaniom porównawczym i zgadywać, które nazwy zostały nadane już po tym, jak potomkowie pierwotnych kolonistów rozproszyli się po całej planecie, czemu towarzyszyły daleko idące zmiany w języku.

Jako że jednak nie przysłano go tutaj, aby zajmował się lingwistyką historyczną, stanął plecami do wyjącego wichru i raz jeszcze przyjrzał się ostatniemu emiterowi.

Urządzenie to sięgało mu do pasa i miało szerokość czterech stóp – był to zwykły sześcian z panelami dostępu na każdej ze ścian. Na wyspach znajdowało się wiele innych emiterów, niektóre z nich były znacznie masywniejsze, ale zdecydowana większość miała podobne wymiary, przy czym było też sporo mniejszych. Merlin otworzył jeden z paneli na stojącym przed nim urządzeniu, by przyjrzeć się układowi lśniących LED.

Nie musiał tego robić, rzecz jasna. Wystarczyło skorzystać z wbudowanego komunikatora i porozumieć się ze sztuczną inteligencją zwaną potocznie Sową, która nadzorowała większość tego rodzaju eksperymentów. Nie potrzebował też światła LED, ponieważ nawet teraz, w samym środku szalejącej burzy, jego sztuczny wzrok sprawował się równie dobrze jak w biały dzień. Bycie martwym od tysiąca lat dawało mu niejedną przewagę, z których nie najmniej ważną była odporność na działanie niskich temperatur. Merlin dziękował konstruktorom za tę zdolność przewidywania – dziś nawet bardziej niż wtedy, gdy żyjąca jeszcze kobieta nazywająca się Nimue Alban korzystała okazjonalnie z cybernetycznego awatara. Pomimo wszystko nieraz mu jej strasznie brakowało.

Odsunął od siebie myśli o niej – co nie było łatwe, ale na szczęście zdążył nabrać wprawy – i przysunął się do panelu, kiwając głową z satysfakcją. Potem wrócił skalistym zboczem do zwiadowczego skimera, wspiął się po drabince i usadowił w kokpicie. Chwilę później wznosił się już na napędzie antygrawitacyjnym, kompensując napór wichru obrotami turbin podczas pionowego lotu na wysokość dwudziestu tysięcy stóp. Przebił się przez powłokę chmur, lecz nie przerwał wznoszenia i pokonał kolejne dziesięć tysięcy stóp, by zatrzymać się w znacznie spokojniejszej warstwie rzednącej atmosfery.

Gdy znalazł się wysoko nad sztormem, spojrzał na mieszające się pasma czarnych i srebrzystych chmur oblewanych jasną księżycową poświatą. Dopiero tam zaczerpnął głębiej tchu – z przyzwyczajenia, ponieważ nie musiał nawet oddychać – i wypowiedział kilka słów.

– W porządku, Sowo. Rozpocznij fazę pierwszą.

– Faza pierwsza rozpoczęta, komandorze poruczniku – odparł komputer ukryty w jaskini najwyższych gór Schronienia, niemal trzynaście tysięcy mil od miejsca, w którym znajdował się obecnie Merlin.

Sygnał odbijał się od jednej z Samonaprowadzających Autonomicznych Platform Komunikacyjno-Zwiadowczych, które umieścił uprzednio na orbicie planety. Te znakomicie zamaskowane, napędzane reaktorami fuzyjnymi urządzenia zwane w skrócie SAPK-ami stanowiły jedną z najbardziej zabójczych broni w arsenale seijina. Polegał na nich całkowicie, a one pozwalały jemu oraz garstce zaufanych ludzi komunikować się z szybkością, o jakiej inni mieszkańcy Schronienia mogli tylko pomarzyć.

Nie znaczyło to niestety, że ktoś albo coś spoza planety nie zdoła im dorównać czy wręcz ich zdeklasować. To właśnie mieli sprawdzić tego wieczoru.

Merlin wybrał Wyspy Rozbitków nieprzypadkowo. Znajdowały się one jedenaście tysięcy mil od Świątyni, osiem tysięcy siedemset mil od Tellesbergu, siedem tysięcy pięćset mil od Cherayth i ponad dwa tysiące dwieście mil od Jałowych Ziem, czyli najbliższego, słabo zaludnionego lądu. Nikt nie powinien zobaczyć tego, co tu się wydarzy. I nikt nie zginie (prócz paru nieszczęsnych wyvern i fok), jeśli coś pójdzie nie tak.

Przyrządy skimera nie wskazywały jednak, by coś mogło im grozić. Przekazywały za to termiczne ślady tysięcy istot ludzkich zamieszkujących sześć „miast” i „osad” rozrzuconych po wszystkich wyspach archipelagu. Jedno z tych miejsc pokrywało się z pozycją emitera, któremu Merlin przyglądał się kilka chwil wcześniej. Rozkaz Sowy przywołał je do życia dwadzieścia cztery tysiące stóp pod skimerem. Człowiek obserwujący wyspy nie dostrzegłby na nich niczego niezwykłego, niemniej czujniki maszyny natychmiast wychwyciły nowe źródła ciepła.

Merlin rozsiadł się wygodniej, patrząc, jak temperatura obiektów rośnie do niemal pięciuset stopni w archaicznej skali Fahrenheita, którą Eric Langhorne narzucił omamionym kolonistom niemal dziewięćset lat temu. Po osiągnięciu zakładanego poziomu temperatura została ustabilizowana. Gdyby na wyspach znajdował się obserwator, dostrzegłby, że rozgrzane obiekty zaczynają wydzielać parę. Nie było jej jednak wiele, a zresztą porywisty wiatr rozwiewał ją niemal natychmiast. Sensory zdołały mimo to wykryć cykliczną naturę tego zjawiska. Tylko sztuczne źródła mogły stworzyć podobny wzorzec emisji. Merlin odczekał kolejne pięć minut, obserwując przyrządy skimera.

– Sowo, czy wykrywasz jakieś reakcje platform z bronią kinetyczną?

– Nie wykrywam żadnych reakcji, komandorze poruczniku – odparła ze spokojem sztuczna inteligencja.

– Rozpocznij zatem fazę drugą.

– Rozpoczynam fazę drugą, komandorze poruczniku.

Chwilę później w dole zaczęły się pojawiać kolejne źródła ciepła. Wkrótce było ich ponad dwadzieścia. Uaktywniały się na wyspach pojedynczo i grupami, wszystkie miały ten sam poziom temperatury, ale inną wielkość i emitowały charakterystyczne pyknięcia pary. Tym razem wzorce różniły się od siebie zarówno wielkością emisji, jak i cyklicznością, lecz niedwuznacznie wskazywały na sztuczne pochodzenie procesu.

Merlin siedział nieruchomo, obserwując wskazania instrumentów. Odczekał pięć minut, dziesięć, piętnaście.

– Jest jakaś reakcja platform z bronią kinetyczną?

– Nie ma, komandorze poruczniku.

– Świetnie, Sowo. Świetnie.

Tym razem komputer nie odpowiedział. Merlin nie oczekiwał reakcji, chociaż sztuczna inteligencja mogłaby zareagować jak człowiek, gdyby tylko zechciała. Od czasu do czasu odpowiadała spontanicznie i wtrącała swoje trzy grosze do rozmów, aczkolwiek niemal nigdy w obecności Merlina. Najczęściej kierowała swoje uwagi do cesarzowej Sharleyan, co zmusiło seijina do zastanowienia, dlaczego właśnie ją wybrała. Wątpił jednak, by kiedykolwiek rozwikłał tę tajemnicę. Nawet za czasów Federacji Terrańskiej najwyższej klasy sztuczne inteligencje, do których Sowa z pewnością się nie zaliczała, niejednokrotnie dziwaczały, nawiązując z wybranymi osobami znacznie lepszy kontakt niż z innymi.

 

– Przejdź do fazy trzeciej – rozkazał.

– Przechodzę, komandorze poruczniku.

Gdyby seijin był człowiekiem z krwi i kości, zapewne wstrzymałby oddech, ponieważ mniej więcej dwie trzecie sygnatur cieplnych zaczęły się przemieszczać. Zdecydowana większość sunęła wolno wężykiem, zatrzymując się i ruszając ponownie, skręcając raptownie, by potem pokonać idealnie prosty odcinek trasy. Kilka największych wydawało się nie tylko szybszych, ale i znacznie zwrotniejszych… jak gdyby mknęły po torach.

Merlin przyglądał się ruchom mniejszych jednostek, które zachowywały się jak pojazdy kołowe pokonujące ulice miast. Ich szybsi pobratymcy zaczęli się przemieszczać pomiędzy skupiskami sygnatur cieplnych. Nic innego się nie działo, lecz dla pewności odczekał niemal pół godziny, zanim wypowiedział kolejne słowa.

– Nadal nie ma reakcji platform?

– Nie ma, komandorze poruczniku.

– Nie wychwytujesz komunikacji pomiędzy platformami a Świątynią?

– Nie wychwytuję, komandorze poruczniku.

– Świetnie. – Ta krótka reakcja Merlina brzmiała jeszcze bardziej entuzjastycznie, pozwolił sobie nawet na uśmiech. Rozparł się wygodnie na fotelu, splótł palce pod głową i spojrzał na księżyc, który nijak nie pasował do jego ziemskich wspomnień, i na gwiazdy, jakich żaden ze współczesnych mu astronomów nie widział na oczy. – Odczekajmy jeszcze godzinę – zdecydował. – Daj znać, jeśli wychwycisz jakąkolwiek zmianę w komunikacji Świątyni z platformami albo komunikaty między nimi.

– Przyjęłam, komandorze poruczniku.

– Skoro już mam tu tkwić bezczynnie, możesz mi podesłać wybór najpilniejszych doniesień z sieci SAPK-ów.

– Dobrze, komandorze poruczniku.

* * *

– Cóż – odezwał się Merlin kilka godzin później, gdy jego skimer przemieszczał się nad wschodnimi krańcami Oceanu Cartera, zmierzając ku miastu Cherayth. – Muszę przyznać, że na razie wygląda to nader obiecująco.

– Mogłeś nas uprzedzić, że rozpoczynasz ten teścik.

Cayleb Ahrmahk, cesarz nowo powstałego imperium i król Starego Charisu, ma taki głos, jakby moje niedopatrzenie lekko go rozdrażniło, uznał Merlin, uśmiechając się pod nosem.

Zastał parę władców przy stole, podczas śniadania. Skończyli już jeść, ale Cayleb wciąż trzymał w dłoniach kubek gorącej czekolady. Identyczne naczynie stało przed Sharleyan, lecz cesarzowa była zbyt zajęta karmieniem piersią księżniczki Alahnah, by mieć głowę do czegokolwiek innego. Wyjątkowo blade słońce dopiero zaczynało rozświetlać pokryte szronem szyby w oknie za fotelem Cayleba, ukazując postać sierżanta Seahampera, który czuwał na balkonie nad bezpieczeństwem cesarskiej pary.

On także słyszał słowa Merlina, a to dzięki przezroczystej słuchawce, którą miał w prawym uchu. Nie mógł jedynie wtrącać się do rozmowy (w odróżnieniu od władców), ponieważ nie było w pobliżu strażnika, który pilnowałby, aby ktoś przechodzący przypadkiem w pobliżu nie zauważył, że sierżant mówi sam do siebie.

– Przecież powiadomiłem cię, że rozpoczniemy testy, gdy tylko Sowa zgromadzi odpowiednią liczbę emiterów – rzucił pojednawczym tonem Merlin. – A z tego, co wiem, i ty, i cesarzowa Sharleyan słyszeliście, że seijin udaje się na kilkudniowe medytacje. Przecież od początku wiedzieliście, że to tylko przykrywka potrzebna do przeprowadzenia tych testów… jeśli pamięć mnie nie zawodzi, a pragnę przy tej okazji nadmienić, że od pewnego czasu nie muszę już polegać na zawodnych ludzkich neuronach.

– Bardzo zabawne – burknął Cayleb.

– Przestań się tak nadymać, kochanie! – zganiła go Sharleyan, nie przestając się uśmiechać. – Alahnah pozwoliła nam wyspać się minionej nocy, nie mam więc zamiaru narzekać, że Merlin jej nie zastąpił. Szczerze powiedziawszy, wątpię także, by któryś z członków twojej rady miał ci za złe, że się porządnie wyspałeś. Ostatnio miałeś dość paskudny humor.

Cayleb posłał jej umiarkowanie urażone spojrzenie, ale zbyła je zwykłym wzruszeniem ramion.

– Zdaj wreszcie ten raport, Merlinie, proszę – powiedziała. – Mów, zanim Cayleb powie coś, czego wszyscy będziemy potem żałowali.

Po jej słowach w tle rozległ się dźwięk, który niedwuznacznie kojarzył się ze stłumionym śmiechem piątego uczestnika tej rozmowy.

– Słyszałem to, Ehdwyrdzie! – żachnął się cesarz.

– Nie mam pojęcia, do czego wasza wysokość pije… czy też może powinienem użyć zwrotu wasza łaskawość, skoro wasze wysokości przebywają teraz razem w Chisholmie – odpowiedział niewinnym tonem Ehdwyrd Howsmyn siedzący w swoim gabinecie gdzieś w odległym Starym Charisie.

– Akurat.

– Daj spokój, kochanie! – Sharleyan kopnęła męża pod stołem. – Zaczynaj, Merlinie. Szybko!

– Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, wasza wysokość – zapewnił ją seijin, podczas gdy Cayleb rozmasowywał bolące podudzie lewą dłonią, wygrażając jednocześnie prawicą. – Jak już wcześniej wspominałem – kontynuował Merlin znacznie poważniejszym tonem – wszystko poszło gładko. Na przyrządach skimera i odczytach SAPK-ów uzyskaliśmy idealne odwzorowania silników parowych, najpierw stacjonarnych, a potem mobilnych. Choć symulacja trwa już od siedmiu godzin, nie odnotowaliśmy żadnej reakcji platform z pociskami kinetycznymi. Podobnie jest w wypadku tajemniczego źródła promieniowania znajdującego się pod Świątynią. Jeśli „archaniołowie” pozostawili jakiś system automatycznego niszczenia rozwiniętej technologii, to nie reaguje on na pojawienie się machin napędzanych parą.

– Szczerze powiedziawszy, wolałbym, aby te platformy zareagowały – wtrącił Cayleb, także przybierając poważniejszy ton, zapomniał nawet o zgromieniu wzrokiem ukochanej żony. – Mogłyby na przykład poinformować Świątynię o dostrzeżeniu machin parowych i nie podjąć żadnych działań. Nabrałbym dzięki temu większej pewności, że cokolwiek znajduje się pod ziemią, nie nakaże w którymś momencie zniszczenia wszystkich machin parowych. Dzisiaj nie mamy pewności, że to coś nie zmieni z czasem zdania i nie wyda takiego rozkazu w przyszłości.

– Głowa mnie rozbolała od tych domniemywań – burknęła Sharleyan, a gdy spojrzał na nią z ukosa, wzruszyła ramionami. – Wiem, co chciałeś powiedzieć, ale to chyba zbyt pokrętne… jak na tak wczesny ranek.

– Ja też wiem, o co ci chodzi – zapewnił władcę seijin. – Uważam jednak, że tak jest lepiej. Domyślam się, że poczułbyś się pewniej, mając taką wiedzę, niemniej zapewniam, że poczucie bezpieczeństwa byłoby iluzoryczne, ponieważ nie wiemy nic o procesach decyzyjnych tego systemu. Szczerze powiedziawszy, cieszy mnie, że nie zbudziliśmy naszymi testami potęgi drzemiącej pod Świątynią. Dorzucenie kolejnej niewiadomej do naszego równania jest dzisiaj ostatnim, czego nam trzeba, zwłaszcza gdy byłby to czynnik opowiadający się po stronie Grupy Czworga.

– Masz rację – przyznał Cayleb.

Sharleyan także przytaknęła.

Wszystkich przygnębiała świadomość istnienia promieniowania odkrytego przez Merlina pod murami Świątyni. I chociaż wiedza ludzi urodzonych na Schronieniu była prymitywna i bardzo niekompletna, rozumieli dobrze, co znaczą zapewnienia seijina formułowane na podstawie obliczeń dokonanych przez Sowę i nie pozostawiających złudzeń – maszyny znajdujące się w podziemiach były o wiele za potężne na potrzeby podtrzymywania „mistycznych” systemów klimatyzacji. Jak słusznie zauważył Cayleb, miło byłoby wiedzieć, że owe tajemnicze systemy nie prześlą sygnałów do platform z pociskami kinetycznymi, które zamieniły ongiś enklawę Aleksandria w dzisiejszą Rafę Armagedonu, i nie nakażą im zniszczenia każdej machiny parowej, która została wykryta. Z drugiej strony, skoro ukryty pod Świątynią system (o ile nie reagowali zbyt paranoicznie na fakt odkrycia reaktora zasilającego kompleks) pozostawał uśpiony, utrzymanie go w tym stanie jak najdłużej wydawało się najlogiczniejszym rozwiązaniem.

– Popieram zdanie Merlina – oświadczył Howsmyn. – Mimo to, jako osoba z nas wszystkich najbardziej narażona na bombardowanie kinetyczne, jeśli oczywiście coś pójdzie nie tak, czuję lekki niepokój na myśl, że platformy mogą zareagować z opóźnieniem.

– Właśnie dlatego nadmieniłem, że na razie wszystko wygląda dobrze – odparł seijin, kiwając głową, mimo że pozostali nie mogli tego zauważyć. – Istnieje możliwość, że system ma zamontowane filtry powodujące opóźnienie reakcji. Myślenie o naszych archaniołach jako o megalomanach i szaleńcach jest kuszące, lecz wszyscy wiemy, że to nie byli skończeni wariaci. Z tego też powodu uważam, że człowiek, który objął dowodzenie po tym, jak komandor Pei zabił Langhorne’a, uznał, iż rozpętywanie Rakurai za każdym razem, gdy system zauważy symptomy mogące świadczyć o pogwałceniu Zakazów, nie będzie najmądrzejszym rozwiązaniem problemu. Wydaje mi się, że istnieje co najmniej kilka zjawisk naturalnych, które mogą być na pierwszy rzut oka mylone z procesami technologicznymi zakazanymi przez Pismo. Dlatego mam nadzieję, że następcy Langhorne’a podzielali moje obawy. W tym momencie pokazujemy systemowi wiele źródeł sztucznie wytworzonego ciepła, poruszających się po wyspach zajmujących obszar niemal stu tysięcy mil kwadratowych. Wystarczy przyjrzeć się temu zjawisku bliżej, by wykryć sygnatury cieplne charakteryzujące silniki parowe. Sowa będzie dbała, by zatrzymywać je i poruszać w ustalonych cyklach, aby jak najbardziej przypominały rzeczywisty ruch pociągów między stacjami. Emitery mają wystarczające zapasy energii, by działać w tym trybie przez wiele miesięcy, a czujniki Sowy z pewnością zdołają błyskawicznie zneutralizować wszystkie odstępstwa od normy zdradzające, że jest to symulacja. Nalegam, aby przeprowadzić ten eksperyment do końca. Dajmy emiterom miesiąc albo dwa. Jeśli źródło energii pod Świątynią i platformy nie zareagują do tego czasu, będziemy mogli przyjąć, że wprowadzenie technologii parowej nie niesie ze sobą żadnych zewnętrznych zagrożeń. Jesteśmy wciąż daleko od pierwszych prób sprawdzenia, jak system zareaguje na energię elektryczną, ale wprowadzenie machin parowych i tak będzie ogromnym krokiem naprzód, nawet przy zakładanych przez nas ograniczeniach technologicznych.

– To prawda – poparł go gorąco Howsmyn. – Zaprzęgnięcie energii wody do procesu produkcyjnego bardzo nam pomogło. Dzięki Bogu za to, że ojciec Paityr zaaprobował ten projekt! Niestety tego rodzaju machiny są nie tylko gigantyczne, ale i bardzo drogie. Nie zdołam ich postawić w kopalniach, a jeśli zaczną używać w moich odlewniach lokomotyw na parę, zastępując nimi smoki pociągowe, z pewnością bardzo szybko ktoś łebski wpadnie na pomysł, że można by wykorzystać tę technologię do stworzenia linii kolejowych łączących miasta. – Prychnął z rozbawienia. – A jeśli nawet po kilku miesiącach od wprowadzenia tego systemu nikomu to nie wpadnie do głowy, doznam kolejnego olśnienia. Jestem przecież znany z tego, że wpadam często na genialne pomysły.

Z ostatniego zdania przebijał ton wielkiej dumy. Merlin zaśmiał się, widząc oczami wyobraźni zadarty wysoko nos i szeroki uśmiech odlewnika.

– Wygodniej dla nas wszystkich, że to twoje pomysły, nie moje – skwitował przechwałki Howsmyna równie żarliwym tonem.

– Co prawda, to prawda – wtrąciła Sharleyan. – Zgadzam się z każdym twoim słowem, Ehdwyrdzie. A to oznacza, że musimy zająć się kolejnym aspektem tej sprawy.

– Chodzi ci o to, jak zmusić ojca Paityra do podpisania się pod projektem silnika parowego? – zapytał Howsmyn, nie kryjąc obaw.

– Tak. – Sharleyan skrzywiła się. – Lubię go, nawet podziwiam, ale ten wynalazek wykracza daleko poza zapisy Zakazów, więc uzyskanie aprobaty Inkwizycji może być bardzo trudne, że tak powiem.

– To niestety prawda – przyznał Merlin. – Zdaniem Maikela, naciskanie na niego, aby podpisał się wbrew wierze i przekonaniom, może być bardzo złym pomysłem. Jego obecność w narożniku Kościoła Charisu, zważywszy na pochodzenie i reputację, daje nam ogromną przewagę, i to nie tylko na terenach Imperium. Z tego też powodu uważam, że zniechęcenie go do nas miałoby katastrofalne skutki. Szczerze powiedziawszy, nieprzypadkowo zaproponowałem tak długi okres testów z emiterami. Teraz, gdy możemy zakładać, że platformy nie zbombardują naszych fabryk, powinniśmy sprawić, by ojciec Paityr nie zadał nam równie niszczycielskiego ciosu.

 

– A jeśli system zdecyduje się na uderzenie z opóźnieniem – dodał Cayleb – Rakurai spadnie na kilka niezamieszkanych wysp.

– W dodatku leżących tak daleko, że nikt nie zdoła zauważyć ponownego użycia ogni gniewu bożego – stwierdziła Sharleyan, kiwając głową.

– Na tym polegał mój pomysł – przyznał Merlin. – Właśnie na tym.