Biało-czerwonyTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W serii ukazały się ostatnio:

Anna Sulińska Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u

Anjan Sundaram Złe wieści. Ostatni niezależni dziennikarze w Rwandzie

Ilona Wiśniewska Hen. Na północy Norwegii

Mur. 12 kawałków o Berlinie pod red. Agnieszki Wójcińskiej (wyd. 2 zmienione)

Iza Klementowska Szkielet białego słonia

Piotr Nesterowicz Każdy został człowiekiem

Dariusz Rosiak Żar. Oddech Afryki (wyd. 2 zmienione)

Anna Mateja Serce pasowało. Opowieść o polskiej transplantologii

Linda Polman Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy

humanitarnej (wyd. 2)

Scott Carney Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci (wyd. 2)

Misha Glenny Nemezis. O człowieku z faweli i bitwie o Rio

Adam Hochschild Lustro o północy. Śladami Wielkiego Treku

Kate Brown Plutopia. Atomowe miasta i nieznane katastrofy nuklearne

Drauzio Varella Klawisze

Piotr Lipiński Cyrankiewicz. Wieczny premier

Mariusz Szczygieł Gottland (wyd. 3 zmienione)

Maciej Czarnecki Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym

Zbigniew Parafianowicz, Michał Potocki Kryształowy fortepian. Zdrady i zwycięstwa Petra Poroszenki

Paweł Smoleński Wieje szarkijja. Beduini z pustyni Negew

Albert Jawłowski Milczący lama. Buriacja na pograniczu światów

Lidia Pańków Bloki w słońcu. Mała historia Ursynowa Północnego (wyd. 2)

Mariusz Szczygieł Niedziela, która zdarzyła się w środę (wyd. 3)

Aneta Prymaka-Oniszk Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy (wyd. 2)

Wojciech Górecki Toast za przodków (wyd. 2)

Jonathan Schell Prawdziwa wojna. Wietnam w ogniu

Wojciech Górecki Planeta Kaukaz (wyd. 3)

Janine di Giovanni Tamtego ranka, kiedy po nas przyszli. Depesze z Syrii

Wolfgang Bauer Porwane. Boko Haram i terror w sercu Afryki

Wojciech Górecki Abchazja (wyd. 2)

Bartek Sabela Afronauci. Z Zambii na Księżyc

Anna Pamuła Polacos. Chajka płynie do Kostaryki

Paweł Smoleński Pochówek dla rezuna (wyd. 3)

Cezary Łazarewicz Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen (wyd. 2)

Filip Springer Miedzianka. Historia znikania (wyd. 4)

William Dalrymple Dziewięć żywotów. Na tropie świętości we współczesnych Indiach (wyd. 2)

Barbara Demick Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej (wyd. 2)

Jacek Hugo-Bader Dzienniki kołymskie (wyd. 2)

Ben Rawlence Miasto cierni. Największy obóz dla uchodźców

W serii ukażą się m.in.:

Jean Hatzfeld Więzy krwi

Aleksandra Boćkowska Księżyc z Peweksu. O luksusie w PRL

Dariusz Rosiak

Biało-czerwony

Tajemnica Sat-Okha


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt układu typograficznego Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Jan Bogacz / TVP / PAP

Dołożono wszelkich starań, by odszukać właścicieli praw do ilustracji wykorzystanych w książce. W przypadku ewentualnych niejasności wydawca zapewnia, że prawa właścicieli będą respektowane.

Copyright © by Dariusz Rosiak, 2017

Redakcja Wojciech Górnaś / Redaktornia.com

Korekta Jadwiga Makowiec / d2d.pl, Justyna Rygiel-Szpakowa / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Małgorzata Poździk / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-578-4

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Motto

Wstęp

1

*

Żona

Matka

2

*

Ojciec

Żołnierz

Córka

Żona

Córka

Marynarz

AK-owiec

Trzy światy

3

*

Pisarz

Pisarz widmo

Kolejny pisarz widmo

Siostra

Abstrakcjonista

Tłumacz

4

*

Opowieść Michaela

Kuzyni

Opowieść Stuarta

Chór

Źródła

Przypisy końcowe

Przypisy

Kolofon

Wszyscy chcemy o czymś zapomnieć i dlatego opowiadamy historie. Tak jest łatwiej.

Plebejusz w filmie Akiry Kurosawy Rashōmon

I smile when I’m angry.

I cheat and I lie.

I do what I have to do

To get by.

But I know what is wrong,

And I know what is right.

And I’d die for the truth

In My Secret Life

Leonard Cohen

Wstęp

To była mała brązowa skrzynka z ekranem, cztery małe pokrętła u góry: jaskrawość, kontrast, synchronizacja, siła głosu; cztery przyciski – po wciśnięciu pierwszego z prawej telewizor działał; nie wiedziałem, do czego służy reszta. Na dole był przełącznik kanałów. Oglądanie telewizji to była wtedy praca fizyczna, żadnych pilotów, jak chciałeś zmienić z jedynki na dwójkę, trzeba było podejść do odbiornika, napiąć nadgarstek i przekręcić raz albo dwa, nie pamiętam dokładnie. A potem jeszcze anteną poruszać, żeby coś było widać. Telewizor Zefir, mój wiecznie zaśnieżony lufcik na świat.

Leżałem na tapczanie i wpatrywałem się w postać Indianina na ekranie. Coś mówił, może o fajce pokoju albo o konstrukcji tipi, albo o Wielkim Manitu. Mówił, a ja słuchałem i patrzyłem na niego. Sat-Okh, Długie Pióro – nie wiedziałem, jak nazywa się po polsku, zresztą po co miałby nosić polskie nazwisko, skoro był Indianinem.

To musiał być czwartek, bo Ekran z bratkiem leciał chyba w czwartki. I przed siedemdziesiątym czwartym, bo w siedemdziesiątym czwartym wyprowadziliśmy się z Grochowa.

Nie miałem złudzeń, wiedziałem, że to, co widzę, jest daleko, niedosięgłe. Świat w telewizorze, w radiu też zresztą, to była inna rzeczywistość. Piękniejsza, pełniejsza, doskonalsza, dostępna tylko wyobraźni. Ale ja umiałem ją czytać. Siedziała w mojej głowie, nie w tej skrzynce. Choćbym nawet rozkręcił zefira, rozebrał go na części pierwsze i brał pod mikroskop każdą śrubkę – co pewnie bym zrobił, gdybym nie bał się ojca – to i tak nic bym nie znalazł w tym złomie. Wszystko, co najważniejsze, musiałem sam sobie domyślić. Na tym chyba polega dzieciństwo.

 

W przedpokoju otworzyły się drzwi, wszedł ojciec, zaległ na wersalce, coś pomamrotał, po chwili spał. Nawet nie zdjął kurtki. Jakoś tak się szczęśliwie ułożyła, że portfel wystawał. Sprawdziłem, czy na dobre zasnął, i wysunąłem portfel z kieszeni. W środku były jakieś banknoty, ale ich nie ruszałem. Wiedziałem, że wystarczy sześć złotych na bliższe miejsce, na wszelki wypadek wziąłem osiem. Zostawię sobie resztę albo usiądę dalej, będzie lepiej widać. Z tym że w Sokole lepsze były te tańsze miejsca z przodu, z drewnianymi siedzeniami, bo te niby wygodniejsze, pokryte gąbką i plastikiem, były prawie wszystkie pocięte żyletkami i niewygodnie się siedziało.

Właściwie nie kradłem: i tak miał mi dać rano, obiecywał. Nie moja wina.

Wsunąłem mu portfel z powrotem do kieszeni, ubrałem się i wyszedłem. Najpierw do Garwolińskiej, potem przez park do Paca. Minąłem przychodnię, do której parę lat wcześniej mama przyprowadziła mnie na podcięcie przyrośniętego języka. Nie udało się. Dostałem ataku paniki i uciekłem z gabinetu, od tej pory nikt więcej nie próbował podcinać mi języka.

Doszedłem do kina Sokół, wszedłem po schodkach i kupiłem bilet. Nikogo jeszcze nie było. Lubiłem przyjść wcześniej, pokręcić się, potem Kronikę obejrzeć. Widziałem trzecią część Winnetou już dwa razy, ale co miałem siedzieć w domu.

Minęło wiele lat. Zapomniałem o Sat-Okhu, inni ludzie i ich światy okazali się bardziej wciągający. Do marca 2016 roku. Trafiłem wtedy do Gryfina na festiwal podróżniczy Włóczykij, gdzie poznałem Macieja Drygasa, wybitnego reżysera dokumentalistę. Przy kawie rozmowa zeszła na temat Sat-Okha, Maciej przypomniał mi tę postać, opowiedział fascynującą historię Stanisława Supłatowicza, której wcześniej nie znałem.

Zrezygnowałem z wcześniejszych planów pisarsko-podróżniczych i postanowiłem wrócić do Sat-Okha. Wydawał mi się pięknym, prawym człowiekiem, który wygrał na loterii życia niezwykły los. Dalej tak uważam, choć gdy zaczynałem zbierać materiał do książki, nie miałem pojęcia, dokąd mnie ta postać poprowadzi. Chciałem napisać o życiu polskiego bohatera narodowego i Indianina, które nie tylko było mglistym wspomnieniem z dzieciństwa, ale niosło w sobie mnóstwo znaczeń i konfliktów, ciągle dla nas ważnych. Sat-Okh mówił, co to znaczy być Polakiem, jak poradzić sobie z brzemieniem wojennego cierpienia, jak łączyć tożsamości, jak kochać ludzi i dzielić się z nimi doświadczeniem straty. Szybko zrozumiałem, że Stanisław Supłatowicz, podobnie jak całe jego pokolenie, dostał od losu bardzo słabe karty na życie. A jednak potrafił je rozegrać w najlepszy możliwy sposób.

Wtedy, w marcu 2016 roku, nie wiedziałem, o co chodziło w tej rozgrywce. Nie przypuszczałem, jak kręte będą drogi tej opowieści, choć wiedziałem już, jak trudne i irytujące bywa błądzenie we mgle niepewności, jak złudne przekonanie o zrozumieniu motywacji bohatera, jak kusząca potrzeba jednoznacznych ocen.

Sat-Okh zabrał mnie ze sobą w podróż, której celu od początku nie znałem. Z tygodnia na tydzień, zamiast wyraźniejszy, robił się ów cel coraz bardziej niedosięgły. Nic w tej opowieści nie jest tym, czym się wydaje; notowane przeze mnie słowa, obrazy, gesty stawały się odskocznią do miejsc, których istnienia nawet nie podejrzewałem. O tym też jest ta książka – o odkrywaniu światów, które czekają na nas i zapraszają do siebie. Za te odkrycia z serca dziękuję Stanisławowi Supłatowiczowi Sat-Okhowi.

Ta książka nie powstałaby bez spotkania z Maciejem Drygasem. Dziękuję mu za opowieść o Sat-Okhu i stenogram rozmowy z 1988 roku, którego obszerne fragmenty zawarłem w książce, a także za długie rozmowy na różne tematy i bezcenne rady, które otwierały mi oczy i umysł.

Dziękuję Pani Zofii Pawlak, prezes Światowego Związku AK Koło Szydłowiec, za pomoc w dotarciu do materiałów na temat Sat-Okha i kontakty z osobami, które go znały. Dziękuję Pani Barbarze Ciesielskiej-Supłatowicz za poświęcony czas i zaufanie, którym mnie obdarzyła.

Dziękuję wszystkim moim rozmówcom, których nazwiska wymieniam w książce, zwłaszcza Lechowi Michalikowi. Panom Rochowi Majewskiemu i Olegowi Jasienience dziękuję za pomoc w dotarciu do źródeł i zezwolenie na wykorzystanie zdjęć i tekstów z ich archiwów. Dziękuję Pani Małgorzacie Suligowskiej, dyrektor Szkoły Podstawowej numer 15 imienia Włady­sława Syrokomli w Radomiu, Pani Katarzynie Wronie z Muzeum imienia Jacka Malczewskiego w Radomiu oraz Panu Leszkowi Rybickiemu z Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Gdańsku za okazaną mi życzliwość i pomoc w dotarciu do materiałów źródłowych.

Doktor Annie Brus i profesorowi Władysławowi Masiarzowi dziękuję za cenne uwagi na temat polskich zesłańców na Syberii, a Agnieszce Myśliwiec-Ferdule za zwrócenie uwagi na tekst Johna Steinera oraz za inspirującą rozmowę o Sat-Okhu i o tym, po co ludzie mówią o sobie.

Dziękuję Guylaine Cliche za gościnność w Kanadzie, rozmowy o rdzennych Kanadyjczykach i jej książkę Words of Peace in Native Land. Mohawk Culture, Values and Traditions, z której czerpałem wiedzę na temat kultury Mohawków z Kahnawake.

Dziękuję Olenie Babakowej za tłumaczenia z rosyjskiego i nieocenioną pomoc w dotarciu do źródeł znajdujących się w rosyjskich archiwach.

Bez wsparcia wielu ludzi ta opowieść by nie powstała, ale odpowiedzialność za wszystkie fakty i oceny przedstawione w książce ponoszę wyłącznie ja.

Książkę dedykuję pamięci mojego ojca Zygmunta Rosiaka.

1

Pewnie wolałby spocząć w rozwidleniu konarów drzewa, dusza swobodnie oderwałaby się od ciała i powędrowała tam, dokąd trafiają Prawdziwi Ludzie po śmierci. Ale u nas to byłoby niepraktyczne. Pochowali go w solidnej dębowej trumnie, przykryli biało-czerwonym sztandarem z orłem w koronie i napisem „Bóg Honor Ojczyzna”. Była kotwica Polski Walczącej, był napis AK. Jakiś młody człowiek położył na trumnie indiański pióropusz. Ksiądz odmówił modlitwę, dymiły szałwia, słodka trawa, tytoń. Wokół grobu stali weterani AK i młodzi ludzie, którym kiedyś opowiedział swoje życie. Jeden z nich był ubrany w indiański strój. Pod krzyżem niektórzy kładli kwiaty, inni orle pióra.

Umarł Indianin, umarł Polak. Umarł mąż, ojciec, nauczyciel, pisarz, artysta, bohater narodowy i gwiazda kultury masowej. Owszem, gwiazda przybladła w ostatnich latach życia, bo opowieści o Indianach wyszły z mody, ale został przecież smak tajemnicy, ślad po obietnicy przygody, którą cieszymy się w dzieciństwie po to tylko, by z upływem czasu patrzeć ze strachem, jak gaśnie niespełniona. Niektórzy poddają się bez walki, inni nigdy się nie poddają, ale tych jest niewielu. Większość po prostu podgląda siebie z dawnych lat, nie pamiętając momentu, kiedy czas przyspieszył i wyrwał się spod kontroli.

Nie było mnie wtedy na gdańskim cmentarzu Srebrzysko, w ogóle nie pamiętam tego pogrzebu. Patrzę na fotografie płaczącej żony zamieszczone w jednej z gdańskich gazet, widzę nieznane twarze pogrążonych w myślach żałobników, odgrodzony od nich urwiskiem kilkunastu lat. Każdy z nich przyszedł na ten pogrzeb, bo miał jakieś swoje sprawy z Sat-Okhiem.

Nazywał się Stanisław Supłatowicz, ale nawet napis na grobie brzmi „Sat-Okh Supłatowicz”, a obok daty: 1925–2003, z których tylko ta druga jest pewna. Sat-Okh, Długie Pióro – magiczne imię, piękna, szlachetna twarz. Oglądam jego pierwsze zdjęcia z lat pięćdziesiątych, długie czarne włosy splecione w warkocze, szeroko zarysowana szczęka, wydatny nos. Kamienna twarz, w której czas rzeźbił głębokie bruzdy, ale nigdy nie pozbawił jej blasku. „Przecież wystarczy spojrzeć, żeby zrozumieć, że był Indianinem” – miałem to usłyszeć wielokrotnie w ciągu najbliższych miesięcy. Z fajką pokoju i tomahawkiem, w pióropuszu, na pokładzie Batorego, w lesie wśród partyzantów AK czy polskich indianistów – Sat-Okh to był ktoś wyjątkowy. Skrojony ponad przeciętną miarę, inny od sezonowych gwiazd, pozbawiony sztuczności i fałszywej dwuznaczności. Sat-Okh wydawał mi się człowiekiem bez wysiłku.


Pogrzeb Sat-Okha, 8 lipca 2003. W środku żona Sat-Okha Barbara Ciesielska-Supłatowicz (fot. Daniel Pach)

Żona

– To wszystko poszło bardzo szybko. – Barbara Ciesielska-Supłatowicz przyjmuje mnie w swoim mieszkaniu na Osiedlu Młodych w Gdańsku. Była ostatnią żoną Sat-Okha, pochowała go nieco ponad pół roku po ślubie.

Barbara Supłatowicz jest życzliwą, łagodną osobą. Na początku rozmowy chce, żebym wyjaśnił jej, po co piszę książkę o jej mężu. Rozumiem ten niepokój. Będzie wracać w wielu rozmowach. „Po co panu ta historia? – pytają ludzie, którzy go znali. My mamy swojego Sat-Okha, po co nam jeszcze jeden?”

Po co opowiadamy o ludziach? Po co próbujemy ich poznać, rozwikłać ich tajemnice, rozsupłać sprzeczności, znaleźć motywacje, które nimi powodują? Jeśli mówię, że z ciekawości, wielu osób to nie przekonuje. Trudno. I tak opowiem o Sat-Okhu.

Ale nawet jeśli nie ma we mnie nic prócz ciekawości, chęci poznania – czy to wystarczy na usprawiedliwienie przed tymi, o których piszę? Nawet jeśli mam pokojowe zamiary, staram się podchodzić do ludzi bez uprzedzeń i nie chcę nic udowodnić, to wcześniej czy później i tak zmienię się w bezwzględnego terminatora, którego celem będzie opowiedzieć za wszelką cenę.

Czasem to, co odkrywamy, dotyka tajemnicy – tak się wydaje, zaraz potem olśnienie ulatuje. Przychodzi następna osoba ze swoją historią. Słuchasz i nie wiesz, którą wersję wybrać. Jesteś skazany na popełnianie kardynalnych błędów, bo ciągle mylimy się co do ludzi: nie są tymi, za których ich bierzemy. Życie to jest ciąg zaskoczeń, najczęściej rozczarowań sobą i innymi, oraz wytłumaczeń, dlaczego inaczej się nie dało. Czy spisując te pomyłki i szukając w nich porządku, dotykasz prawdy?

Nie wiem, może nie o to chodzi. I tak kończymy nad grobem przyjaciela albo – jak ja teraz – wpatrzony w klepsydrę w starej gazecie, zapowiadającą pogrzeb mojego bohatera. Barbara Supłatowicz pokazuje mi wycinki prasowe zachowane po śmierci męża.

– Tuż przed Bożym Narodzeniem pobraliśmy się w miejscowości Banino pod Gdańskiem. To bardzo piękny kaszubski kościółek, pracował w nim znajomy ksiądz Sata, który rozwiał wszelkie moje wątpliwości co do ślubu.

– A skąd wątpliwości?

– To małżeństwo wywołało różne komentarze, bo trzeba powiedzieć, że nastąpiło dość szybko po śmierci pani Wandy. Ale wie pan, co mnie uspokoiło? Sat od razu mówił, że chce wziąć ślub kościelny. Ja jestem katoliczką, ale dla mojego męża religia miała mniejsze znaczenie. Mimo to nalegał, dla niego było oczywiste, że o innym ślubie niż kościelny nie może być mowy. Bo przecież on nie złamał przysięgi. Przysięgamy: Nie opuszczę cię aż do śmierci. Po śmierci żony mąż jest zwolniony z przysięgi. Pani Wanda zmarła, więc on jej nie zdradził.

Wanda Supłatowicz to druga żona Sat-Okha, z którą spędził życie od 1955 roku. Przed nią była jeszcze inna kobieta.

– Tu niedaleko jest stok w Wieżycy, narciarze się spotykają. Poza tym na moim osiedlu też jest górka, skromna, bo skromna, ale na niej też się jeździło. Tam była wyrwiłapka, teraz już nie ma, złomiarze zabrali.

Trzy lata po śmierci męża to chyba było, około 1996 roku zmobilizowałam się i poszłam na narty właśnie na tę górkę. Sat też tam jeździł. Był już wtedy na emeryturze, chwilę porozmawialiśmy. Był spostrzegawczym człowiekiem i zapytał, nie mnie, tylko znajomego, dlaczego ta pani Basia taka smutna. I mu powiedzieli, że niedawno męża straciłam. Potem znów się na nartach spotkaliśmy i mówi: Pani Basiu, chyba nawet po imieniu sobie mówiliśmy, bo narciarze tak sobie mówią po imieniu; Basiu, mówi, może potrzebujesz jakiejś pomocy? To cały Sat, zawsze chciał pomagać innym, zawsze otwarty…

Podziękowałam mu, powiedziałam, że sobie radzę, i jakoś to dalej biegło własnym torem. Czasem do mnie zadzwonił, pogadaliśmy, a potem owdowiał i się pobraliśmy.

Sat-Okh miał wówczas siedemdziesiąt siedem, osiemdziesiąt, albo osiemdziesiąt dwa lata, zależnie od źródeł, z których czerpiemy datę jego urodzin. Przeżył dramat rozłąki z indiańską rodziną, okupację hitlerowską, lata partyzanckie w lesie, prześladowania za czasów stalinowskich, sukces literacki i medialny w latach dojrzałych. A na koniec śmierć żony po długiej chorobie. Mimo to spróbował jeszcze raz.

 

– Te pierwsze tygodnie były piękne, trzeba było decydować o różnych rzeczach, mieliśmy plany. Mieszkanie Sata we Wrzeszczu w alei Wojska Polskiego wymagało remontu. Bierzemy się za to czy nie? Podobała mu się moja okolica, bo tu jest piękny las, ale w tym mieszkaniu, jak pan widzi, nie ma wiele miejsca. I zaczęły się rozmowy, co zrobimy. Tak jak w każdym świeżym małżeństwie. Nie byliśmy najmłodsi, ale co z tego? Chcieliśmy żyć i być ze sobą jak najdłużej.

Sat był bardzo przywiązany do swojego domu, więc postanowiliśmy, że zrobimy remont. Na początek weranda, która była w katastrofalnym stanie. A przecież to był centralny punkt domu, oszklona, ogrzewana, dobudowana do mieszkania, to była jego najważniejsza część. I zrobiliśmy tę werandę. Zamówiliśmy mebelki, boazerię i jakoś to wyglądało.

Pojechaliśmy w góry, do Zieleńca, żeby swobodnie pojeździć na nartach. W drodze dał mi trochę poprowadzić, nigdy tego nie robił, ale mówi: Wreszcie sobie posiedzę, zawsze muszę prowadzić, to teraz ty bierz kierownicę. Po drodze odwiedziliśmy moją rodzinę i Sat już wtedy był jakiś taki nieswój.

No ale dotarliśmy na miejsce, w Zieleńcu dużo wyciągów, Sat lubił otwarte przestrzenie, mieliśmy idealne warunki. Ciągle palił, niestety. Wjeżdżał wyciągiem na górę, potem palił i patrzył na okolicę. W drugim tygodniu pobytu powiedział, że nie najlepiej się czuje. Mówi: Wiesz, chyba dzisiaj nie pójdę jeździć, idź sama, trochę odpocznę. To były pierwsze zwiastuny tego, co miało przyjść, już było wiadomo, że coś jest nie tak, ale wtedy jakoś się nie przejęłam. Wracamy do domu i to samo: Słabo się czuję, brzuch mnie boli. – A byłeś z tym u lekarza? – pytam. – Tak, byłem, ale ciągle mnie pobolewa, dała mi ranigast.

Wziął, ale to nie pomogło. Tak siedzieliśmy jak ja z panem przy tym stole tutaj i zobaczyłam, że taki trochę dziwny się zrobił. Zajrzałam mu w oczy i widzę, że białka zaczynają mu żółknąć. A wiem, że symptomy żółtaczki występują również w oczach. No to mówię: Co ona ci tu ranigast dała, przecież to nie pomoże. Idziemy do lekarza.

Poszliśmy do lekarza, zrobiliśmy USG, ale nic nie wykazało. Lekarz mu powiedział, że ma organizm młodego człowieka. To nas uspokoiło, ale dalej żółknął, ciągle powtarzał, że go żołądek boli. A to nie był żołądek ani wątroba, tylko trzustka. Jak go potem lekarka zobaczyła, to od razu skierowała do szpitala. Najpierw do zakaźnego z nim pojechałam, ale się nie kwalifikował z tym typem żółtaczki, więc pojechaliśmy do Szpitala Marynarki Wojennej. I zaczęły się badania. W międzyczasie coraz bardziej żółkł. Zrobiono biopsję, wszystko wskazywało na to, że ma nowotwór.

W pierwszym miesiącu przeprowadzono odbarczenie, chyba nie pomyliłam nazwy. Chodziło o to, żeby zlikwidować żółtaczkę. Kroplówka, dieta, różne procedury i to zadziałało, Sat wrócił do siebie. Wyglądał lepiej, lepiej się czuł. Więc lekarz mówi, żeby przeprowadzić operację trzustki. Teraz, wie pan, takie są metody, że właściwie wszystko da się zrobić. Jeśli nowotwór jest w ogonie – trzustka ma głowę i ogon – więc jeśli jest w ogonie, to można ten ogon odciąć i z taką niepełną trzustką człowiek też może żyć.

Po operacji zaraz przeszedł na oddział intensywnej terapii i robiono wszystko, żeby go uratować. To była heroiczna walka. Ale… na drugi dzień zmarł.

Barbara Supłatowicz milknie. Widać, że mimo upływu czasu śmierć męża ciągle ją boli. Istniejemy tylko w ludziach, których kochamy. Kiedy odchodzą, zabierają kawałek nas i czasem długo trwa, zanim zrozumiemy, co zabrali.

– Chciał żyć. Miał plany, oboje mieliśmy plany. Wyobrażał sobie, że jeszcze do rezerwatu pojedziemy, że będzie pisał, malował. Ale skończyło się.

Rozmawialiśmy do końca. Ja ciągle byłam z nim w szpitalu, jeździłam nakarmić jego pieska, wyprowadzić na dwór. Ale zaraz potem wracałam do niego. Po operacji się wybudził i była nadzieja… Ale żyła wrotna, to jest połączenie trzustki i wątroby, pękła. To wszystko trzeba było szyć. Nie szczędzono mu krwi, ale miał nieustanny krwotok.

Nad ranem 3 lipca 2003 roku zmarł.

4 sierpnia, kilka miesięcy po naszej pierwszej rozmowie, kiedy już żyję na co dzień z Sat-Okhiem, kiedy czytam jego książki i oglądam filmy o nim, kiedy spotykam jego przyjaciół i tych, którzy podają się za jego przyjaciół, choć wcale go nie znali, kiedy myślenie o Sat-Okhu zabiera mi pięć godzin dziennie albo i więcej – a może w sierpniu jeszcze tak nie było, może późną jesienią dopiero? – w każdym razie wtedy, w sierpniu właśnie, jadę z Barbarą Supłatowicz do kościoła w Baninie, gdzie 28 grudnia 2002 roku brała ślub ze Stanisławem. Mały kaszubski kościół stoi tuż przy drodze na Gdańsk, rzeczywiście jest urokliwy.

Msza się kończy, ksiądz proboszcz zaprasza nas do zakrystii i otwiera księgę ślubów z tamtego okresu. Łatwo znajduje dokumenty Supłatowiczów. Jest tylko jeden problem: nie ma świadectwa chrztu Stanisława. W rubrykach dotyczących wyznania część dotycząca Barbary jest wypełniona: „Czy wyznajesz wiarę katolicką?” – „Tak”, „Czy zobowiązujesz się wychować potomstwo w wierze katolickiej?” – „Tak”, „Czy przystępujesz do sakramentów?” – „Tak”.

U Stanisława wszystkie te rubryki są puste. Nie ma daty i miejsca chrztu, nie ma potwierdzenia wyznania, nie ma podpisu Supłatowicza w rubryce: „Uznaje moralne zasady Kościoła katolickiego”.

Pytam, czy Sat-Okh przyjął Komunię podczas mszy.

– Nie – odpowiada żona. Pani Barbara jest wyraźnie poruszona. Przyjechaliśmy, żeby potwierdzić oczywisty fakt, że ślub odbył się bez komplikacji, jak Pan Bóg przykazał, a nie po to, żeby dowiedzieć się, że jej mąż nie był ochrzczony.

Barbara pyta proboszcza, czy może świadectwo chrztu gdzieś się zapodziało.

– Na pewno było. Sat sam mi je pokazywał. Zdobył odpis wcześniej, niż ja uzyskałam swój.

– Jakby było, to zostałby jakiś ślad – mówi proboszcz. – Choćby wpis. Widzi pani, że pani dokumenty są i wpisy są uzupełnione. A jego dokumentów nie ma, w rubrykach pusto.

– Co to znaczy? – pytam.

– To znaczy, że albo nie był ochrzczony, albo ksiądz J., który udzielał ślubu, zaniedbał wpis. To drugie raczej mało prawdo­podobne, bo wszystkie inne śluby są prawidłowo zdokumentowane. Niech pan zobaczy. – Chwilę przeglądamy księgę. Prowadzona jest porządnie, przy każdym małżeństwie wpisy uzupełnione, podpisy małżonków złożone.

– A jeśli nie miał chrztu, to jednego dokumentu brakuje: dyspensy od biskupa – mówi proboszcz. – To nie jest żaden problem. Dostałby ją, gdyby zadeklarował, że jest niewierzący albo innego wyznania. Ale nie ma śladu po takim dokumencie.

– Proszę księdza – pytam – czy możliwe jest, że pan Stanisław poprosił znajomego księdza, żeby udzielił ślubu bez tej dyspensy, i ksiądz się zgodził? Teoretycznie pytam.

– Oczywiście, że możliwe.

– Bo chciał uniknąć papierologii i przyspieszyć termin ślubu?

– Nie wiem. Teraz biskup daje taką dyspensę w dwa–trzy tygodnie, więc to nie trwa długo. Ale może rzeczywiście się dogadali. Tylko że jeśli teraz jakiś skrupulant prawnik kościelny chciałby się przyczepić, to ksiądz J. mógłby mieć nieprzyjemności… Ale to stara sprawa, nie ma znaczenia – kończy proboszcz.


Na werandzie swojego mieszkania w Gdańsku-Wrzeszczu, 2001 rok (fot. Daniel Pach)

Zauważam, że w rubryce „Od jak dawna się znają” pani Barbara wpisała: „7 lat”. Sat nic nie wpisał. Na ostatniej stronie formularza kilka słów zapisanych najprawdopodobniej przez księdza J.: „Sat-Okh, Długie Pióro. Shawnee (Szołni)”. Od­ręczna notka na pustej stronie. Pytam proboszcza, czy wie, co to jest.

– Nie mam pojęcia.

Ja też nie wiem, po co ksiądz J. to zapisał. Może chciał jednak zostawić ślad. Tylko dla kogo?

W drodze powrotnej autobusem mijamy kaszubskie wioski, które w ostatnich latach zmieniły się w przedmieścia Gdańska. Widzę, że pani Barbara czuje się niekomfortowo, jakby złapano ją na kłamstwie. Gorzej jeszcze, bo to nie ją złapano, tylko najbliższą jej osobę, która nie może już wytłumaczyć, dlaczego postąpiła tak, a nie inaczej.

– Nie wiem, co z tym zrobić…

– Powinna się pani cieszyć – mówię. – Pani chciała wziąć ślub kościelny, a pan Stanisław zrobił wszystko, żeby go wziąć jak najszybciej. To tylko pokazuje, jak bardzo mu na pani zależało.

– Skłamał mi?

– Wręcz przeciwnie. Nikomu nie skłamał. Przecież nie podał, że jest ochrzczony, nie potwierdził, że jest katolikiem, skoro nim nie był. Nie przystąpił do Komunii Świętej. Nie skłamał – mówię. Bo tak właśnie jest, Sat-Okh nie skłamał.

– Pokazywał mi ten papier, na pewno go widziałam – dodaje Barbara. – Byłam pewna, że jego mama dopilnowała, żeby został ochrzczony. A może… – zawiesza głos – pokazywał mi ten papier z daleka, chyba nie czytałam dokładnie.

Jedziemy chwilę w milczeniu.

– Sat był skomplikowanym człowiekiem. Przez ostatnie lata przed śmiercią pani Wandy nie utrzymywałam z nim stosunków, on był bardzo zmęczony. Pani Wanda była bardzo ciężko chora, a Sat uważał za swój obowiązek trwanie przy niej. Nie chciał jej opuścić, do końca o nią dbał, opiekował się nią. Nie oddał jej do domu starców, nie odstąpił od niej. Został. To pięknie o nim świadczy. Wie pan, że kilka razy prosił mnie o rękę. Kilka razy, w końcu się zgodziłam.

– Za którym razem?

– Za trzecim.