Księżyce Monarchy

Tekst
Z serii: Hajmdal #2
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Księżyce Monarchy
Księżyce Monarchy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,74  47,79 
Księżyce Monarchy
Księżyce Monarchy
Audiobook
Czyta Wojciech Masiak
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

SYSTEM ZETA MONOCEROTIS
PUSTYNNY KSIĘŻYC MONARCHA 23

Zapadła noc. Na niebie zaroiło się od gwiazd. Mieniły się najróżniejszymi barwami i odcieniami. Od czasu do czasu niebo przecinał meteor, rozjaśniając głęboki mrok pustyni. Wówczas z oceanu piasku wyłaniały się budzące grozę, powykręcane kształty. Wyciągały szponiaste dłonie, jakby chciały dopaść ofiarę i rozerwać ją na strzępy. Ale były to jedynie wyschnięte drzewa, otaczające niewielkie obozowisko.

Ezra Leahy siedział przy ognisku i przyglądał się dziwnym istotom, które spotkali na tym pustynnym księżycu. Nie powinno ich tu być. Według wszystkich gwiezdnych katalogów księżyce Monarchy były niezamieszkałymi światami. Co prawda nikt ich jeszcze dogłębnie nie zbadał, ale wszystkie wyprawy potwierdzały, że w systemie Zeta Monocerotis nie ma inteligentnego życia. Siedzący z nimi przy ognisku autochtoni byli tego zaprzeczeniem.

Określali siebie mianem Tamasków, co mogło oznaczać zarówno cały gatunek czy rasę, jak i nazwę plemienia. Posiadali skórę barwy pustynnego piasku, jajowate czaszki z głęboko osadzonymi oczami, w całości pokrytymi błękitem, tak że nie sposób było wyróżnić źrenic. Byli bardzo wysocy. Ezra ocenił, że osobnicy rodzaju męskiego mierzyli ponad dwa metry. Kobiety były tylko nieco niższe. Wszyscy szczupli i kościści, o rękach karykaturalnie wydłużonych, wydawali się niezdarni. Ale instynkt podpowiadał młodzieńcowi, że to tylko pozory.

Podobnie uważał sierżant Campbell, który nie spuszczał wzroku z wojowników przycupniętych nieco na uboczu. Odziani w pancerze lamelkowe, wykonane z rogów mastodontów, spoglądali na ludzi podejrzliwie, gotowi natychmiast skoczyć i zakłuć ich drewnianymi dzidami o żelaznych grotach. Na wszelki wypadek zwiadowcy trzymali broń w pogotowiu.

− Poszukujemy wody i żywności – Gabriel Ang mówił głośno i powoli, niemal przytykając usta do przenośnego translatora trzymanego w dłoni. – Możecie nam pomóc?

Urządzenie milczało. Język, jakim posługiwali się tubylcy, był kompletnie nieznany, niepodobny do żadnego z dialektów używanych w Galaktyce. Leahy wcale się temu nie dziwił. Lud zamieszkujący Monarchę 23 wiódł życie koczownicze i znajdował się na początku cywilizacyjnego rozwoju. Dlatego, jak do tej pory, udało się ustalić jedynie jego przybliżoną nazwę. Wskazując na siebie, wymawiali coś, co brzmiało jak „Tamask”. Ezra wątpił, żeby na księżycu znajdowały się jakieś miasta, monumentalne budowle i architektoniczne dzieła sztuki. A to oznaczało, że sporo jeszcze piasku przesypie się na pustyni, zanim Tamaskowie wystrzelą rakiety w kosmos i spotkają przedstawicieli obcych gatunków. No, chyba że ci wcześniej zawitają do nich. Tak jak zwiadowcy z Siódemki.

Autochton słuchający Anga siedział w milczeniu ze skrzyżowanymi nogami. W szarej przepasce biodrowej, przewiązanej skórzanym paskiem, wyróżniał się spośród pozostałych tubylców większą liczbą kościanych naszyjników i bransolet zdobiących przeguby. Zwiadowcy uznali, że jest kimś w rodzaju szamana lub władcy. W każdym razie na pewno przewodził plemieniu.

Szczep liczył blisko pięćdziesięcioro Tamasków. Większość stanowiły kobiety, ubrane w różnokolorowe, szerokie suknie z cienkiej tkaniny, z chustami przewieszonymi przez ramię. Ta wielobarwność strojów cechowała również dzieci, które biegały wokół namiotów. Na początku przyglądały się przybyszom z wielkim zainteresowaniem, ale potem zaciekawienie ustąpiło miejsca znudzeniu i zajęły się zabawą.

Do spotkania doszło wieczorem, gdy gwiazda systemu chyliła się ku zachodowi, kwadrans po tym, jak Ezra zaobserwował karawanę. Podjechali najbliżej jak się dało, ale tak, żeby nie wywołać paniki wśród tubylców. Zaparkowali pojazd, wyszli na zewnątrz i czekali na miejscowych w cieniu transportera.

Najpierw ujrzeli olbrzymiego mastodonta. Wyłonił się zza wydm, idąc wolno i majestatycznie. Miał co najmniej osiem metrów w kłębie, długą trąbę i śnieżnobiałe kły kontrastujące z szarą skórą. Na grzbiecie zwierzęcia dostrzegli przymocowaną pasami, zadaszoną howdę, w której mieściło się sześciu wojowników uzbrojonych w długie włócznie. Za pierwszym mastodontem wyłoniło się osiem kolejnych, równie okazałych. Oprócz wojowników niosły na grzbietach pozostałych członków plemienia, ekwipunek i namioty.

Nie ulegało wątpliwości, że to plemię nomadów. Koczownicy nigdzie nie osiedlali się na stałe, wędrowali z miejsca na miejsce w poszukiwaniu wody, żywności albo pastwisk. Na rodzinnej planecie Ezry pustynię przemierzało wiele takich grup.

Mastodonty zatrzymały się, wojownicy sprawnie zeszli z ich grzbietów i stanęli w postawie bojowej. Groty włóczni wycelowali w zwiadowców. Żołnierze ściągnęli z ramion karabiny. Siedzący na dachu transportera Gabriel Ang natychmiast wskoczył do obrotowej wieżyczki i odbezpieczył karabin szturmowy z wmontowanym granatnikiem i miotaczem ognia.

Wszyscy byli nieźle przestraszeni. Tubylcy widokiem obcych istot, a zwiadowcy wyglądem autochtonów, którzy znacznie górowali nad nimi wzrostem. Na szczęście sytuację uratowała Abigail. Odłożyła karabin i poleciła zrobić to samo pozostałym żołnierzom. Uniosła dłonie w geście uchodzącym za pokojowy na większości zamieszkałych światów. Zadziałało. Na wyraźny rozkaz wodza Tamaskowie również opuścili włócznie.

Autochtoni okazali się niezwykle przyjaźni i nawet zaprosili niecodziennych gości na wieczerzę. Tylko wojownicy spoglądali nieufnie. Ezra wcale nie miał im tego za złe. Dobrze ich rozumiał. Mieli za zadanie zapewnić bezpieczeństwo plemieniu, a obcy przybysze, którzy pojawili się nie wiadomo skąd, na pewno nie wzbudzali ich zaufania.

− Przybyliśmy z gwiazd – tłumaczył Gabriel Ang, unosząc palec i wskazując niebo.

Teraz wódz zareagował. Powtórzył gest i pokiwał głową. Uśmiechnął się, ukazując szereg małych, ostrych zębów.

− Zrozumiał – rzekł z ulgą szturmowiec, drapiąc się po zarośniętym policzku. – Wreszcie coś do niego dotarło!

Abigail parsknęła śmiechem, z pobłażaniem spoglądając na Gabriela i jego próby porozumienia się z tubylcami. Zaoferowała pomoc, nawet zaproponowała, że to ona będzie z nimi rozmawiać, ale Ang uparł się, twierdząc, że świetnie sobie z tym poradzi. Uważał się za mistrza dyplomacji.

− Spytał go lepiej, kiedy będzie kolacja – Torres pozwoliła sobie na szyderczy komentarz. – Zaczyna mi burczeć w brzuchu… Albo nie! Zapytaj, czy mieli już do czynienia z przybyszami z kosmosu.

− Sama go zapytaj – burknął Ang z wyrzutem.

− Przecież tobie tak dobrze idzie.

− Odwal się, Torres – prychnął i ponownie zwrócił się do wodza. – Spotkaliście już istoty z gwiazd?

Gabriel Ang wykonał gest dłonią symulujący lądowanie statku kosmicznego. Tubylec przypatrywał mu się uważnie, ale w błękitnych oczach odbijały się tylko płomienie ogniska i kompletne niezrozumienie.

Żołnierz westchnął ciężko i spróbował raz jeszcze. Wskazał na niebo, potem na swoją pikującą dłoń, tym razem dodając świst przechodzenia statku przez atmosferę. Wódz wreszcie zrozumiał, o co chodzi, bo powtórzył jego gest i wskazał na Anga. Zaraz potem pokręcił głową i wyrzekł kilka słów w mowie przypominającej zgrzyt pustynnego piasku. Translator milczał.

− Wygląda na to, że to ich pierwsze spotkanie z obcą cywilizacją – skwitowała Abigail.

− Czuję się, kurwa, zaszczycony – odburknął Gabriel, przyjmując z rąk tutejszej kobiety glinianą miskę. Zerknął do środka i skrzywił się. Miskę wypełniały robaki, wijące się wokół martwego skorupiaka wielkości pięści, i dwa zaschnięte liście. Widocznie tubylcy uważali to za przysmak, bo zaraz zabrali się do pałaszowania dania. Natomiast piątka zwiadowców siedziała z naczyniami w rękach, przyglądając się im z obrzydzeniem.

− No, bez przesady – rzekł Ang, odstawiając naczynie. Zaraz podeszła do niego ta sama kobieta, która przyniosła jedzenie, i wcisnęła mu miskę w ręce. Gestem pokazała, żeby zjadł.

− Dziękuję, ale nie jestem głodny – odparł, próbując ponownie odstawić naczynie.

Błękitne oczy zapłonęły gniewem. Autochtonka warknęła, prezentując ostre zęby tuż przed twarzą Gabriela.

− Już dobrze, dobrze – rzekł przestraszony Ang, grzebiąc palcami w misce. – Widzisz, już zabieram się za jedzenie.

Szturmowiec zwlekał. A kobieta czekała.

Ang jęknął, chwycił palcami wijącego się robaka i krzywiąc się, długo mu się przyglądał. Nagle pobladł, poderwał się z miejsca i pognał za najbliższy namiot, żeby zwymiotować.

Rayburn zaczęła rechotać, zwracając na siebie uwagę autochtonów. Nawet biegające po obozowisku dzieci przystanęły i przyglądały jej się ze zdumieniem. Wojownicy wstali i mocniej chwycili drzewce włóczni. Kruszyna natychmiast zamilkła. Ezra sięgnął po karabin. Pozostali zwiadowcy uczynili to samo. Nastała kompletna cisza i słychać tylko było, jak wiatr szarpie połami namiotów.

Nerwowa atmosfera przedłużała się. Mogło to trwać zaledwie sekundy, i pewnie tyle trwało, ale Ezra był przekonany, że minęła wieczność. Niezręczną sytuację przerwał wódz nomadów. Odchylił głowę do tyłu i wydał z siebie dziki, rzężący dźwięk, który po jakimś czasie przeszedł w ogłuszający śmiech. W jego ślady zaraz poszli pozostali członkowie plemienia. Zwiadowcy odłożyli karabiny.

Leahy odetchnął z ulgą. Nie wątpił, że poradziliby sobie z tubylcami, uzbrojonymi jedynie w prymitywne włócznie i łuki. Kule wystrzelone z C-24 są szybsze niż strzały i rozerwałyby te smukłe istoty na strzępy. Doszłoby do rzezi. A tego Ezra nie chciał.

Co innego zabijać wrogów, a co innego niewinnych autochtonów. To zwiadowcy byli tutaj intruzami, przylecieli na ich księżyc, wdarli się na ich terytorium. Gdyby doszło do najgorszego, Leahy czułby się jak morderca, dręczyłyby go wyrzuty sumienia. Na szczęście wszystko rozeszło się po kościach. Wojownicy ponownie zajęli miejsca na uboczu, kobiety zaganiały potomstwo do namiotów, bo zrobiło się już późno. Abigail, korzystając z chwilowej nieobecności Gabriela, przysiadła się do wodza i próbowała z nim konwersować. Szło jej to o wiele lepiej niż towarzyszowi broni.

 

− Co my tu jeszcze robimy? – zagadnął Ang, który wrócił w końcu do ogniska.

Szturmowiec był blady, nadal się krzywił i spluwał na ziemię. Leahy uśmiechnął się pod nosem. Cieszył się, że tubylcy nie zmusili ich wszystkich do jedzenia ohydnego posiłku.

– Siedzimy na tym pierdolonym księżycu o wiele za długo – dodał Gabriel.

− Nie mamy wyjścia – odparł Ezra, wzruszając ramionami. Jemu też się to nie podobało. Zgłosili pierwszy kontakt centrali, spodziewając się, że na Monarchę 23 niezwłocznie zostaną wysłani jajogłowi. Tutaj bardziej byli potrzebni naukowcy i lingwiści niż zwykli zwiadowcy, a pluton powinien wrócić na „Hajmdala”. Stało się jednak inaczej.

Okazało się, że żaden z dwóch promów nie może ich zabrać z powrotem, bo zostały skierowane na Monarchę 64, gdzie wykryto pokaźne złoża metanu. Dopóki nie przewiozą niezbędnych komponentów bazy wydobywczej, nie było szansy, żeby po nich przylecieli. A to oznaczało, że ich pluton spędzi na tym pustynnym księżycu przynajmniej jeszcze dobę.

Posiadali niezbędne zaopatrzenie: wodę, żywność, paliwo, amunicję, ale zmęczenie coraz bardziej dawało o sobie znać. Ludzie mieli dosyć lejącego się z nieba żaru, duchoty transportera i piasku wciskającego się dosłownie wszędzie. Potrzebowali odpoczynku.

Gwar w obozowisku cichł powoli. Dzieci zostały zagonione do namiotów, ogniska dogasały i tylko w oddali słychać było porykiwania mastodontów. Wódz wstał i wskazał im jeden z namiotów. Abigail podziękowała skinieniem głowy, a potem zwróciła się do zwiadowców:

− Udzieli nam gościny na noc.

− Wspaniale – skrzywił się ironicznie Ang. – O niczym innym nie marzyłem. A co, jeśli przyślą mi samicę do namiotu? Mogę odmówić? Czy jak w przypadku posiłku zostanie to uznane za zniewagę?

− Zamknij się. – Zniesmaczona Abigail pokręciła głową. – Uwierz mi, nikt nie będzie dybał na twoją cnotę.

Gabriel prychnął urażony, pozostali zwiadowcy roześmieli się.

Tymczasem wódz wstał i odszedł w głąb obozowiska. Za nim ruszyli wojownicy. Dwóch jednak zostało przy ognisku, nie spuszczając oczu ze zwiadowców.

− Nie do końca nam ufają – rzekła Kruszyna. – Pewnie otrzymali polecenie pilnowania nas. Nie wiem jak wy, ale ja tu nie zostanę. Wolę spędzić noc w transporterze.

− Nie wygłupiaj się! – syknął Ang. – To może być poczytane jako obraza, prawda, sierżancie?

Seth Campbell nie odpowiedział, tylko spojrzał na niego groźnie.

− Gówno mnie to obchodzi – odparła Rayburn.

− To się nazywa incydent dyplomatyczny – rzekł Ang.

− No przestań!

− Narażasz na szwank naszą misję…

− Jaką misję?! Naszym zadaniem jest znalezienie zasobów, a nie układanie się z tubylcami.

− Oni mogą nam pomóc.

− W czym? To prymitywny lud. W niczym nam nie pomogą.

W ich kłótnię wtrącił się wreszcie sierżant.

− Zamknąć ryje! Zachowujecie się jak dzieci.

Ang i Kruszyna natychmiast zamilkli.

− Oboje macie rację – rzekł Campbell, mrużąc oczy. – Zrobimy tak. Szeregowa Rayburn wraca do transportera. Nie możemy go zostawić bez opieki. Będzie stanowił wsparcie, gdyby coś poszło nie tak. Reszta do namiotu! Jutro postanowimy, co robić dalej. Zrozumiano?

− Tak jest.

Kruszyna zaraz zniknęła w ciemnościach. OTR stał tuż przy zagrodzie mastodontów. Gabriel pierwszy zbliżył się do wskazanego przez wodza namiotu i odchylił poły. Wnętrze prezentowało się niezwykle skromnie. Wszędzie walały się skóry, a pośrodku stał niewielki piec, opalany suszonym łajnem.

− Śmierdzi – burknął Ang.

− Nie marudź – odparł Leahy.

Roześmiał się i lekko pchnął Gabriela do środka. Za nim wszedł sierżant Campbell. Gdy Leahy zamierzał pójść w jego ślady, przytrzymała go Abigail. Młodzieniec spojrzał w jej miodowe oczy. Ujrzał w nich niepokój.

− Coś mi tutaj nie gra – rzekła. − Dlaczego się nas nie boją? Przybyliśmy z gwiazd. Ponoć jesteśmy pierwszymi obcymi, których spotkali, a jakoś nie są tym faktem zaskoczeni?

Miała rację. Coś było stanowczo nie tak.

SYSTEM ZETA MONOCEROTIS
TROPIKALNY KSIĘŻYC MONARCHA 47

Tobias Bishop doskonale rozumiał, że priorytetem było szybkie zbadanie księżyców Monarchy i znalezienie niezbędnych surowców. Rozumiał, że na drodze do realizacji tego planu stały braki kadrowe w plutonach zwiadowczych, i zgadzał się, że na czas pobytu w systemie Zeta Monocerotis należało uszczuplić zespoły zadaniowe oraz dokonać rotacji w istniejących już plutonach, ale nie potrafił pojąć, dlaczego spotkało to właśnie jego? Decyzją dowództwa Tobias Bishop trafił do Jedynki.

Zapewniano go, że to tymczasowy przydział i gdy tylko Pluton 1 znajdzie nowego kierowcę, będzie mógł wrócić do Siódemki. Miał nadzieję, że nastąpi to jak najszybciej, bo tęsknił za swoim starym oddziałem. Nie miał nic przeciwko żołnierzom z Jedynki. Wręcz przeciwnie, nawet ich polubił. Stanowili ciekawą zbieraninę indywiduów z różnych jednostek, które po bitwie w Epsilon Eridani przestały istnieć.

Na uwagę zasługiwał Dhiraj Maharaj. Mężczyzna o ciemnej, ziemistej cerze, z ciemnobrązowymi włosami opadającymi grzywką na oczy, obsługiwał broń ciężką. Wcześniej służył w Plutonie 13, który podczas abordażu jaszczurów bronił głównego hangaru. Oddział został wybity niemal do nogi. Nie wiadomo, jakim sposobem Dhiraj Maharaj zdołał przeżyć ostrzał z lacertańskich zalzarachów, ale gdy nadciągnęła odsiecz, stał o własnych siłach, krwawiąc z licznych ran, i pruł ze swojego peruna do uciekających nieprzyjaciół.

Kolejną niezwykłą osobą była Miriam Funke. Do Jedynki trafiła z oddziałów szturmowych i wcale nie ukrywała, że służba w oddziałach rozpoznawczych nie jest jej marzeniem. Na początku okazywała pogardę zwiadowcom, wywyższała się, a jej aroganckie zachowanie i docinki wszystkich wkurzały. Dopiero gdy wyszło na jaw, że na „Hajmdalu” jej pluton pełnił służbę wartowniczą i podczas walk pilnował magazynu, do którego jaszczury nawet się nie zbliżyły, trochę spuściła z tonu. Trochę, bo nadal była opryskliwa i zadzierała nosa.

Miała ostre rysy twarzy, orli nos, wąskie usta, które często wykrzywiał złośliwy grymas, i ciemnoblond włosy, związane w koński ogon. Wcale nie była ładna, ale miała w sobie coś, co podobało się Tobiasowi. Może sprawiły to drapieżne ogniki tańczące w bladozielonych oczach? A może jej buta i zarozumialstwo? W każdym razie Bishop ze zdziwieniem musiał przyznać sam przed sobą, że polubił jej towarzystwo. Chyba jako jedyny z całego plutonu.

Drugą kobietą w oddziale była Elektra Ramos. Niewysoka brunetka, zawsze uśmiechnięta, o ciepłych brązowych oczach. Tobias był przekonany, że przydzielili ją do Jedynki w celu zrównoważenia złośliwego charakteru Funke. Ale to by zakładało, że dowództwo wie, co robi. A tego Bishop wcale nie był pewny.

Ramos pochodziła z Imperium Teegardeańskiego, z satrapii położonej niemal w samym centrum Galaktyki. Może właśnie dlatego, że wychowała się na jednym z najbardziej cywilizowanych światów, posiadała w sobie wewnętrzny spokój, niesamowitą cierpliwość i potrafiła łagodzić wszelkie spory. Uśmiech prawie nigdy nie schodził jej z ust, była życzliwa i ciepła. Tobias nie wyczuwał w niej żadnego fałszu. Elektra Ramos po prostu taka już była.

Do oddziału trafiła jako ostatnia, zaledwie dwa dni wcześniej. Przedtem służyła w Plutonie 9, ale podczas misji zwiadowczej na Monarsze 19 doszło do wypadku. Ich transporter zsunął się z nasypu i roztrzaskał o skały. Przeżyła tylko Ramos i jeszcze jeden żołnierz, który też miał trafić do Jedynki, ale na razie wciąż był w ambulatorium pod obserwacją lekarzy. Miał do nich dołączyć w kolejnej misji.

Nad tą niezwykłą zbieraniną próbował zapanować Odyn. I całkiem dobrze mu szło. W przeciwieństwie do sierżanta Campbella nigdy nie podnosił głosu. Mówił cicho i spokojnie, ale było w nim coś, co sprawiało, że nikt nawet nie pomyślał, żeby nie wykonać rozkazu. Niewątpliwie ten siwiejący już mężczyzna o zmęczonej twarzy i z opaską na oku posiadał niezwykłą charyzmę.

Nikt nie znał jego prawdziwego imienia i nazwiska, nie wiedział, skąd pochodzi i co robił wcześniej. Nikt też nie wiedział, jakim sposobem trafił na „Hajmdala” i jak stracił oko. Zastanawiano się również, dlaczego zwykły szeregowy dowodzi całym plutonem i czemu ma takie poważanie wśród wyższych rang. Na ten temat krążyły tylko plotki i legendy, jedne bardziej absurdalne od drugich. Ale ktoś, kto go poznał bliżej, wcale się temu nie dziwił.

Bishop miał okazję służyć z Odynem podczas misji na Thagdze, z której ewakuowali się w dramatycznych okolicznościach, i wiedział, że dowódca jest właściwą osobą na właściwym miejscu. To dzięki jego pomocy udało się wyciągnąć Ezrę i Abigail z ruin zigguratu. Przekonał też sierżanta Campbella, że należy podjąć akcję ratunkową. Potem zachował zimną krew, gdy wybuchł wulkan, i zorganizował ucieczkę. Przejął dowodzenie nad obydwoma plutonami. Sierżant Campbell nie miał nic przeciwko temu i podporządkował się jego rozkazom. Niezwykła charyzma i doświadczenie czyniły z jednookiego zwiadowcy nieformalnego lidera i każdemu, kto podważałby jego kompetencje, Tobias gotów był dać w mordę.

A teraz Odyn siedział w przedniej części transportera, obok kierowcy, i spoglądał w monitory przekazujące obraz z kamer na dachu pojazdu. Naprawdę było co podziwiać, bowiem ten świat zaskakiwał różnorodnością.

Przedzierali się przez pokryte bujną roślinnością dżungle, iglaste lasy i zielone kotliny, gdzie na każdym kroku rosły różnego rodzaju rośliny przypominające widłaki, skrzypy i olbrzymie paprocie o pierzastych liściach, sięgające piętnastu metrów wysokości. Nie brakowało również drzew o wysmukłych kłodzinach i lancetowatych liściach wielkości dorosłego człowieka.

Wszystko tutaj było ogromne. Rośliny, owady, zwierzęta. Atmosfera Monarchy 47 była bogata w tlen, co sprawiało, że wszystko osiągało gigantyczne rozmiary. Na monitorach widzieli trzymetrowe wije wspinające się na drzewa, kolosalne węże pełzające wśród traw, latające owady wielkości dorodnych ptaków i ptaki przewyższające rozmiarami ich transporter. A w górze królowały dziwne, skrzydlate zwierzęta, utrzymujące się w powietrzu niemal cały czas. Pikowały tylko po to, żeby upolować zdobycz. Niebo się od nich roiło.

Czwartą godzinę jeździli po tym lesistym księżycu, napotykając różnego rodzaju krabopająki, ssawkonogi, kolorowe płazy i gady. Wśród tych ostatnich przeważały ruchliwe osobniki z barwnymi grzebieniami na trójkątnych czaszkach. Biegały w stadach liczących kilkadziesiąt sztuk, ale gdy w pobliżu przejeżdżał transporter, zatrzymywały się jak na komendę i spoglądały z zainteresowaniem. Bishop miał wówczas wrażenie, że gapią się na pojazd jak na potencjalną zdobycz. Nie poprawiało mu to humoru.

Innymi przedstawicielami gadów na tym księżycu były majestatyczne olbrzymy o potężnym korpusie i długiej, wysmukłej szyi. Ich wzrost przekraczał dwadzieścia metrów, dzięki czemu mogły żerować na najwyższych drzewach. Przypominały Tobiasowi dinozaury żyjące na Ziemi przed milionami lat. W dzieciństwie ojciec pokazał mu hologram, który je przedstawiał. Wówczas myślał, że to tylko artystyczny wymysł, rysunek powstały na podstawie wyobraźni autora, ale potem dowiedział się, że takie stworzenia rzeczywiście istniały. Jak się teraz okazało, nie tylko na Ziemi.

Na słońcu wygrzewały się masywne gady z bladozielonymi kolcami na grzbiecie. Wydawały się spokojne i łagodne, ale to były pozory, bowiem gdy tylko jakiś inny osobnik zbliżał się do nich, kolce nagle przybierały krwistoczerwoną barwę i gad natychmiast atakował. Zwiadowcy widzieli, jak dwa osobniki tego gatunku walczą ze sobą, i był to pokaz, od którego włosy jeżyły się na głowie. Szybkość, siła i bezwzględność czyniły z tych istot doskonałych zabójców. Bishop objeżdżał ich leża szerokim łukiem.

Sporo również było gadów pokrytych łuskową skórą i posiadających dwie, a nawet trzy głowy. Siedziały przy wodopojach, czekając na ofiary. Tobias właśnie tak wyobrażał sobie legendarne smoki.

− Nie podoba mi się tutaj. – Wzdrygnął się, gdy przed wozem przemknął kolejny olbrzymi wij. Oczyma wyobraźni zobaczył, jak oplata go swoimi licznymi odnóżami i próbuje pożreć. – Bardzo nie podoba.

Dwukrotnie zdarzyło się, że drogę blokowała kłoda drewna i musieli się zatrzymać. Wówczas z tylnej części pojazdu wyskakiwali Funke, Ramos i Maharaj, żeby jak najszybciej usunąć przeszkodę. Nie chcieli zbyt długo pozostawać na zewnątrz. Nie tylko ze względu na parną atmosferę księżyca, przy której nawet zaduch panujący w transporterze był lepszy, ale przede wszystkim obawiali się zagrożeń czyhających na tym tropikalnym globie. Tutaj wszystko mogło człowieka zabić: olbrzymie stwory o potężnych szczękach, jadowite owady, trujące rośliny i inne niebezpieczne zjawiska. Tobias nie zamierzał wystawiać nawet głowy z pojazdu.

 

− Niczego tu nie znajdziemy – marudził. Odyn wyraźnie go ignorował. – Dlaczego dowództwo wysyła nas w takie miejsca? Najpierw trafiliśmy na księżyc, który okazał się morzem żrącej wody. Potem na glob będący zupełnie wyjałowionym pustkowiem, naszpikowany toksycznymi gejzerami. Naprawdę spodziewali się, że znajdziemy tam żywność, wodę czy jakiekolwiek zasoby?!

Pytanie było retoryczne, ale Bishop i tak zrobił pauzę, spoglądając na Odyna. Ten milczał z kamienną twarzą.

− A tutaj? – kontynuował Tobias. – Wszystko może nas zabić! Mięczaki są większe niż moja ręka, gady są w stanie nas rozdeptać, a ssaki mają kolce jadowe. Założę się, że na metr kwadratowy przypada tysiąc trujących roślin. To jakiś koszmar!

Zamilkł na chwilę, pokręcił głową i mówił dalej:

− Przed wylotem medycy ostrzegali nas, żebyśmy bez potrzeby nie wyłazili z pojazdu i uważali na wszelkie zadrapania, bo każda rana może stać się mieszkaniem dla pasożytów. Gdy coś takiego dostanie się do organizmu…

− Bishop – przerwał mu Odyn, łypiąc na niego swoim jedynym okiem.

− Tak?

− Zamknij ryj.

Tobias obruszył się.

− Próbuję tylko podtrzymać konwersację, która umiliłaby nam podróż.

Odyn uniósł lekko brew.

– Panikujesz jak stara baba.

− Panikuję?! – prychnął Tobias. − Ja tylko dyskutuję z moim dowódcą o potencjalnych zagrożeniach czyhających na tym księżycu.

− To nie jest żadna dyskusja, Bishop – odburknął mężczyzna. – To monolog.

− Mam prawo do wyrażenia moich obaw co do tej misji.

− Cicho! – warknął dowódca. – Przez twoje gadanie nie mogę zebrać myśli.

Tobias zerknął na Odyna, zastanawiając się, nad czym ten tak rozmyśla, ale nic nie mógł wyczytać z wyrazu jego twarzy, więc wzruszył tylko ramionami i zamilkł. Skupił się na prowadzeniu pojazdu.

Wlekli się niemiłosiernie. Opancerzony transporter rozpoznawczy, pomalowany w zgniłozielony kamuflaż, zlewał się z otoczeniem i przez postronnego obserwatora mógłby być postrzegany jako kolejne dziwne stworzenie, należące do fauny tego tropikalnego księżyca. Niezgrabnie przedzierał się przez leśną gęstwinę i Bishop kilkukrotnie musiał zatrzymać pojazd, zawrócić i szukać nowej drogi, klucząc między drzewami.

Silnik wył niemiłosiernie, gdy przebijali się przez zieloną ścianę paproci. Odpowiadał mu ryk dochodzący z głębi dżungli. Tobias wolał nawet sobie nie wyobrażać, do jakiego zwierzęcia należał.

Po godzinie dżungla zaczęła rzednąć i między rozłożystymi liśćmi przebiło turkusowe niebo. Wtem ujrzeli równinę pokrytą wysoką trawą, która miała tutaj niebieski kolor. Bishop zatrzymał pojazd. Z osłupieniem spoglądał na ekran.

Nad trawą unosiły się dziwaczne, skórzaste kokony wielkości ludzkiej głowy. Zwisały z nich jakby parzydełka, lekko kołysane wiatrem. Workowate kokony bujały się w ciszy, w hipnotyzującym rytmie. Trudno było określić, czy to rośliny, czy jakiś rodzaj stadnego zwierzęcia. Kolonia musiała liczyć tysiące osobników, a może nawet dziesiątki tysięcy, bo ciągnęła się aż po horyzont i nie widać było jej końca.

Zwiadowcy tak byli zafascynowani tym niesamowitym widokiem, że zupełnie nie zwrócili uwagi na ekran detektora ruchu, na którym pojawiła się zielona kropka, szybko zmierzająca w ich stronę. Nie zwrócili również uwagi na delikatne drgania, które coraz bardziej przybierały na sile.

− Co jest? – Bishop wreszcie się zaniepokoił.

Odyn przełączył widok na boczne kamery. Pobladł.

− Ruszaj! – krzyknął. – Natychmiast!

Ale było już za późno.

Ziemia zatrzęsła się.