Nie mówiąc nikomu

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Danuta Awolusi, 2021

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Zdjęcie na okładce

©️ Evelina Kremsdorf/Trevillion;

Xan Griffin/Unsplash

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8234-643-5

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Pamięci ukochanej babci, Joanny

Prawda jest lepsza od kłamstwa. Powiedział to ktoś, kto nigdy nie musiał łamać nią cudzego życia. Czasem boli jak siarczysty policzek, ale co zrobić, jeśli przypomina ostrze noża wbite aż po rękojeść? Pozostaje jedno wyjście: udawać, że jej nie ma. Tak się rodzą tajemnice. Niewypowiedziane myśli i pogrzebane nadzieje. Emocje opakowane w milczenie. Złe uczynki. Nawet ból może być sekretem. Cierpienie, którego nie widać w oczach ani kącikach ust, wnika głęboko w człowieka jak nieuleczalna choroba. Lepiej o nim nie mówić, nie wyjmować ostrza z rany, ryzykując, że poleje się za dużo krwi.

Nie mówimy jednak wyłącznie o tajemnicach wielkich i dramatycznych, o traumach, które zamieniają ludzką istotę w nieporadne stworzenie. Przecież każdy z nas ma swoje małe, sekretne bolączki, wstydliwe myśli, nieczyste fantazje, kontrowersyjne poglądy. Świat nie musi o tym wiedzieć. Żona też nie, mąż również. Tym bardziej dzieci. Nawet przyjaciele. To, co głęboko ukryte, jest całkiem niewinne.

Nikomu nie szkodzi.

Kochasz prawdziwie wtedy, kiedy nie wiesz dlaczego.

Lew Tołstoj

Styczeń 2018

Laura biegła najszybciej, jak mogła. Czyli wolno. Jej ciało płonęło żywym ogniem, oddech zamienił się w pożar, lecz ani myślała się zatrzymywać. Właśnie teraz zrozumiała, o co toczy się ta cała gra. Czemu tkwiła w miejscu i nie mogła podjąć decyzji. Może i jej życie w ostatnich miesiącach, czy też latach, ogarnął totalny bałagan, ale teraz wiedziała już, jak nad nim zapanować. O ile uda się zapobiec katastrofie.

Próbowała nazwać w myślach uczucia, które właśnie ją zalewały, fala za falą. Liczyła na to, że jeżeli je nazwie, przestaną być tak intensywne.

Strach. Wściekłość. Szał. Zwątpienie. Popłoch. Panika. O, tak, panika wysuwała się na pierwszy plan, boleśnie spinając mięśnie.

Zatrzymała się, dysząc ciężej od parowozu. W marzeniach widziała siebie, jak odpoczywa chwilę na poboczu, lecz nie miała na to czasu. Musiała dobiec nad zalew, dostać się na wąską, sztuczną plażę. Szybciej, jak najszybciej, zanim będzie za późno. Teoretycznie nie było daleko, zaledwie kilkaset metrów od domu, piętnaście minut piechotą. Teraz dałaby się zabić, że to jednak o wiele dalej. Nie metry, ale kilometry! Dopiero doszła do lasu, gdzie tam woda… Co chwilę wątpiła w siebie.

Pozostało liczyć na to, że Maks, pijany jak armata, nie będzie mógł iść zbyt szybko. Oby, bo inaczej ona nigdy sobie nie daruje. Krok za krokiem, będzie dobrze, tylko się nie zatrzymuj, powtarzała w myślach. I ostrożnie, przypominała. Tu jest mnóstwo cholernych gałęzi, na dodatek niedawno padało. Spiesz się powoli.

Nic z tego. Strach, głęboki lęk, okazał się najlepszym motorem działania. Gnał ją do przodu, pozwalał skupić się na celu. Tak bardzo się bała, że straci Maksa. Mimo wszystko potrzebowała jego obecności, nawet nie mogła sobie wyobrazić życia bez niego.

Kiedy jej oczom ukazała się asfaltowa droga, a za nią rozległy zalew, westchnęła z rozpaczą. Była tak blisko, pytanie tylko, czy nie za późno?

– Maks!!! – wrzasnęła. Cały czas parła do przodu, przeczesując wzrokiem brzeg. Pełno tu było małych pomostów ze spróchniałego drzewa. Idealna pułapka na nietrzeźwego idiotę.

– Maks, wracaj! Nie wygłupiaj się, wracaj!

Biegła dalej, ignorując ból nóg. Na chwilę przecięła kontakt z własnym ciałem, nie przyjmowała do wiadomości, że lada moment sama padnie z wysiłku. Została za to wynagrodzona – nagle go zobaczyła. Maks stał na miniaturowym molo, chwiejąc się jak łajba na wzburzonym morzu.

– Maks!! – Zbliżyła się do niego. – Nic nie rób! Nie ruszaj się!

Z trudem pokonała niewielką plażę, aż w końcu na przeszkodzie stanęła jej woda.

– Do cholery, wracaj albo ja tam po ciebie pójdę!

– Laura! – odkrzyknął. – Zostaw mnie, odejdź!

– Nie ma opcji! Idę po ciebie!

Zdjęła buty i zamoczyła stopy. Nie zraziła jej niska temperatura wody. Uległa instynktowi, wiedziała, że nie może utracić tej miłości. Zabrnęła za daleko, ten ostatni raz musi dać z siebie wszystko.

Rozdział 1

Rok wcześniej

Laura Wieczorek – pozornie przeciętna młoda kobieta. Ładna, acz nie oszałamiająca. Na koncie dwójka dzieci i przystojny mąż biznesmen. Rodzina dwa plus dwa, czyli pełnia szczęścia. Mogłaby polemizować, ale z drugiej strony niejedna zazdrościła jej takiej formy spełnienia.

Historia Laury zaczęła się dawno temu, może nawet w dniu, gdy jeszcze w szkole podstawowej poznała Maksa. Podobał się niemal wszystkim dziewczynom, ale wybrał właśnie ją. A ona jego. Nie przez przypadek, bo od pierwszych chwil połączyła ich wyjątkowa więź. Coś takiego nieczęsto się zdarza, a na pewno nie każdej parze. Rozumieli się bez słów. Razem próbowali wielu rzeczy po raz pierwszy, a później stanęli na ślubnym kobiercu, choć ledwo co zdali maturę i rozpoczęli studia. Nie mieli wątpliwości: bycie razem stanowiło oczywistość, a obrączki na palcach i podpisy w akcie oznaczały upragnioną wolność. Mogli wyfrunąć z rodzinnych domów legalnie i z błogosławieństwem.

Minęło piętnaście lat ich wspólnej drogi. Laura nie ukrywała wielkich sekretów, ale trzymała w tajemnicy kilka brudnych myśli, o których nie mogła powiedzieć nikomu, bo były wyjątkowo niewygodne. Ostatnio znów przechodzili mały kryzys. Potykali się o różne problemy, jakby ktoś porozrzucał w całym domu niewidzialne przeszkody. Całe szczęście, że nadal mieli na siebie apetyt w łóżku; to jedno pozostało niezmienne. Nie chodzili do łóżka tak często, jak przed laty, ale i tak wybijali się nad smutną normę.

Ten poranek wyglądał jak kserokopia kilku poprzednich dni. W kuchni panował harmider, odkąd tylko zjawili się w niej domownicy. Laura nie znosiła wstawać rano z łóżka, bo wiedziała, że przez kolejne dwie godziny czeka ją trudny test na wytrzymałość. Najpierw musiała wyprawić do szkoły bliźniaki. Natalia i Marcin, dziewięcioletnie cuda, zawsze inaugurowali dzień wielką kłótnią, ewentualnie przekomarzaniem się, które mogło wyprowadzić z równowagi nawet świętego. Laura nie uważała się za świętą, więc nie raz, nie dwa wplątywała się w utarczki, pokrzykując znad kuchenki gazowej:

– Przestańcie! Jedzcie jajecznicę! Ubierzcie się jak ludzie! – W akcie ostatecznej desperacji dodawała: – Maks, ogarnij nasze dzieci, bo nigdy nie skończę śniadania.

Zobligowany do działania mąż odrywał wzrok od telefonu, mówił kilka mądrych słów i zazwyczaj udawało mu się zaprowadzić porządek. Laura wstydziła się uczuć, jakie ją wtedy ogarniały: zazdrości, żalu i rozgoryczenia.

Tym razem było podobnie. Natalia i Marcin uspokoili się dopiero po reprymendzie ojca, skupiając się na swoich talerzach.

Od szóstej rano Laura przygotowywała kanapki do szkoły, lunch dla małżonka, szukała dzieciom ubrań, sprawdzała, czy wszystko spakowały, a przy okazji słuchała, jak Maks streszcza problemy rozpoczynającego się dnia. A miał ich naprawdę mnóstwo. Codziennie podejmował ważne decyzje, pomnażał kapitał, zdobywał klientów, pilnował spraw w firmie, wdrażał rozwiązania, zarządzał sprzedażą i robił wszystko to, co dla Laury brzmiało obco, czasem niezrozumiale i wyczerpująco.

– Ogród Borkowskiej prawie gotowy. Muszę tam podjechać i sprawdzić, czy wszystko gra. Poza tym mamy sporą dostawę, więc nie wiem, o której będę. A ty jak? Jakie plany?

Laura nie skupiała się zbytnio na wywodach męża, ale jego pytanie i tak wyprowadziło ją z równowagi. Czy zadawał kretyńskie pytania, bo chciał ją zdenerwować, czy też naprawdę nie zauważał istoty sprawy? Obstawiała to drugie. Jakie mogła mieć plany? Jak zawsze bogate. Godne kobiety sukcesu. Właśnie takimi drobnostkami potrafił wyprowadzić ją z równowagi.

– Jadę na zakupy. Muszę kupić środki czystości i zatankować.

– Starczy ci kasy? – zapytał beztrosko, zatapiając wzrok w ekranie telefonu, bo e-maile spływały non stop, od bladego świtu.

– Tak, na razie jest OK – odparła, kalkulując w myślach, ile może wydać.

Stłumiła w sobie chęć, aby wytrącić mu telefon z ręki i powiedzieć kilka ostrych słów. Od kilku miesięcy musiała gryźć się w język. Coś się działo, jakiś głos próbował wydobyć się na zewnątrz, ale na razie starała się go zagłuszać, upominając samą siebie najsurowiej, jak potrafiła.

Nie uważała się za kurę domową. Nigdy nią nie była, choć od zajścia w ciążę nie pracowała, z wielu powodów. Po pierwsze, firma ogrodnicza Maksa bardzo się rozwinęła i przynosiła wystarczające zyski, aby mogli żyć w dostatku, a nawet luksusie. Po drugie, mąż naciskał, aby Laura jednak została w domu. Bliźniaki zawsze wymagały ogromnej uwagi, a Maksymilian był zdania, że skoro on jest tak zabiegany, ktoś musi być na miejscu i wynagradzać dzieciom jego nieobecność. Padło na nią.

– I tak nie zarobiłabyś dużo w swoim zawodzie, przecież wiesz – skomentował sprawę dziewięć lat temu. – Ciesz się domem, odpocznij, nie stresuj się. Niczego nam nie braknie. Tego pragnęliśmy, prawda?

 

Wtedy słowa ukochanego, którego znała lepiej niż własną matkę, smakowały jak letnie owoce: lekko, słodko, beztrosko. Przecież nie kłamał i nie koloryzował. Tak, pragnęli stabilizacji, rodziny, własnych czterech kątów. Nie wyróżniali się niczym na tle innych małżeństw, poza tym, że pobrali się w bardzo młodym wieku, z własnej nieprzymuszonej woli, bez niechcianej ciąży czy jakichś naglących okoliczności. Choć brzmiało to niewiarygodnie, trzydziestopięcioletnia Laura była mężatką z wieloletnim stażem i mieszkała w dużym domu, w zacisznej okolicy, blisko jeziora z plażą.

Uważała się za kobietę elegancką, choć oszczędną w stylu i sposobie bycia. Kochała staromodne, kwieciste sukienki, długie płaszcze, rozkloszowane spódnice i proste bluzki z kołnierzykiem. Szczupła, nie za wysoka i nie za niska, bardzo skromna, miała półdługie włosy, spięte z boku spinką. Była uosobieniem szyku. Jej uśmiech potrafił przyciągnąć uwagę z daleka, choć Laura nie szafowała nim na co dzień, podobnie jak pieniędzmi.

Jak zawsze pożegnała dzieci, które pognały do samochodu męża i wgramoliły się na tylne siedzenia. Natalia trajkotała jak nakręcona, a Marcin zajął się swoją grą.

– Udanego dnia. – Maks wsunął pudełko z lunchem do teczki, cmoknął Laurę w usta, poprawił krawat i pewnym krokiem ruszył ku wyzwaniom kolejnego dnia. Poruszał się z godnością, jak na człowieka sukcesu przystało. Laura odprowadziła wzrokiem swojego wysokiego, przystojnego mężczyznę, którego zazdrościło jej wiele kobiet w Nowym Chechle.

Wreszcie dom pogrążył się w ciszy. Właśnie jej Laura pragnęła najbardziej, choć tym razem musiała wsiąść do auta, by zrobić zakupy w pobliskim Lidlu i zaplanować obiad.

Nie, we własnej opinii nie była kurą domową. Na swoje „obowiązki” poświęcała niewiele czasu. Kiedy tylko uporała się z tym, co konieczne, porzucała rolę żony i matki, by stać się panią samej siebie. W jej przekonaniu jedno i drugie nie mogło współistnieć. Wyciągała z torebki kluczyk do jedynej szafki w salonie, wyposażonej w zamek. Maksymilian nawet nie wiedział, że była zamykana, tymczasem jego żona trzymała tam kilka skarbów. Przede wszystkim laptop, kupiony za własne pieniądze, którego nikt z domowników nigdy nie widział. Oprócz tego piętrzyło się tam nieco papierów i notatników, gdzie skrzętnie zapisywała pomysły.

Siadała w salonie lub na tarasie i przez kilka godzin stukała w klawisze. Rok temu ukazała się jej pierwsza powieść, wydana pod pseudonimem Nela Mazur. Nela zajmowała się pisaniem opowieści typu prawdziwych historii. Fabularyzowane dzieje ciekawych ludzi, którzy za jej sprawą mogli pokazać światu, co im się przytrafiło, chwytały za serce. Wzruszającą historię matki, której odebrano dziecko, przedstawiła pod tytułem Nie oddam serca. Książka sprzedała się w nakładzie pięciu tysięcy egzemplarzy, co wydawnictwo uznało za spory sukces.

O pasji Laury nie mógł się dowiedzieć nikt z jej najbliższych. Nela Mazur żyła swoim życiem. Nie bywała na targach książki i nie jeździła na spotkania autorskie. Wywiadów udzielała wyłącznie online.

Obecnie czekała na decyzję, co dalej z jej pisarską karierą, a tymczasem szkoliła warsztat i zapisywała pomysły oraz wstępy do następnych powieści. Dzisiaj również miała coś do zanotowania:

Prawdziwa, wciągająca historia zawsze zawiera tajemnicę. Jeśli jesteśmy ciekawi samych siebie, potrzebny nam będzie przynajmniej jeden sekret, skrywany głęboko pod powierzchnią świadomości.

Rozdział 2

Uka. Śmierdząca świruska, miejscowe straszydło. Niegdyś nazywała się Urszula, ale w Zbrosławicach, wsi na Górnym Śląsku, nikt już nie pamiętał, jak miała na imię i co robiła wcześniej. Dla mieszkańców zawsze była i będzie wyłącznie Uką.

Kiedy sunęła przez miasteczko, wszyscy wokół rozstępowali się jak Morze Czerwone przed Mojżeszem. Jej nogi w starych, schodzonych butach ciężko szurały po ziemi, a metalowy wózek, skrzypiący niczym stare drzwi, sprawiał, że przechodnie automatycznie unosili brwi w lekkim niezadowoleniu. Wiedzieli, że Uka jest w pobliżu, nawet jeśli nie dostrzegali jej w zasięgu wzroku.

Być może każde miejsce na świecie, które chce się określać mianem społeczności, ma swoją Ukę. Dziwaczkę w łachmanach, niby istotę ludzką, ale nie do końca. Szaloną staruchę, która z czasem staje się atrakcją, zwłaszcza dla przyjezdnych. Gdyby Uka nagle zniknęła, przestała włóczyć się po ulicach, gdyby zabrakło jej przy bramie cmentarza, ludzie na pewno szeptaliby między sobą, że czegoś brakuje. Nie kogoś.

Mieszkańcy Zbrosławic na swój sposób przywiązali się do niej, tak jak można przyzwyczaić się do ruiny, która podupada, ale i tak nie zostanie rozebrana. Widok staruszki, zgiętej wpół, jakby wiecznie szukała czegoś na ziemi, ubranej w długi, wełniany płaszcz, stał się elementem codzienności. Czymś stałym, mało zaskakującym, choć nadal dziwnym.

Od niemal czterdziestu lat, każdego dnia, bez względu na porę roku i warunki atmosferyczne, Uka przemierzała miasteczko, aby w końcu dotrzeć do stacji końcowej – grobu. To właśnie tu, otulony spokojem i rozkoszną ciszą, spoczywał Filip, jej ukochany mąż. Mało kto go pamiętał, choć zapewne znalazłoby się wielu, mogących opisać młodego mężczyznę, który uosabiał to wszystko, co Uka straciła. Snuto domysły, kim był i ile znaczył, skoro jego śmierć, tragiczna i gwałtowna, doprowadziła kobietę w kwiecie wieku do rozpaczy i całkowitego zatracenia.

Kiedy tylko świt przesączał się przez okna pokoju Uki, staruszka wypełzała z domu, by ruszyć w doskonale znaną sobie drogę. Tylko ta jedna czynność dotyczyła jej naprawdę. Cała reszta, którą ograniczał czas i jego bezlitosne mechanizmy, omijała ją szerokim łukiem, jakby Uka była jednocześnie istotą wybraną i potępioną przez los.

Nie czuła nic, pogrążona w swojej własnej, niepowtarzalnej czasoprzestrzeni. Dzień za dniem, godzina za godziną, wskazówki zegara przesuwały się dla niej w niezauważalnym tempie. Czasem siedziała przy grobie męża cały dzień, a czasem zaledwie kilkanaście minut. Nie zauważała różnicy. Zdarzało się, że rankiem zastygała w domu nad pajdą chleba na długie godziny, odpływając myślami gdzieś daleko. Gdy otrząsnęła się z otępienia, nie zerkała na zegar, tylko w okno, oceniając jedynie, czy to jeszcze dzień, czy już noc. Zakotwiczała się w rzeczywistości w najprostszy sposób, jaki można wymyślić. Bezwiednie poddawała się namiastce reguł, choć większości z nich mówiła stanowcze „NIE”.

Grób Filipa nie był szczególnie reprezentacyjny. Ciemne, marmurowe płyty lśniły w słońcu, a wzrok przykuwało zdjęcie przystojnego chłopaka. Złote litery, wyżarte przez deszcze i śnieżyce, układały się w słowa: „Filip Dobrowolski. Dziennikarz i ukochany mąż”.

Wielu mieszkańców Zbrosławic widywało Ukę, jak przeciągała brudnymi szponami po nagrobku, gładząc pieszczotliwie fotografię. Nie przynosiła kwiatów ani zniczy, nie szorowała kamienia. Po prostu przychodziła do męża, jakby odwiedzała go w szpitalu, każdego dnia.

Podczas tych swoich wizyt milczała jak zaklęta, więc szybko ukuto teorię, że staruszka jest niemową. Nigdy się nie odzywała, wszelkie sprawy załatwiała bez słów. Zresztą, samych sprawunków było niewiele.

Raz w miesiącu wtaczała się do budynku miejscowej poczty. Ci, którzy akurat trafili na ten niefortunny dzień, woleli szybko ewakuować się z urzędu, rezygnując z płacenia rachunków i odbioru awizowanych listów. Powód był prosty: Uka zawsze przybywała otoczona smrodem, który gryzł w nozdrza jak dym. Albo o wiele gorzej.

Brudną ręką, zakończoną jeszcze brudniejszymi paznokciami, kładła w okienku rachunki za prąd, wodę i gaz. Właśnie ta czynność pozwalała sądzić, że choć stara kobieta żyła poza wszelkimi regułami, to jednak łapała ostatnią, wątłą nić społecznego istnienia. Chciała mieć światło, czuć ciepło, chciała, aby z kranu płynęła bieżąca woda.

Po takiej wizycie pracownicy, bez względu na porę roku, otwierali szeroko okna, by jak najszybciej wywietrzyć odór i zapomnieć o istnieniu Uki przynajmniej na kilka tygodni.

W gorszej sytuacji byli właściciele miejscowych sklepów spożywczych. W ich progach Uka pojawiała się kilka razy w tygodniu. Kupowała zazwyczaj chleb tostowy, pasztetową i ser. Uwielbiała sucharki, bywało też, że skusiła się na czekoladę czy mieloną kawę. Kolejna namiastka zwyczajnego życia, a może nawet drobnego luksusu?

Nikt nie widział, jak Uka je. Nikt nie próbował z nią rozmawiać. Nikt jej nie współczuł i nie zastanawiał się, czy marznie w zimie, czy też poci się w upalne lato. Jej dziwaczność była oczywista i akceptowana do momentu, w którym Uka spróbowałaby wyjść poza swoją rolę. Na całe szczęście dla wszystkich rzadko zdarzało jej się zaczepiać przechodniów.

Ludzie tworzyli o niej legendy, pragnąc oswoić się z kimś, kto był teoretycznie nieoswajalny. W większości z nich pojawiał się motyw wielkiej fortuny, którą Uka rzekomo zdobyła przed laty jako złodziejka lub dostała w spadku. Skąd bowiem miałaby pieniądze, skoro nie przepracowała ani dnia i nie posiadała żadnej rodziny? Myśl, że dziwoląg, otoczony smrodem i potępieniem, może być również bogatą szychą, przyciągnęła nawet kilku dziennikarzy. Skończyło się na niewielkich reportażach w lokalnej prasie, które nie zmieniły niczego ani w życiu Uki, ani w codzienności mieszkańców.

Uka mogła tak trwać przez całą wieczność, nie zmieniając w swojej egzystencji zbyt wiele, ale los, przeznaczenie, a może wola Boga sprawiły, że w końcu, po czterdziestu latach, ktoś zapukał do jej świata. Zrobił to zdecydowanie, nieprzypadkowo i nie miał zamiaru odejść, choć drzwi były zaryglowane i zamknięte na cztery spusty. Ten ktoś wcale nie chciał zawracać biegu rzeki, lecz jedynie wydobyć prawdę, ukrytą tak głęboko, że nawet sama Uka nie miała pojęcia, gdzie może się znajdować.

Rozdział 3

Laura nie miała głowy do pieniędzy. A dokładniej: to jej mąż był głową, swoistym bankomatem, który wypłacał gotówkę. Nie chwaliła się tym przed nikim, ale też nie robiła z tej sprawy dramatu. Taki mieli układ. Przecież każde małżeństwo dokonuje między sobą jakichś ustaleń, które ludziom z zewnątrz mogą się wydać dziwne.

Gdy skończyła osiemnaście lat, założyła sobie konto studenckie. Swój własny rachunek, na nazwisko panieńskie. Maksymilian, jej przyszły mąż, zrobił to również. Razem przeżyli chwilę, gdy w ich rękach pojawiły się pierwsze plastikowe karty. Czuli się wszechmocni. Śmiało spoglądali w przyszłość.

Po ślubie nie poszli do banku, nie założyli wspólnego konta, nie przejmowali się finansami. Obydwoje dostawali stypendia, więc jakoś wiązali koniec z końcem.

Maks studiował prawo, ale już wiedział, że na dyplomie magistra się skończy. Rozkręcał własny interes i czuł, że będzie to strzał w dziesiątkę. Marzył o firmie, uważał, że musi się udać, przecież ciężko pracował na swój własny biznes, poświęcał mu wolny czas, który mógłby przeznaczyć na hulaszcze, studenckie życie. I udało się. Wszystko, czego pragnął, przychodziło stopniowo, nie gwałtownie, ale konsekwentnie. Najpierw wywalczona i okupiona stresem ciąża Laury, potem dom w Nowym Chechle. Wielki, nowoczes­ny, w zacisznej, leśnej okolicy, zaledwie parę kroków od największej miejscowej atrakcji, czyli sztucznego jeziora z plażą. To była największa duma Maksa. Laura nie pytała, ile kosztowała budowa, bo mąż przekonał ją, że nie powinna zaprzątać sobie głowy takimi sprawami. Po trzech latach od wylania fundamentów wprowadzili się do wnętrza, które wyglądało jak z katalogu „Czterech Kątów”. Zapierało dech w piersiach.

Maks nie wyobrażał sobie, aby jego żona pracowała. Natalia i Marcin to był cud, prezent od losu, wysłuchane modlitwy. Marzył o domu, w którym niczego nie brakuje, ale biznes go pochłaniał. Uwierzył, że Laura, dbająca o ognisko, stanie się spoiwem rodziny. Ciąża przypadła na moment, gdy firma zaczęła przynosić pierwsze przyzwoite dochody. Wszystko miało się zmienić, na lepsze, rzecz jasna.

Wtedy w końcu poszli do banku. Maks namówił Laurę, by zamknęła swoje studenckie dawne konto. „Po co płacić za coś, czego nie będziesz używać?”. Święta racja! Laury to nie zdziwiło, nie wydało jej się podejrzane, bo przecież wtedy już założyli wspólny rachunek. Maks miał do niego dostęp i ona również. Dwie plastikowe karty. Dużo możliwości.

Mimo to zmarszczyła brwi w zadumie, kiedy mąż przelał na ich wspólne konto zaledwie pięćset złotych. Tyle wystarczyło na zakupy i drobne sprawunki w ciągu tygodnia. A gdzie pozostałe środki? Przecież nie pracowała. Nie miała nawet oszczędności, nie zdążyła ich zgromadzić.

– Spokojnie, kotku. Będę uzupełniał na bieżąco, ile trzeba. Pieniędzy ci nie braknie, przecież to oczywiste. Wszystko idzie super. Naprawdę super! Wiesz?

 

Wiedziała tylko tyle, że na jego rachunku firmowym i koncie osobistym mnożą się duże sumy. Nie dociekała, jak wielkie, ale z biegiem lat zapewne urosły do setek tysięcy. Tymczasem na ich wspólnym, małżeńskim koncie zawsze były marne grosze, jakby wciąż wiedli studenckie życie.

I tak już zostało. Nigdy nie ujrzała bogactwa własnego męża. Gdy poruszała temat finansów, Maks zazwyczaj odpowiadał wymijająco, a czasem gwałtownie ucinał rozmowę. Nauczyła się milczeć, bo przecież spełniał swoją obietnicę, niczego im nie brakowało. Na ich wspólne konto regularnie przelewał pieniądze. Zawsze chciał wiedzieć, ile dokładnie będzie potrzebowała. Te rozmowy szybko stały się dla niej udręką.

– To co? Jaki budżet na ten tydzień? – pytał w niedzielę wieczorem, kiedy bliźniaki łaskawie zasnęły.

Laura dokonywała szybkich obliczeń. Jedzenie, środki czystości, paliwo. Rachunki płacił on.

– Może osiemset… Chyba wystarczy…

– Dobra, to osiemset.

Serce zabiło jej niespokojnie. Przecież to nie wszystko. Potrzebowała nie tylko pieniędzy na jedzenie i benzynę.

– Chciałam też podjechać po nowe buty. – Próbowała uśmiechnąć się kokieteryjnie, ale wyszedł z tego nerwowy grymas.

– Buty?

– Widziałam ostatnio na Krakowskiej takie jedne. No wiesz.

– No wiem. – Uśmiechnął się, choć jego brwi pozostawały uniesione bardzo wysoko. – Masz chyba z piętnaście par.

– Konkretnie to trzy. – Nienawidziła momentu, w którym zaczynała się tłumaczyć, ale przecież i tak musiała się spowiadać z każdej kupionej rzeczy.

– No dobra. Jasne. To ile na te buty?

– Dwieście…

– Że co?! – próbował się oburzyć, robiąc teatralny gest, ale wcale nie był zabawny.

– To Lasocki. Ja… po prostu na długo starczą.

– A, Lasocki, rozumiem. Czyli razem tysiąc. Oglądamy jakiś film?

Maks płynnie przeszedł do wieczornych przyjemności, ale Laura dłuższą chwilę siedziała w kuchni, walcząc z nieprzyjemnym uciskiem w żołądku.

Później przyszedł moment, w którym Maks przestał pytać, ile pieniędzy tygodniowo będzie potrzebne. Sam określał budżet, a kiedy Laura go przekraczała, potrafił przez cały wieczór studiować paragony i wyciągi bankowe, śledząc historię zakupów.

– Kochanie? Możesz na chwilę? – krzyknął znad ekranu laptopa.

– Co się dzieje?

– Nic, po prostu zastanawiam się, o co chodzi z tymi kosmetykami.

– Co masz na myśli? – Przełknęła ślinę i poczuła, jak gniew zaczyna unosić się na kolejne kreseczki w jej prywatnej skali.

– Zamówiłaś kosmetyki z Yves Rochera i Sephory. Trzeba przyznać, że sporo sobie liczą. Nie możesz kupować ich w zwykłej drogerii? Przecież tam też chyba mają, co trzeba?

– Mam wrażliwą skórę, akurat te marki mi służą… Poza tym przecież ja robię u nich zakupy tylko raz na rok. To bardzo wydajne kosmetyki, czasem nawet coś wystarcza na dwa lata.

Laurze zaczęły się lekko trząść dłonie. Dlaczego mu tego nie powie? Dlaczego nie wyrzuci z siebie prostego zdania: „Odpierdol się od moich zakupów, nic ci do tego, czym się maluję”? Już miała je na końcu języka, gdy nagle Maks dodał miękkim tonem, jakby przemawiał do dziecka:

– Kotuś, przecież ja ci niczego nie żałuję. Staram się po prostu żyć rozsądnie, bo nigdy nie wiemy, co nas spotka i kiedy przyjdzie moment, w którym trzeba będzie maksymalnie zacisnąć pasa.

– Spodziewasz się bankructwa? – wykrztusiła, będąc pod wrażeniem logiki małżonka.

– Nieee, głuptasku – roześmiał się, jakby Laura rzeczywiście powiedziała coś głupiego. – Po prostu dmucham na zimne. No i wydaje mi się, że dwieście pięćdziesiąt złotych na kosmetyki warte zapewne ze sto to coś, z czego można zrezygnować.

Zaczerpnęła powietrza. Chciała powiedzieć, że jak na kogoś, kto zgarniał kilkaset tysięcy złotych rocznie czystego zysku, zachowywał się jak skąpiradło. Kiedy jednak zajrzała w jego oczy, roziskrzone szczerą troską, wyrzuty sumienia rzuciły się na nią jak stado sępów.

Przecież mógł mieć trochę racji. Może nawet więcej niż trochę. Po co jej taki drogi podkład, hipoalergiczny tusz do rzęs i puder za duże pieniądze? Czy na pewno nie znalazłaby tańszych odpowiedników w hali targowej w Tarnowskich Górach? Kobiety miały fioła na punkcie drogich marek, które narzucają szokujące marże, mydląc oczy klientek superjakością swych produktów, a przecież podkład to tylko podkład. Poza tym nie malowała się codziennie. Właściwie z biegiem lat robiła to coraz rzadziej, zaledwie kilka razy w tygodniu, na dodatek zawsze skromnie. Podkreślała swoją urodę delikatnie, lubiła myśleć, że nikt nawet nie zauważa, że jest umalowana.

Już miała przytaknąć, gdy nagle przypomniało jej się, że małżonek lubił kupować sobie markowe kosmetyki, a w szafie miał przynajmniej dziesięć drogich garniturów.

– Jak ci się nie podoba, to pójdę do pracy i zarobię na siebie. Już od dawna o tym myślę.

– Że co? Nieee, kochanie, nie po to tyram jak wariat, żebyś jeszcze ty musiała harować. Nic się nie dzieje. Kup sobie, co tylko potrzebujesz.

– Przed chwilą mówiłeś coś innego – mruknęła, nie dając się tak łatwo udobruchać.

– Nie drążmy tematu, OK? Zobaczmy jakiś film.

– No nie wiem. Wypożyczenie filmu też kosztuje, o kinie nie wspomnę.

– O maaaatko. Przepraszam, jeżeli cię uraziłem. Może na zgodę zamówię nam jedzenie z dostawą do domu? Nie chcę się kłócić.

– Jak uważasz. I tak ty płacisz.

Laura odczuwała niemałą satysfakcję na myśl, że ma swoje sekretne źródło dochodu. Nela Mazur zarabiała – na razie marnie, bo odłożyła zaledwie tysiaczek, ale… należał do niej. Nie ruszała tych pieniędzy, udawała, że ich nie ma. Kiedy tylko Maksymilian znów stawał się skąpy, uśmiechała się w duchu, pokrzepiona myślą o własnych pieniądzach.