Wolność i spluwa

Tekst
Autor:Dan Baum
Z serii: Amerykańska
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

1
Barbie dla mężczyzn

Oczywiście, że coś sobie kompensuję. Gdybym mógł coś zabić z odległości dwustu metrów fiutem, nie potrzebowałbym broni palnej, prawda?

Użytkownik Zanther na forum AR15.com

Strzelnica to dziwne miejsce. Wspólnotowe w tym sensie, że gromadzi osoby oddające się tej samej czynności, ale i samotnicze, bo kiedy masz broń w ręku, jesteś sam. Trening strzelecki trochę przypomina uderzanie całego wiadra piłek golfowych, jedna po drugiej, na stanowisku treningowym, tylko że zamiast posyłać je ze świstem na cichą murawę, gawędząc przy tym z osobami czekającymi na swoją kolej, wystrzeliwujesz lecące z prędkością dziewięciuset metrów na sekundę pociski w miedzianym płaszczu, otulony ochronnikami słuchu i kokonem ogłuszającego hałasu. Zawsze wolałem strzelać głęboko w lesie albo na pustyni, gdzie nie trzeba słuchać niczyich strzałów oprócz własnych.

Gdzieś jednak musiałem zacząć swój spacer śladami broni palnej, dlatego przejechałem się do Rodzinnego Centrum Strzeleckiego, prywatnej strzelnicy położonej w obrębie parku stanowego Cherry Creek, mniej więcej godzinę drogi na południe od mojego domu na przedmieściach Denver. Objechałem sztuczny staw i zaparkowałem przed ogrodzeniem z siatki. Nie miałem wątpliwości, że trafiłem właściwie. Zza płotu dobiegał taki hałas, jakby trwała bitwa o Al-Falludżę.

Na końcu korytarza z siatki napotkałem wysokiego opiekuna strzelnicy w pomarańczowej kamizelce i nausznikach. Stał w lekkim rozkroku z rękami na biodrach – w takiej samej konkretnej, nieco groźnej pozycji jak Hank Hilliard na strzelnicy obozu Sunapee. Na kamizelce miał dwie przypinki. Napis na jednej głosił „BŁOGOSŁAWIENI NIEWIERNI, BO CIESZYĆ SIĘ BĘDĄ WOLNOŚCIĄ, ­SZTUKĄ I MUZYKĄ”. Ten na drugiej brzmiał po prostu „MOLON LABE”.

– Co to? – zawołałem, żeby dosłyszał mnie przez ochronniki słuchu i huk strzałów.

– Znasz się na historii?

– Trochę.

– Bitwa pod Termopilami?

– Nie kojarzę.

– Rok 480 przed naszą erą. Kserkses z Persji kazał Leonidasowi, królowi Sparty, złożyć broń. Leonidas odpowiedział: Molon labe. Chodź i weź. Rozumiesz, co mam na myśli? – Przez długą chwilę patrzył mi w oczy. Zamrugałem. – Stanowisko numer cztery – powiedział.

Zająłem miejsce przy drewnianej ławie strzelniczej i rozpakowałem broń: karabin Krag-Jørgensen .30-40 wykonany w 1900 roku na wojnę hiszpańsko-amerykańską. Nabyłem go dwadzieścia lat wcześniej na giełdzie broni w Montanie za sto piętnaście dolarów, kiedy byłem spłukany, a chciałem mieć z czego strzelać do jeleni i antylop. Uznałem, że pewnego dnia zarobię więcej pieniędzy, niż umiem sobie wyobrazić, i wtedy kupię porządną broń myśliwską. Krag przypadł mi jednak do gustu i strzelał tak prosto, że nie musiałem go wymieniać na nic lepszego. Pojawiając się na polowaniach ze studziesięcioletnim karabinem, wychodziłem na lekko stukniętego, ale każdy, kto lubi broń, zachwycał się jego długowiecznością. Trudno wyobrazić sobie inny produkt, który ponad wiek od wykonania działałby równie dobrze jak pierwszego dnia. Ponadto zyskiwałem w oczach innych, bo polowałem, ko­rzystając z przyrządów mechanicznych, a nie celownika optycznego.

Do stanowiska numer cztery szedłem niczym gimnazjalista pod prysznicem, ukradkiem zerkając na sprzęt pozostałych. Spośród sześciu strzelających – dwóch takich starych dziadów jak ja i czterech koło trzydziestki albo młodszych – tylko ja miałem tradycyjny drewniany karabin. Cała reszta strzelała z czarnych AR-15 – cywilnej wersji wojskowego M16. Równie dobrze mógłbym znajdować się na strzelnicy w Fort Benning[3]. Już wcześniej widziałem, że te karabinki wkraczają do sklepów oraz na strzelnice, nie rozumiałem jednak, co w nich atrakcyjnego. Z plastikowym łożem i nowoczesnym wyglądem maszyn do zabijania brak im elegancji tradycyjnej broni palnej. Najczęstszy powód zakupu broni to ochrona przed przestępcami, ale do strzelania z bliskiej odległości najlepsze są pistolety i strzelby. Drugą najczęstszą przyczyną jest strzelanie do celu, jak tutaj, w Cherry Creek. Na trzecim miejscu plasuje się polowanie, ale wtedy rzadko używa się AR-15. Większość stanów nie zezwala na strzelanie do jeleni maleńką amunicją .223 używaną przez standardową AR-kę.

AR-15 jest doskonały do tego, do czego został stworzony: do zabijania ludzi ze średniej odległości na polu bitwy, co przeciętnemu detalicznemu nabywcy broni nie jest potrzebne. Mimo to AR-15 zajmują w sklepach coraz więcej miejsca, a tamtego dnia strzelnicę opanowały całkowicie.

Przy ławie obok mnie młody cherubinek o okrągłej twarzy, krótko przyciętych włosach i pulchnych palcach ściskał w dłoniach czarny karabinek, którego spokojnie mogliby używać członkowie SEAL Team Six[4]. To, co w mojej broni drewniane, w jego było z plastiku. Zamiast poziomego łoża karabinek miał pionowy chwyt przedni, tak jak pistolet maszynowy Thompson. Na górze znajdował się obciągnięty gumą celownik optyczny wielkości salami. Do lufy przyczepiono jakieś okablowane walce. Młody człowiek wcisnął do karabinka bananowaty magazynek i spojrzawszy w celownik, powoli oddał cztery strzały do celu oddalonego o sto metrów. Potem nacisnął guzik z boku, chwyt przedni rozchylił się, tworząc dwójnóg, który chłopak oparł o ławę i kontynuował uważne strzelanie. Jego urocza pyzata buzia tak jaskrawo kontrastowała z ostentacyjnie zabójczym wyglądem karabinka, że o mało nie roześmiałem się na głos. Kiedy zrobił przerwę na przeładowanie, złamałem zasadę strzelnic i naruszyłem jego przestrzeń osobistą.

– Wybaczysz mi pytanie ignoranta? – zacząłem. – Tylko popatrz na moją starą giwerę. Do czego ty używasz tej broni?

– Do tego! – odparł rozbawiony. – Do strzelania!

– Ale nie myślisz, że… No, że będziesz jej naprawdę potrzebował albo coś…

Zaśmiał się.

– O nie. Wiem, co masz na myśli. Nie, nic z tych rzeczy. Po prostu ją lubię. No i to jest kawałek historii. Nasi chłopcy używają takich w Dżi Łocie.

– W czym?

Znów się roześmiał.

– GWOT. Globalna Wojna z Terroryzmem. Tak nazywają to wszystko: Irak, Afganistan i całą resztę, o której nawet nie słyszymy. Strzelałeś kiedyś z takiej?

– Nie.

– To dawaj!

Położył karabinek na ławie i przywołał mnie gestem. Zawahałem się. Strzelanie z cudzej broni to trochę jak taniec z czyjąś żoną. Niektórzy obrażają się na samo pytanie, a on proponował mi to z własnej woli.

– No więc tak – zaczął z podnieceniem, oblizując wargi jak pięciolatek demonstrujący ulubioną zabawkową ciężarówkę. – Nabój waży tylko sześćdziesiąt cztery grany, ale leci superszybko. – Uniósł w palcach nabój znacznie mniejszy i bardziej spiczasty od moich. Powiedzmy: był jak puszka piwa przy moich butelkach wina. Sześćdziesięcioczterogranowy, czyli czterogramowy nabój przypominał czubek długopisu. Chłopak przesunął dłonią po plastikowej czarnej kolbie karabinu. – Tu, w środku, jest wielka sprężyna. Prawie całkiem amortyzuje odrzut. I sam zobacz, jakie to jest lekkie.

Podniosłem karabin. Czułem się, jakbym trzymał wiatrówkę, zwłaszcza w porównaniu z moim kragiem.

– Zaczynasz czuć tę fascynację? No to teraz popatrz przez to cudo.

Przyłożyłem oko do celownika, a wtedy cel zadrżał mi na czubku nosa.

– To jest ACOG – oznajmił chłopak. – Kosztował więcej niż sam karabin, szczerze mówiąc. Właśnie takich używają wszyscy goście w Iraku i Afganistanie, których na to stać.

Uniosłem twarz znad celownika.

– Sami muszą płacić?

– Za karabin nie. Armia daje im wersję podstawową z celownikiem mechanicznym. Ale wszyscy używają optyki. Niektórym ją przydzielają, ale większość przywozi ze sobą albo prosi rodziców, żeby im przysłali.

Nie przyszło mi do głowy, że wojsko pozwala żołnierzom na modyfikację broni. To się nazywa idealny rynek: jaka matka nie sprzedałaby własnej nerki, żeby wysłać synowi celownik za tysiąc dwieście dolarów, który może mu uratować życie?

– Nie żebym sam tam był albo coś – dodał młody człowiek. – W telewizji widziałem. Następnym razem w wiadomościach przyjrzyj się broni. Wszyscy używają optyki. No proszę. Strzel sobie parę razy.

Moja prawa ręka ścisnęła coś jakby pistolet, a lewa zamknęła się na pionowym chwycie przednim. To chyba rzeczywiście bardziej ergonomiczne rozwiązanie niż w kragu. Żeby chwycić kraga, musiałem przekręcić obie dłonie, a w przypadku tego genetycznie modyfikowanego karabinu obie pięści trzymałem prosto, jakbym się boksował. Również kolba dobrze pasowała do ramienia, a oko naturalnie zajmowało pozycję za celownikiem. Skierowałem krzyż celownika na sylwetkę na tarczy strzelniczej i pociągnąłem za spust.

Poczułem lekkie szturchnięcie w ramię oraz coś dziwnego, kiedy ruchome części broni przesunęły się wewnątrz, napinając sprężynę i amortyzując siłę odrzutu. Mój karabin kopał niczym zawodowy bokser, a żeby oddać drugi strzał, musiałem unieść ciężki zamek, odciągnąć go do tyłu, potem pchnąć naprzód i opuścić. Tutaj wystarczyło otrzeć palcem o spust, delikatnie, jakbym pstryknięciem strząsał okruchy z obrusa. Bam! Potem trzecie pstryknięcie: bam!

Wystrzeliłem jeszcze cztery pociski, tak szybko jak tylko zdołałem poruszać palcem – bam-bam-bam-bam – a odrzut był niewiele większy niż węża ogrodowego. AR-15 to broń samopowtarzalna, co oznacza, że za każdym pociągnięciem spustu oddaje jeden strzał, podczas gdy M16 – i inne prawdziwe „karabinki szturmowe” – mogą strzelać ogniem ciągłym jak karabin maszynowy[5]. Różnica wydała mi się jednak bez znaczenia; ta AR-ka mogła pruć szybciej, niż ja potrafiłem dobrze przymierzyć.

 

– Ile mam strzałów?

– Magazynek mieści trzydzieści, ale… No, amunicja jest trochę droga.

Zrozumiano. Ten pulchny, nieśmiały młodzian był absolutnym dżentelmenem: pozwolił mi zatańczyć z żoną, ale nie mogłem kupować dla niej biżuterii z jego portfela.

Jednym z urządzeń przyczepionych do lufy była mocna latarka, której włącznik znajdował się dokładnie w miejscu, gdzie mój lewy kciuk stykał się z chwytem przednim. Chodził równie delikatnie jak spust. Zapytałem o drugi walec.

– Popatrz przez celownik – odparł chłopak. – A teraz naciśnij guzik pod lewym palcem wskazującym. – Wcześniej tego guzika nie zauważyłem. Kiedy go przycisnąłem, na torsie papierowej sylwetki oddalonej o sto metrów pojawiła się czerwona kropka. – Laser – powiedział młody człowiek. – Fajne, nie? Gdzie pada światło, tam trafi kula. Laser, ACOG… Wyposażyłem sobie giwerę tak, jak mieli w Transformerach.

W celowniku widziałem, że moje pierwsze trzy pociski – kiedy najpierw przymierzyłem – trafiły w ramię sylwetki, w odstępie mniej więcej czterech centymetrów od siebie. Nieco za wysoko i trochę na prawo, ale całkiem nieźle, zwłaszcza że trzymałem AR-kę po raz pierwszy w życiu.

Kiedy oddawałem młodemu człowiekowi broń, uśmiechał się od ucha do ucha jak dumny tatuś.

– To jest coś, no nie?

Musiałem przyznać mu rację. Z karabinu strzelało się bez wysiłku, niczym z pistoletu laserowego. Jeśli AR-ki ze wszystkich robią dobrych strzelców, tak jak ten egzemplarz ze mnie, łatwo zrozumieć ich popularność. Wyobraźcie sobie gitarę, dzięki której gracie jak Eric Clapton.

– Muszę zapytać: ile kosztuje taka broń?

Chłopak miał zmieszaną minę.

– W sumie to by było jakieś… – Urwał, mamrocząc.

– Proszę?

– Trzy i pół tysiąca dolarów, plus minus. – Wydał z siebie krótki śmiech, jakby ktoś wykonał na nim manewr Heimlicha.

– Czy mogę spytać, czym się zajmujesz?

– Pracuję w firmie obrotu nieruchomościami.

– Musi dobrze płacić.

Wzruszył ramionami, a jego wzrok krążył niespokojnie, szukając czegoś, na czym mógłby spocząć.

– No, zwykle mam tylko osiem godzin pracy w tygodniu.

– Jak możesz z tego wyżyć?

Milczał przez chwilę, wpatrzony we własne buty.

– Mieszkam z rodzicami – powiedział cicho.

– Przecież… – zacząłem, a potem ugryzłem się w język, powstrzymując się, żeby odstawić tu Hugh Beaumonta[6] i wygłosić kazanie o tym, jak idiotyczne jest marnowanie forsy na drogą zabawkę, skoro nie stać go na mieszkanie. W końcu ten chłopak to syn innego mężczyzny; dla mnie był mentorem strzeleckim.

Podziękowałem mu, a potem przez pewien czas katowałem się strzelaniem ze swojej staroci, która po obcowaniu z AR-15 wydawała się nieporęczna niczym kanciasty mebel. Wkładałem naboje jeden po drugim do pięciostrzałowego magazynka, podczas gdy ludzie wokół mnie jednym ruchem wsadzali gotowy magazynek za magazynkiem i strzelali – bambambambambambambam – zasypując betonowe podłoże brzęczącymi mosiężnymi łuskami. Za rok moja broń miała być już tylko o połowę starsza ode mnie. Odciągając zamek, czułem się staro, ale nie tak staro jak wtedy, gdy zrozumiałem, że dla dwudziestoparolatka AR-15 to „kawałek historii” – sięgającej aż do zarania GWOT, czyli 11 września 2001 roku, a może nawet do prehistorycznych mroków wojny w Wietnamie.

Co do jednego chłopak miał rację. Zaznajomiłem się z AR-15 – choć nie zdawałem sobie z tego sprawy – oglądając wiadomości z Iraku i Afganistanu. W telewizji i na papierze wojskowa wersja AR-ki była wszechobecna, pojawiała się w rękach każdego żołnierza i marine w milionie różnych wypasionych konfiguracji. Nawet jeśli Dżi Łot nie przyniósł żadnych innych sukcesów, stał się całodobową wysokobudżetową reklamą AR-15.

Gdy się nad tym zastanowiłem, wydało mi się to dość dziwne. M16 wcale nie było atrakcyjnym produktem konsumenckim podczas wojny w Wietnamie, a M1 Garand – podczas II wojny światowej. Pobór z czasów Wietnamu nie zachęcał do bawienia się w amatorkę; młodzi ludzie nie wiedzieli, czy lada chwila nie dostaną takiego czarnego karabinu na serio. II wojny światowej zaś nie pokazywano w telewizji. Okazuje się, że połączenie armii ochotniczej z transmisjami o wojnie w całodobowych kanałach informacyjnych mimochodem przyczyniło się do powstania skutecznej strategii marketingowej sprzedaży broni palnej.

Kiedy opuszczałem strzelnicę, chłopak właśnie ładował bagażnik zielononiebieskiego chevroleta cavaliera. Na zderzaku miał przyciętą nożyczkami naklejkę z kampanii prezydenckiej McCain–Palin. Brakowało nazwiska McCaina. Zaprosiłem go na lunch, a on zaproponował, żebym pojechał za nim do najbliższego Burger Kinga.

Gdy stanęliśmy w kolejce, zapytałem go o tę naklejkę.

– Dopisałem Palin[7]. Sam nie wiem, dlaczego nie ufałem McCainowi­.

– A Obama?

Parsknął.

– Mam sumienie.

To był dziwny, przygnębiający lunch. Musiałem stale sobie przypominać, że chłopak jest ponad dwa razy młodszy ode mnie. Miał dwadzieścia cztery lata – nazywam go „chłopakiem” ze względu na jego pełne różowe policzki oraz dlatego że poprosił, żebym nie używał jego imienia – ale mówił jak wypalony siedemdziesięcio­latek, smętnie wspominając życie pełne potknięć, wymówek i zmarnowanych szans.

Na przykład jego chłopięce marzenie o byciu pilotem już zdążyło lec w gruzach. W dzieciństwie wkręcił się w komputerowe symulatory lotu i jako piętnastolatek z powodzeniem „odbył” w czasie rzeczywistym sześciogodzinny lot z Anchorage do Seattle, wymagający pilnowania zużycia paliwa, unikania złej pogody i radzenia sobie z niespodziewanymi problemami technicznymi. W szkole średniej zapisał się na szkolenie Junior ROTC w Siłach Powietrznych Stanów Zjednoczonych i co wtorek z radością nosił mundur. 11 września 2001 roku to był właśnie wtorek. Ale zamiast razem z kolegami z kursu czerpać dumę z munduru i wojskowej furii, rozpłakał się i dostał takich drgawek, że musiał prosić, żeby szkoła zadzwoniła po jego matkę. Resztę dnia spędził w łóżku.

Zresztą jego kuzyn Jimmy twierdził, że siły powietrzne to i tak nie jest to. Mają tam za mało wolnych miejsc dla pilotów. „Chodźmy do armii, będziemy latać blackhawkami!” Armia, zaangażowana w dwie wojny, przyjęłaby ich z otwartymi ramionami – nie jako pilotów, bo nie ukończyli studiów, ale jako prawdziwych twardzieli w śmigłowcu bojowym: dowódców załogi. Staliby z tyłu, obsługiwali boczny karabin i kierowali wszystkim, co dzieje się za kokpitem. Armia dałaby im po jednym stopniu za każdy rok JROTC, czyli mój rozmówca zacząłby służbę w randze E-3. Wypas, powiedział Jimmy, będzie super. Zgłosił się i odbył trzy tury w strefie wojny.

– Ja stchórzyłem – wyznał chłopak apatycznym tonem, wyciągając wilgotne frytki z papierowej torebki. – Czuję, że coś mnie ominęło.

Miałem ochotę posadzić go sobie na kolanach, wziąć pod brodę i powiedzieć, żeby się ogarnął.

– To nie jest dla każdego – przyznałem. – Dalej interesuje cię latanie?

Matowym głosem opisał, że poszedł na uczelnię z dojazdem w Denver, gdzie studiował lotnictwo. Co semestr wydawał dwa tysiące dolarów na czesne i drugie tyle na lekcje latania. Miał za słabe stopnie, żeby dostać stypendium, więc po trzech semestrach uzbierał pięć tysięcy długu, bez żadnych perspektyw, by się z niego wykaraskać. Dlatego rzucił naukę w diabły i tak się skończyły marzenia o byciu pilotem.

– I co teraz?

– Przez jakiś czas pracowałem w Burger Kingu i brałem zlecenia od Della, dopóki się nie skończyły. Chodzę na kursy w college’u miejskim. Wiesz, z informatyki.

Chłopak zmiął papier po kanapce i zlizał nasiona pomidora z palca serdecznego. Rozmowa grzęzła w mrocznych tematach. Żeby poprawić nastrój, zapytałem o AR-kę.

– No wiesz – zaczął i ożywiony znów usiadł prosto. – Szczerze mówiąc, w broń wkręciłem się dzięki grom komputerowym. Gram w serię Battlefield. Znasz? U mnie wszystko zaczęło się od Counter­--Strike’a.

Długo opowiadał o swoich ulubionych strzelankach – Battlefield 1942, Armed Assault II i Call of Duty 4. Każda z nich to internetowa gra wojenna widziana z perspektywy pierwszej osoby, w której nie tylko kieruje się cyfrowym awatarem, ale dosłownie jest się tam. Wyjaśnił, że wszystkimi żołnierzami na ekranie sterują inni gracze; właśnie na tym polegał cały cud. Grał z prawdziwymi ludźmi z całego świata, a każdy z nich oglądał pole bitwy z innej perspektywy. W dziecięcej fantazji na temat broni Call of Duty zastąpiły kapiszonowce Mattel Shootin’ Shell, ale poza tym ten chłopak bardzo przypominał mnie z dzieciństwa.

To właśnie dzięki Call of Duty 4 zainteresował się AR-15. Gromadząc punkty, zdobywał prawo używania i modyfikowania coraz bardziej zabójczych broni. Na ekranie pojawiały się opisy celowników ACOG, laserów i innych gadżetów, które miał do wyboru. Tak naprawdę te opisy były reklamami wychwalającymi zalety markowych urządzeń.

Być może gry komputerowe są wyjaśnieniem, dlaczego AR-15 stało się nadzieją branży producentów broni, zaniepokojonych starzejącą się klientelą. Na przykład mój bratanek, który urodził się w Greenwich Village, całe życie spędził w obrębie kilku przecznic od domu i miał tak niewiele kontaktu z bronią jak mało kto, a terminologię związaną z AR-kami – ACOG, Magpul i tak dalej – znał lepiej ode mnie, ponieważ jest graczem. W przeciwieństwie do chłopaka z Denver nie przełożył wirtualnego entuzjazmu na prawdziwe AR-15, ale jak wynika z jednego z niezliczonych badań rynku broni przeprowadzonych przez Narodową Fundację Sportów Strzeleckich (National Shooting Sports Foundation, NSSF), wielu młodych ludzi tak zrobiło. O ile według tych ankiet pasjonaci broni są zwykle po czterdziestce, pochodzą z terenów wiejskich, są średnio wykształceni i biali, o tyle ci strzelający z AR-15 przeważnie bywają młodsi, żyją w miastach, są lepiej wykształceni i bardziej zróżnicowani rasowo. Innymi słowy, bardziej odzwierciedlają to, dokąd Ameryka zmierza, niż skąd przybyła.

NSSF ustaliła także, że posiadacze AR-ek są nie tylko młodsi i bardziej zróżnicowani, ale chodzą na strzelnicę częściej niż właściciele innych broni. Dzięki nim amunicja kalibru .223, stosowana w AR-15, stała się najczęściej sprzedawaną na rynku. Można było liczyć na to, że posiadacze AR-ek w prawdziwym życiu wydadzą realne dolary na zakup niekończącego się zalewu części i akcesoriów, które w cyberprzestrzeni wygrywali w Call of Duty 4. Robili również to, na czym przemysłowi zależy najbardziej: rozgłaszali przyjemność strzelania, tak jak ten chłopak na strzelnicy, kiedy podsunął mi swój karabin.

W dwudzieste pierwsze urodziny nudził się sam w domu. Prawo federalne nie pozwala na sprzedaż broni osobom poniżej dwudziestego pierwszego roku życia i właśnie to go zainspirowało.

– Pomyślałem sobie: mam trochę kasy, chcę kupić spluwę. – Pojechał do najbliższego sklepu z bronią i po trwającym piętnaście minut komputerowym badaniu przeszłości kryminalnej wyszedł stamtąd z pistoletem kalibru .40 firmy Smith & Wesson Sigma. – To był zakup pod wpływem impulsu – przyznał. – Nie robiłem rozpoznania. Po prostu go zobaczyłem, spodobał mi się, więc wziąłem.

Cztery miesiące później sprzedał pistolet z pięćdziesięciodolarową stratą na giełdzie broni, a potem poszedł do lombardu, gdzie nabył dziewięciomilimetrowy karabinek Hi-Point 995 – znów, jak powiedział, pod wpływem impulsu, bo „fajnie wyglądał”. Eric Harris był tego samego zdania; zanim oddał z takiego dziewięćdziesiąt sześć strzałów w szkole średniej w Columbine, napisał, że przypominał mu on broń z gry komputerowej Doom.

– Czy gry komputerowe miały coś wspólnego z twoją decyzją, żeby kupić prawdziwą broń? – zapytałem.

– Wszystko! – odparł. – Chciałem zrobić następny krok: poczuć odrzut i pociągnąć za spust. – Przekrzywił głowę, przyglądał mi się przez chwilę i chyba zrozumiał, że dziwnie to zabrzmiało. Po męsku obniżył głos o oktawę. – W świecie, w którym wszystko się wyrzuca, broń palna to coś, co można przekazywać z pokolenia na pokolenie, no nie?

Dzień po nabyciu karabinka Hi-Point poszedł do innego lombardu i kupił pistolet Springfield XD, również dziewięciomilimetrowy; uznał, że fajnie mieć dwie sztuki broni tego samego kalibru.

– Ciągle nie mówiłem o nich rodzicom. – Zachichotał, sącząc sprite’a. – Trzymałem je w szafie.

Pewnego dnia znowu nudził się sam w domu, bawiąc się pistoletem w swoim pokoju. Strzelał na sucho, pociągając za spust przy pustej komorze, co zazwyczaj jest normalnym sposobem ćwiczenia pracy na języku spustowym. Ale z włożonym magazynkiem to podręcznikowy przykład głupoty. Chłopak pociągnął za spust i odciągnął zamek, żeby przeładować. Niestety tym samym pobrał nabój z magazynka do komory. Pociągnął za spust jeszcze raz.

 

– Minęło dziesięć sekund, zanim zrozumiałem, co się stało – powiedział. – Kompletnie ogłuchłem, ale czułem zapach prochu. Zacząłem biegać w kółko, szukając pocisku. A potem nagle staję, biorę głęboki wdech. Idę na górę i widzę, że z podłogi w pokoju rodziców wywaliło trochę karton-gipsu. Wracam na dół i patrzę, że kula przeszła przez wentylację w moim pokoju, minęła wiatrak o taki kawałeczek. W końcu utknęła w słupku ściany. – Zaśmiał się i zassał lód z dna kubka sprite’a. – Wyjaśniłem to tacie, kiedy wrócił do domu. Powiedziałem mu: „Miałem niekontrolowany wystrzał. To dla ciebie: pistolet i torebka z czterdziestoma dziewięcioma nabojami”. On na to: „Aha, dobrze, dziękuję”. Nie okazał żadnych emocji. I tyle. Mama dalej nie wie.

Jego twarz płonęła czerwienią; przypominała buraka. Ja też, tak jak on przesiąknięty w dzieciństwie fantazjami o broni, mogłem popełnić podobny błąd – gdyby nie rygorystyczne ćwiczenia na strzelnicy z Hankiem Hilliardem.

– A AR-15?

Westchnął z ulgą, że wracamy do tego tematu.

– AR-kę zacząłem składać, kiedy wkręciłem się w grę America’s Army, wypuszczoną przez armię w celach rekrutacyjnych. Podobała mi się. Zanim zaczniesz właściwą grę, musisz przejść podstawowe szkolenie na strzelnicy i na torze przeszkód.

W tej grze używał M4 – krótszej wersji karabinu M16 stosowanej przez komandosów. Ponownie odszedł od komputera i udał się do sklepu z bronią – tym razem, żeby kupić prawdziwy AR-15. W opowieści tak szybko przeskakiwał między mówieniem o broni wirtualnej a prawdziwej, że trudno mi było nadążyć. Zastanawiałem się, czy i on czasem miał z tym problem.

Odsunął na bok resztki lunchu, a potem opisał części i akcesoria wymienione w jego AR-15 przez rok, który minął od nabycia karabinu. Ciągle mówił rzeczy w stylu: „Wtedy kupiłem nowe łoże LaRue Tactical wyposażone w szyny montażowe i dlatego musiałem wymienić blok gazowy”. W szczegółach trudno mi się było połapać. Z moich doświadczeń wynikało, że jedyne, co można wymienić w karabinie, to celownik oraz pasek, na którym nosi się go na ramieniu. Wywnioskowałem jednak, że chłopak przerabiał coś w swojej broni mniej więcej co cztery dni, tak jak ja w latach siedemdziesiątych zmieniałem przerzutki i piasty w rowerze.

– Lubię samo strzelanie – powiedział. – Lubię strzelać tak czysto, jak to możliwe. Ale najbardziej lubię tę całą inżynierkę: sprężyny, haczyki, zapadki. Czasami myślę sobie: „Hm, ten kawałek trochę wisi” albo „Ten trzpień się kolebie”. Lubię rozkładać cały karabin na części w swoim pokoju. Zawsze, kiedy strzelam, rozwijam matę do czyszczenia i wszystko rozbieram. Za każdym razem rozmontowuję zamek, odcinam kawałki materiału i przeciągam przez kanał iglicy.

Chłopak mówił dalej, zatracał się w arkanach bezpośredniego doprowadzania gazów i ciśnienia w komorze, sprężyn powrotnych i mechanizmów spustowych. Oczy mu błyszczały. Światło na jego twarzy nabrało różowego odcienia i dotarło do mnie, że siedzimy tu już całymi godzinami.

– Słyszę, że serio cię to kręci – stwierdziłem. – Nie myślałeś, żeby zarabiać na projektowaniu broni?

Blask w jego oczach zgasł.

– Myślałem – odparł smutnym tonem i znowu pogrążył się w przygnębieniu. – Ale jestem niezbyt pomysłowy.

Aplikacja o nazwie Gun Store Finder [Wyszukiwarka sklepów z bronią] w moim iPodzie touch skierowała mnie do dwóch lokali w Denver, ale jeden był już zabity deskami, a drugi przerobiony na salon manikiuru. Popołudnie było tak rześkie, a osiki w górach, zmieniające kolor liści, tak piękne – niczym żółte maźnięcia pędzla pośród sosen – że w końcu pojechałem aż do Colorado Springs, półtorej godziny drogi od Denver. Spadł już tam śnieg i leżał w cieniach pod drzewami. Gdy zajeżdżałem na pokryty breją parking sklepu Specialty Sports & Supply, czarny labrador wytknął łeb przez okno wielkiego pikapa marki Ford i wbił we mnie złowrogie spojrzenie, jakby chciał zapytać: „A co ty tutaj robisz?”. Nie dał się nabrać na moją czapkę NRA.

Większość znanych mi lokali z bronią to kameralne, zagracone, przyjemnie zatęchłe sklepiki, w których właściciel opiera się o ladę i gada o futbolu albo balistyce, podczas gdy klienci swobodnie spacerują wśród stojaków z używanymi strzelbami. Specialty Sports & Supply pachniało natomiast przyszłością – był to duży, przestronny supermarket z bronią o woni płynu dezynfekcyjnego do rąk.

Wszystkie karabiny stały na stelażach za ladą, poza zasięgiem. Pracownicy w jednakowych niebieskich kamizelkach opierali się o lady i czekali w jasnym świetle jarzeniówek. Jedyne, czego klienci mogli dotknąć bez pozwolenia, to bezpieczne artykuły: ubrania, zestawy do czyszczenia, tarcze strzelnicze, suszona wołowina i napoje energetyczne, które w sklepie z bronią wydawały się równie stosowne jak półlitrówki jacka daniel’sa. Raz popełniłem błąd i wypiłem coś takiego; przez cały dzień miałem wrażenie, że odbijam się od wnętrza własnej czaszki.

Odwiedzając sklepy, zawsze szukałem broni z pierwszej połowy XX wieku. Oprócz kraga (rok produkcji: 1900) miałem pistolet Savage .32 z 1907 roku, rewolwery Smith & Wesson .45 i .38 z 1917 i 1921 roku, lugera z 1920 roku, karabin Mauser armii chińskiej z 1934 roku, węgierski pistolet Femaru z 1937 roku i colta detective special z 1956 roku – tego samego, w którym się urodziłem. Broń z tamtej epoki zwykle nie była odlewana, ale wykonana z litej stali, radełkowana ze zmysłem artystycznym, a kolby lśniły drewnem o wyrazistych słojach, którego użycie dziś nie opłaca się już rusznikarzom. Ta broń przypominała o czasach, o których lubiłem myśleć, pachnących dymem węglowym i wilgotnymi wełnianymi płaszczami. Zwykle też lokowała się cenowo w idealnym punkcie między bronią współczesną a prawdziwymi antykami z XIX wieku lub jeszcze starszymi. Niestety w Specialty Sports & Supply egzemplarze broni o kasztanowych kolbach w odcieniach pięknego brązu już po kilku metrach ustępowały miejsca na stelażach nieprzebranym rzędom czarnego jak węgiel plastiku.

Stałem przy ladzie, czekając, aż podejdzie do mnie jeden z wielu pracowników. Żaden tego nie zrobił. Kilku zerknęło na mnie i odwróciło wzrok. W końcu skinąłem na ubranego w niebieską kamizelkę pryszczatego rudego sprzedawcę z twarzą kanciastą jak siekiera i podgoloną fryzurą. Podszedł do mnie z lekko zdziwioną miną. Mimo czapki NRA nie przypominałem jego typowych klientów. Może byłem zbyt stary. Zbyt miejski. Oznajmiłem, że niedawno zainteresowałem się AR-15, i zapytałem, co by polecił. Uniósł brew, jakby chciał zapytać: „Serio?”. Był jednak bardzo uprzejmy.

Przesunął palcem wzdłuż rzędu, wydawałoby się, identycznych karabinów, wybrał jeden, otworzył zamek, by się upewnić, że nie jest naładowany, po czym mi go podał. Broń była lekka niczym zabawka, zupełnie jak tego chłopaka ze strzelnicy. Aż trudno było traktować ją poważnie.

– Dlaczego wybrał pan właśnie ten?

– Głównie ze względu na cenę, sir. To DPMS. – Zerknął na metkę dyndającą z kabłąka. – Osiemset dolarów.

– Do ilu dochodzą ceny?

– O, można wydać sporo, sir. – Wymienił różne cechy, takie jak grubość metalu, gwintowanie lufy, spusty wyczynowe, wspomniał różnicę między bezpośrednim doprowadzaniem gazów a doprowadzaniem na tłok. Nic mi to nie mówiło. Kiedy jeszcze z pięć razy powiedział do mnie sir, zapytałem, czy jest byłym wojskowym[8].

– Tak, sir. Korpus piechoty morskiej.

– Irak?

– Afganistan.

– I lubi pan tę broń?

– Tylko ten karabin wziąłbym do walki, sir.

– Ale ja nie idę walczyć. Po co mi on?

– Celność. Wygoda strzelania. W porównaniu z inną bronią amunicja jest tania i łatwo dostępna.

Za plecami usłyszałem dudniący szept:

– Nie rób tego, stary.

Obróciłem się i zobaczyłem dwóch facetów – jeden był drobnym, niskim mężczyzną w krótkiej kurtce licealnej drużyny sportowej i wyprasowanych dżinsach, a drugi nieogolonym olbrzymem w kaloszach nakładanych na buty, czapce z nausznikami oraz pikowanej oliwkowej kurtce nałożonej na roboczy kombinezon.