Ziarno i krew

Tekst
Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Trzęsienia ziemi i najazdy wandali różnej maści obróciły klasztor Szymona Słupnika w stertę kamieni. Z mgły i deszczu wyłaniały się resztki filaru, na którym stał święty, schody dla wiernych, ławy ustawione przodem do kolumny – to ona, a nie ołtarz były centralnym miejscem tego ośrodka średniowiecznej duchowości.

Mokliśmy, stojąc w stawie wypełnionym deszczówką wśród średniowiecznych kamieni, ale nagle pojawiła się przed nami dziwna konstrukcja, coś jakby dźwig na szczycie Cudownej Góry. To jednak nie był dźwig, a ogromny wiatrak. I jeszcze jeden, i kolejny, cały gąszcz wiatraków. Przestało padać, mgła podniosła się na tyle, że mogłem dojrzeć okoliczne wzgórza.

Mons Mirabilis została opanowana przez wiatraki. W czasach Szymona niejeden stylita padał ofiarą pioruna, co zresztą uznawano za dowód nieznanych wcześniej heretyckich skłonności albo zbyt wątłej wiary trafionego. Miejsce nieszczęśnika zajmował następny, w krajobrazie nie było pustych miejsc. Dziś na szczycie Mons Mirabilis jesteśmy bezpieczni, gniew piorunów zbierają stalowe monstra przerabiające wiatr na prąd. Religijny mit został zastąpiony przez politycznie poprawny ideał energii odnawialnej.

Z Cudownej Góry jedziemy do ostatniej ormiańskiej wioski w Turcji. Vakıflı Köyü leży na zboczu Musa Dagh, czyli Góry Mojżesza, która była miejscem legendarnej bitwy stoczonej przez Ormian z armią osmańską. W 1915 roku Ormianie z sześciu okolicznych wiosek przeznaczonych do deportacji uciekli na wzgórze i przez pięćdziesiąt trzy dni odpierali ataki Turków. Na koniec oblężenia zdesperowani obrońcy wywiesili na jednym z drzew flagę z napisem: „Chrześcijanie w potrzebie. Ratujcie”. Francuzi, których okręt stacjonował w pobliskiej zatoce, dostrzegli wezwanie i uratowali mężnych Ormian. Ewakuowano ich do Port Saidu, a w 1918 roku, gdy Francja rozpoczęła okupację prowincji Hatay, wrócili do swoich domów. Po przejęciu Antiochii i okolic przez Turków w 1939 roku mieszkańcy sześciu wiosek wyemigrowali do Libanu, ale ci z Vakıflı postanowili zostać. Dziś we wsi mieszka około stu trzydziestu Ormian. Ich piękne, wyremontowane domy otoczone są wspaniałymi gajami pomarańczowymi.

– Nikt nie zbiera tych pomarańczy, bo ich jest za dużo. Nie opłaca się – tłumaczy Fahri.

Kościół jest nieczynny, ale znajduję grupę mieszkańców w sklepie, obok którego mieści się wiejska sala spotkań. Właściciel rozpala w piecu, przygotowuje herbatę. Jestem wśród potomków Ormian, którzy zapisali najbardziej heroiczną kartę w historii swojego narodu. Dziś stali się turecką wersją północno­amerykańskich Indian – ocaleni z rzezi, stanowią idealne alibi dla tureckiego rządu. Modlą się w lokalnym kościele, księdza co prawda na stałe nie mają, bo mieszka w pobliskim İskenderun, ale przyjeżdża regularnie raz w tygodniu. To wystarczy, bo chętnych do modlitwy zbyt wielu nie ma. Szkołę zmieniono co prawda w bed and breakfast, ale cmentarz został, Ormianie chowają tu swoich zmarłych. Władze nie skąpią grosza na remonty dróg, działalność kulturalną i biznesową.

– Tak, dziadek walczył w obronie wioski – mówi Harobet Bebek. – Ale nie bardzo pamiętam szczegóły. To historia, przeszło, poszło.

Harobet ma sześćdziesiąt siedem lat, mieszka w Vakıflı całe życie.

– Nie mamy żadnych problemów, nikt nas do niczego nie zmusza, nie czujemy się przez nikogo odrzuceni. Najlepszym dowodem, że dobrze żyjemy z Turkami, są nasze mieszane małżeństwa.

Opowiada mi o swojej córce, która wyszła za mąż za sołtysa i jest szczęśliwa. Wnuk jeszcze nie wie, czy zostanie we wsi, czy tak jak większość młodych wyjedzie do Stambułu, a stamtąd dalej, na Zachód. Drugi wnuk mieszka w Stambule. Wykupił się od wojska za osiemnaście tysięcy lir, co jest często spotykaną praktyką. Jeśli cię stać, możesz nie iść do armii.

Pytam, czy mówią w domu po ormiańsku.

– Mamy własny dialekt, inny niż w Armenii. Człowiek jest wart tyle, ile zna języków – mówi Harobet poważnie. – Ja znam arabski, ormiański, turecki. Dzieci nie mówią po ormiańsku, ale to nasza wina, dorosłych, bo za mało z nimi rozmawiamy. Telewizję turecką oglądają, przy komputerze siedzą, a tam przecież nie po ormiańsku, tylko po turecku.

Pytam, czy czuje się samotny, czy nie brak mu innych Ormian w okolicy. Harobet mówi, że nie rozumie pytania.

– Jak mogę być samotny, skoro mam rodzinę i sąsiadów? – pyta. – To nasze życie wcale nie jest takie smutne, jak się wydaje przyjezdnym. Siedzimy w kawiarni albo idziemy do kościoła, albo pracujemy przy pomarańczach.

Spotykamy się w okresie ormiańskiego Bożego Narodzenia.

– Czy młodzi chodzą do kościoła? – pytam.

– Rzadko. Staramy się zachować tradycję, ale nie zawsze się udaje. Na przykład w środę przyjedzie ksiądz na Boże Narodzenie i wszyscy pójdą na mszę. Powinien być we wtorek, bo Boże Narodzenie we wtorek wypada, ale wtedy akurat jest w İskenderun. W środę na pewno przyjedzie. Trzeba się dostosowywać.

Bebek nie jest nazwiskiem rodowym mojego rozmówcy. Wcześniej nazywał się Bebekjan.

– Teraz niektórzy wracają do swoich starych nazwisk ormiańskich. Już nam wolno, ale ja nie wracam.

– Dlaczego?

– A co za różnica, jak brzmi moje nazwisko? I tak wiadomo, kim jestem.

Sołtysem wsi jest Berç Kartun:

– Latem dołącza do nas trzystu, może czterystu dodatkowych mieszkańców, głównie z Niemiec – mówi sołtys. – Mieszkają pół roku u nas, pół roku w Niemczech. Większość młodych wyjeżdża, zostaje nie więcej niż dziesięć procent, ci, którzy nie chcą dalej się uczyć. Dobrze, że zostają, to oni przejmą te wspaniałe gaje pomarańczowe, mandarynkowe, cytrynowe.

Pytam, czy jego zdaniem to ważne, by wioska pozostała ormiańska.

– To jest szczególne miejsce, bo przecież nasi przodkowie bili się tutaj, na Górze Mojżesza. Trzeba o nie dbać. Teraz pomagają nam Turcy, ale tylko czas pokaże, czy uda się uchronić je przed upadkiem, nasze dzieci zdecydują.

W drodze powrotnej jedziemy przez Habriye, czyli antyczną Dafne, miejsce, gdzie według legendy zapisanej przez Owidiusza w Przemianach piękna nimfa, pierwsza miłość Apollina, chroniła się przed jego zakusami. Trafiona przez Erosa strzałą niechęci do Apollina, błagała swojego ojca Penejosa, aby pozbawił ją urody. Ojciec nie zniszczył jednak piękna córki, tylko zmienił ją w drzewo wawrzynu. Seleukos I zbudował w tym miejscu świątynię Apollina, wokół której powstał potężny antyczny ośrodek wypoczynkowy ze stadionem i teatrami. Bogaci mieszkańcy Antiochii kupowali tu wspaniałe wille i ta tradycja utrzymała się do dzisiaj.

Dziś te okolice to również światowe centrum produkcji liści laurowych, a Habriye jest podmiejskim uzdrowiskiem, do którego w weekendy zjeżdżają mieszkańcy Antiochii, aby w cieniu drzew popijać herbatę w ogrodach i kawiarniach porozrzucanych w dolinie.

Zimą nie ma prawie nikogo. Cudem udaje nam się przejechać drogą, która coraz bardziej przypomina rwący potok. Fahri jednak zawsze znajduje bezpieczny objazd. Przemykając między strumieniami wody zalewającej drogę, opowiada o swojej żonie Ormiance.

W 1915 roku dziadek Suzan został zaadoptowany przez rodzinę muzułmańskich Kurdów, bo jego biologiczni rodzice zostali zamordowani. Kiedy dorósł, żadna panna nie chciała za niego wyjść, bo i tak wszyscy wiedzieli, że jest Ormianinem, więc ożenił się z Ormianką. Mieli dzieci, te też pobrały się zgodnie z wyznaniem i Suzan, żona Fahriego, jest stuprocentową Ormianką. Pytam Fahriego, czy warto mówić w Turcji o historii Ormian.

– Pewnie, że warto. Ale co było, minęło. Dziś w tym kraju każdy może żyć, jak chce.

Wieczorem spotykam ojca Domenico Bertogliego, włoskiego kapucyna z Modeny, który od ponad dwudziestu lat mieszka w Antiochii, kieruje katolickim kościołem pod wezwaniem Świętych Apostołów Piotra i Pawła. W mieście mieszka dziś nie więcej niż tysiąc chrześcijan, głównie wyznawców Greckiego Kościoła Prawosławnego. Katolików jest około stu. Pytam ojca Domenico, czy ta wspólnota przetrwa.

– Nie wiem. Jedno wiem, że wszystko, co się dzieje, to wina Amerykanów. Twierdzą, że przynoszą wolność i co? Widać, jaką wolność przynieśli Irakowi i Syrii. My co prawda nie czujemy tej wojny na co dzień, ale wystarczy iskra, żeby coś wybuchło. W mieście i okolicach tradycyjnie żyje dużo alawitów z klanu Asada[9]. Uchodźcami są głównie sunnici i kiedy jedni znajdą się obok drugich, konflikt wisi w powietrzu. W okolicach Antiochii są trzy obozy dla uchodźców, oni tu często zjeżdżają. Mieliśmy kilka poważnych awantur, nawet zabójstw.

Ojciec Domenico oprowadza mnie po kościele. Na ścianach wiszą ikony świętych związanych z Antiochią: Paweł, Łukasz Ewangelista, Piotr, Barnaba, Jan Chryzostom, największy orator swoich czasów. Na jednym z fresków zaznaczono na mapie podróże misyjne świętego Pawła.

– To tutaj zaczęła się historia chrześcijaństwa. Tutaj Barnaba i Paweł założyli pierwszą nieżydowską wspólnotę chrześcijan, tutaj przybył Piotr, tutaj powstała Ewangelia Mateusza. I do dziś mieszkają tu potomkowie apostołów i pierwszych chrześcijan.

Wśród innych fresków ojciec Domenico wskazuje malowidło przedstawiające Zwiastowanie i Archanioła Gabriela.

– Postać Gabriela to ukłon w stronę muzułmanów. Często przychodzą do nas Turcy – mówi.

– Ale oni nie wierzą w Niepokalane Poczęcie, to dla nich bluźnierstwo.

– My się nie spieramy. Mamy swoją wiarę, niech inni zostaną przy swojej. Nie jestem tu po to, żeby się spierać, tylko żeby prowadzić dialog. Z udziałem chrześcijan, pielgrzymów, również Turków. Codziennie przychodzą do naszego kościoła.

– Dlaczego przychodzą?

– Każdy powód jest dobry. Niektórzy dziwią się, że ciągle tu jesteśmy, i chcą zobaczyć, co robimy. Zjawiają się też Grecy, dla których msza w ich katedrze jest za długa. U nas jest krócej.

 

– I to też dobry powód?

– A kim ja jestem, żebym to oceniał? Jeśli przychodzą, to ich przyjmuję.

6 stycznia, Antiochia, Urfa

Pobudkę mamy już o piątej rano, ale nie budzą nas dzwony katolickiego kościoła ani ortodoksyjnej katedry, tylko azan imama. Nawet jeśli dziś wypadają prawosławne Boże Narodzenie i katolickie Święto Trzech Króli. Jesteśmy w Turcji.

Rano, jeszcze przed odjazdem do Urfy, mamy pójść do Groty Świętego Piotra. Dzień wcześniej nas nie wpuszczono, bo był poniedziałek, a w poniedziałki wszystkie muzea są zamknięte. Również w Turcji.

Fahri dowozi nas pod grotę, a tam stoi strażnik nocny, któremu jest bardzo przykro, ale znów nie może nas wpuścić. Nie może, bo musiałby sprzedać bilet, a nie ma takich uprawnień. Fahri tłumaczy, że wszędzie są kamery i jeśliby nas wpuścił niezgodnie z regulaminem, to straciłby pracę. Kasjer przychodzi dopiero o wpół do dziewiątej. O tej godzinie powinniśmy już być na dworcu autobusowym.

Fahri jest jednak wytrawnym opiekunem. Wyjaśnia strażnikowi, że jesteśmy gośćmi klasy VIP, wręcza mu dwadzieścia lir i wchodzimy do środka. Pewnie będziemy jedynymi turystami tego dnia.

Jestem w miejscu, w którym dwa tysiące lat temu modlili się Piotr, Paweł, Łukasz, Barnaba. To nie jest replika, to naprawdę tutaj się zaczęło. Dzisiaj grota wygląda jak kościół, są tu ołtarz, kamienny tron, pozostałości fresków i mozaik. Krzyżowcy, którzy rządzili Antiochią od 1098 do 1268 roku, rozbudowali grotę, dodali dwa łuki łączące dawną część z nową fasadą. W czasach Piotra, Pawła i Barnaby była to po prostu wykuta w skale wnęka, w której spotykali się chrześcijanie na modlitwę. Po lewej stronie od ołtarza przetrwało wejście do tunelu, którym chrześcijanie uciekali w wypadku zagrożenia, po prawej kamienny zbiornik na wodę spływającą ze skał. Do niedawna pielgrzymi wynosili ją wiadrami, wierząc, że posiada cudowne właściwości, ostatnio wskutek ruchów tektonicznych zbiera się jej coraz mniej.

Stoję o świcie w pustej grocie. Stąpam po kamieniach, które pamiętają początki nowożytnej ery. Potężne symbole zwykle bledną w zetknięciu z rzeczywistością, proza życia pozbawia je wzniosłości. Pozostają zwykłą materią, ukruszonym kamieniem albo paroma pociągnięciami pędzla na wyblakłej ścianie. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu mogły być żywym odniesieniem do tajemnicy wiary i budowanej wokół niej wspólnoty. Dziś tajemnica nie pociąga, wspólnota zanika. Zostają muzea i zwiedzający.

Po sześciogodzinnej podróży autobusowej wieczorem dojeżdżamy z Agatą do Urfy. Taksówkarz rekomenduje hotel, który, o dziwo, okazuje się tani, elegancki i centralnie położony. Podróżowanie autobusem w Turcji to przyjemność, nie czuję zmęczenia, więc decyduję się na wieczorny spacer pod cytadelę – najważniejszy punkt miasta.

Turecka Şanlıurfa, osmańska Urfa, grecka Edessa, biblijne Ur – pierwsze miasto założone po Potopie, miejsce narodzin Abrahama i Hioba. Dziś co prawda badacze są bardziej skłonni sytuować je w południowym Iraku, jednak biblijne odniesienie przetrwało.

Urfa to także pierwsze miasto, które przyjęło chrześcijaństwo. Według tradycji syryjski król Urfy Abgar został nawrócony na chrześcijaństwo przez Judę Tadeusza, jednego z siedemdziesięciu dwóch uczniów Chrystusa. Abgar zachorował na trąd, usłyszał o uzdrowicielu z Judei i wysłał swojego sługę, by sprowadził Mistrza. Ten jednak nie zdążył spełnić prośby Abgara, ponieważ wkrótce miał zginąć, ale po Zmartwychwstaniu wysłał doń Tadeusza, który przekazał królowi list od Chrystusa. Zbawiciel obiecał, że miasto przetrwa do końca świata.

Od VI wieku legenda ta w nieco zmodyfikowanej wersji głosi, że Abgar poprosił Jezusa o portret. Posłaniec nie był jednak w stanie namalować oblicza Mistrza, więc ten przyłożył do swojej twarzy chustę i na niej odbił się jego portret „nie ludzką ręką uczyniony”. Od XII wieku portret ten nazywany jest mandylionem. Przez stulecia cudowna chusta z wizerunkiem Chrystusa wpisanym w nimb krzyżowy, zdobiona greckim napisem „Jestem, który Jestem”, chroniła Edessę przed najazdami Persów i Arabów. W X wieku trafiła do Konstantynopola. Nie wiadomo, co się stało z mandylionem po zdobyciu i splądrowaniu Konstantynopola przez krzyżowców w 1204 roku.

Od powstania Cesarstwa Wschodniego Edessa była miastem granicznym między cywilizacją bizantyńską a perską. Jak każde pogranicze, była terenem nieustannych wojen i podbojów, ale także ośrodkiem sztuki i wymiany myśli. Przez nią docierały do Bizancjum najważniejsze księgi hinduizmu i buddyzmu, w mieście uczyli Persowie, Grecy, Aramejczycy. Już w połowie II wieku założono tu słynną na cały antyczny świat szkołę teologiczną. To w niej rozwinął się nestorianizm – doktryna, według której Chrystus miał dwie natury, ludzką i boską – uznany za herezję przez sobór powszechny w Efezie w 431 roku. Niezgodność z nauką Kościoła stała się zresztą przyczyną zamknięcia szkoły i przeniesienia jej uczniów w połowie V wieku do Nisibis, dziś tureckiego Nusaybin.

Swoją świetność akademia przeżyła po 363 roku, gdy kierował nią Efrem Syryjczyk, święty, największy poeta wczesnochrześcijański, nauczyciel, egzegeta biblijny, a przede wszystkim autor niezliczonych poematów na temat Chrystusa i Maryi, twórca hymnów liturgicznych, które do dziś wykorzystywane są w liturgii aramejskiej. Ponoć jego dorobek poetycki liczył trzy miliony wersów. Efrem, o przydomku „Cytra Ducha Świętego”, był niezłomnym obrońcą chrześcijańskiej ortodoksji, jednak ani żarliwość jego wiary, ani rodzący się ruch monastyczny, pałający nienawiścią wobec herezji, nie powstrzymywały licznych sekt, które właśnie w Edessie znajdowały rzesze wyznawców. Oparte na gnozie ruchy kwestionowały zachowawcze ustalenia ortodoksji, wyrywały się z ram ostrożnie budowanej dogmatyki Kościoła i prezentowały egzystencję człowieka jako nieustanne cierpienie, z którego wyzwolenie daje tylko właściwe rozpoznanie swojego duchowego powołania.

Do wyboru było mnóstwo propozycji. Uczniowie filozofa, poety i astrologa Bardesanesa głosili na przykład, że dusza ludzka składa się z rozumu, siły i ducha, które wraz z powietrzem, ogniem i światłem dały początek trzystu sześćdziesięciu światom, a ciało ludzkie zawiera elementy planetarne. Bazylidianie uważali, że ofiarą ukrzyżowania został przez pomyłkę Szymon Cyrenejczyk. Jezus, naśmiewając się z ukrzyżowanego, miał wrócić do nieba. Mesalianie, zwani też euchitami, sądzili, że wskutek grzechu Adama diabeł zamieszkał w duszy każdego człowieka. Odrzucali sakramenty, nie przywiązywali wagi do liturgii, uważali, że nawet bez Bożej interwencji człowiek może dojść do poznania Boga przez ascezę i modlitwę.

Wiele sekt odrzucało Stary Testament w całości. Najdalej szli kainici, którzy uważali, że jest on po prostu dziełem Szatana. Logicznie wynikało z tego, że postaci Starego Testamentu były sługami Zła, a sługi Zła są dziećmi najwyższego Boga. Ideałem i wzorem do naśladowania był dla kainitów nie tylko Kain, ale też Nabuchodonozor; szczególnym szacunkiem cieszył się wąż z Edenu.

Marcjonici uznawali co prawda, że człowiek został stworzony przez Boga Starego Testamentu, ale co z tego, skoro ten sam Bóg dopuścił, by Jego dzieło czekała śmierć za nieposłuszeństwo Prawu? Na szczęście obok starotestamentowego złego demiurga istnieje też Bóg dobry, który zlitował się nad człowiekiem, oznajmiając przez Jezusa Chrystusa odpuszczenie grzechów bez żadnej kary.

Karpokratianie, odłam marcjonitów, opowiadali się za wspólnotą wszystkich dóbr, a nawet kobiet. Dla odmiany kasjanici, odprysk walentynianów, innej silnej sekty gnostyckiej, uznawali za ideał życie eunucha, w związku z czym głosili pochwałę zupełnej wstrzemięźliwości seksualnej.

I tak dalej, i tak dalej…

W Edessie przez kilka pierwszych wieków po Chrystusie każdy odłam chrześcijaństwa znajdował swoich wyznawców. Im bardziej sekta była skomplikowana, tajemnicza i obrazoburcza, tym silniej oddziaływała na wyobraźnię. W tamtym czasie losy ortodoksji nie były przesądzone. Dziś manichejczyków czy walentynian nazywamy heretykami, ale kto mógł o tym wiedzieć tysiąc sześćset lat temu?

Nic nie zostało z chrześcijańskiej tradycji Edessy ani z jej tradycji heretyckich. Ostatni Ormianie i Asyryjczycy, potomkowie chrześcijan, którzy tworzyli intelektualną i materialną potęgę miasta, zostali wymordowani albo wygnani w latach 1915–1916. Nie ma tu żadnego czynnego kościoła.

Nie ma też w Urfie heretyków, lokalni mieszkańcy należą do najbardziej konserwatywnych wyznawców islamu w Turcji. Wybory wygrywa od lat rządząca Partia Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP).

Wieczorem w parku pod cytadelą było kompletnie pusto, tylko kilka osób kręciło się wokół owianych legendą, pięknie oświetlonych stawów. Po jednej stronie głównego stawu znajduje się cmentarz muzułmański, na którym został pochowany jeden z wielkich muzułmańskich nauczycieli Said Nursî, po drugiej cudownie oświetlony meczet Halil-ur Rahman pochodzący z XIII wieku. Chwilę postałem przy stawie, ale karpie, o których tak wiele słyszałem, najwyraźniej poszły spać. Postanowiłem wrócić do nich rano, a tego dnia wstąpić jeszcze do Wielkiego Meczetu, w którym, jak głosi tradycja, urodził się Abraham.

Przy wejściu zdjąłem buty, przecisnąłem się przez niski kamienny łuk i stanąłem przed szybą oddzielającą wiernych od groty, obok dwóch mężczyzn recytujących wersety Koranu.

Ponoć przed przyjściem na świat Abrahama wyrocznia przepowiedziała królowi Nimrodowi, że wkrótce narodzi się dziecię, które w przyszłości pozbawi go władzy. Nimrod, prawnuk Noego i wyznawca pogańskich bóstw, kazał zabić wszystkie niemowlęta, jednak matka Abrahama schroniła się w jaskini, gdzie urodziła syna. Potem mamka proroka, Maraha, przebywała z nim w grocie przez siedem lat. Nie rozpalała ognia, żeby dym nie zdradził ich kryjówki. Odżywiali się surowym mięsem, do którego Maraha dodawała bulgur, czyli suszoną pszenicę. W ten sposób powstał jeden z lokalnych przysmaków, czyli kotlety z surowego mięsa nazywane szisz köfte.

W ten deszczowy wieczór w Urfie otwarte były małe warsztaciki, pracownie szewskie, krawieckie, sklepy i cukiernie – prowincjonalnych tureckich miast nie wchłonęły jeszcze międzynarodowe korporacje i sieciówki.

Szedłem główną ulicą i coś mi nie pasowało, choć nie do końca wiedziałem co i dlaczego.

Tak, eureka! Nie ma kobiet, na ulicy są sami mężczyźni. Kobiety nie wychodzą z domów w takim mieście jak Urfa, zwłaszcza wieczorem.

Szisz köfte w Urfie okazało się średniej jakości. Nie to, co restauracja Leban w Antiochii z poprzedniego wieczora. Tam był tymianek z czosnkiem i hummus z masłem, najlepszy, jaki jadłem z życiu, palce lizać, a wszystko z widokiem na grecką katedrę. W Urfie – tylko zwykły kebab.