Człowiek o 24 twarzachTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– To absolutnie wykluczone. Już o tym wiedzą o dwie osoby za dużo.

– To konieczne, jeżeli mamy panu pomóc – odezwała się Dorothy Turner.

– Ja nie potrzebuję pomocy, proszę pani. Być może potrzebują jej Danny i David, ale to naprawdę nie moja sprawa.

– Czy nie obchodzi pana, co się stanie z Billym? – zapytała Judy rozwścieczona pogardliwą postawą Arthura.

– Obchodzi mnie – odrzekł – ale obchodzą mnie też koszty. Ludzie powiedzą, że jesteśmy wariatami. To wszystko wymyka się spod kontroli. Strzeżemy życia Billy’ego, utrzymujemy go przy życiu od chwili, gdy próbował skoczyć z dachu szkoły.

– Co pan chce przez to powiedzieć? – zapytała Dorothy Turner. – W jaki sposób utrzymujecie go przy życiu?

– Sprawiając, że przez cały ten czas śpi.

– Czy nie rozumie pan, jak to może wpłynąć na naszą sprawę? – powiedziała Judy. – To może być decydujące: więzienie czy wolność. Czy nie chciałby pan być wolny i mieć czas na naukę poza murami więzienia? Czy chce pan wrócić do Lebanon?

Arthur założył nogę na nogę. Spoglądał to na Judy, to na Dorothy.

– Nie lubię się spierać z damami. Zgodzę się jedynie pod tym samym warunkiem, co przedtem. Pod warunkiem, że wszyscy inni także wyrażą zgodę.

W trzy dni później Judy Stevenson uzyskała pozwolenie na wtajemniczenie Gary’ego Schweickarta.

W zimny lutowy poranek przeszła z gmachu więzienia hrabstwa Franklin do biura obrońcy publicznego. Gdy się tam znalazła, nalała sobie filiżankę kawy, weszła do zagraconego pokoju Gary’ego, usiadła i zebrała siły.

– OK – zwróciła się do Gary’ego. – Powiedz, żeby nie łączyli żadnych rozmów. Mam ci coś do powiedzenia na temat Billy’ego.

Kiedy już mu opowiedziała o swoich spotkaniach z Dorothy Turner i Milliganem, Gary popatrzył na nią jak na wariatkę.

– Widziałam to na własne oczy – zapewniła. – Rozmawiałam z nimi.

Gary wstał i zaczął się przechadzać w tę i z powrotem. Nieuczesane włosy opadły mu na kołnierz, a luźna koszula wychodziła ze spodni.

– Daj spokój – zaprotestował. – To niemożliwe. To znaczy, wiem, że on ma jakieś zaburzenia psychiczne i jestem po twojej stronie. Ale to się nie uda.

– Musisz przyjść i sam zobaczyć. Nie masz pojęcia... Ja jestem całkowicie przekonana.

– W porządku. Ale coś ci powiem. Ja w to nie wierzę. I prokurator w to nie uwierzy. Ani sędzia. Ja mam do ciebie wielkie zaufanie, Judy. Jesteś świetnym prawnikiem i znasz się dobrze na ludziach. Ale to jest oszustwo. Wydaje mi się, że dałaś się nabrać.

Następnego dnia, o trzeciej, Gary poszedł z Judy do więzienia hrabstwa Franklin. Spodziewał się, że spędzi tam pół godziny. Odrzucał całkowicie myśl o osobowości wielorakiej. To było niemożliwe. Ale w miarę konfrontowania się z kolejnymi osobowościami jego sceptycyzm zamienił się w ciekawość. Zobaczył, jak przestraszony David zmienia się w nieśmiałego Danny’ego, który pamiętał go z pierwszego okropnego dnia w więzieniu.

– Kiedy wpadli do mieszkania i aresztowali mnie, nie miałem pojęcia, co się dzieje – powiedział Danny.

– A dlaczego powiedziałeś, że jest tam bomba?

– Ja tego nie powiedziałem.

– Powiedziałeś do policjanta „bo wybuchnie”.

– Tommy zawsze mówi: „Trzymajcie się z daleka od tego, co moje, bo wybuchnie”.

– Dlaczego tak mówi?

– Proszę jego zapytać. On jest specem od elektroniki. Zawsze coś majstruje przy drutach, kablach i podobnych rzeczach.

Schweickart kilka razy zmierzwił sobie brodę.

– Spec od ucieczek i spec od elektroniki. No dobrze, czy możemy porozmawiać z Tommym?

– Nie wiem. Tommy rozmawia tylko z ludźmi, z którymi chce rozmawiać.

– Nie możesz go sprowadzić? – zapytała Judy.

– Ja nie mogę tego tak po prostu zrobić. To musi się wydarzyć. Myślę, że mógłbym go poprosić, żeby z wami porozmawiał.

– Spróbuj – powiedział Schweickart, powstrzymując uśmiech. – Postaraj się.

Ciało Milligana zdawało się cofać w siebie. Twarz mu pobladła, oczy stały się szklane, jakby zwracały się do środka. Jego wargi poruszały się – mówił do siebie. W całym pokoju zapanowała atmosfera intensywnego skupienia. Z twarzy Schweickarta – który wstrzymał oddech – zniknął kpiący uśmieszek. Oczy Milligana wędrowały z boku na bok. Rozejrzał się wokół, jak ktoś obudzony z głębokiego snu, i położył sobie dłoń na prawym policzku, jakby sprawdzając, czy jest realny. A potem rozparł się arogancko na krześle i spojrzał wściekle na oboje adwokatów.

Gary odetchnął głęboko. Wszystko to zrobiło na nim wrażenie.

– Czy ty jesteś Tommy? – zapytał.

– A kto chce wiedzieć?

– Jestem twoim prawnikiem.

– Nie moim.

– Ja jestem tym, kto pomoże pani Judy Stevenson utrzymać to ciało, które nosisz, poza murami więzienia – kimkolwiek jesteś.

– Gówno. Nie jest mi nikt potrzebny, kto mnie utrzyma poza czymkolwiek. Żadne więzienie na świecie mnie nie uwięzi. Mogę się wydostać, kiedy zechcę.

– Więc to ty jesteś tym, co się wyzwala z kaftana bezpieczeństwa? Ty musisz być Tommym.

Wyglądał na znudzonego.

– Tak... tak – przyznał.

– Danny powiedział nam o pudle z urządzeniami elektronicznymi, które policja znalazła w mieszkaniu. Twierdził, że należało do ciebie.

– Danny zawsze miał za długi język.

– Dlaczego zrobiłeś fałszywą bombę?

– Gówno. To nie była fałszywa bomba. Co ja na to poradzę, że ci cholerni policjanci są zbyt głupi na to, żeby rozpoznać czarną skrzynkę?

– Co chcesz przez to powiedzieć?

– To, co powiedziałem. To była czarna skrzynka, pozwalająca na zastąpienie publicznego systemu telefonicznego. Ja po prostu eksperymentowałem z nowym telefonem samochodowym. Przylepiłem cylindry czerwoną taśmą, a te głupie gliny myślały, że to bomba.

– Powiedziałeś Danny’emu, że to może wybuchnąć.

– O rany! Zawsze tak mówię gówniarzom, żeby nie dotykali moich rzeczy.

– Gdzie się nauczyłeś tyle na temat elektroniki, Tommy? – zapytała Judy.

Wzruszył ramionami.

– Wszystkiego nauczyłem się sam. Z książek. Odkąd pamiętam, zawsze chciałem wiedzieć, jak działają różne rzeczy.

– A umiejętności uciekania? – zapytała Judy.

– Do tego zachęcił mnie Arthur. Potrzebny był ktoś, kto wyplącze się z więzów, gdy ktoś z nas był związany w szopie. Nauczyłem się kontrolować mięśnie i kości rąk. A potem zainteresowałem się wszelkiego rodzaju zamkami.

Schweickart zastanawiał się przez chwilę, a potem zapytał:

– Czy broń też była twoja?

Tommy pokręcił głową.

– Tylko Ragenowi wolno posługiwać się bronią.

– Wolno mu? A kto mu daje pozwolenie? – zapytała Judy.

– To zależy od tego, gdzie się znajdujemy... Słuchajcie, jestem zmęczony tym wypytywaniem. Dostarczanie informacji to zadanie Arthura albo Allena. Zapytajcie któregoś z nich, dobra? Ja odchodzę.

– Zaczekaj... – powiedziała Judy.

Ale było już za późno. Jego oczy stały się bez wyrazu, a on zmienił pozycję. Zrobił z dłoni piramidkę, dotykając koniuszkami palców jednej dłoni koniuszków drugiej. Podniósł głowę, a wtedy twarz mu się zmieniła. Judy rozpoznała wyraz twarzy Arthura. Przedstawiła go Gary’emu.

– Musicie wybaczyć Tommy’emu – powiedział Arthur chłodno. – On jest typem raczej aspołecznym. Gdyby nie miał takiej smykałki do elektroniki i zamków, usunąłbym go pewnie już dawno. Ale te jego talenty się przydają.

– A jakie pan ma talenty? – zapytał Gary.

Arthur machnął lekceważąco ręką.

– Ja jestem amatorem. Param się biologią i medycyną.

– Gary pytał Tommy’ego o broń – powiedziała Judy. – Jej posiadanie to pogwałcenie zasad zwolnienia warunkowego.

Arthur kiwnął głową.

– Tylko Ragenowi, strażnikowi gniewu, wolno mieć do czynienia z bronią. To jest jego specjalność. Ale może jej używać tylko po to, by nas chronić i umożliwiać nam przetrwanie. Podobnie wolno mu się posługiwać swoją wielką siłą tylko dla dobra wspólnego, a nigdy po to, by krzywdzić innych ludzi. On ma zdolność kontrolowania i koncentrowania własnej adrenaliny.

– Posłużył się bronią, uprowadzając i gwałcąc te cztery kobiety – powiedział Gary.

Ton Arthura stał się lodowaty.

– Ragen nigdy nikogo nie zgwałcił. Rozmawiałem z nim o tej sprawie. Zaczął dokonywać rozbojów, bo martwił się o niezapłacone rachunki. Przyznaje się do napadów rabunkowych na trzy kobiety, dokonanych w październiku, ale stanowczo zaprzecza, że miał coś wspólnego z napadem na tę kobietę w sierpniu, czy też z przestępstwami o charakterze seksualnym.

Gary pochylił się w przód, obserwując bacznie twarz Arthura i uświadamiając sobie, że opuszcza go dotychczasowy sceptycyzm.

– Ale dowody...

– Do cholery z dowodami! Jeżeli Ragen mówi, że tego nie zrobił, to kwestionowanie jego słów na nic się nie zda. On nie kłamie. Ragen jest złodziejem, ale nie gwałcicielem.

– Mówi pan, że rozmawiał pan z Ragenem – odezwała się Judy. – Jak to się dzieje? Czy rozmawiacie ze sobą głośno, czy w myślach?

Arthur splótł palce.

– To się odbywa i tak, i tak. Czasami to jest wewnętrzne i najprawdopodobniej nikt inny nie wie, że to się dzieje. Czasami znowu, zwykle gdy jesteśmy sami, odbywa się to głośno. Sądzę, że gdyby ktoś z zewnątrz nas wtedy widział, pomyślałby, że jesteśmy szaleni.

Gary opadł na oparcie, wyjął chusteczkę i otarł pot z czoła.

– Kto w to uwierzy?

Arthur uśmiechnął się z wyższością.

– Jak mówiłem, Ragen, podobnie jak pozostali, nie kłamie. Przez całe nasze życie ludzie oskarżali nas o kłamstwa. Wzięliśmy sobie za punkt honoru nigdy nie kłamać. Więc tak naprawdę nic nas nie obchodzi, kto w to uwierzy.

 

– Ale nie zawsze udzielacie dobrowolnie prawdziwych informacji – zauważyła Judy.

– A to jest kłamstwo przez pominięcie – dodał Gary.

– Och, niech pan da spokój – powiedział Arthur, nie wysilając się, żeby ukryć swoje lekceważenie. – Jako adwokat wie pan bardzo dobrze, że świadek nie musi udzielać dobrowolnie informacji, o którą go nie proszono. Byłby pan pierwszym, który doradziłby klientowi, żeby odpowiadał „tak” lub „nie” i nie rozwijał wypowiedzi, chyba że byłoby to w jego interesie. Jeżeli zada nam pan bezpośrednie pytanie, usłyszy pan zgodną z prawdą odpowiedź albo spotka się pan z milczeniem. Jest oczywiste, że czasami prawda może być odczytana na różne sposoby. Język angielski jest z natury wieloznaczny.

Gary pokiwał głową w zamyśleniu.

– Będę o tym pamiętał. Ale sądzę, że zboczyliśmy z toru. Co do tej broni...

– Ragen wie, lepiej niż ktokolwiek inny, co się zdarzyło tego ranka, którego popełniono trzy przestępstwa. Dlaczego nie porozmawia pan z nim?

– Nie teraz – powiedział Gary. – Jeszcze nie.

– Czuję, że pan się boi z nim spotkać.

Gary spojrzał na niego bystro.

– A pan, może pan nie chce, żebyśmy się z nim spotkali? Czy nie dlatego powiedział nam pan, że jest taki zły i niebezpieczny?

– Nie powiedziałem, że jest zły.

– Ale taki jest wydźwięk pańskich słów – powiedział Gary.

– Sądzę, że dla pana ważne jest, by spotkał się pan z Ragenem – stwierdził Arthur. – Otworzył pan zamek puszki Pandory. Sądzę, że powinien pan odkryć wieko. Ale Ragen nie pojawi się, jeżeli pan nie będzie tego chciał.

– Czy on chce z nami rozmawiać? – zapytała Judy.

– Pytanie brzmi: czy wy chcecie rozmawiać z nim.

Gary uświadomił sobie, że myśl o ujawnieniu się Ragena rzeczywiście go przeraża.

– Sądzę, że powinniśmy – powiedziała Judy, patrząc na Gary’ego.

– On nie zrobi wam krzywdy – oznajmił Arthur, uśmiechając się półgębkiem. – Wie, że jesteście tu oboje po to, żeby pomóc Billy’emu. Rozmawialiśmy o tym, i teraz, gdy tajemnica się wydała, zdajemy sobie sprawę, że powinniśmy być z wami szczerzy. Jest to ostatnia nadzieja, jak powiedziała pani Stevenson, na to, by nie zamknięto go w więzieniu.

Gary westchnął i odchylił głowę do tyłu.

– W porządku, Arthurze, chciałbym spotkać się z Ragenem.

Arthur przeniósł swoje krzesło w drugi koniec małego pomieszczenia, chcąc odsunąć się od nich na jak największą odległość. Po czym ponownie usiadł, a jego oczy stały się jakby nieobecne. Wyglądał tak, jak gdyby patrzył w głąb siebie. Jego wargi poruszyły się, dłoń powędrowała nagłym ruchem w stronę policzka. Szczęka zacisnęła się. A potem zmienił pozycję ciała: nie siedział już wyprostowany, ale lekko pochylony, w agresywnej postawie przyczajonego, walczącego człowieka.

– To nie jest w porządku. Źle się stało, że sekret został zdradzony.

Słuchali ze zdumieniem niskiego, ochrypłego głosu człowieka pewnego swej siły i nastawionego wrogo. Ten głos rozlegał się w małej salce, pobrzmiewając wyraźnym słowiańskim akcentem.

– Mówię wam – powiedział Ragen, patrząc z wściekłością. Napięte mięśnie twarzy sprawiły, że zmienił się jego wygląd, miał przeszywający wzrok, a brwi nastroszone. – Chociaż David przez pomyłkę odkrył sekret, ja jestem przeciwko temu.

To nie było naśladowanie słowiańskiego akcentu. On naprawdę mówił jak ktoś, kto został wychowany w Europie Wschodniej, a potem nauczył się angielskiego, ale nigdy nie pozbył się dawnego akcentu.

– Dlaczego był pan przeciwko temu, żeby prawda wyszła na jaw? – zapytała Judy.

– Kto w to uwierzy? – powiedział, zaciskając pięść. – Wszyscy powiedzą, że jesteśmy wariatami. To na nic.

– To może sprawić, że nie pójdzie pan do więzienia – zauważył Gary.

– Jak to możliwe? – warknął Ragen. – Ja nie jestem głupcem, panie Schweickart. Policja ma dowody na to, że dokonuję rozbojów. Przyznaję się do trzech rozbojów w pobliżu uniwersytetu. Tylko do trzech. Ale inne rzeczy, które mi przypisują, to kłamstwo. Nie jestem gwałcicielem. W sądzie przyznam się do rozbojów. Ale jeżeli pójdziemy do więzienia, to zabiję dzieci. To eutanazja. Więzienie to nie miejsce dla maluchów.

– Ale jeżeli pan zabije... maluchy... to czy to nie będzie oznaczało pańskiej własnej śmierci? – zapytała Judy.

– Niekoniecznie – powiedział Ragen. – My wszyscy jesteśmy różnymi osobami.

Gary niecierpliwie przeczesał sobie palcami włosy.

– Niech pan posłucha. Kiedy Billy, czy kto to był, rozbił sobie w zeszłym tygodniu głowę o ścianą celi, to czy pan nie miał rozbitej głowy?

Ragen dotknął swego czoła.

– To prawda. Ale to nie mnie bolało.

– A kto czuł ból? – zapytała Judy.

– David jest strażnikiem bólu. To on bierze na siebie całe cierpienie.

Gary zerwał się nagle z krzesła, kiedy jednak zauważył, jak Ragen jest spięty, uznał, że lepiej usiąść.

– Czy to David próbował rozwalić sobie głowę?

Ragen pokręcił głową.

– Nie, to Billy.

– Aha – powiedział Gary. – A ja myślałem, że Billy przez cały ten czas spał.

– To prawda. Ale tego dnia były jego urodziny. Mała Christene przygotowuje mu na ten dzień pocztówkę z życzeniami, aby mu ją podarować. Arthur pozwala Billy’emu obudzić się na urodziny i wyjść na świat. Ja byłem temu przeciwny. Ja jestem opiekunem. Opiekowanie się to mój obowiązek. Być może to prawda, że Arthur jest inteligentniejszy ode mnie, ale on, jak każdy, jest tylko człowiekiem i popełnia błędy.

– Co się stało, gdy Billy się obudził? – zapytał Gary.

– Zaczął się rozglądać. Kiedy spostrzegł, że jest w celi więziennej, pomyślał, że zrobił coś złego. Więc walił głową w ścianę.

Judy wzdrygnęła się.

– Billy nic o nas nie wie – powiedział Ragen. – On ma, jak to się nazywa... on ma amnezję. Powiem to tak. Kiedy był w szkole i wymykał mu się czas, poszedł na dach. Już miał skoczyć. Ale ja go wycofałem ze świata, żeby go powstrzymać. Od tego dnia śpi. Arthur i ja pilnujemy, żeby spał. Po to, żeby go ochronić.

– Kiedy to było? – zapytała Judy.

– Zaraz po jego szesnastych urodzinach. Pamiętam, że był przygnębiony, bo ojciec kazał mu w dzień urodzin pracować.

– Mój Boże – szepnął Gary. – Spał przez siedem lat?

– I dalej śpi. Obudził się tylko na parę minut. Wypuszczenie go na świat było błędem.

– A kto żył i działał? – zapytał Gary. – Kto pracował? Kto rozmawiał od tego czasu z ludźmi? Nikt, z kim rozmawialiśmy, nie wspominał o brytyjskim czy rosyjskim akcencie.

– Nie rosyjskim, proszę pana. Tylko jugosłowiańskim.

– Przepraszam.

– Nie szkodzi. Powiedziałem to, żeby wszystko było zgodne z prawdą. A odpowiadając na pytanie: z ludźmi z zewnątrz przeważnie mają do czynienia Allen i Tommy.

– Tak po prostu przychodzą i odchodzą, kiedy chcą? – zapytała Judy.

– Powiem to tak. W różnych okolicznościach, zależnie od sytuacji, rządzę tym albo ja albo Arthur. W więzieniu to ja kontroluję wyjścia – decyduję, kto się pojawi na świecie, a kto zostaje, bo więzienie to niebezpieczne miejsce. Jako opiekun mam pełną władzę. W sytuacjach, w których nie ma niebezpieczeństwa i w których ważniejsza jest inteligencja i logiczne myślenie, rządzi Arthur.

– A w tej chwili? – zapytał Gary, zdając sobie sprawę, że utracił cały swój profesjonalny dystans i ogarnęła go niepohamowana ciekawość, że całkowicie wciągnęło go to niewiarygodne zjawisko.

Ragen wzruszył ramionami i rozejrzał się.

– To jest więzienie.

Drzwi do sali otworzyły się niespodziewanie. Ragen podskoczył, a potem kocim ruchem, bardzo czujny, przyjął postawę obronną, z rękami w pozycji karateki. Kiedy przekonał się, że to tylko jakiś adwokat sprawdza, czy sala jest zajęta, wrócił do poprzedniej pozycji.

Gary spodziewał się, że spędzi z klientem jak zwykle piętnaście minut czy pół godziny i po upływie tego czasu całkowicie zdemaskuje oszusta. A tymczasem opuścił salę po pięciu godzinach całkowicie przekonany, że Billy Milligan cierpi na osobowość wieloraką. Gdy wyszedł wraz z Judy z gmachu więzienia, panowała już ciemna noc, a on łapał się na tym, że w jego głowie kłębią się absurdalne pomysły – podróży do Anglii czy Jugosławii w poszukiwaniu śladów istnienia Arthura czy Ragena. Nie chodziło o to, że wierzył w istnienie czegoś takiego jak reinkarnacja czy nawiedzenia przez diabła, ale idąc tak i zdumiewając się, musiał przyznać, że dzisiaj, w tej małej salce, miał do czynienia z różnymi ludźmi.

Spojrzał na Judy, która także szła oszołomiona i w milczeniu.

– No dobrze – powiedział. – Muszę przyznać, że znajduję się w stanie intelektualnego i emocjonalnego szoku. Wierzę. I sądzę, że będę mógł przekonać Jo Annę, kiedy zapyta, dlaczego znowu spóźniłem się na obiad. Ale jak u diabła przekonamy prokuratora i sędziego?

6

Dnia 21 lutego doktor Stella Karolin, psychiatra z Ośrodka Zdrowia Psychicznego Gminy Południowo-Zachodniej i koleżanka Dorothy Turner, poinformowała obrońców publicznych, że doktor Cornelia Wilbur, która zyskała światową sławę dzięki temu, że leczyła Sybil, kobietę o szesnastu osobowościach, zgodziła się 10 marca przyjechać z Kentucky i zbadać Milligana.

Przygotowując się do wizyty doktor Cornelia Wilbur, Dorothy Turner i Judy Stevenson postanowiły przekonać Arthura, Ragena i innych, żeby pozwolili na zdradzenie sekretu jeszcze jednej osobie. Ponownie były zmuszone spędzić długie godziny na przekonywaniu wszystkich osobowości po kolei. Znały już dziewięć imion, ale spotkały dotychczas Arthura, Allena, Tommy’ego, Ragena, Davida, Danny’ego i Christophera, natomiast nie poznały jeszcze trzyletniej siostry Christophera, Christene, ani oryginalnej osobowości podstawowej, czyli Billy’ego, którego inni utrzymywali w stanie uśpienia. Kiedy w końcu otrzymały pozwolenie na dopuszczenie innych ludzi z zewnątrz do sekretu, zorganizowały spotkanie całej grupy osób, w tym prokuratora, mających obserwować rozmowę doktor Wilbur z Milliganem w więzieniu hrabstwa Franklin.

Judy i Gary przeprowadzili rozmowy z matką Milligana, Dorothy, z jego młodszą siostrą, Kathy, oraz z jego starszym bratem, Jimem. Chociaż żadne z nich nie było w stanie dostarczyć informacji z pierwszej ręki, dotyczącej przestępstw popełnionych przez Billy’ego, matka opowiedziała, jak bił ją Chalmer Milligan. Nauczyciele, przyjaciele i krewni opisywali dziwne zachowanie Billy’ego Milligana, jego próby samobójcze i stany podobne do transu, w które wpadał.

Judy i Gary mieli pewność, że budują oskarżonemu przekonującą obronę. Billy Milligan – po przeprowadzeniu wszelkich zgodnych z prawem stanu Ohio testów – powinien być uznany za niezdolnego do składania zeznań. Judy i Gary uświadomili sobie jednak, że stoją przed kolejną przeszkodą: jeżeli sędzia Flowers zaakceptuje ekspertyzę ośrodka zdrowia psychicznego, Billy Milligan będzie prawdopodobnie musiał być skierowany do jakiegoś szpitala psychiatrycznego na badania i leczenie. Nie chcieli, żeby go skierowano do Stanowego Szpitala dla Chorych Psychicznie Przestępców w Limie. Wiedzieli, jaki jest ten szpital, od wielu swoich byłych klientów i byli pewni, że Billy nie przeżyje pobytu w tym szpitalu.

Doktor Wilbur miała zbadać Milligana w piątek. Jednak jej plany, ze względów osobistych, uległy zmianie. Judy zatelefonowała do Gary’ego, żeby mu o tym powiedzieć.

– Będziesz w biurze dziś po południu? – zapytał ją Gary.

– Nie miałam tego w planie – odrzekła.

– Musimy przyjrzeć się tej sprawie – powiedział. – W ośrodku zdrowia psychicznego upierają się, że to musi być szpital w Limie, a mnie coś mówi, że musi być jakaś alternatywa.

– Słuchaj, Gary, w biurze jest okropnie zimno, bo wyłączono ogrzewanie – odrzekła Judy. – A tu u mnie Ala nie ma w domu i płonie ogień na kominku. Przyjedź do mnie. Zrobię ci irlandzką kawę i zastanowimy się nad sprawą.

Gary roześmiał się.

– Nie mogę się oprzeć takiej propozycji.

W pół godziny później siedzieli oboje przy kominku.

Gary grzał sobie dłonie nad parującym kubkiem.

– Powiem ci, że kiedy ujawnił się Ragen, byłem naprawdę zaskoczony – powiedział. – To zdumiewające, jaki jest sympatyczny.

– Ja myślę dokładnie tak samo – stwierdziła Judy.

– Arthur nazywa go „strażnikiem nienawiści”. Spodziewałam się kogoś z rogami. Ale on jest naprawdę czarującym i interesującym facetem. Wierzę mu bez zastrzeżeń, kiedy mówi, że nie zgwałcił tej kobiety zaatakowanej w sierpniu na Nationwide Plaza. No i teraz zastanawiam się, czy to prawda, że nie zgwałcił i pozostałych trzech.

 

– Co do pierwszej, to się zgadzam. Jest oczywiste, że oskarża się go o ten gwałt na zasadzie analogii. Zresztą zdarzenie to przebiegało zupełnie inaczej niż pozostałe. Ale te ostatnie trzy kobiety zostały z całą pewnością uprowadzone, obrabowane i zgwałcone – powiedziała Judy.

– Wszystko, co mamy, to fragmenty tego, co on pamięta na temat przestępstw. To bardzo dziwne, że Ragen mówi, iż rozpoznał drugą ofiarę i że jest pewny, że jeden z nich spotkał ją już przedtem.

– A teraz dowiadujemy się, że Tommy pamięta, iż ujawnił się i wyszedł na świat w restauracji Wendy, że jadł hamburgera z trzecią ofiarą i domyśla się, że jeden z pozostałych był z nią na randce.

– Polly Newton zeznała, że zatrzymali się w jakiejś restauracji z hamburgerami. Poza tym Polly twierdzi, że on wyglądał dziwnie, że przestał ją gwałcić po paru chwilach i że stwierdził, iż nie może tego zrobić. A potem powiedział do siebie: „Co z tobą, Billy. Weź się w garść”. I w końcu oświadczył jej, że musi wziąć zimny prysznic, żeby ochłonąć.

– A całe to wariackie gadanie o tym, że jest członkiem organizacji o nazwie Weathermen i jeździ maserati...

– Jeden z nich lubi się przechwalać.

– No dobrze, przyznajmy, że nie wiemy, co zaszło, i że nie wie tego żadna z osobowości, z którymi rozmawialiśmy.

– Ragen przyznaje się do rabunków – powiedziała Judy.

– Tak, ale wypiera się gwałtów. Wszystko to jest dziwne. Czy możesz sobie wyobrazić, że przy trzech różnych okazjach w ciągu dwóch tygodni Ragen pije, bierze amfetaminę i potem, wczesnym rankiem biegnie jedenaście mil przez miasto na kampus Uniwersytetu Stanowego? A następnie, po upatrzeniu ofiary, doznaje zamroczenia...

– Znika ze świata – poprawiła Judy.

– To właśnie mam na myśli. – Wyciągnął filiżankę, prosząc tym gestem o więcej kawy. – No więc, za każdym razem znika ze świata, a potem uświadamia sobie, że jest w śródmieściu Columbus z pieniędzmi w kieszeni, i domyśla się, że dokonał rabunków, z myślą o których wyszedł z domu. Ale nie pamięta, że je popełnił. Nie pamięta ani jednego z trzech rabunków. Jak powiada, ktoś ukradł czas, który upłynął między jego zniknięciem ze świata a chwilą obecną.

– Brakuje tu pewnych fragmentów – powiedziała Judy. – Ktoś rzucał butelki do stawu i ćwiczył strzelanie do celu.

Gary kiwnął głową.

– To dowodzi, że to nie był Ragen. Zgodnie z tym, co zeznała kobieta, on przez kilka sekund nie mógł sobie poradzić z bronią. To znaczy dopiero po kilku sekundach ją odbezpieczył. A potem nie trafił w kilka butelek. Taki spec jak Ragen nie mógł chybić.

– Ale Arthur twierdzi, że innym nie wolno mieć do czynienia z bronią Ragena.

– Już widzę, jak to wyjaśniamy sędziemu Flowersowi.

– A mamy zamiar mu to wyjaśnić?

– Nie wiem – odrzekł. – Niemądrze jest prowadzić obronę zdążającą do stwierdzenia choroby umysłowej, powołując się na osobowość wieloraką. Bo ta choroba jest oficjalnie sklasyfikowana jako nerwica, a nie psychoza. To znaczy: sami psychiatrzy twierdzą, że ludzie z osobowością wieloraką nie są psychicznie chorzy.

– W porządku – powiedziała Judy. – Dlaczego więc nie starać się po prostu o uniewinnienie bez stwierdzenia choroby umysłowej? Zaatakujmy pojęcie celowości czynów, jak to było w sprawie kalifornijskiej, w której oskarżony miał osobowość wieloraką.

– Tam chodziło o drobne przestępstwo – odrzekł Gary. – W sprawie tak znanej jak nasza, obrona oparta na twierdzeniu, że oskarżony cierpi na osobowość wieloraką, po prostu się nie powiedzie. Taka jest prawda.

Judy westchnęła i zapatrzyła się w ogień.

– I powiem ci coś jeszcze – dodał Gary, głaszcząc brodę. – Jeżeli nawet sędzia Flowers będzie na to wszystko patrzył tak jak my, to skieruje go do szpitala w Limie. Billy słyszał, jaki jest ten szpital, kiedy był w więzieniu. Pamiętasz, co Ragen mówił o eutanazji? O tym, że jeżeli tam go zamkną, to zabije dzieci? Wierzę, że zrobiłby to.

– No to spowodujemy, żeby go skierowali gdzie indziej! – powiedziała Judy.

– W ośrodku mówią, że przed procesem leczy się tylko w szpitalu w Limie.

– On tam pójdzie po moim trupie – oznajmiła Judy.

– Poprawka. – Gary podniósł filiżankę. – Po naszych trupach.

Stuknęli się filiżankami, a Judy dolała do obu kawy.

– Nie mogę się pogodzić z tym, że nie mamy wyboru.

– To znajdźmy jakiś wybór – zaproponował Gary.

– Masz rację – przyznała. – Znajdziemy go.

– Nikt przedtem go nie znalazł – powiedział Gary, wycierając serwetką brodę, na której osiadła śmietanka.

– No to co? W Ohio nigdy przedtem nie było żadnego Billy’ego Milligana.

Judy zdjęła z półki zaczytany Podręcznik prawa karnego stanu Ohio i oboje zaczęli go przeglądać, odczytując głośno fragmenty.

– Jeszcze kawy po irlandzku? – zapytała Judy.

Gary pokręcił głową.

– Nie, czarnej bez niczego, ale mocnej.

Dwie godziny później Gary podsunął Judy podręcznik. Jej palec powędrował w dół po stronie podręcznika, aż natrafił na paragraf 2945.38.

[...] jeżeli sąd stwierdzi, że osoba ta nie jest psychicznie zdrowa, to zostanie ona niezwłocznie skierowana przez sąd do szpitala dla psychicznie chorych albo umysłowo opóźnionych, znajdującego się na obszarze podlegającym kompetencji sądu. Jeżeli sąd uzna to za celowe, skieruje taką osobę do Szpitala Stanowego w Limie, a osoba ta pozostanie tam do chwili odzyskania poczytalności; po czym, po odzyskaniu przez nią poczytalności, przeciwko osobie oskarżonej zostanie wszczęte postępowanie zgodnie z tym, co nakazuje prawo.

– Tak! – zawołał Gary, zrywając się z miejsca. – „Szpitala znajdującego się na obszarze podlegającym kompetencji sądu”. Tu nie ma mowy o tym, że to musi być jedynie szpital w Limie.

– No to znaleźliśmy, czego szukaliśmy!

– Boże – powiedział Gary – a wszyscy mówili, że w stosunku do tego szpitala nie ma alternatywy.

– Teraz musimy tylko znaleźć inny szpital psychiatryczny znajdujący się na obszarze podlegającym kompetencji tego sądu.

Gary pacnął się otwartą dłonią w czoło.

– O mój Boże. To niewiarygodne. Znam taki szpital. Pracowałem tam jako sanitariusz, po wyjściu z wojska. To szpital Hardinga.

– Szpital Hardinga? Czy on się znajduje na obszarze podlegającym kompetencji tego sądu?

– Oczywiście. Znajduje się w Worthington w stanie Ohio. I posłuchaj, to jeden z najbardziej konserwatywnych, szanowanych szpitali psychiatrycznych w kraju. Jest afiliowany przy kościele Adwentystów Dnia Siódmego. Zdarzało mi się słyszeć od bardzo twardych prokuratorów takie słowa: „Jeżeli doktor George Harding Junior, mówi, że ten człowiek jest psychicznie chory, to ja to kupuję. On nie postępuje jak inni lekarze, którzy po półgodzinnym badaniu orzekają, że badany jest niespełna rozumu”.

– Tak mówią prokuratorzy?

Gary podniósł prawą dłoń w geście przysięgi.

– Słyszałem na własne uszy, przysięgam. Chyba nawet powiedział tak kiedyś Terry Sherman. I, zaraz, zaraz, chyba Dorothy Turner mówiła, że często przeprowadza testy dla szpitala Hardinga.

– To zapakujemy Milligana do tego szpitala – powiedziała Judy.

Nagle Gary żachnął się, zdeprymowany.

– Jest tylko jeden szkopuł. Szpital Hardinga to ekskluzywny, drogi szpital prywatny, a Billy nie ma pieniędzy.

– To nas nie powstrzyma – oświadczyła Judy.

– A jak go tam zapakujemy?

– Zmusimy ich, żeby zechcieli go przyjąć.

– A jak to zrobimy? – zapytał.

Pół godziny później Gary starł śnieg z kaloszy i zadzwonił do drzwi doktora Hardinga. Poczuł się nagle bardzo onieśmielony, bo oto on, brodaty, szalony obrońca publiczny, miał stanąć twarzą w twarz z konserwatywnym psychiatrą – wnukiem brata samego prezydenta Warrena G. Hardinga – w jego luksusowym domu. Powinna była przyjść z nim Judy. Zrobiłaby lepsze wrażenie. Gary poprawiał swój luźno zawiązany krawat, gdy drzwi frontowe się otworzyły.

George Harding, mężczyzna czterdziestodziewięcioletni, był człowiekiem nienagannie ubranym, szczupłym, o gładko wygolonej twarzy, łagodnych oczach i łagodnym głosie. Gary’emu wydał się całkiem przystojny.

– Proszę wejść – powiedział.

Gary z trudem ściągnął z butów kalosze i zostawił je w kałuży w przedpokoju. Następnie, wyłuskawszy się z płaszcza i powiesiwszy go na wieszaku, poszedł za doktorem Hardingiem do salonu.