1633

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Część pierwsza Rozdział 1 Rozdział 2 Rozdział 3 Rozdział 4 Rozdział 5 Rozdział 6 Rozdział 7 Rozdział 8 Rozdział 9

2  Część druga Rozdział 10 Rozdział 11 Rozdział 12 Rozdział 13 Rozdział 14 Rozdział 15 Rozdział 16 Rozdział 17

3  Część trzecia Rozdział 18 Rozdział 19 Rozdział 20 Rozdział 21 Rozdział 22 Rozdział 23 Rozdział 24 Rozdział 25

4  Część czwarta Rozdział 26 Rozdział 27 Rozdział 28 Rozdział 29 Rozdział 30 Rozdział 31 Rozdział 32

5  Część piąta Rozdział 33 Rozdział 34 Rozdział 35 Rozdział 36 Rozdział 37

6  Część szósta Rozdział 38 Rozdział 39 Rozdział 40 Rozdział 41 Rozdział 42 Rozdział 43 Rozdział 44 Rozdział 45 Rozdział 46 Rozdział 47

7  Część siódma Rozdział 48 Rozdział 49 Rozdział 50 Rozdział 51 Rozdział 52

8  Posłowie Erica Flinta

Tytuł oryginału

1633

Copyright © 2002 by David Weber & Eric Flint

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Zysk i S‑ka

Wydawnictwo s.j., Poznań 2019

Redakcja

Robert Cichowlas

Ilustracja na okładce

Dark Crayon

Wydanie I

ISBN 978-83-8116-962-2

Tłumacze dziękują Oskarowi Ostrowskiemu i jego grupie za pomoc w opracowaniu terminologii związanej z lotnictwem.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla Sharon i Lucille, które jakoś zniosły fakt, że nie widzieliśmy świata poza tą książką




Część pierwsza

Ląd, który mam za sobą, to nie kraj dla starca1

1 Przełożył Stanisław Barańczak (wszelkie cytaty lub odwołania do sztuk Williama Szekspira oparte są na przekładach Stanisława Barańczaka). Jeśli nie zaznaczono inaczej, przypisy pochodzą od tłumacza. [wróć]

Rozdział 1

— Cóż za urzekający widok! — wykrzyknął Richelieu. — Nigdy jeszcze nie widziałem kota o tak wyjątkowej urodzie. Umaszczenie jest wprost cudowne.

Arystokratyczna, intelektualna twarz rzeczywistego władcy Francji na moment pojaśniała młodzieńczym blaskiem. Przez kilka chwil Richelieu kompletnie nie zważał na Rebekę Stearns i bawił się malutkimi łapkami kota, który siedział na jego kolanach, a którego niewiele wcześniej Rebeka ofiarowała mu w charakterze podarunku dyplomatycznego.

Uniósł uśmiechniętą twarz.

— Nazwałaś go, pani, „kotem syjamskim”? Wydaje mi się niemożliwe, abyście zdołali w tak krótkim czasie nawiązać współpracę handlową z południowo-wschodnią Azją. Nawet zważywszy na wasz geniusz techniczny, zakrawałoby to na kolejny cud.

Rebeka zastanawiała się nad tym uśmiechem, równocześnie przygotowując odpowiedź. Przynajmniej jedna rzecz stała się dla niej jasna od czasu, gdy kilka minut wcześniej wprowadzono ją na prywatną audiencję u kardynała. Niezależnie od pozostałych cech, Richelieu wydawał się najinteligentniejszym człowiekiem, jakiego w życiu spotkała. A z całą pewnością najprzebieglejszym.

I dość ujmującym, czego się nie spodziewała. Połączenie niebywałego intelektu z wewnętrznym ciepłem i wdziękiem było rozbrajające dla kogoś takiego jak Rebeka, która sama była intelektualistką.

Przypomniała sobie stanowczo o tym, że bycie rozbrojonym w obecności Richelieu to ostatnia rzecz, na jaką może sobie pozwolić. Mimo błyskotliwości i osobistego uroku kardynał bez wątpienia stanowił aktualnie największe zagrożenie dla jej narodu. I choć nie przypuszczała, żeby z natury był okrutny, to już wcześniej pokazał, że w obronie tego, co zwykł określać „interesem narodu”, nie okazuje cienia litości. Zwrot la gloire de France brzmiał cudownie dźwięcznie — lecz krył w sobie ostrze wymierzone w tych, którzy staną mu na drodze.

Zdecydowała się uchwycić ostatnich słów kardynała.

— „Kolejny cud”? — zapytała, unosząc brew. — Ciekawe określenie, Wasza Eminencjo. O ile mnie pamięć nie zawodzi, ostatnio uznałeś, panie, Ognisty Krąg za „czary”.

Łagodny uśmiech Richelieu nie zmienił się ani na chwilę, odkąd znalazła się w jego prywatnej sali audiencyjnej.

— To nieporozumienie — rzekł zdecydowanie, machnąwszy lekceważąco dłonią. Przez chwilę podziwiał zwierzę uderzające łapką w jego długie palce. — Mój błąd, za który biorę pełną odpowiedzialność. Pochopne wysnuwanie wniosków, kiedy się ma jedynie poszlaki, zawsze jest błędem. Ja zaś, obawiam się, byłem wówczas chyba pod zbyt wielkim wpływem poglądów ojca Józefa. Zapewne poznałaś go, pani, wczoraj podczas audiencji u króla?

 

W tym zdaniu kryło się podwójne znaczenie. Richelieu delikatnie przypominał Rebece, że alternatywą dla rozmów z nim było układanie się z dość dziecinnym królem Ludwikiem XIII albo — co gorsza — z ojcem Józefem, fanatykiem religijnym. Kapucyn był bliskim znajomym kardynała, a poza tym stał na czele ortodoksyjnej świeckiej organizacji katolickiej, znanej jako Towarzystwo Świętego Sakramentu.

Rebeka zwalczyła naturalną pokusę każdego intelektualisty: pokusę mówienia. W tej kwestii, podobnie jak w wielu innych, została fachowo przeszkolona przez swego męża, który nie był aż takim intelektualistą. Mike Stearns pełnił niegdyś funkcję przewodniczącego związku zawodowego i — w przeciwieństwie do Rebeki — już dawno temu nauczył się, że często najlepszą strategią negocjacji jest zwykłe milczenie.

— Niech druga strona gada — powtarzał jej. — W ogóle uważam, że z otwartą gębą dwa razy łatwiej coś schrzanić niż z zamkniętą.

Kardynał, rzecz jasna, był tego doskonale świadom. Milczenie się przeciągało.

Dla każdego intelektualisty milczenie jest grzechem śmiertelnym. Rebeka musiała więc ponownie zmusić się do trzymania języka za zębami.

Ratowała się, kierując myśli ku swemu małżonkowi: Mike, o twarzy nieco wymizerowanej i smutnej, żegnający ją w drzwiach ich domu w Grantville, gdy wyruszała w podróż dyplomatyczną do Francji i Holandii; ta sama twarz (to wspomnienie znacznie bardziej podniosło ją na duchu) wcześniejszej nocy, w ich łóżku.

W uśmiechu, który przywołało na jej twarz właśnie tamto wspomnienie, było coś, co pokonało kardynała. Oczywiście uśmiech Richelieu wciąż pozostawał niezmienny. Westchnął jednak głęboko i — delikatnie, lecz stanowczo — postawił kotka na posadzce, kończąc igraszki.

— Ów „Ognisty Krąg”, jak go nazywacie, który sprowadził do naszego świata tych „Amerykanów” wraz z ich cudaczną techniką, był czymś wystarczająco niezwykłym, by wszystkich nas wprowadzić w błąd, pani. Jednakże po głębszych rozważaniach, szczególnie popartych dowodami, na których mogłem się oprzeć, doszedłem do wniosku, że byłem w błędzie, określając to wasze… proszę wybaczyć moje wyrażenie, dziwaczne nowe państwo wytworem „czarów”.

Richelieu umilkł na chwilę i wygładził swoje bogate szaty.

— Zaiste, to niewybaczalny błąd z mojej strony. Gdy znalazłem chwilę, by przemyśleć tę sprawę, uświadomiłem sobie, że niebezpiecznie zbliżyłem się do manicheizmu. — Zachichotał. — Ile to już czasu minęło, odkąd potępiono tę herezję? Półtora tysiąclecia, ha! A ja się uważam za kardynała!

Rebeka uznała, że może bezpiecznie będzie zaśmiać się w odpowiedzi na ten żart. Na tym jednak koniec. Niemalże wyczuwała, jak przyciąga ją magnetyzująca osobowość kardynała, i ani przez chwilę nie wątpiła, że Richelieu doskonale zdaje sobie sprawę z siły własnego uroku. Kardynał był człowiekiem ze wszech miar cnotliwym, „uwodzenie” było jednak określeniem o kilku różnych znaczeniach. Wielokrotnie dochodzenie Richelieu do władzy i wpływów łagodzone było jego osobistym czarem i wdziękiem — a w przypadku innych intelektualistów także giętkością jego umysłu. Na dobrą sprawę gdyby Rebeka nie była wysłanniczką kraju toczącego wojnę z Richelieu, z miłą chęcią poświęciłaby kilka godzin jednemu z najwybitniejszych umysłów świata chrześcijańskiego, by podyskutować o teologicznych implikacjach owego dziwnego zdarzenia, które sprowadziło do siedemnastowiecznej Europy pełne ludzi miasteczko z miejsca odległego w czasie o kilka stuleci, a zwanego „Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej”.

„Zamilcz, kobieto! Bądź posłuszna mężowi!”

Ta myśl tylko utrwaliła jej pogodny uśmiech. Tak naprawdę Mike’owi Stearnsowi daleko było do patriarchy. Rebeka wiedziała, że rozbawiłaby go, opowiadając mu o tym, jak sama siebie strofowała. („Niech mnie kule biją. Chcesz powiedzieć, że chociaż raz mnie posłuchałaś?”).

Richelieu poniósł kolejną drobną porażkę. Widziała to w jego uśmiechu, który stał się odrobinę wymuszony. Kardynał ponownie wygładził szaty, a następnie powrócił do przerwanego wątku.

— Nie, jedynie Bóg mógł dokonać tak niebywałej zamiany czasu i przestrzeni. A wasz termin „Ognisty Krąg” wydaje się bardzo na miejscu. — Jego uśmiech stał się teraz niezwykle pogodny. — Jak zapewne zdajesz sobie, pani, sprawę, moi szpiedzy już od dawna badali te wasze „Stany Zjednoczone” w Turyngii. Kilku z nich przepytało miejscowych, którzy byli świadkami tego wydarzenia. I ci prości chłopi również widzieli, jak niebiosa się rozwierają i aureola ognia pozbawionego żaru tworzy mały świat w niewielkiej części środkowych Niemiec. Mimo to — rzekł, unosząc gwałtownie dłoń, jakby chciał uprzedzić słowa Rebeki, choć ona wcale nie miała zamiaru się odzywać — sam fakt, że zdarzenie to było dziełem bożym, nie daje nam konkretnej odpowiedzi na pytanie o jego cel.

„Zaczyna się — pomyślała Rebeka. — Oficjalna linia postępowania”.

Zdawała sobie sprawę, że spotyka ją zaszczyt. Z rozmów, które prowadziła ubiegłego wieczora z dworzanami podczas audiencji u króla, jasno wynikało, że elita Francji wciąż szuka spójnego ideologicznego wytłumaczenia pojawienia się Grantville w niemieckim księstwie Turyngii. Po przetrwaniu dwóch lat (nie wspominając o rozgromieniu po drodze kilku nacierających armii, z których przynajmniej jedna była zwerbowana i opłacona przez Francję) Amerykanie wraz z nowo tworzonym przez siebie społeczeństwem nie mogli już być traktowani tylko jako pogłoska. Określenie „czary” było zaś… zbyt błahe.

Nie miała wątpliwości, że Richelieu skonstruował już wytłumaczenie i właśnie ona usłyszy je jako pierwsza.

— Czy zastanawiałaś się, pani, nad historią świata, który stworzył tych waszych Amerykanów? — zapytał. — Zapewne wiesz, pani, że pozyskałem — znowu machnął lekceważąco dłonią — różnymi sposobami część ksiąg historycznych, które wasi Amerykanie zabrali ze sobą. Przestudiowałem je wszystkie bardzo uważnie.

„To jest akurat jasne” — pomyślała Rebeka. Była to myśl nieco posępna, ponieważ jasne stało się dopiero teraz. Wcześniej ani ona, ani Mike, ani nikt z władz nowych Stanów Zjednoczonych nie pomyślał nawet, że zdobycie książek do historii stanie się jednym z głównych celów obcego wywiadu. Literatura techniczna — plany, szkice — owszem; wszystko to, co pozwoliłoby wrogom Stanów Zjednoczonych ukraść część ich niebywałej technologii. Jednak… licealne podręczniki?

Teraz, rzecz jasna, było to oczywiste. Latem roku 1633 każdy władca i wpływowy polityk na świecie wiele by dał, żeby się dowiedzieć, co go czeka w najbliższych latach. Konsekwencje tej wiedzy mogłyby być nieobliczalne. Jeżeli król wie, co nastąpi za rok czy dwa lata, to zrobi wszystko, żeby ten obrót spraw przyspieszyć — jeśli rozwój wypadków mu odpowiada — albo żeby do niego w ogóle nie dopuścić.

I w ten właśnie sposób ów król momentalnie pomiesza następstwo wydarzeń, które w ogóle doprowadziły do tamtego stanu rzeczy. Był to odwieczny dylemat osób podróżujących w czasie, z czym Rebeka zdołała się zapoznać podczas lektury książek science fiction, przeniesionych wraz z całym miasteczkiem do wieku siedemnastego. I podobnie jak jej mąż, uznała, że Ognisty Krąg stworzył świat równoległy do tego, z którego pochodziło Grantville i cała historia, która doprowadziła do powstania miasteczka.

Gdy tak rozmyślała, Richelieu bacznie się jej przyglądał. Jego inteligentne ciemnobrązowe oczy kryły w sobie coś ponurego. Ani przez chwilę nie myślała, że kardynał jest zbyt głupi, by to pojąć. On również wiedział, że historia, która miała miejsce, już się nie powtórzy — wiedział też jednak, że mimo to można dostrzec w owych wydarzeniach pewne ogólne wzorce. I odpowiednio pokierować losami Francji.

Potwierdziły to jego kolejne słowa.

— Naturalnie konkretne wydarzenia będą inne, jednakże podstawowy zarys tamtej przyszłości jest wystarczająco przejrzysty. Myślę, że można go podsumować określeniem, które tak faworyzujecie: „demokracja”. Bądź też, jak ja bym to ujął, rządy mas, albowiem, szczerze mówiąc, u podstaw wszystkich struktur politycznych owego świata przyszłości leży ta sama cecha. Odrzucono władzę panującej arystokracji i rodziny królewskiej. Cała władza spoczywa w rękach ludu — niezależnie od tego, czy nazywa się go „obywatelami”, „proletariatem”, czy też jeszcze inaczej. Żadnych cugli, żadnej kontroli, żadnych ograniczeń nałożonych na ich pragnienia i ambicje.

Tym razem machnięcie dłonią nie było lekceważące.

— A za tym idzie cała reszta. Masakra sześciu milionów twych żydowskich pobratymców, pani, że wspomnę tylko o jednym przykładzie. Zbrodnie dokonane przez takie potwory, jak Stalin i ci Azjaci. Mao i Pol Pot, o ile dobrze sobie przypominam. Nie zapominajmy też o dewastacji całych miast i regionów przez reżimy, które może i były mniej despotyczne, lecz siały równie wielkie spustoszenie wśród narodów. Pragnę ci też przypomnieć, pani, że Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, które tak usilnie pragniecie odtworzyć w tym świecie, ani przez chwilę nie zawahały się przed spopieleniem miast w Japonii, a także w Niemczech, z którymi przecież teraz sąsiadujecie. Pół miliona ludzi — choć bardziej prawdopodobne, że cały milion — wybitych niczym insekty.

Rebeka zacisnęła szczęki. Instynktownie chciała wrzasnąć w odpowiedzi: „Czyżby? A to, że przez ciebie Niemcy są spustoszone? W wojnie trzydziestoletniej zginie więcej Niemców niż w którejkolwiek z wojen światowych dwudziestego wieku! Nie wspominając już o milionach dzieci, które co roku umierają w tym twoim drogocennym arystokratycznym świecie z powodu chorób, głodu i ubóstwa — nawet gdy panuje pokój — a wszystkiemu temu można przecież zaradzić w mgnieniu oka!”.

Posłuchała jednak rady, której udzielił jej mąż. Kłótnia z Richelieu nie miała sensu. On nie stawiał żadnej hipotezy. On po prostu uświadamiał wysłannikowi Stanów Zjednoczonych, że konflikt trwa i nie dobiegnie końca, dopóki jedna ze stron nie zwycięży. Mimo całego wdzięku, uprzejmości i pogody ducha, jakie kryły się w jego uśmiechu, Richelieu właśnie wypowiadał im wojnę.

I w rzeczy samej takie były jego kolejne słowa.

— Wszystko to ma już dla mnie sens. Owszem, to Bóg stworzył Ognisty Krąg. Nadawanie temu cudowi miana „czarów” zakrawa na absurd. Uczynił to po to, by ostrzec nas przed niebezpieczeństwami przyszłości, abyśmy mogli przygotować się na ich odparcie. Abyśmy niezłomnie próbowali stworzyć świat oparty na niezachwianych fundamentach monarchii, arystokracji i Kościoła państwowego. Owe niebezpieczeństwa pani, Madame Stearns, i pani lud — bynajmniej nie chcę pani urazić i nie implikuję pani osobistej grzeszności — zarówno szerzycie, jak i ucieleśniacie.

Kardynał powstał i z szacunkiem ukłonił się Rebece.

— A teraz obawiam się, że muszę się zająć sprawami króla. Ufam, pani, że spędzisz miło czas w Paryżu, a gdybym tylko mógł w czymkolwiek służyć, proszę, daj mi znać. Jak prędko zamierzasz, pani, wyruszyć do Holandii? I w jaki sposób?

„Tak szybko, jak tylko dam radę, pierwszą lepszą drogą”.

Ograniczyła się jednak do nieśmiałego, prawie dziewczęcego:

— Nie jestem pewna. Podróż stąd do Holandii będzie ciężka z uwagi na czasy, które nastały.

Urok Richelieu wrócił z pełną mocą, gdy odprowadzał ją do drzwi.

— Zdecydowanie doradzam drogę lądową. Na kanale La Manche, a nawet na Morzu Północnym, zalęgli się piraci. Mogę zapewnić ci, pani, ochronę do granicy Niderlandów Hiszpańskich i bez wątpienia bezpieczną przeprawę do Holandii. Owszem, owszem, obecnie Francja i Hiszpania są antagonistami, lecz — mimo tego, co mogłaś słyszeć, pani — moje osobiste relacje z arcyksiężną Izabelą są całkiem dobre. Hiszpanie na pewno nie będą robili przeszkód.

Stwierdzenie to było co najmniej śmieszne. Ostatnią rzeczą, jaką Hiszpanie chcieliby ujrzeć, była misja dyplomatyczna pod przewodnictwem małżonki prezydenta Stanów Zjednoczonych, zadomowiona w Holandii, którą owi Hiszpanie starali się od półwiecza podbić. Te Stany Zjednoczone może i nie były wielkie. Jeśli chodzi o obszar, były to po prostu stare regiony Turyngii i zachodniej Frankonii — mały wycinek Niemiec. Zgoda, wedle niemieckich standardów Stany Zjednoczone były ważnym księstwem. Tylko Saksonia miała większą liczbę ludności. Jednak ich populacja była niczym w porównaniu z populacją czy to Francji, czy Hiszpanii. A mimo to rok wcześniej owo nowe małe państwo rozbiło armię hiszpańską pod Eisenach i Wartburgiem. Sama idea sojuszu między Stanami Zjednoczonymi i Republiką Zjednoczonych Prowincji… była najgorszym z koszmarów dla każdego hiszpańskiego oficjela.

 

— Być może — tylko tyle powiedziała. Gdy wychodziła, miała na twarzy pogodny uśmiech.

Rozdział 2

Gdy drzwi się zamknęły, Richelieu odwrócił się i z powrotem usiadł. Po chwili przez wąskie wejście znajdujące się w głębi pomieszczenia wszedł Etienne Servien. Pozornie były to drzwi szafy; w rzeczywistości prowadziły do komnaty, z której Servien mógł śledzić audiencje u kardynała, kiedy tylko Richelieu sobie tego życzył. Servien należał do grona specjalnych agentów zwanych „intendentami”, pieczołowicie wyselekcjonowanych przez samego kardynała. To jemu Richelieu zawsze powierzał najdelikatniejsze zadania.

— Słyszałeś? — mruknął kardynał.

Servien skinął głową.

Richelieu wyrzucił ramiona w górę w geście łączącym rozbawienie i poirytowanie.

— Cóż za wyjątkowa kobieta!

W tej chwili poczuł lekkie szarpnięcie i spojrzał w dół na kotka bawiącego się rąbkiem jego szaty. Pogodny uśmiech wrócił na jego twarz. Schylił się, podniósł drobne stworzenie i posadził je na kolanach. Głaszcząc zwierzę, wrócił do poruszonej kwestii.

— Nigdy bym się tego nie spodziewał, Etienne. Sefardyjka, córka doktora Baltazara Abrabanela we własnej osobie! Oni potrafią rozmawiać bez końca, nie zważając nawet na głód. Tylko filozofowie i teolodzy. Myślałem, że będę się tylko uśmiechał, a informacje same napłyną do mych uszu. A tymczasem… — Zaśmiał się. — Nie zdarza mi się to zbyt często. Ufam, że nie zdradziłem się z niczym istotnym?

Servien wzruszył ramionami.

— Sefardyjczycy stanowią również większość bankierów w Europie i Imperium Osmańskim, Wasza Eminencjo, a to nie jest profesja znana z nadmiernej rozmowności. Może i Baltazar Abrabanel jest medykiem oraz filozofem, ale podobnie jak jego brat Uriel jest też doświadczonym szpiegiem. A ten fach również nie sprzyja gadulstwu. A na domiar złego córka Abrabanela w opinii wszystkich, również jej wrogów, jest nieprawdopodobnie inteligentna. Bez wątpienia wydedukowała, że Francja nie złożyła broni. Tak więc… sądzę, że wybrałeś, panie, najlepsze wyjście. Poza tym niczego się nie dowiedziała. Z całą pewnością, panie, nie było w twych słowach żadnej sugestii dotyczącej naszego wielkiego planu.

— „Wielki plan” — powtórzył Richelieu. — Który wielki plan masz na myśli, Etienne? Ten większy czy ten mniejszy?

— Każdy z osobna bądź obydwa naraz. Zapewniam cię, panie, że z twych słów nawet sam szatan niczego by nie wywnioskował. Ona jest inteligentna, nie przeczę, lecz jak sam mówiłeś, panie, nie jest czarownicą.

Kardynał zadumał się na chwilę. Jego pociągła twarz zdawała się jeszcze bardziej wydłużać.

— Wciąż uważam, że jest zbyt inteligentna — oznajmił w końcu. — Mam nadzieję, że przyjmie mą ofertę i pozwoli się odeskortować drogą lądową do Niderlandów Hiszpańskich. Wtedy moglibyśmy na dziesiątki różnych sposobów przedłużyć jej podróż. Jednak… — Potrząsnął głową. — Wątpię w to. Tyle z pewnością sama wydedukuje i zdecyduje się na podróż morską do Holandii. A przecież absolutnie nie możemy dopuścić do tego, żeby miała okazję przyjrzeć się naszym portom. Na pewno nie teraz!

Servien zacisnął usta.

— Z całą pewnością mogę trzymać ją z dala od Hawru, Wasza Eminencjo, ale nie od każdego portu na La Manche — to by było zbyt czytelne. Gdyby jednak była zmuszona wsiąść na statek w którymś z mniejszych portów, być może nie dostrzegłaby wystarczająco wiele…

Richelieu przerwał mu zniecierpliwionym gestem.

— Dość, Etienne! Zdaję sobie sprawę, że chcesz mi oszczędzić konieczności podjęcia decyzji. Decyzji, która — Bóg mi świadkiem — jest mi do cna wstrętna. Jednakże racja stanu nigdy nie kieruje się sentymentami. — Westchnął ciężko. — Oczywiście wiesz, że nie możesz dopuścić jej do Hawru. Któryś z niniejszych portów i tak lepiej się nada do… tego, co niezbędne.

Kardynał spojrzał na kotka, który wciąż się bawił jego wskazującym palcem.

— Kto wie? Może szczęście się do nas uśmiechnie, do niej zresztą też, i podejmie złą decyzję. — Łagodny uśmiech znów pojawił się na jego twarzy. — Na świecie istnieje tak niewiele cudownych stworzeń boskich. Miejmy nadzieję, że nie będziemy musieli unicestwić kolejnego z nich. Gdy będziesz wychodził, Etienne, bądź tak dobry i wezwij służącego.

Uprzejmie, lecz stanowczo odprawiony Servien ukłonił się i opuścił komnatę.

Chwilę później do pomieszczenia wszedł Desbournais. Był on valet de chambre kardynała, który przyjął go do służby jako siedemnastoletniego chłopca. Richelieu cieszył się równie wielką popularnością wśród swych służących, jak i sojuszników i współpracowników. Gdy bronił interesów Francji, często nie znał litości, jednak wobec otaczających go osób zawsze był miły i uprzejmy, niezależnie od tego, jakiego byli pochodzenia. Był też dla nich bardzo szczodry. Odpłacał lojalnością za lojalność. Tyczyło się to zarówno pomocy kuchennej, jak i Ludwika XIII, króla Francji.

Kardynał uniósł kota i pokazał go Desbournais’owi.

— Czyż nie jest cudowny? Zapewnij mu opiekę, Desbournais, i to najlepszą, pamiętaj.

Kiedy służący wyszedł, Richelieu wstał z fotela i podszedł do okna. Budynek, w którym kardynał mieszkał zawsze, gdy przebywał w Paryżu — a który tylko z nazwy nie był pałacem — był kupionym przez niego starym hotelem przy rue St. Honoré nieopodal Luwru. Richelieu nabył także sąsiadujący hotel, żeby po zrównaniu go z ziemią zapewnić sobie lepszy widok na miasto.

Gdy tak stał i wyglądał przez okno, wszelka życzliwość i łagodność odpłynęły z jego twarzy. Wrogowie kardynała znali to zimne, surowe, wręcz wyniosłe oblicze, które spoglądało w dół na wspaniały Paryż. Mimo całego swego uroku i wdzięku Richelieu potrafił stać się niesamowicie przerażający. Był wysokim mężczyzną, którego szczupłość przysłaniały zawsze noszone przezeń ciężkie i bogate szaty. Podłużna twarz, wysokie czoło, łukowato wygięte brwi, duże brązowe oczy — to były cechy intelektualisty. Jednak lekko zakrzywiony nos i mocno zarysowany podbródek, który podkreślała spiczasta i starannie przystrzyżona bródka, charakteryzowały już zupełnie innego człowieka.

Hernán Cortés zrozumiałby tę twarz. Podobnie książę Alba. Każdy z wielkich zdobywców tego świata zrozumiałby twarz, którą ukształtowały lata żelaznych postanowień.

— Niech i tak będzie — powiedział cicho. — Bóg litościwy tworzy wystarczająco wiele cudownych stworzeń, żebyśmy mogli niszczyć te, które zniszczyć musimy. Taka jest konieczność.

***

— No i jak poszło? — zapytał radośnie Jeff Higgins. Gdy jednak ujrzał zaciętą minę Rebeki, jego uśmiech nieco osłabł. — Aż tak źle? Wydawało mi się, że ten facet ma reputację…

Rebeka pokręciła głową.

— Był uprzejmy i czarujący. Co absolutnie nie przeszkodziło mu w wypowiedzeniu nam ni mniej, ni więcej, tylko wojny totalnej.

Głęboko wzdychając, zdjęła szal, który nosiła dla ochrony przed typową paryską mżawką. Tylko trochę przesiąkł wilgocią, rozwiesiła go więc na oparciu jednego z krzeseł w salonie domu, który poselstwo Stanów Zjednoczonych wynajęło w Paryżu. Na widok wchodzącego do pokoju Heinricha Schmidta uśmiechnęła się smutno. Majora Heinricha Schmidta, jeśli chodzi o ścisłość. Oficera dowodzącego niewielkim oddziałem żołnierzy armii amerykańskiej, którzy wraz z Jeffem i Gretchen Higginsami oraz Jimmym Andersenem towarzyszyli Rebece w jej podróży.

— Obawiam się poważnie, że już wkrótce będziecie, panowie, zarabiać na chleb.

Heinrich wzruszył ramionami. Tak samo Jeff, który — choć w trakcie tej misji miał zadanie specjalne — również służył w armii Stanów Zjednoczonych, podobnie jak jego przyjaciel Jimmy.

Kolejną osobą, która wkroczyła do pokoju, była żona Jeffa.

— No i jak się sprawy mają? — zapytała. Niemiecki akcent wciąż się przebijał przez jej swobodną, potoczną angielszczyznę.

Rebeka uśmiechnęła się nieco szerzej. Kontrast między Jeffem a Gretchen zawsze wywoływał u niej serdeczne rozbawienie. Właśnie to Amerykanie nazywali „dziwną parą” w jednej z tych elektronicznych sztuk, które wciąż mocno ją fascynowały, mimo tak wielu godzin spędzonych przed ekranem telewizora, a nawet prowadzenia własnego talk-show.

Mimo że Jeff Higgins znacznie zmężniał przez ostatnie dwa lata, odkąd niewielkie amerykańskie miasteczko zostało przeniesione do roku 1631, do centrum rozdartej wojną środkowej Europy, wciąż roztaczał wokół siebie aurę kogoś, kogo Amerykanie nazywali „maniakiem komputerowym”. Był wysoki i nadal — mimo częstych ćwiczeń — miał sporą nadwagę. Chociaż niedawno świętował swoje dwudzieste urodziny, wciąż wyglądał jak nastoletni chłopiec. Perkaty nos widniał między oczyma intelektualisty, które spoglądały na świat przez grube szkła okularów dla krótkowidzów. Trudno sobie wyobrazić mniej romantyczną postać.

Tymczasem jego małżonka…

Gretchen z domu Richter była starsza od Jeffa o dwa lata. Nie można było jej określić mianem piękności — miała wydatny nos i mocną szczękę, okazałą posturę i ramiona szersze niż u większości kobiet — jednak była na tyle urodziwa, że gdziekolwiek poszła, mężczyźni się za nią oglądali. Zaś fakt, że Gretchen była, jak to Amerykanie mawiają, „dobrze zbudowana”, tylko wzmacniał ów efekt, podobnie jak długie blond włosy, które spływały kaskadą na jej masywne ramiona.

W przeciwieństwie do Jeffa, Gretchen urodziła się tutaj. Podobnie jak Rebeka, należała do grona siedemnastowiecznych Europejczyków, których losy Ognisty Krąg związał z losami nowo przybyłych Amerykanów, wśród których obydwie kobiety znalazły mężów.

Gretchen nie zważała na swe korzenie — przyswoiła sobie światopogląd i ideologię amerykańską z zapałem i gorliwością neofitki. Chociaż prawie wszyscy Amerykanie oddani byli ideom demokracji i równości społecznej, zaangażowanie Gretchen (co nie powinno dziwić z uwagi na koszmar, przez który musiała przejść) nawet w nich samych wywoływało przerażenie.

Rebeka przypomniała sobie o tym po raz kolejny, gdy ujrzała Gretchen bawiącą się skrajem swej kamizelki, która idealnie maskowała przedmiot wiszący w futerale na jej ramieniu. Rebeka doskonale wiedziała, że to jej ukochany pistolet kaliber 9 milimetrów. Czasem kusiło ją, by zapytać Jeffa, czy jego żona także śpi z tą bronią.

Przyczyną uśmiechu Rebeki było jednak głównie to, że lubiła Jeffa i Gretchen Higginsów i bardzo mocno im sprzyjała. W przypadku Jeffa chodziło między innymi o to, że ów młodzieniec ocalił ją od pewnej śmierci z rąk chorwackiego kawalerzysty w służbie austriackich Habsburgów. Jeśli chodzi o Gretchen — pomijając fakt, że się przyjaźniły — Rebeka dobrze wiedziała, że ten bez mała fanatyzm Gretchen jest jednym z kluczy do przetrwania nowego społeczeństwa tworzonego przez nią samą i jej męża Mike’a.

***

Gretchen mogła przerażać innych, lecz nigdy nie przerażała Mike’a Stearnsa. Oczywiście nie zawsze podzielał jej zdanie — a nawet jeśli tak było, to często uważał jej metody działania za niedopuszczalne. Niezależnie od tego, jak wysoko wspiąłby się w tym nowym świecie, mąż Rebeki wciąż pozostawał tym samym człowiekiem, co zawsze: przewodniczącym związku zawodowego appalachijskich górników, którzy również mieli bolesne wspomnienia związane z uciskiem ze strony potężnych i bogatych.

— Kogo chcesz oszukać? — burknął kiedyś do Rebeki, gdy ta ze złością wyrażała się o żarliwości Gretchen, połączonej z kompletnym lekceważeniem zawiłości sytuacji politycznej. Właśnie skończyli śniadanie i Mike pomagał żonie zmywać naczynia. Choć już zdążyła się do tego przyzwyczaić, wciąż jednak urzekało ją to, że ktoś tak bardzo męski pomaga jej w kuchennych obowiązkach.

— Jak przyjdzie co do czego, jedynymi ludźmi, na których naprawdę będę mógł polegać — pomijając moich górników, nowe związki zawodowe i pewnie też nowe kółka rolnicze Williego Raya — będą Gretchen i jej popierdzielone dzieciaki.

Mike wytarł ostatni talerz i włożył go do szafki.

— Oczywiście wiadomo, że teraz jesteśmy w łaskach u Szwedów. Gustaw Adolf jest naszym przyjacielem, a kanclerz Oxenstierna pewnie też. Nie zapominaj jednak, że to jest król, a szlachcic Axel Oxenstierna jest w takim samym stopniu oddany arystokracji, w jakim Gretchen tych drani nienawidzi. Jeśli los się odwróci…