Ziemia nie do życia. Nasza planeta po globalnym ociepleniu

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


David Wallace-Wells

Ziemia nie do życia. Nasza planeta po globalnym ociepleniu


Tytuł oryginału

The Uninhabitable Earth. Life After Warming ISBN 978-83-8116-840-3 Copyright © 2019 by David Wallace-Wells All rights throughout the world are reserved to Proprietor Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., 2019 Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2019 All rights reserved Redakcja Jolanta Kusiak-Kościelska Korekta Paulina Jeske-Choińska Projekt graficzny okładki Tobiasz Zysk Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Risie, Rocce oraz mojej Mamie i Tacie

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

I. Kaskady

Jest gorzej, o wiele gorzej, niż wam się zdaje. Powolne tempo zmian klimatu to bajka, być może tak samo szkod­liwa, jak przekonanie, że nie zachodzą one w ogóle, podawana wraz z kilkoma innymi w ramach antologii wygodnych złudzeń: że globalne ocieplenie to dramat arktyczny, rozgrywający się daleko stąd; że chodzi tylko o poziom morza i wybrzeża, czyli że nie jest to wszechogarniający kryzys, nieomijający żadnego miejsca i niepozostawiający nietkniętą żadnej formy życia; że dotyczy „świata przyrody”, a nie ludzi; że oba te światy są osobne, bo dzisiaj żyjemy sobie na zewnątrz przyrody, w jakimś sensie poza nią, a przynajmniej przed nią zabezpieczeni, a nie na zawsze w jej obrębie i dosłownie przez nią przygniatani; że bogactwo może osłonić przed szalejącym ociepleniem; że spalanie kopalin jest ceną trwałego wzrostu gospodarczego; że wzrost ten i wytwarzana dzięki niemu technologia z pewnością utorują drogę wyjścia z katastrofy ekologicznej; że w długich dziejach człowieka istnieje jakaś analogia do skali czy zasięgu tego zagrożenia, dzięki czemu możemy śmiało spojrzeć mu w oczy. Ziemia była jak dotąd świadkiem pięciu masowych zagład1, z których każda była tak całkowitym wymazaniem zapisu kopalnego, że stanowiła coś w rodzaju ewolucyjnego resetu: drzewo filogenetyczne naszej planety co pewien czas rozszerzało się i kurczyło jak płuco — śmierć osiemdziesięciu sześciu procent wszystkich gatunków2czterysta pięćdziesiąt milionów lat temu; siedemdziesiąt milionów lat później siedemdziesięciu pięciu procent; po stu dwudziestu pięciu milionach lat dziewięćdziesięciu sześciu procent; pięćdziesiąt milionów lat później osiemdziesięciu procent; sto trzydzieści milionów lat potem kolejnych siedemdziesięciu pięciu procent. Prawdopodobnie czytaliście w podręcznikach do liceum, że katastrofy te były skutkami działania asteroid. Tak naprawdę wszystkie poza tą3, po której wymarły dinozaury, wiązały się ze zmianami klimatu i wytworzeniem gazów cieplarnianych. Najstraszniejsza zdarzyła się dwieście pięćdziesiąt milionów lat temu. Początkowo dwutlenek węgla rozgrzał planetę o pięć stopni Celsjusza4, potem ocieplenie spowodowało wydzielanie metanu, jeszcze jednego gazu cieplarnianego, a w końcu na Ziemi pozostała zaledwie resztka życia. W tej chwili znacznie szybciej zwiększamy ilość dwutlenku węgla w atmosferze. Szacuje się, że co najmniej dziesięciokrotnie5. Sto razy prędzej niż przed uprzemysłowieniem6. I w atmosferze znajduje się obecnie o jedną trzecią więcej dwutlenku węgla niż w ciągu ostatnich ośmiuset tysięcy7, może nawet piętnastu milionów lat8. Wtedy nie było ludzi. Oceany sięgały ponad sto stóp [30 m — przyp. red.] wyżej9.

Wielu uważa globalne ocieplenie za coś w rodzaju moralnego i gospodarczego długu, który narastał od początku rewolucji przemysłowej, a który teraz trzeba spłacić. Tak się składa, że ponad połowa dwutlenku węgla10 wydalonego do atmosfery wskutek spalania kopalnych paliw została wyemitowana w ciągu ostatnich trzydziestu lat. Co oznacza, że od chwili wydania pierwszej książki Ala Gore’a [Earth in the Balance (1992); polskie tłum. Ziemia na krawędzi (1996) — przyp. red.] o klimacie zaszkodziliśmy planecie i jej zdolności do podtrzymywania życia i cywilizacji bardziej niż we wszystkich poprzednich stuleciach, ba, tysiącleciach. Organizacja Narodów Zjednoczonych ustaliła ramy zmian klimatycznych w 1992 roku, stanowczo przedstawiając światu consensus świata nauki; znaczy to, że wyrządziliśmy tyle samo spustoszenia świadomie, co działając bezwiednie. Globalne ocieplenie może robić wrażenie długiego moralitetu, który trwa kilkaset lat i kończy się starotestamentową zemstą na prapraprawnukach winowajców, bowiem spalanie węgla w osiemnastowiecznej Anglii stało się lontem, jaki spowodował całą późniejszą eksplozję. Ale to tylko bajka o historycznych zbrodniach, uniewinniająca żyjących dzisiaj — niesłusznie. Większość tego spalania miała miejsce po premierze Kronik Seinfelda [ang. Seinfeld — amerykański sitcom emitowany od 5 lipca 1989 roku w stacji NBC — przyp. red.]. Około osiemdziesiąt pięć procent11 od końca drugiej wojny światowej. Samobójcza misja świata uprzemysłowionego toczy się w czasie jednego ludzkiego życia — nasza planeta przechodzi ze stanu pozornej stabilności nad krawędź katastrofy w okresie między chrztem czy bar micwą a pogrzebem.

Wiemy, jakie to było życie. Gdy w roku 1938 rodził się mój ojciec — wieści o Pearl Harbor i produkowane na przemysłową skalę propagandowe filmy należały do jego pierwszych wspomnień — klimat prawie wszystkim wydawał się stały. Naukowcy od kilkudziesięciu lat wiedzieli12, w jaki sposób dwutlenek węgla wydzielany przez palące się drewno, węgiel i ropę naftową może zmienić Ziemię w cieplarnię i wytrącić ją ze stanu równowagi. Ale jeszcze nie do końca, nie całkiem zrozumieli skutki, wskutek czego ocieplenie sprawiało wrażenie nie tyle stwierdzonego faktu, co mrocznej przepowiedni, która miała wypełnić się dopiero w odległej przyszłości — albo wcale. Gdy mój ojciec umierał, w 2016 roku, kilka tygodni po zawarciu desperackiego porozumienia paryskiego, klimat zbliżał się ku katastrofie, przekraczając próg stężenia dwutlenku węgla13 — czterysta części na milion w ziemskiej atmosferze, by użyć upiornie banalnego języka klimatologów — który od lat stanowił jaskrawoczerwoną linię, jaką ekolodzy malowali przed rozszalałym przemysłem, napominając: „Nie przechodzić”. Rzecz jasna nikt się nie zatrzymał: ledwie dwa lata później dotarliśmy do średniej miesięcznej wartości czterysta jedenaście14, a poczucie winy przesyca powietrze tak samo, jak dwutlenek węgla, choć wolimy nie dopuszczać do świadomości, że nim oddychamy.

To jedno życie jest także życiem mojej matki. Urodziła się w 1945 roku w rodzinie niemieckich Żydów, uciekających przed komorami gazowymi, w których palono ich krewnych, a teraz cieszy się siedemdziesiątym trzecim rokiem życia w raju amerykańskiej konsumpcji, raju żywionym przez fabryki świata rozwijającego się, który, również w czasie życia jednego pokolenia, dzięki produkcji dostał się do globalnej klasy średniej, zaznając wszystkich pokus i opartych na paliwach kopalnych przywilejów, jakie towarzyszą takiemu awansowi: elektryczności, samochodów, latania, czerwonego mięsa. Przez pięćdziesiąt osiem lat paliła papierosy bez filtra, które teraz zamawia całymi kartonami z Chin.

Jest to także czas życia wielu spośród naukowców, którzy pierwsi zwracali uwagę społeczeństwa na zmianę klimatu. Trudno uwierzyć, ale część z nich jest ciągle aktywna — w takim tempie dotarliśmy do tego cypla. Niektórzy z nich prowadzili nawet pierwsze badania za fundusze z Exxon, firmy pozywanej obecnie w szeregu spraw sądowych w poszukiwaniu winnych nieustającego narastania emisji, które, jeżeli nie zmieni się stosunek do paliw kopalnych, mogą do końca stulecia zmienić całe połacie Ziemi w obszary właściwie nie do zamieszkania przez ludzi. Taka jest droga, którą radośnie mkniemy dalej, kończąca się ponad czterostopniowym ociepleniem15 przed rokiem 2100. Są tacy, którzy przewidują, że w ten sposób całe rejony Afryki, Australii i Stanów Zjednoczonych, część Ameryki Południowej na północ od Patagonii i Azja na południe od Syberii nie będą nadawały się do mieszkania16 wskutek bezpośredniego działania ciepła, pustynnienia i powodzi. Z całą pewnością stałyby się bardzo niegościnne, podobnie jak wiele innych obszarów. To nasza droga, nasz punkt wyjścia. Skoro nasza planeta znalazła się na skraju klimatycznej katastrofy w czasie jednego pokolenia, oznacza to, że obowiązek jej uniknięcia spoczywa także na jednym pokoleniu. Wszyscy wiemy, które to pokolenie. Nasze.

Nie jestem ekologiem, nie uważam się nawet za przyrodnika. Całe życie mieszkałem w miastach, korzystając z gadżetów tworzonych przez przemysłowe łańcuchy dostaw, nad którymi się nie zastanawiam. Nigdy nie spałem pod namiotem, przynajmniej nie dobrowolnie. Co prawda zawsze uważałem, że czysta woda i czyste powietrze to dobry pomysł, jednocześnie zawsze godziłem się z myślą o istnieniu kompromisu pomiędzy wzrostem gospodarczym a kosztem dla przyrody, i w większości przypadków opowiedziałbym się raczej za wzrostem. Nie zabieram się do osobistego zabicia krowy, żeby zjeść hamburgera, ale nie mam także zamiaru przejść na weganizm. Myślę sobie zazwyczaj, że jak już znalazłem się na szczycie łańcucha pokarmowego, to mogę się tym spokojnie chełpić, bo nie mam kłopotu z przeprowadzeniem moralnej granicy pomiędzy nami a innymi zwierzętami. Co więcej, uważam za obraźliwe dla kobiet i kolorowych, że zaczyna się raptem mówić o objęciu podobną do praw człowieka ochroną szympansów, małp człekokształtnych i ośmiornic zaledwie jedno, dwa pokolenia po przełamaniu monopolu białego mężczyzny na posiadanie osobowości prawnej. Pod tym względem jestem taki, jak wielu innych Amerykanów, żyjących w okropnym samozadowoleniu i świadomym złudzeniu na temat zmiany klimatu, która jest nie tylko największym zagrożeniem w dziejach życia człowieka na Ziemi, ale też zagrożeniem zupełnie innej kategorii i skali. Bo chodzi tu o samo życie.

 

Przed kilku laty zacząłem zbierać opowieści o zmianie klimatu, często przerażające, fascynujące i niesamowite, przypominające bajki: o grupie polarników17 uwięzionych przez topniejący lód w ośrodku na wyspie zamieszkałej również przez grupę niedźwiedzi polarnych; o małym Rosjaninie zabitym przez wąglik18 wydzielany przez tające zwłoki renifera, przez wiele dziesiątków lat tkwiące w wiecznej zmarzlinie. Początkowo miałem wrażenie, że powstaje nowy gatunek alegorii. Ale zmiana klimatu to oczywiście żadna alegoria.

Poczynając od roku 2011, około miliona uchodźców z Syrii19 napłynęło do Europy wskutek wojny domowej, na której efekty nałożyły się zmiana klimatu i susza. „Moment populistyczny”, przez który przechodzi teraz cały Zachód, jest w znacznym stopniu efektem paniki wywołanej nagłym pojawieniem się tych migrantów. Prawdopodobne zalanie Bangladeszu20 grozi powstaniem co najmniej dziesięciokrotnie większej fali uchodźców, których przyjmie świat jeszcze bardziej zdestabilizowany przez chaos klimatyczny i pewnie tym mniej na nich gotowy, gdyż są ciemnego koloru skóry. Do tego dojdą uchodźcy z Afryki Subsaharyjskiej, Ameryki Łacińskiej i całej reszty Południowej Azji — według szacunków Banku Światowego do 2050 roku będzie ich sto czterdzieści milionów21, czyli ponad stokrotnie więcej niż w trakcie syryjskiego „kryzysu” Europy22.

Prognozy ONZ są bardziej pesymistyczne23: dwieście milionów uchodźców klimatycznych do 2050 roku. Dwieście milionów ludzi żyło24 na świecie w okresie rozkwitu Cesarstwa Rzymskiego. Spróbujmy sobie wyobrazić, że każdy mieszkaniec Ziemi był wówczas pozbawiony domu i musiał błąkać się przez wrogie terytoria w poszukiwaniu nowego. Zdaniem ONZ w ciągu najbliższych trzydziestu lat może spotkać nas coś o wiele gorszego: „co najmniej miliard bezbronnych biedaków25, którym pozostaje tylko walczyć albo uciekać”. Co najmniej miliard. Tyle wynosiła ludność świata zaledwie w 1820 roku, kiedy w najlepsze trwała już rewolucja przemysłowa. Co sugeruje, że lepiej może myśleć o historii nie jak o celowym pochodzie lat po osi czasu, tylko jak o pęczniejącym balonie wzrostu populacji i ludzkości, rozprzestrzeniającej się po planecie, aż do momentu niemal całkowitego jej zaludnienia. Błyskawiczne zwiększenie emisji dwutlenku węgla w ostatnim pokoleniu częściowo tłumaczy również wrażenie, iż historia gna przed siebie w coraz szybszym tempie, że wszędzie, co roku, wręcz codziennie, dzieje się tyle więcej: jest to po prostu skutek istnienia takiej liczby ludzi. Podobno piętnaście procent całego ludzkiego doświadczenia26 w dziejach jest udziałem ludzi żyjących teraz, z których każdy zostawia na Ziemi ślad węglowy.

Takie liczby są szacunkami maksymalnymi, opracowanymi przed laty przez grupy badawcze mające na celu zwrócenie uwagi na konkretne sprawy czy problemy; liczby faktyczne będą niemal na pewno niższe, a naukowcy ufają przewidywaniom wyrażanym w raczej dziesiątkach niż w setkach milionów. Ale to, że te większe liczby mieszczą się w górnych przedziałach możliwości, nie powinno wprawiać nas w samozadowolenie. Bagatelizowanie najgorszych możliwości utrudnia myślenie o skutkach bardziej prawdopodobnych, które zaczynamy uważać za skrajne scenariusze, przed którymi nie trzeba się tak skrupulatnie zabezpieczać. Szacunki przesadzone zakreślają granice tego, co może się zdarzyć, co jest prawdopodobne. Całkiem zresztą możliwe, że okażą się trafniejsze, skoro w ciągu półwiecza klimatycznego niepokoju, które już za nami, optymiści nie mieli ani razu racji.

Folder z opowieściami o klimacie pęczniał, ale bardzo nieliczne z tych informacji, nawet opartych na nowych badaniach, ogłaszanych w najbardziej renomowanych czasopismach naukowych, można było znaleźć w relacjach ze zmiany klimatu, które ludzie widzieli w telewizji bądź czytali w gazetach. Była tam oczywiście mowa o zmianie klimatu, nawet z nutką niepokoju. Za to dyskusja o możliwych skutkach sprowadzała się w zasadzie do zmienności poziomu morza. Co gorsza, relacje te były mimo wszystko optymistyczne. Jeszcze w 1997, gdy podpisywano przełomowy Protokół z Kioto, dwa stopnie Celsjusza globalnego ocieplenia uważano za próg katastrofy: zalane miasta, paraliżujące susze i fale upałów, codzienne huragany i monsuny, które nazywaliśmy kiedyś „klęskami żywiołowymi”, ale które staną się wkrótce po prostu zwykłą „złą pogodą”. Niedawno minister spraw zagranicznych Wysp Marshalla określił ocieplenie na takim poziomie innym mianem, „ludobójstwa”27.

Prawie nie istnieje szansa uniknięcia takiego rozwoju wypadków. Protokół z Kioto właściwie niczego nie zmienił: w ciągu dwudziestu lat od jego uchwalenia, pomimo wsparcia sprawy klimatu, coraz bardziej zielonego ustawodawstwa i energii, wyemitowaliśmy więcej niż przez dwadzieścia lat poprzednich. Porozumienie paryskie w 2016 roku ustaliło dwa stopnie jako cel globalny, a sądząc z gazet, ocieplenie takiego rzędu przypomina najokropniejszy scenariusz, jaki może pomieścić się w głowach ludzi rozsądnych. Ledwie po kilku latach, gdy żadne z państw uprzemysłowionych nie zbliża się nawet do celu paryskiego, dwa stopnie jawią się jako najlepszy możliwy wynik. Dalej zaczyna się cały normalny rozkład okropniejszych ewentualności28, delikatnie skrywanych przed opinią publiczną.

Ludziom opowiadającym o klimacie jakoś nie wypada brać pod uwagę tego rodzaju okropieństw i faktu, że zmarnowaliśmy szansę znalezienia się w lepszej połowie rozkładu prawdopodobieństwa. Powody są niezliczone i tak nieprzemyślane, że lepiej byłoby nazwać je impulsami. Być może nie chcemy mówić o świecie cieplejszym o ponad dwa stopnie z poczucia przyzwoitości lub zwyczajnego strachu, bądź lęku przed sianiem paniki; albo technokratycznej wiary, która jest w gruncie rzeczy wiarą w rynek; albo ze względów na interesy naszego stronnictwa; lub sceptycznego nastawienia wobec ekologicznej lewicy, które było mi zawsze bliskie; albo z braku zainteresowania losami odległych ekosystemów, także znanego mi od zawsze. Dezorientowała nas nauka, jej liczne fachowe terminy i trudne do ogarnięcia liczby, a także przeczucie, że innych też wszystko to może dezorientować.

Powoli pojmowaliśmy tempo zmian, po cichu liczyliśmy na odpowiedzialność globalnych elit i instytucji albo ślepo im wierzyliśmy, niezależnie od tego, co o nich myśleliśmy. Być może nie byliśmy w stanie uwierzyć co straszniejszym prognozom, bo dopiero niedawno usłyszeliśmy o ociepleniu, a sytuacja nie mogła pogorszyć się aż tak bardzo od pierwszej Niewygodnej prawdy [oryg. An Inconvient Truth — amerykański serial dokumentalny o zmianach klimatycznych na Ziemi z 2006 roku — przyp. red.]; albo lubiliśmy samochody i wołowinę, i w ogóle swój sposób życia, nad którym woleliśmy się za bardzo nie zastanawiać; a może czuliśmy się tak „poprzemysłowi”, że nie wierzyliśmy, że ciągle korzystamy z wyziewów kopalnych paliw. Możliwie, że jak wybitni socjopaci lepiliśmy ze złych wieści coraz bogatszy i coraz okropniejszy obraz tego, co uchodziło za „normalne”, albo że gdy patrzyliśmy za okno, wszystko wyglądało w porządku. Bo nudziło nam się pisanie i czytanie bez przerwy o tym samym, a klimat był tak globalny i przez to nieplemienny, że kojarzył się tylko z najsmętniejszą polityką. Jeszcze nie do końca rozumieliśmy, jak bardzo zniszczy nasze życie. Jak egoistom było nam wszystko jedno, czy niszczymy planetę ludziom mieszkającym w innych jej częściach i tym jeszcze nienarodzonym, którzy ze wściekłością ją po nas odziedziczą. Ponieważ zbyt mocno wierzyliśmy w teleologiczny bieg historii i strzałę postępu, by dopuścić do siebie myśl, iż łuk dziejów wygnie się w stronę czegoś innego niż ekologiczna sprawiedliwość. Bo gdy byliśmy z sobą tak naprawdę szczerzy, uznaliśmy już świat za wyścig po zasoby o sumie zerowej, w którym niezależnie od rozwoju wypadków będziemy nadal względnymi zwycięzcami, a to dzięki klasowym przywilejom i szczęściu, jakie dopisało nam w urodzeniowej loterii. Może za bardzo drżeliśmy o własną pracę i zawód, by martwić się o przyszłość pracy w ogóle; albo być może za bardzo baliśmy się robotów albo zanadto pochłonęło nas wpatrywanie się w nowe telefony. A może — pomimo łatwości apokaliptycznych odruchów naszej kultury i wpadania w popłoch w polityce — tak naprawdę skłanialiśmy się tylko ku dobrym wieściom. Zresztą, kto wie: klimatyczny kalejdoskop ma tak wiele odsłon, które zmieniają intuicję na temat spustoszenia środowiska w niepokojące samozadowolenie, że trudno objąć cały obraz niszczenia klimatu. Po prostu nie chcieliśmy lub nie mogliśmy spojrzeć w twarz naukowym faktom — a przynajmniej tego nie robiliśmy.

To nie jest książka o naukowych podstawach ocieplenia; dotyczy ona jego skutków dla naszego sposobu życia na tej plancie. Co mówi nauka? Badania te są skomplikowane, ponieważ zasadzają się na dwóch warstwach niepewności: co do przyszłego postępowania ludzi, przede wszystkim w związku z emitowaniem gazów cieplarnianych, i jak zareaguje klimat, zarówno się ocieplając, jak i przekazując nam rozmaite, bardziej złożone, a czasem nawet sprzeczne informacje zwrotne. Jednak mimo tych stref niepewności wnioski z badań są bardzo jasne, wręcz przerażająco jasne. Intergovernmental Panel on Climat Change (IPCC) przy Organizacji Narodów Zjednoczonych przedstawia wzorcowe oceny stanu naszej planety i prawdopodobnej trajektorii zmian klimatycznych — wzorcowe między innymi dlatego, że zajmuje stanowisko konserwatywne, uwzględniające jedynie nowe badania, które nie budzą już żadnych wątpliwości. Nowy raport ma pojawić się w roku 2022, ale w ostatnim stwierdza się, że jeśli szybko przedsiębierzemy coś w związku z emisjami, natychmiast wprowadzając w życie wszystkie zobowiązania złożone w Paryżu, a jeszcze nigdzie niewdrożone, prawdopodobnie czeka nas około trzy koma dwa stopnia ocieplenia29, to znaczy trzy razy więcej niż od początku industrializacji. To spowoduje niewyobrażalne i natychmiastowe zniszczenia lądolodów naszej planety30. W efekcie woda zalałaby31 nie tylko Miami i Dhakę, ale Szanghaj, Hongkong i setkę innych miast na całym świecie. Zakłada się, że ta katastrofa zaczęłaby się wraz z przekroczeniem dwóch stopni; według kilku niedawno opublikowanych badań32 nawet błyskawiczne zaprzestanie emisji dwutlenku węgla może do końca stulecia przynieść ocieplenie na taką skalę.

Lawina zmian klimatu nie kończy się z rokiem 2100 tylko dlatego, że większość modeli zwyczajowo urywa się na tym punkcie. Dlatego część badaczy globalnego ocieplenia nazywa kolejne sto lat „wiekiem piekielnym”33. Zmiana klimatu zachodzi szybko, o wiele szybciej, niż jesteśmy się w stanie zorientować; ale trwa również długo, tak długo, że przekracza to zasięg naszej wyobraźni.

W literaturze na temat ocieplenia częste są analogie z dziejów naszej planety. „Kiedy ostatnio na Ziemi było o tyle cieplej — brzmi rozumowanie — morze osiągnęło taki poziom”... Poziom morza był taki, a nie inny, ponieważ było o tyle cieplej, a dane geologiczne stanowią najlepszy znany nam model służący zrozumieniu bardzo złożonego układu klimatycznego i zmierzeniu skali szkód, jakie wynikną ze zwiększenia temperatury o dwa, cztery albo sześć stopni. Tym bardziej niepokoi, że ostatnie badania prehistorii naszej planety sugerują, iż aktualne modele klimatu mogą nawet o połowę zaniżać ilość ocieplenia34, jaka czeka nas do roku 2100. Innymi słowy, w ostatecznym rozrachunku temperatury mogą wzrosnąć nawet dwukrotnie bardziej, niż przewiduje IPCC. Po osiągnięciu paryskich poziomów emisji może czekać nas ocieplenie o cztery stopnie, co oznaczałoby zieloną Saharę i przemianę lasów tropikalnych w będącą domeną ognia sawannę35. W jednym z artykułów autorzy sugerują nawet, że ocieplenie może być jeszcze bardziej dramatyczne. Obniżenie emisji i tak może skończyć się wzrostem o cztery, pięć stopni, co ich zdaniem poważnie zagroziłoby możliwości mieszkania na całej planecie. Nazwali to „szklarnią na Ziemi”36.

Liczby te są tak małe, że mamy tendencję do ich bagatelizowania: jeden, dwa, cztery, pięć. Pamięć i doświadczenie nie uczą, jak powinniśmy wyobrażać sobie te progi, chociaż — podobnie jak w przypadku światowych wojen czy nawrotów raka — nie chcemy oglądać nawet jednego stopnia. Przy dwóch zacznie się rozpad lądolodów37, kolejne czterysta milionów ludzi38 dotknie niedobór wody, w większych miastach strefy równikowej nie będzie można żyć. Fale upałów na północnych szerokościach geograficznych będą co roku latem przynosić tysiące ofiar. Liczba skrajnych fal upałów w Indiach wzrośnie trzydzieści dwa razy39, a każda będzie pięciokrotnie dłuższa i dotknie dziewięćdziesięciotrzykrotnie większej liczby osób. Przy trzech stopniach na południu Europy zapanuje nieustająca susza, przeciętna susza w Ameryce Środkowej trwać będzie dziewiętnaście miesięcy, a na Karaibach trzydzieści jeden miesięcy dłużej. W północnej Afryce trwałaby sześćdziesiąt miesięcy dłużej, czyli pięć lat. Spalony co roku obszar w pożarach traw i lasów nad Morzem Śródziemnym podwoiłby się, a w Stanach Zjednoczonych byłby co najmniej sześciokrotnie większy. Przy czterech stopniach liczba corocznych zachorowań na dengę w samej Ameryce Łacińskiej wzrosłaby o osiem milionów40, osiągając poziom podobny do żniwa globalnych kryzysów żywnościowych. Byłoby dziewięć procent więcej zgonów związanych z upałami41. Zakres szkód powodziowych w Bangladeszu zwiększyłby się trzydziestokrotnie, w Indiach dwudziestokrotnie, a w Zjednoczonym Królestwie być może nawet sześćdziesięciokrotnie. Mogłoby dochodzić do sześciu różnych klęsk żywiołowych o podłożu klimatycznym jednocześnie, ich straty mogłyby przekroczyć sześćset trylionów dolarów — dwukrotność aktualnej wartości majątku na całym świecie. Dochodziłoby do dwa razy większej liczby wojen i konfliktów.

 

Nawet jeżeli uda się skończyć z ociepleniem poniżej dwóch stopni w roku 2100, będziemy mieli atmosferę, która zawiera pięćset części na milion dwutlenku węgla, a może więcej. Kiedy doszło do tego ostatnim razem42, przed szesnastoma milionami lat, na naszej planecie nie było o dwa stopnie, tylko od pięciu do ośmiu stopni cieplej, wskutek czego poziom morza podniósł się o około sto trzydzieści stóp [40 m — przyp. red.], co oznaczałoby, że linia wybrzeża USA przesunęłaby się na zachód aż do autostrady I-95. Część tych procesów zachodzi na przestrzeni tysięcy lat, lecz są nieodwracalne, czyli w zasadzie trwałe. Można by mieć nadzieję na proste odwrócenie zmian klimatu, ale to niemożliwe. One wyprzedzą nas wszystkich.

Zmiana klimatu jest jednym ze zjawisk, które teoretyk Timothy Morton nazywa „hiperobiektami”43 — faktami konceptualnymi tak wielkimi, że nie sposób ich porządnie pojąć, podobnie jak Internetu. Wiele cech zmiany klimatu — jej wielkość, zakres, brutalność — spełnia te kryteria. Razem wzięte, stawiają ją może w jeszcze wyższej i mniej zrozumiałej kategorii poznawczej. Ale to chyba czas najbardziej wymyka się rozumieniu: najgorsze konsekwencje dotrą do nas po tak długim okresie, że odruchowo lekceważymy ich realność.

A przecież to te konsekwencje kpić będą z nas i naszego poczucia rzeczywistości. Ekologiczne dramaty, które uruchomiliśmy wykorzystaniem gruntów i paliw kopalnych — przez pierwsze stulecie dość powolne, bardzo szybkie przez kilkadziesiąt lat — będą rozgrywać się przez całe tysiąclecia, ba, przez okres dłuższy niż istnienie ludzkości. Aktorami w nich będą po części stworzenia i środowiska, których jeszcze nie znamy, a które na scenę świata wypchnie ocieplenie. Tak więc, kierowani poznawczym wygodnictwem, postanowiliśmy rozpatrywać zmianę klimatu tylko w obrębie bieżącego stulecia. Według ONZ do 2100 roku czeka nas ocieplenie o około cztery i pół stopnia44 przy utrzymaniu obecnych trendów. Czyli oddalimy się od drogi paryskiej bardziej, niż ona sama oddalona jest od dwustopniowego progu katastrofy.

Jak zauważyła Naomi Oreskes45, nasze modele zawierają zbyt dużo niepewności, żeby oparte na nich przewidywania traktować jak świętą prawdę. Z samego wielokrotnego ich odtwarzania46, jak to czynią Gernot Wagner i Martin Weitzman w książce Climate Shock, wynika jedenastoprocentowa szansa przekroczenia sześciu stopni. W swoich ostatnich pracach laureat Nagrody Nobla William Nordhaus47 zaznacza, że szybszy od przewidywanego wzrost gospodarczy równa się ponad trzydziestoprocentowemu prawdopodobieństwu emisji wyższych niż według ONZ-owskiego najgorszego możliwego scenariusza „rutynowego”. A to oznacza wzrost temperatury o co najmniej pięć stopni.

Na górnym krańcu rozkładu prawdopodobieństwa zdarzeń w ramach stworzonego przez ONZ scenariusza rutynowego — przy najgorszym możliwym wyniku najgorszego trendu emisji — na koniec wieku dochodzimy do ośmiu stopni. Przy takiej temperaturze ludzie w strefie równikowej48 i zwrotnikowej nie przeżyliby pod gołym niebem.

W takim świecie, o osiem stopni cieplejszym, bezpośrednie skutki gorąca byłyby najmniejszym zmartwieniem: oceany podniosłyby się w końcu o dwieście stóp [prawie 61 m — przyp. red.]49, zalewając dwie trzecie największych obecnie miast na świecie50; na Ziemi nie pozostałyby właściwie grunty51 zdolne do efektywnej produkcji znanego nam dzisiaj pożywienia; przez lasy przetaczałyby się pożary, na wybrzeża spadałyby coraz gwałtowniejsze huragany; duszny kaptur tropikalnych chorób posunąłby się na północ52 i nakrył część Ziemi zwaną dziś Arktyką; prawdopodobnie na jednej trzeciej naszej planety nie dałoby się mieszkać ze względu na bezpośrednie działanie słońca; a to, co dzisiaj jest nieznośnymi suszami i falami upałów dosłownie bez precedensu, stałoby się codziennością tego, co pozostałoby z ludzkości.

Niemal na pewno nie dojdzie do ocieplenia o osiem stopni; kilku autorów zwracało niedawno uwagę, że klimat jest tak naprawdę mniej czuły na emisje53, niż nam się wydawało, i nawet idąc górnym poboczem drogi rutynowej, doszlibyśmy w okolice pięciu stopni, a najprawdopodobniej do około czterech. Ale pięć stopni nie mieści się w głowie tak samo, jak osiem, a cztery też wygląda niewiele lepiej: na całym świecie nieustanny niedobór żywności54, w Alpach sucho jak w górach Atlas.

Scenariusz ten od znanego nam dziś świata oddziela tylko otwarta kwestia ludzkiej reakcji. Pewien zakres dalszego ocieplenia jest już nieunikniony, a to dzięki rozciągniętym w czasie procesom przystosowywania się naszej planety do gazów cieplarnianych. Ale wszystkie z możliwych dróg — do dwóch, trzech, czterech, pięciu, nawet ośmiu stopni — zostaną przede wszystkim wytyczone przez nasze obecne wybory. Przed czterema stopniami uratować nas może tylko własna wola zmiany postępowania, której na razie jakoś nie okazujemy. Ze względu na wielkość i ekologiczne zróżnicowanie Ziemi; ponieważ ludzie udowodnili, że są gatunkiem zdolnym do adaptacji, a zdolność ta przyda się przy eliminowaniu śmiertelnego zagrożenia; jako że druzgocące skutki ocieplenia niebawem staną się zbyt skrajne, by można je dalej ignorować albo im zaprzeczać, o ile jeszcze się takie nie stały. Ze wszystkich tych powodów zmiana klimatu raczej nie przekształci naszej planety w miejsce zupełnie nie do życia. Ale jeśli nie zrobimy niczego z emisjami dwutlenku węgla, jeśli przez kolejne trzydzieści lat działalność przemysłowa będzie narastać tak samo, jak przez ostatnie trzy dekady, w wielu regionach już pod koniec stulecia nie da się żyć na dzisiejszym poziomie.

Kilka lat temu E. O. Wilson wysunął określenie „pół Ziemi”55, które ma nam pomóc w obmyślaniu sposobów na przystosowanie się do zmian klimatu, pozostawieniu przyrodzie połowy planety, gdzie mogłaby dochodzić do siebie, i zamknięciu ludzkości na drugiej, nadającej się do życia połowie. Część zdatna do życia może okazać się mniejsza, i to bardzo, i nie z naszego wyboru. Książka nosi podtytuł Walka naszej planety o życie. W dłuższej perspektywie czasowej możliwe są jeszcze bardziej ponure skutki: zmrok nad planetą, na której dogasa ludzkie życie.