Cień wolności

Tekst
Z serii: Saganami #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

David Weber

HONOR HARRINGTON

Cień wolności

Przełożył Radosław Kot

Dom Wydawniczy REBIS

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

LUTY 1922 ROKU PO DIASPORZE

ROZDZIAŁ I

ROZDZIAŁ II

MARZEC 1922 ROKU PO DIASPORZE

ROZDZIAŁ III

ROZDZIAŁ IV

KWIECIEŃ 1922 ROKU PO DIASPORZE

ROZDZIAŁ V

ROZDZIAŁ VI

ROZDZIAŁ VII

ROZDZIAŁ VIII

ROZDZIAŁ IX

ROZDZIAŁ X

ROZDZIAŁ XI

ROZDZIAŁ XII

ROZDZIAŁ XIII

ROZDZIAŁ XIV

ROZDZIAŁ XV

ROZDZIAŁ XVI

MAJ 1922 ROKU PO DIASPORZE

ROZDZIAŁ XVII

CZERWIEC 1922 ROKU PO DIASPORZE

ROZDZIAŁ XVIII

ROZDZIAŁ XIX

ROZDZIAŁ XX

ROZDZIAŁ XXI

ROZDZIAŁ XXII

ROZDZIAŁ XXIII

ROZDZIAŁ XXIV

ROZDZIAŁ XXV

ROZDZIAŁ XXVI

ROZDZIAŁ XXVII

ROZDZIAŁ XXVIII

ROZDZIAŁ XXIX

LIPIEC 1922 ROKU PO DIASPORZE

ROZDZIAŁ XXX

ROZDZIAŁ XXXI

ROZDZIAŁ XXXII

SIERPIEŃ 1922 ROKU PO DIASPORZE

ROZDZIAŁ XXXIII

ROZDZIAŁ XXXIV

ROZDZIAŁ XXXV

ROZDZIAŁ XXXVI

Cykl Honor Harrington

Tytuł oryginału: Shadow of Freedom

Copyright © 2013 by Words of Weber, Inc.

All rights reserved

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2014, 2020

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redakcja: Anna Poniedziałek i Weronika Kasprzak

Opracowanie graficzne serii i projekt okładki: Jacek Pietrzyński

Ilustracja na okładce: David B. Mattingly

Wydanie II e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Cień wolności, wyd. I, Poznań 2014)

ISBN 978-83-7818-281-8

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

LUTY 1922 ROKU PO DIASPORZE

„Następnym razem będzie łatwiej… następny raz na pewno się trafi. Zawsze się trafia”.

Frinkelo Osborne,

oficer Biura Bezpieczeństwa Granicznego układu Loomis

ROZDZIAŁ I


Pozbawiony skrzydeł i przypominający latający talerz dron płynął na antygrawitacyjnej poduszce przez wilgotną i mglistą noc. Krople wody spływały po poszyciu pojazdu, śliskim od tłustego dymu z palonego drewna i tworzyw sztucznych. Mimo deszczu ogień nie wygasał, pochłaniając kolejne szczątki domów i coraz bardziej zatruwając okolicę. Gdzieś daleko pośród chmurnej nocy przetoczył się jakby grom, ale trudno było orzec, czy był on dziełem człowieka czy burzy.

Dron zawisł w bezruchu. Był czarniejszy niż noc, z pochłaniającą fotony powłoką, w której nic się nie odbijało. Zamontowana na brzuchu wieżyczka poruszyła się, ogarniając czujnikami i soczewkami najbliższą okolicę w poszukiwaniu czegoś, co byłoby warte uwagi. Wiatr poruszył gałęziami sosen cukrowych, topoli krabowych oraz importowanych z Ziemi sosen amerykańskich i orzeszników i w rumowisku coś się osunęło, rozrzucając wkoło iskry i płonące szczątki. Jedna z osłabionych ogniem krokwi poddała się i spadła na sam dół. Woda skapywała z konarów drzew jak zwykle podczas deszczu. Poza jego szumem i trzaskiem płomieni nie było słychać nic więcej.

Procesory drona zweryfikowały pozyskany zestaw danych i uznały, że należy przekazać go zwierzchności. Zaraz skierowały go do satelity telekomunikacyjnego i dalej, do żywego operatora, znajdującego się w odległym Elgin City. Teraz czekały.

Deszcz padał, wiatr szumiał wśród drzew. Ogień syczał pod wpływem co większych kropli spadających z nieba. I nagle…

Błyskawica przebiła chmury niczym oręż Zeusa. Zrodzona na wysokości dwustu sześćdziesięciu pięciu kilometrów nad powierzchnią planety przybyła całkiem bezgłośnie. Poruszała się z trzydziestokrotną prędkością dźwięku i zostawiała za sobą smugę zjonizowanego powietrza. Dwustukilowy ładunek trafił w cel zgodnie z wyznaczonymi koordynatami.

Ciemność pierzchła natychmiast, rozdarta eksplozją o mocy równej detonacji dwóch i pół tony dawnego TNT. Deszcz wyparował w oślepiającym błysku, fala uderzeniowa przetoczyła się po ruinach wszystkich trzech płonących domów wioski, ostatecznie zrównując je z ziemią. Blask odbił się w chmurach i zmienił odleglejsze krople wody w zawieszone w powietrzu rozjarzone diamenty. Szczątki budowli, które nie tak dawno były czyimiś siedzibami, rozleciały się stromymi trajektoriami po całej okolicy, jakby próbowały dosięgnąć nieba.


– Dzięki za użycie tak masywnej głowicy – powiedziała oschłym głosem kobieta w granatowym mundurze porucznika Połączonych Sił Bezpieczeństwa Publicznego układu Loomis.

Stała za wygodnym fotelem operatora dronów i spoglądała nad ramieniem mężczyzny na ekran, na którym paliła się ikona symbolizująca wybuch. Operator, sierżant z naszywkami informującymi o dwudziestoletniej służbie, wahał się przez chwilę i obrócił głowę, by spojrzeć na przełożoną.

– Podejrzany ruch w strefie zastrzeżonej, ma’am – powiedział.

– I trzeba było aż KEW, by sprawę załatwić? – spytała pani porucznik, unosząc brew. – Nic mniejszego nie dałoby rady temu jeleńcowi? Czy też bizoniowi?

 

– Kod identyfikacyjny wskazywał na jednostkę ludzką, ma’am. To mógł być tylko ktoś z bandy MacRory’ego.

– Rozumiem. – Oficer splotła ręce za plecami. – Niemniej tak się złożyło, że stałam akurat przy pulpicie dowodzenia – zauważyła, tym razem mocno kąśliwym tonem. – Jeśli dobrze pamiętam procedury, użycie broni kinetycznej powinno być za każdym razem zatwierdzone przez przełożonego. Wyjątkiem mogą być tylko sytuacje, gdy brak czasu na uzyskanie zgody. Mam rację?

– Tak, ma’am – przyznał sierżant.

Porucznik pokręciła głową.

– Wiem, że lubi pan rąbnąć z grubej rury, Callum. I muszę przyznać, że tym razem wymówka była nawet sensowna. Ale regulaminów nie pisze się dla rozrywki. Tym razem przymknę oko, niech pan jednak pamięta, że następnym razem nie będę tak wyrozumiała. Jeśli to się powtórzy, będzie pan musiał ruszyć swoją tłustą dupę z fotela i wdrożyć się do służby patrolowej w terenie. Dociera to do pana?

– Tak, ma’am – odparł sierżant.

Porucznik zdecydowanie chłodno skinęła mu głową i wróciła na swoje stanowisko.

Sierżant odprowadził ją spojrzeniem, po czym odwrócił się z powrotem do swojego pulpitu i uśmiechnął lekko. Wiedział, że mogła narobić mu kłopotów, ale uważał, że było warto. Trzech jego kumpli zginęło podczas pierwszych dwóch dni tego powstania i nadal nie wyrównał rachunków. Lubił też to poczucie boskiej władzy towarzyszące ciskaniu piorunów z nieba. Porucznik MacRuer nie zatwierdziłaby użycia KEW przeciwko pojedynczemu i do tego niepewnemu celowi. On sam też nie był wcale pewien, czy nie chodziło o jakieś odbicie lub inne echo. Uważał jednak, że postąpił słusznie, i to znaczyło dla niego więcej niż niezadowolenie przełożonej.

I co najważniejsze, tym razem mu się udało. Gdyby trafił akurat na gorszy humor tej służbistej suki, jak nazywał ją w myślach, bez dwóch zdań dostałby nowy przydział. I to taki, który wcale by mu się nie spodobał.


– Potwierdzam trafienie, ma’am – zameldował technik rakietowy George Chasnikov. – Wydaje się, że pocisk zboczył piętnaście do dwudziestu metrów na zachód od celu. – Pokręcił głową. – Niezbyt im wyszło.

– Ale to już ich problem, nie nasz, prawda? – Porucznik komandor Sharon Tanner spojrzała na czasomierz. Jako oficer taktyczny SLNS Hoplite bez trudu wywołała raport o ostrzale także na swoim ekranie. – Poza tym broń kinetyczna nigdy nie jest idealnie precyzyjna, Chaz, i trzeba się z tym pogodzić.

– Wiem, ma’am – zgodził się niechętnie Chasnikov. – I dlatego ściągnąłem raport. – Pokręcił głową i wstukał jakieś polecenie na klawiaturze. – Nie cierpię tego cholerstwa – dodał półgłosem, jednak na tyle głośno, by Tanner go usłyszała.

Oficer puściła jego słowa mimo uszu. Chasnikov był doświadczonym technikiem, który zamierzał zestarzeć się w służbie czynnej. Każdy oficer taktyczny chciałby go mieć u siebie i dlatego Sharon Tanner była skłonna patrzeć przez palce na niektóre wyskoki podwładnego.

Na dodatek miał trochę racji, pomyślała z rozgoryczeniem, wspominając to wszystko, w co jej mały zespół musiał angażować się przez kilka ostatnich tygodni. W porównaniu z częścią tamtych spraw użycie pocisku kinetycznego przeciwko wątpliwemu celowi to było po prostu małe piwo.

– Raczej ich problem, ma’am – powiedział po chwili Chasnikov. – Pocisk trafił zgodnie z podanymi koordynatami, ale te były złe. Przysłali nam poprawkę, tylko za późno. Nie dało się już jej uwzględnić.

– A czy przekazali, w co właściwie chcieli tym razem trafić? Oraz czy im się udało?

– Nie, ma’am. Tylko te koordynaty. Równie dobrze mogli walnąć we własny oddział. I jak dotąd nie ma meldunku o skuteczności ostrzału. – I nie będzie, pomyślał. Jak zwykle zresztą.

– Rozumiem. – Tanner potarła koniuszek nosa i wzruszyła ramionami. – Przygotuj raport, Chaz. Wyłóż w nim jasno, że u nas wszystko zagrało. Przekażę go komandorowi Diadorowi. Jestem pewna, że wraz ze skipperem dołoży wszelkich starań, by uświadomić tym na dole, jak groźny w skutkach może być brak precyzji przy ostrzale bronią kinetyczną. I jak ważne jest podawanie w takich przypadkach właściwych koordynatów. Nie możemy marnować pieniędzy podatników na pociski, które lecą diabli wiedzą dokąd.

No i mam nadzieję, że kapitan Venelli wykorzysta ten skromny zapis, by wydrążyć komuś nową dziurę w dupie, pomyślała. Uważała, że Chaz miał poniekąd rację: zbyt głęboko wpakowali się już w to bagno. Na dole nie było pewnie nic wartego użycia KEW, ale do tych idiotów o zbrodniczych skłonnościach jakoś to nie docierało. Byli gotowi posyłać wciąż nowe głowice, nawet gdyby chodziło o samotnego idiotę przedzierającego się przez zarośla z karabinem pulsacyjnym w garści.

Podczas kariery we Flocie Pogranicza Sharon Tanner przyszło robić wiele rzeczy, z których wcale nie była dumna. Tym razem też tak było.


W miejscu, gdzie jeszcze niedawno znajdowała się wioska o nazwie Glen mo Chridhe, szum deszczu zginął w łoskocie spadających z nieba śmieci. Trwało to kilka sekund, po czym sypiące iskrami szczątki ponownie znieruchomiały. Krater uderzeniowy miał średnicę około dwunastu metrów. Bez trudu mógłby pomieścić towarowy ślizgacz i był też o wiele większy od piwnicy, w której schronił się właśnie pewien trzynastoletni chłopiec niosący jedzenie, które zdołał jakoś wyszukać dla swojej młodszej siostry.


– Dostali Tammasa – powiedziała Erin MacFadzean matowym głosem, w którym słychać było zmęczenie i narastającą rozpacz. Kobieta spojrzała przez mroczną piwnicę na Megan MacLean. W jej oczach malował się smutek. – Fergus właśnie przekazał.

– Gdzie to się stało? – spytała MacLean, przecierając piekące oczy i zaciskając zęby na wieść o kolejnej stracie.

– W Rothes – odparła MacFadzean. – Ci z góry zatrzymali furgon po drodze do Mackessack.

– Żyje? – MacLean opuściła ręce.

– Fergus nie wie. Mówi, że była solidna strzelanina, i chyba sam ledwie uszedł z życiem.

– Rozumiem.

MacLean położyła płasko dłonie na blacie przed sobą. Przez chwilę spoglądała na nie, po czym wciągnęła głęboko powietrze. Wstyd jej było przyznać się do tego nawet przed sobą, ale wiedziała, że dla wszystkich byłoby lepiej, gdyby Tammas MacPhee nie przeżył. Nie to chciałoby się myśleć o przyjacielu, którego znało się od trzydziestu lat.

– Spróbuj skontaktować się z Tadem Ogilvym – powiedziała po chwili. – Powiedz mu, że Tammas… wypadł z gry. Teraz to Tad odpowiada za wszystko, co mamy jeszcze poza stolicą.

– Wykonuję – odparła MacFadzean i opuściła pomieszczenie.

Gdy tylko drzwi się zamknęły, MacLean się przygarbiła. Wcześniej nie chciała okazywać zmęczenia, chociaż wiedziała, że i tak nikogo nie oszuka. Zwłaszcza że wszyscy tutaj czuli się tak samo. Musiała jednak grać swoją rolę aż do samego nieuniknionego końca. Tyle dobrego, że to już nie potrwa długo.

Nie tak miało to wyglądać. Ligę Wyzwolenia Loomisu stworzyła siedem lat temu i wtedy była to całkowicie legalna partia. Udało się ją powołać do życia podczas jednego z rzadkich flirtów Partii Dobrobytu z demokracją. Znając Halkirk, nie oczekiwała, że naprawdę coś osiągnie, ale chciała uświadomić MacMinn i MacCrimmonowi, że nie wszyscy mają zamiar żyć na klęczkach i jakaś opozycja jednak istnieje. Kandydaci LWL wygrali nawet w dwóch okręgach stolicy, uzyskując cztery dziesiąte miejsc w parlamencie, co uczyniło jej ugrupowanie największą partią opozycyjną. Zapewne nie doszłoby do tego, gdyby Partia Dobrobytu nie próbowała akurat dobrze wypaść w materiałach dziennikarzy ze światów centralnych, a tak mieli chociaż te dwa miejsca.

Nie żeby coś z tego wynikło. Gdy przyszło do następnych wyborów, żadnych dziennikarzy z zewnątrz nie było i prezydent nawet nie udawała, że zależy jej na uczciwym liczeniu głosów. Wtedy właśnie Megan MacLean posłuchała Tammasa MacPhee, wiceprezesa partii, oraz MacFadzean. Oficjalna działalność pozostała bez zmian, nadal prowadzili różne kampanie i próbowali lobbować w takich czy innych sprawach, ale MacFadzean wzięła się cichcem do organizowania nielegalnego, zbrojnego ramienia partii.

Z dzisiejszej perspektywy patrząc, uznawała to za błąd, ale nadal nie widziała innego wyjścia, zwłaszcza w sytuacji, gdy Połączone Siły Bezpieczeństwa Publicznego stawały się coraz bardziej brutalne, a sekretarz bezpieczeństwa MacQuarie dawno już porzuciła jakiekolwiek pozory i interpretowała prawo tak, jak jej pasowało. Oczywiście zawsze była i taka alternatywa, by niczego nie robić, ale do tego MacLean nie potrafiła się zmusić.

Wyszło zatem, jak wyszło, i byli, gdzie byli. Siedem lat wysiłków i poświęceń, by spróbować jednak wyzwolić ten układ planetarny, doprowadziło do takiego właśnie końca. Do rychłej śmierci pośród chaosu i zniszczenia. Nie dało się nawet…

Uniosła głowę, słysząc, że drzwi znowu się otwierają. MacFadzean weszła do pomieszczenia, które zwali dumnie centrum dowodzenia.

– Wysłałam posłańca do Tada – powiedziała, lekko się uśmiechając. – Pomyślałam, że w tych okolicznościach lepiej będzie nie korzystać ze zwykłych środków łączności.

– Pewnie masz rację – zgodziła się MacLean, krzywiąc się lekko, jakby też się uśmiechała, ale grymas zaraz zniknął. – Już z podsłuchem górnych były kłopoty. Teraz, gdy doszli jeszcze solarni…

Nie dokończyła, ale MacFadzean pokiwała głową. Świetnie rozumiała pobrzmiewającą w głosie MacLean nienawiść. Jednostki Marynarki Ligi pojawiły się na orbicie Halkirku za sprawą Frinkela Osborne’a z Biura Bezpieczeństwa Granicznego. Oficjalnie był tylko attaché handlowym w solariańskim przedstawicielstwie w Elginie, stolicy układu Loomis, naprawdę jednak pełnił funkcję doradcy MacMinn i należał do Partii Dobrobytu. Podobna przykrywka była czymś zwyczajnym w przypadku agentów przydzielanych do światów Pogranicza. Zawsze mogli liczyć przy tym na wsparcie marynarki, gdy tylko pojawiała się taka potrzeba.

Powinniśmy byli zająć się MacCrimmonem i MacQuarie, pomyślała z goryczą MacFadzean. Mogło się udać. Jeszcze kilka miesięcy i transportów, a mieliby dość sprzętu, zorganizowanego przez Partyzanta i jego ludzi, by posłać całą Partię Dobrobytu do piekła. Może nawet teraz by im się udało, gdyby nie przeklęci solarni. Ale jak bojownicy z pulserami i miotaczami granatów mieli się przeciwstawić bombardowaniu orbitalnemu? Gdyby tylko udało się przekazać wiadomość Partyzantowi…

Ale nie była w stanie tego zrobić. Od czterech miesięcy byli odcięci. Partyzant miał się pojawić w układzie Loomis, by dogadać ostatnie szczegóły, o których nie rozmawiał wcześniej nawet z MacLean, ale gdy to wszystko się zaczęło, zupełnie nagle zresztą, nie mieli najmniejszej szansy na nawiązanie łączności.

Zastanawiała się, czy nie powinna jednak powiedzieć MacLean o swoich uzgodnieniach z Partyzantem. Myślała o tym już wcześniej, ale potrzeba dochowania tajemnicy i względy bezpieczeństwa przemawiały przeciwko temu. Poza tym MacLean nie była tak naprawdę rewolucjonistką, raczej reformatorką. Nigdy nie wiązała z działaniami zbrojnymi takiej nadziei jak MacFadzean i zapewne miałaby opory przed zaakceptowaniem sytuacji, w której byłaby tak bardzo zależna od kogoś z zewnątrz. Zwłaszcza gdyby chodziło o pomoc zbrojną ze strony obcego państwa.

Erin obawiała się tego, co zapewne by usłyszała. MacLean przypuszczalnie kazałaby jej zapomnieć o sprawie, uznając zaufanie komuś z zewnątrz za zbyt ryzykowne. Przecież ktoś taki mógł mieć własne cele, nieuwzględniające ich interesów. Owszem, teoretycznie istniała szansa, że po przedstawieniu całego planu MacLean jednak by się przekonała, ale w głębi ducha pewnie nadal myślałaby swoje. Z drugiej strony Erin też nie była całkowicie gotowa zawierzyć Partyzantowi bez akceptacji przełożonej. Która mogła nawet mieć rację, chociaż gdyby się udało, jaką by to ostatecznie czyniło różnicę?

Spojrzała na sufit piwnicy, oczami wyobraźni widząc krążące wysoko na niebie okręty zsyłające na jej świat śmierć i zniszczenie, i całym udręczonym sercem pożałowała, że nie może jednak skontaktować się z Partyzantem.

ROZDZIAŁ II


Ile to cholerstwo jeszcze potrwa? – spytała ostrym tonem kapitan Francine Venelli. – Mam lepsze rzeczy do roboty, niż gnić na tej orbicie i tłuc z góry jakichś drani kryjących się po lasach. Poza tym moim ludziom się to nie podoba. – Spojrzała ze złością na elegancko ubranego cywila, który siedział po drugiej stronie stołu w sali odpraw. – Zupełnie się nie podoba i właściwie podzielam ich zdanie. A na dodatek wokół dzieje się tyle, że naprawdę miałabym się czym zająć!

 

– Nie wiem, ile to jeszcze potrwa, pani kapitan – odparł Frinkelo Osborne, siląc się na spokojny i rzeczowy ton. – Chciałbym wiedzieć. A skoro już rozmawiamy szczerze, też wolałbym, żeby nie była pani do tego zmuszona. – Skrzywił się w sposób sugerujący, że brzydzi się całą sprawą jeszcze bardziej niż Venelli, i pokręcił głową. – To jak rozbijanie jajek młotkiem. Albo dawanie dziecku klapsa siekierą!

Siedząca w swoim fotelu kapitan zmrużyła oczy. Straciła już rachubę, ile razy przyszło jej pracować z personelem Biura Bezpieczeństwa Granicznego. Na pewno znacznie więcej, niżby chciała, i rzadko się zdarzało, by nie było to jak rozbijanie jajek młotkiem. Zwykle miało to zniechęcić inne kury do niesubordynacji. Inna sprawa, że pełniący funkcję ledwie doradcy partyjnego Osborne był zapewne zbyt małym pionkiem, by zrozumieć, że we wszechświecie może być coś ważniejszego niż jego konto bankowe.

Ewentualnie wiedział, że jego konto skorzysta na częstym użyciu broni kinetycznej, pomyślała Venelli. Ciekawe, ile metrów sześciennych drewna da się pozyskać z tych hektarów powalonego dotąd lasu? Dąb srebrzysty od dawna jest w cenie…

Nie pozwoliła, by ta refleksja odbiła się na jej twarzy, i spojrzała na ekran ścienny przekazujący obraz z zewnątrz.

Jej dywizjon, składający się z krążownika liniowego Hoplite, lekkiego krążownika Yenta McIlvenna oraz niszczycieli Abatis i Lunette, został pospiesznie utworzony zaraz po otrzymaniu prośby z układu Loomis o udzielenie wsparcia. Teraz wszystkie te jednostki wisiały na orbicie ponad Halkirkiem, najważniejszą z zamieszkanych planet układu. Widok był przepiękny i w innych okolicznościach Venelli, która była miłośniczką ciekawych kosmicznych pejzaży, pewnie bardzo by się cieszyła z wizyty w tym układzie planetarnym. W odróżnieniu od wielu innych układ, skupiony wokół gwiazdy typu G7, miał aż dwie planety ziemskiego typu, krążące w strefie pozwalającej na występowanie na ich powierzchni wody. Co więcej, Halkirk i jego siostrzany glob, zwany Thurso, krążyły wokół wspólnego środka masy, razem obiegając macierzystą gwiazdę w odległości siedmiu minut świetlnych. Tyle że chociaż siostrzane, nie były to planety bliźniacze.

Powierzchnia Halkirku była zielona i brunatna. Odcieni brązu było przy tym więcej, zdumiewająco mało zaś błękitu, jako że lądy zajmowały sześćdziesiąt procent powierzchni planety. Sporo z tego, zwłaszcza w głębi kontynentów, stanowiły pustynie, chociaż mniejsze i górzyste kontynenty – Stroma i Stronsay – były dzięki prądom oceanicznym i układowi wiatrów zdecydowanie wilgotne. Nadawały się świetnie do zamieszkania, przy czym chociaż obiektywnie „małe”, miały całkiem słuszne rozmiary jak na ludzkie potrzeby. Pozostałe siedemdziesiąt procent lądów przypadało na kontynenty Hoy i Westray, gdzie życie było o wiele trudniejsze, i Venelli świetnie rozumiała, dlaczego rządząca partia założyła na Westray tyle obozów reedukacyjnych.

Planeta Thurso wyglądała odmiennie. Przypominała roziskrzony szafir. Ponad dziewięćdziesiąt procent jej powierzchni zajmowały oceany z rozrzuconymi archipelagami, które były nawiedzane przez fale pływowe, kojarzące się pani kapitan z tsunami. Nie było w tym wszakże nic dziwnego, gdy wzięło się pod uwagę, że jedyny księżyc Thurso miał masę o trzy procent większą niż Ziemia. Pogoda też była tam… interesująca, co sprawiało ostatecznie, że populacja planety była nieporównanie mniejsza niż na Halkirku. Z drugiej strony, miejscowe przetwórnie eksportowały niezliczone tony ryb i wszelkich owoców morza, bardzo cenionych przez smakoszy w Lidze Solarnej i uzyskujących porządne ceny. Może nie aż takie, by zwrócić na Loomis uwagę Star Enterprise Initiatives Unlimited, ale sprawiające, że nawet bez Halkirku układ byłby istotnym ośrodkiem handlowym. Trzy gazowe giganty i liczne asteroidy umożliwiały rozwój górnictwa, które było nawet dość opłacalne dla SEIU, ale największe bogactwo układu wiązało się z Halkirkiem i rosnącymi tam dębami srebrzystymi.

Francine Venelli przywykła przez lata służby do ciasnych kabin na pokładach okrętów czy habitatów orbitalnych. Nie myślała w kategoriach planetarnych i nigdy nie marzyła o przestronnym domu czy mieszkaniu, które bogatszym ludziom wydawały się niezbędne do życia. Nie rozumiała też fascynacji „naturalnymi” materiałami budowlanymi. Jej zdaniem najważniejsza była ich wytrzymałość, praktyczność i estetyczny wygląd. Drewno nie spełniało tych warunków, zwłaszcza gdy chodziło o wyposażenie jednostek kosmicznych.

Nawet ona musiała jednak przyznać, że drewno dębu rosnącego na Halkirku jest niewiarygodnie piękne. Twarde, wspaniale ubarwione i z fascynującymi słojami, przypominało holorzeźbę stworzoną specjalnie dla poprawy nastroju i ukojenia nerwów. Jasne smugi wijące się na ciemnym, niemal wiśniowym tle zdawały się błyszczeć od ukrytego gdzieś w głębi światła i kojarzyły się z ledwie słyszalnymi podmuchami wiatru, zmieniającymi tok myśli niczym delikatny, odprężający masaż. Wystarczyło posiedzieć trochę w pokoju wyłożonym takim drewnem, by zapomnieć na chwilę, jak bardzo wkurzający jest rząd układu Loomis. Venelli nie dziwiła się nawet specjalnie cenom, jakie osiągał ten surowiec w Lidze Solarnej. Były naprawdę astronomiczne, a mimo to artyści i wytwórcy mebli płacili bez szemrania.

Połączone zasoby surowcowe układu były więc aż nadto wystarczające, by wszyscy mieszkający tu ludzie mogli wieść dostatnie życie. I pewnie by tak było, gdyby nie pewien drobiazg. To nie oni kontrolowali owe zasoby. Czy też już ich nie kontrolowali. Od czterdziestu pięciu lat trzymało na nich łapę Star Enterprise Initiatives Unlimited, z centralą w układzie Lucastra, ledwie siedemnaście lat świetlnych od Słońca. Firma podpisała z miejscowym rządem typową stuletnią umowę eksploatacyjną i to wyjaśniało, dlaczego flota tak skwapliwie zjawiła się na orbicie Halkirku. Venelli aż za dobrze znała ten scenariusz.

Spojrzała ponownie na Osborne’a i wydęła usta.

– Jakim cudem mogło do tego dojść? – spytała, zdumiona własnymi słowami. W sumie nie o to zamierzała zagadnąć, poza tym forma wypowiedzi nie należała do szczególnie taktownych. Niemniej Osborne nie poczuł się urażony. Owszem, skrzywił się, ale chyba pomyślał przy tym o kimś całkiem innym.

– Bardzo łatwo – odparł. – Wystarczyło, że to ludzie pokroju Zagorskiego decydowali, gdzie i do kogo należy strzelać.

– Myślałam, że te decyzje pozostają w gestii prezydent MacMinn i sekretarz MacQuarie.

– Prezydent MacMinn jest już w takim stanie, że pewnie nawet butów nie potrafi sama włożyć – stwierdził Osborne tonem tak jadowitym, że żmija mogłaby wpaść w kompleksy. – W tej chwili to MacCrimmon rozdaje karty w partii. Pewnie chętnie wysłałby już panią prezydent do domu starców, albo nawet na jakiś cichy cmentarz, ale musi z tym jeszcze poczekać. Na razie to ona wciąż jest ukochanym przywódcą. Zdarza się, gdy ktoś przesadzi z kultem jednostki.

Venelli pokiwała głową. Ailsa MacMinn i jej mąż stali na czele Partii Dobrobytu od czasu błyskawicznego, krwawego przewrotu, który pozwolił im dojść do władzy. Tyle że Keith MacMinn zmarł ponad dwadzieścia lat temu, a Ailsa była już dobrze po siedemdziesiątce, co przy braku prolongu oznaczało tutaj dość sędziwy wiek. Wiceprezydent Tyler MacCrimmon był o połowę młodszy i chociaż uchodził powszechnie za następcę Ailsy, wciąż pozostawał numerem drugim. Jako szara eminencja miał wprawdzie wiele do powiedzenia, ale potrzebował pani prezydent, by móc oficjalnie działać w jej imieniu.

Podobnie jak potrzebował Sengi MacQuarie i jej Połączonych Sił Bezpieczeństwa Publicznego, które trzymały całą partię w pionie. Szczęśliwie dla MacCrimmona MacQuarie była względnie nowym członkiem gabinetu i póki co także potrzebowała wiceprezydenta, by utrzymać się w siodle. Jej poprzednik i mentor zarazem, niejaki Lachlan MacHendrie, jeden z dawnych „towarzyszy broni” pani prezydent, odszedł jakiś czas temu z tego padołu na skutek bliżej niesprecyzowanych „problemów zdrowotnych”.

– Część kłopotu bierze się z tego, że Partia Dobrobytu nie usunęła wszystkich MacRorych, chociaż mogła to zrobić zaraz po rewolucji. Popełnili błąd, chociaż po prawdzie trudno ich za to winić – stwierdził Osborne i znowu się skrzywił. – Tavis III pewnie chciał dobrze, ale nie był silnym królem i ludzie dobrze przyjęli jego abdykację na rzecz partii. Przypuszczam, że Keith i Ailsa nie chcieli ryzykować wzrostu sympatii dynastycznych, który mógłby nastąpić, gdyby byłego władcę spotkał jakiś wypadek. Zresztą i tak zmarł, chyba z całkiem naturalnych przyczyn, parę lat po rewolucji. Jednak w ten sposób nie dokonano żadnej czystki w obrębie jego rodziny. Może dlatego, że klan MacRorych był bardzo rozgałęziony i zamieszkiwał różne miejsca układu. Owszem, zakazano im wszystkim parać się polityką i uważnie obserwowano, ale nawet nie próbowano zachęcać do „emigracji”. Dopóki sytuacja gospodarcza była niezła, nie miało to większego znaczenia, jednak gdy SEIU wzięło się do interesów i zaczęło dokręcać miejscowym śrubę, wielu przypomniało sobie stare, dobre czasy rządów króla Tavisa. On sam oczywiście już wtedy nie żył, ale jego syn owszem.

– I podjął starania o odzyskanie władzy?

– Nie. – Osborne pokręcił głową. – Przynajmniej ja o tym nie słyszałem. Wielu ludzi chciało jego powrotu, ale moim zdaniem okazał się na tyle bystry, by zrozumieć, że oficjalną drogą niczego nie osiągnie. Gdyby zaś spróbował jakichś… bardziej energicznych działań, skończyłoby się tylko daremnym rozlewem krwi. Niestety, to nie wystarczyło, by powstrzymać poprzednika MacQuarie od zaaranżowania piętnaście lat temu fatalnego „wypadku drogowego” w celu usunięcia niewygodnej postaci. W tym samym „wypadku” zginął też starszy syn potencjalnego następcy tronu. Pechowo dla partii nie udało im się zlikwidować jego młodszego syna, Mánasa. Szczęśliwie dla niego okazało się, że nie jest idiotą. Świetnie wiedział, co naprawdę spotkało jego ojca i brata, i dopóki tylko mógł, trzymał się z dala od polityki. I udawało mu się, dopóki SEIU nie mianowało Zagorskiego na stanowisko dyrektora swojego oddziału w tym układzie.

Znowu się skrzywił i Venelli odpowiedziała mu takim samym grymasem. Z zasady nie przepadała za funkcjonariuszami Biura Bezpieczeństwa Granicznego, ale to była szczególna sytuacja. Miała wątpliwą przyjemność poznać Nyatuia Zagorskiego zaraz po swoim przybyciu do Loomisu.

– A jego z kolei co gryzie? – spytała.

– Jest bardzo rozczarowany. Oczekiwał lepszego losu i nie cieszy go kąsek, który otrzymał.

– Jak dla mnie trafił całkiem dobrze – stwierdziła Venelli, wskazując na ekran. – Oczywiście jestem tylko oficerem marynarki i mogę widzieć to inaczej niż jeden z dumnych władców wszechświata.

Osborne uśmiechnął się lekko, słysząc jej ironiczny ton, ale pokręcił głową.

– I w tym tkwi problem. Mam wrażenie, że on naprawdę ma się za takiego władcę i uważa, że trafił w miejsce, które nie pozwala mu rozwinąć skrzydeł. Pechowo dla niego SEIU nie należy do największych korporacji międzygwiezdnych. To raczej waga średnia, i chociaż Loomis ma swoje znaczenie, nie może się równać z naprawdę eksponowanymi placówkami. Nie daje też wielkich perspektyw na przyszłość. Co gorsza, wcześniej Zagorski był przez dziesięć lat zastępcą dyrektora w Delvecchio, klejnocie koronnym SEIU. Gdy wezwano go do centrali, na pewno oczekiwał awansu na dyrektora, co uczyniłoby go wreszcie panem na wielkich włościach. Okazało się jednak, że tamto stanowisko otrzymał ktoś z lepszymi koneksjami rodzinnymi, a Zagorski musiał się zadowolić nagrodą pocieszenia, czyli właśnie układem Loomis. To musiało go solidnie wkurzyć i dlatego przeszedł w tryb gospodarki rabunkowej. Po pierwsze dlatego, że sam chce zgarnąć, ile tylko się da, po drugie zaś w nadziei, że znaczący wzrost przychodów z układu umożliwi mu awans na jakieś godniejsze stanowisko.