Dziewięć twarzy Nowego Orleanu

Tekst
Autor:
Z serii: Amerykańska
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

*

Frank resztę dnia spędził na badaniu jednej rozpieszczonej bogatej matrony po drugiej, uśmiechał się, krzesał z siebie cały swój urok i profesjonalny spokój. Ale gdy nadeszło popołudnie, poczuł złowrogi chłód w stopach, który zaczynał piąć się wyżej. Jego oddech stał się krótki i o piętnastej musiał połączyć się z sekretarką i poprosić ją, żeby odwołała wizyty. Usiadł przy biurku z głową w dłoniach i gapił się w podłogę.

Podniósł słuchawkę i wykręcił numer klubu Pete’a Fountaina na Bourbon Street.

– Tu Frank, pozwól mi z nim pomówić – powiedział do barmana. – To bardzo pilne.

BILLY GRACE

Octavia Street

1969

Billy Grace powoli wybudził się z marnotrawnego snu nastolatka. Nad jego głową, na krytej kremowym tynkiem ścianie, wisiał czarno­-pomarańczowy proporzec – WOODBERRY FOREST – a drugi, w kolorach zielonym i białym, zapowiadał pierwszy rok studiów na Tulane. Na ścianie naprzeciw łóżka wisiały plakat z ubranymi na czerwono jeźdźcami skaczącymi na koniach przez żywopłot oraz fioletowe, zielone i żółte wstążki, medalion krewe Rex. Słyszał Lorenę, ich kucharkę, przygotowującą śniadanie na dole. W otwartej szafie wisiały rząd niebieskich blezerów, lnianych marynarek, kurtka z wełny wielbłąda i świeżo wyprasowane koszule w białe i niebieskie prążki. Na krześle leżały nowa para dżinsów i złożona niebieska koszula do pracy.

Ojciec Billy’ego stanął w drzwiach.

– Hej – zaśmiał się nieprzyjemnie. – Ani z ciebie Eustis, ani ­McCall. Wstawaj i zasuwaj do pracy.

Billy, wysoki i krzepki, szedł w stronę przystanku tramwajowego przy St. Charles Avenue w swojej sztywnej koszuli i dżinsach, konary wielkich dębów tworzyły sklepienie, które skąpało Octavia Street w chłodnym zielonym świetle. Nic się nie poruszało oprócz kolorowej kobiety w średnim wieku, która szła ze spuszczonym wzrokiem od przystanku tramwajowego do pracy. Za bujnym żywo­płotem z oleandrów wznosił się duży drewniany dom, beznamiętny, jakby obserwował Billy’ego z założonymi rękami.

Billy nie znał innego życia niż to w dzielnicy willowej, ale jego ojciec nigdy nie pozwolił mu zapomnieć, że pojawili się tam stosunkowo niedawno. Bill Grace senior został wychowany przy Esplanade Avenue przez matkę, która podnajmowała pokoje lokatorom. Nie dla niego Tulane; zaraz po szkole średniej poszedł do pracy jako kasjer w Whitney Bank, który niespodziewanie okazał się wrotami do socjety z lepszej dzielnicy. Whitney był czymś więcej niż tylko bankiem bogatych; był niemal sektą – elitarny, osobisty i dyskretny aż do granic konspiracji. Ze swojej skromnej grzędy młody Bill Grace szybko odkrył dlaczego. Zaskakująca liczba klientów o nieskazitelnych manierach, którzy pojawiali się po drugiej stronie okienka kasjera, miała niewiele pieniędzy, o ile w ogóle, a Whitney istniał w dużej mierze po to, by pomóc im utrzymywać pozory. Ich wielkie rezydencje znajdowały się w rodzinie od wieków lub dłużej, na tyle długo, żeby kolejne pokolenia próżniaków i playboyów roztrwoniły majątek. Niektórzy noszący jedne z najstarszych nazwisk w Nowym Orleanie odbijali kartę zegarową w kancelariach prawnych lub firmach maklerskich należących do przyjaciół ojców, ale większość czasu spędzali w swoich klubach, na torze wyścigowym lub przechadzając się po Dzielnicy. Inni po prostu nie potrafili wziąć się do pracy; radzili sobie powoli i po cichu, wyprzedając antyki rodzinne. A kiedy robiło się naprawdę źle – kiedy zarumieniona córka starej dobrej rodziny została wybrana, powiedzmy, na królową Comusu i zgodnie z tradycją rodzina musiała zorganizować przyjęcie za dziesięć tysięcy dolarów – młody kasjer patrzył, jak siwowłosy mężczyzna wchodzi do Whitneya po cichą pożyczkę. To były niezbyt korzystne dla banku kredyty, szczególnie pod koniec lat trzydziestych XX wieku, ale ci, którzy mogliby mieć coś przeciw – na przykład posiadacze kont i akcjonariusze – sami pochodzili z lepszych dzielnic Nowego Orleanu i żaden nie chciał przynieść wstydu wspólnocie. Choć okazywali się biedni jak mysz kościelna, mieli urok i poczucie smaku, które ceniono nade wszystko. Biorąc pod uwagę nienaganne podtrzymywanie pozorów i uprzejmości, komu mogło robić różnicę kilka punktów procentowych wte czy wewte? Nie trwało długo, by Bill Grace zrozumiał, że choć był biedny, miał wszystko, co potrzebne, aby stać się kimś z wyższych sfer Nowego Orleanu.

Przystojny, dowcipny, obdarzony darem do zapamiętywania nazwisk, szybko awansował i zza okienka kasjera zajął się bardziej delikatnym zadaniem odzyskiwania samochodów. Wiedział więc, kto wśród dostojnych klientów Whitneya mógł lub nie mógł sobie pozwolić na packarda. Nowoorleańczycy z lepszych dzielnic wiedzieli, że wiedział, i widzieli też, że ten młody człowiek umie trzymać język za zębami. Co więcej, z Billem Grace’em była masa dobrej zabawy – wysoki, jowialny, nigdy nie mówił „kiedy” i nigdy się nie upijał, doskonale wychodziły mu też pogaduszki, dzięki którym udają się przyjęcia. Ludzie lubili jego towarzystwo, a o to przecież chodziło. Miał spore wzięcie jako asystent niezamężnych pań – eskortował je po przyjęciach do domu – zwłaszcza w czasie wojny, ponieważ okazał się niezdolny do służby, a wszyscy pozostali młodzieńcy znajdowali się daleko. Tu uściśnięcie ręki, tam poklepanie po plecach i pod koniec wojny Bill znalazł się pod skrzydłami Leona ­Irwina, który miał poważny kontrakt z zakładem ubezpieczeń Johna Hancocka i reprezentował go na całe Południe. Sprzedawanie ubezpieczeń przyszło Billowi w sposób naturalny; wszystko, co musiał zrobić, to być lubiany. W czasie kiedy Billy – jego trzecie dziecko i pierworodny syn – chodził do przedszkola, Bill stał się pełnoprawnym partnerem pana Irwina i wraz z rodziną zadomowił się tu, przy Octavia Street, między Prytania i St. Charles: bardzo dobry adres.

Ojciec nie pozwolił jednak Billy’emu popełnić błędu, by ten uznał się za członka klasy próżniaczej. Tego lata, gdy Billy skończył dwanaście lat, tato potajemnie płacił właścicielowi pobliskiej stacji benzynowej dwadzieścia pięć dolarów tygodniowo, żeby zatrudnił Billy’ego i płacił mu tę samą kwotę. Żaden syn Billa Grace’a nie będzie się byczył przez całe lato na basenie w parku Audubona. Tato był gotów opłacić czesne Billy’ego na Tulane, ale chłopiec musiał zarobić na własne wydatki.

Tramwaj, kołysząc się i dzwoniąc, nadjechał trawiastym pasem pośrodku St. Charles Avenue. Billy wsiadł, zajął miejsce w połowie pojazdu i jak zwykle zwrócił uwagę na tył oparcia z miejscem na „ekran” – zmieniający położenie znak głoszący TYLKO DLA ­KOLOROWYCH. Segregacja w tramwajach skończyła się, kiedy Billy miał osiem lat, ale pamiętał, jak babka ze strony matki zabierała go na obiad do domu towarowego D. H. Holmesa i siedziała w tramwaju wyprostowana jak struna w kapeluszu w kwiatki i w białych rękawiczkach, starannie ignorując czarnych tłoczących się za znakiem. I pamiętał reklamę na pół kolumny, którą tata i jego znajomi opublikowali w „Times­-Picayune” w czasie, gdy segregacja w Nowym Orleanie dogorywała: fotografię Murzynów znad Missisipi przygwożdżonych do ściany budynku strumieniem wody z węża strażackiego oraz innego Murzyna w kapeluszu pork pie kulącego się przed oszalałym z wściekłości psem policyjnym. „Niech to się tu nie wydarzy”, zachęcała reklama. „Szanujmy prawa Stanów Zjednoczonych”. Billy miał wtedy zaledwie dziesięć czy jedenaście lat, ale pamiętał, że po publikacji reklamy telefon na ścianie dzwonił bez przerwy całą noc, a tata mówił do słuchawki raz za razem:

– Cóż, przykro mi, że czujesz się w ten sposób.

Billy przebywał w szkole, w Woodberry Forest w stanie Wirginia, kiedy Martin Luther King został zamordowany. Zgromadzili wszystkich chłopców w kaplicy, aby uczcić orędownika wolności czarnych, bez zbytniej refleksji nad ironią wynikającą z tego, że w Woodberry Forest istniała segregacja. Billy był redaktorem naczelnym tygodnika „Oracle” i nie spał do późna; w poluzowanym czarno­-pomarańczowym krawacie krzywił się nad maszyną do pisania i wystukiwał coś, co, miał nadzieję, będzie wołaniem o integrację. „Jest wielu chłopców z Południa, w tym ja, którym nigdy nie zdarzyło się rozmawiać z wykształconym Murzynem”, napisał. „Gdy ktoś wspomina przy mnie o Murzynach, od razu myślę o pokojówkach, robotnikach itd. w domu”. Rozhulał się na trzy tysiące słów w tym wstępniaku, ale kiedy przyszedł czas na działanie, jedyne, co zdołał z siebie wykrzesać, to to, że Woodberry „niekoniecznie musi akceptować Murzyna, ale jego polityka rekrutacji powinna być otwarta na wszystkich”. Rok później wciąż czuł zażenowanie.

Tramwaj objechał Lee Circle i Carondelet, po czym ruszył ku Canal Street, gdzie Billy wyskoczył. Przeszedł kawałek i na South Rampart złapał autobus numer osiemdziesiąt cztery do centrum. Gdy Billy minął Esplanade Avenue, granicę Dzielnicy Francuskiej w dole rzeki, zdał sobie sprawę, że po raz pierwszy znalazł się tak daleko w śródmieściu. Rampart nachyliła się lekko i zmieniła w St. Claude Avenue. Tutejsze firmy były zapyziałe, okna miały kraty antywłamaniowe. Kiedy autobus głośno przejechał tory kolejowe, Billy powiedział do siebie: Ninth Ward. Teraz mogę mówić ludziom, że znam Ninth Ward.

Na Louisa Street przesiadł się do innego autobusu, kierującego się w stronę osiedla mieszkaniowego Desire. Gdy nacisnął przycisk stop na Humanity Street, okazało się, że jest jedynym białym w autobusie. Niebo przecinały linie wysokiego napięcia i kable telefoniczne, prowizoryczne i prowokująco nagie, nie zakrywały ich żadne drzewa. Minął odrapane, rozpadające się w dusznym gorącu domki, z których odłaziła stara farba. Trudno było znaleźć w nich kąt prosty. Czarni siedzieli wygodnie na schodkach, rozmawiali, śmiali się, słuchali muzyki z radiów tranzystorowych, obserwowali dzieci kopiące piłki na nierównych chodnikach. Niektórzy pili piwo, choć dochodziła dziewiąta rano. Wykrzykiwali do siebie z ganków potoki słów w slangu, a kiedy się śmiali, złoto błyskało im w ustach.

 

– Dzień dobry! – wołał Billy, gdy ich mijał.

Ludzie na gankach patrzyli w milczeniu. Co jakiś czas ktoś odpowiadał:

– W porządku. Ahhite.

Wszedł na wysypaną żwirem działkę pełną olbrzymich stalowych kontenerów. Robota, którą załatwił mu kolega taty, polegała na wyszorowaniu, umyciu i przemalowaniu każdego z nich. Nie będzie tak źle, pomyślał Billy: wąż ogrodowy zapewni mi chłód. Odkręcił kran, dźwignął się na krawędź kontenera i wycelował dyszę w brud pokrywający dno. Skórki pomarańczy, głowy langust oraz fusy po kawie kłębiły się pod strumieniem wody. Brudne kropelki ochlapały mu twarz. Wszedł do cuchnącej pieczary i zabrał się do szorowania jej szczotką ryżową.

Słońce przewędrowało mu nad głową i opuściło się nad Garden District. Cały czas szorował kontenery. Usłyszał śmiech, bliziutko, i wstał, aby wyjrzeć zza krawędzi kontenera. Po drugiej stronie ulicy czterej kolorowi mężczyźni ustawili ogromny aluminiowy garnek na szczycie palnika z propanem. Na tyłach głów niedbale nosili słomkowe kapelusze z wąskim rondem, a krzykliwe, obszerne koszulki zwisały luźno na spodniach. Wchodzili do domu i z niego wychodzili, krzycząc na siebie, nosząc metalowe składane krzesła, stół i przenośną lodówkę. Billy poczuł się, jakby miał na sobie hełm korkowy i był odkrywcą, który przez liście palmowe szpieguje egzotyczne plemię. W sposobie ich zachowania coś go uderzyło – co? – przez głowę przemknęły mu słowa „bezczelni” i „lekceważący”, ale wiedział, że to nie tak. Uświadomił sobie, że nigdy wcześniej żaden czarny go nie zignorował. Zazwyczaj albo skupiali się na nim – jak Lorena albo kelnerzy w Galatoire’s – albo pedantycznie starali się być niewidzialni, jak ogrodnicy, którzy przychodzili raz w tygodniu, żeby skosić trawniki i przyciąć żywopłot. Biedactwa, mówił do siebie nieraz, wijąc się pod wymuszoną wesołością witania się z portierem lub kiwania głową do zastraszonego pomocnika kelnera, który uciekał wzrokiem. Ale ci czterej mężczyźni, czekający, aż woda w garnku się zagotuje, byli swobodni. Pełni entuzjazmu.

– Wpadłem na tego nowego zeszłej nocy – mówił ten w niebieskiej koszulce. – Taki knypek. Jaśniuteńki. Stary, skakał jak potłuczony po tym swoim kantorku, machał ubezpieczeniem, jakby to był pierwszy dzień szkoły, a on znał odpowiedź.

Mężczyzna roześmiał się głębokim, dudniącym śmiechem nałogowego palacza.

– Wysiada na nabrzeżu, łapie worki i się z nimi siłuje. Samiuśki. Patrzyłem na niego przez chwilę, aż w końcu miałem dość. Mówię: „Hej, tam. Stop. Mamy to robić całą noc”.

– Ano, no nie? – powiedział stary człowiek w żółtej koszulce.

– To jest jak taniec, knypku. Jak taniec – ciągnął ten w niebieskiej koszulce. Miał pięści na wysokości bioder, jakby trzymał jeden koniec worka. Zakołysał nimi. – I raz, i dwa, i jeb! – Machnął ramionami i pokazał puste ręce. – Łatwizna. I plecy nie bolą.

– Człowiek musi się uczyć – stwierdził ten w żółtej, tnąc ­cytryny nożem o perłowej rękojeści i wrzucając kawałki do garnka.

– Człowieka trzeba nauczyć – powiedział ten w niebieskiej.

Billy wygramolił się z kontenera.

– Hej, synku – zawołał starszy w żółtej koszulce, trzymając mokrą butelkę piwa. – Chodź i sobie weź. Zasuwasz najciężej z nas wszystkich.

Billy uśmiechnął się i przeszedł przez ulicę. Każdy z nich uścisnął mu rękę, ale żaden nie wstał. Mężczyzna w niebieskiej koszulce przyciągnął skrzynkę po mleku.

– Siadaj – powiedział.

– Ile ci płacą za to skrobanie? – spytał stary.

– Osiemdziesiąt tygodniowo.

– Osiemdziesiąt tygodniowo!

– Oszczędzam na samochód.

– Samochód! – zawołał mężczyzna w niebieskiej koszulce. – A jakie cacko kupisz za osiemdziesiąt dolarów tygodniowo?

– Mam na oku takiego garbusa. Tysiąc sto dolarów, nowiutki.

– Noż kurwa – powiedział stary. – Toż to nie samochód.

Zaczęli się rozwodzić nad zaletami lincolna continental mark IV i cadillaca fleetwood brougham.

– Czym pan jeździ? – spytał Billy, a stary parsknął śmiechem.

– Autobus numer osiemdziesiąt to mój samochód – rzucił, a jego koledzy rechotali i zwijali się na krzesłach. – Jesteś żonaty?

– Nie, proszę pana. Mam dopiero dziewiętnaście lat.

– No i co z tego. Ja się ożeniłem, jak miałem dziewiętnaście. Dalej jestem żonaty.

– To wspaniale.

– Oczywiście mam coś na boku. Rozumiesz?

Billy się zarumienił.

– Jak to się udaje?

– No. Robię tak, żeby się udawało.

Billy spuścił wzrok, zawstydzony. Mężczyzna się nachylił.

– Synku – powiedział – co najbardziej lubisz jeść?

– Stek, tłuczone ziemniaki i zielony groszek.

Stary miał zaczerwienione oczy i śmierdział wypitym tego dnia piwem.

– No i co, chłopaczku, będziesz chciał jeść to samo trzy razy dziennie, codziennie aż do usranej śmierci?

Billy znów się zarumienił i pociągnął długi łyk piwa. O rany, pomyślał. To miasto jest o wiele większe niż Garden District i Dzielnica Francuska. Rozejrzał się po rozpadających się domach z miłym poczuciem przynależności. Ninth Ward. Eighth Ward. Seventh Ward. Wschód. Algiers. Irish Channel. Jezu, kocham Nowy Orlean.

FRANK MINYARD

Kościół Świętego Augustyna

St. Claude Avenue

1969

Nieklimatyzowana, funkcjonalna sala parafialna kościoła Świętego Augustyna śmierdziała starym potem i dymem papierosowym. Pod ścianą ciągnął się długi stół, na nim postawiono papierowe kubeczki z oranżadą. Obok szurała nogami grupka smutno wyglądających czarnych kobiet, niektóre trzymały na rękach niemowlęta, a trochę większe dzieci za rękę, albo robiły i jedno, i drugie. Długowłose wolontariuszki w dżinsach rozdawały oranżadę, obserwując je uważnie, gdy piły, i robiły notatki na podkładkach do pisania. Na końcu stołu czarny mężczyzna przyrządzał kawę. Inny rozdawał pączki.

Ojciec Therriot, niezdarny i brodaty jak człowiek lasu, był józefitą z Bostonu, któremu arcybiskup rozkazał poprowadzić misję dla wychodzących z uzależnienia – i pokochał to tak samo jak Frank.

Frank spojrzał na kobiety stojące przy stole.

– Musimy coś zrobić z więzieniem – powiedział do Therriota. – Tamta? W złotej lamie? Zaczynała już być czysta, kiedy ją za coś zgarnęli. Kradzież w sklepie. Nie wiem. Wyszła znów uzależniona.

– Blok więzienny to miejsce, gdzie najłatwiej skołować heroinę – skwitował Therriot. – Wszyscy to mówią.

Frank zadzwonił do Louisa Heyda, szeryfa Nowego Orleanu, który zarządzał więzieniem. Przyjaźnili się od lat. Frank powiedział mu, jaki ma kłopot.

– Mogę trzymać je z dala od twardych narkotyków metadonem, ale za każdym razem, kiedy trafiają za kratki, wychodzą znów uzależnione.

Zapytał, czy mógłby dostarczać metadon do więzienia.

Heyd nie był w nastroju. Właśnie został pozwany przez organizację ACLU[7] za złe warunki w jego więzieniu i zdrowie osadzonych nie należało obecnie do jego priorytetów. Koroner, powiedział, ­zajmuje się chorymi w więzieniu. Franka bardzo to zdziwiło – człowiek odpowiedzialny za zmarłych jest również lekarzem więziennym?

Frank pojechał swoim porsche Broad Avenue do lekko zwalistego, zbudowanego z piaskowca gmachu sądu karnego. Biuro koronera miało osobne, całkiem okazałe wejście z boku. Szerokie kamienne schody prowadziły do drzwi, nad którymi wyryto: KORONER – NOWY ORLEAN. Sekretarka zaprowadziła Franka do biura, którego sufit musiał sięgać z pięć i pół metra.

– Chodź, chodź – powiedział Carl Rabin. Łysiał; miał siwe kępki włosów. Wypisz wymaluj wiejski lekarz.

Frank wyjaśnił kwestię metadonu i powód, dla którego chciał, żeby podawano go w więzieniu miejskim.

Rabin machnął ręką.

– Ćpuny – żachnął się. – Nic z nimi nie zrobisz.

Frank zaniemówił.

– Wiesz, pracuję z nimi na co dzień – powiedział powoli. – Dzięki metadonowi niektórzy wychodzą na prostą.

Rabin mu przerwał.

– Raz się zakumplujesz z działką, zostajecie kumplami na zawsze.

Frank wstał.

– Więc nie pozwolisz mi przynieść metadonu do więzienia.

– Nie, proszę pana.

Popatrzyli na siebie.

– Kto jest twoim szefem? – zapytał Frank.

Rabin się uśmiechnął.

– Nie mam szefa. Jestem wybierany.

Frank pochylił się nad biurkiem Rabina.

– Ty skurwysynu. – Frank usłyszał własne słowa. – Wytoczę przeciw tobie najcięższe działa i odbiorę ci stanowisko.

Anthony Wells

Kiedy w 1959 umarł mój dziadek, tata wyszedł i kupił nowiusieńkiego chevroleta kombi z klimatyzacją i elektrycznie opuszczanymi szybami i wyruszyliśmy do Nowego Orleanu, cała nasza dziewiątka, bo wtedy mieliśmy Rogera i Sharon. Tata pokazywał nam coś. „Tutaj rzeczy mają się inaczej”, mówił, kiedyśmy sunęli w poprzek pustyni. „Nie jesteśmy już w Los Angeles. Patrzcie na mnie i uczcie się”. Przez całą drogę jedliśmy kanapki z kiełbasą bolońską. Kilka razy moja mama chciała gotowanego jedzenia i się zatrzymywaliśmy, ale nie chodziliśmy i nie siadaliśmy przy stole, jak zwykle u Chińczyka w Los Angeles. Mój tata szedł do tylnej części restauracji i wracał z papierową torebką. Tam jest inaczej, stary. Tata też chodził inaczej, nie swobodnie jak w Los Angeles, ale sztywno i coś jakby nerwowo. Wszystkie te rzeczy, co mi się tak podobały, te, co chciałem je chłonąć w Nowym Orleanie – on ich tam nie miał. Nie mogliśmy nawet pójść do łazienki; musiałem sikać w jakiejś wysokiej trawie. Pierwszą łazienkę dla kolorowych zobaczyłem gdzieś w Arizonie czy na innym zadupiu. I swoje minęło, zanim znów żeśmy zobaczyli czarną twarz; cały środek kraju to nic, tylko biali i Meksykanie.

Raz się obudziłem z drzemki na tylnym siedzeniu i wszystko było zielone. Takie zielone­-zielone. Wszędzie woda. Wyglądało to tak, jakbyśmy jechali nad wodą, taką, która ma tę cienką warstwę trawy na wierzchu, że kiedy zeskrobiesz jej trochę, to masz pod spodem wodę. I jeszcze to straszne gówno, oplątwa brodaczkowa czy coś, takie zwisające z drzew – widziałeś to kiedy? Jakbyś był w horrorze. Zielonym. I z radia poleciała muzyka mojego taty. Trzeba było widzieć moich rodziców, stary. Jakby odzyskali swój rytm. „Jesteśmy. Jesteśmy w Nowym Orleanie”, mówi tata, a ja to widzę, to miejsce, o którym śniłem. Pełno nabitych, dość starych domów stojących tuż obok siebie, każdy jeden w innym kolorze, z zakrętasami i kwiatkami, no i, stary, uliczki po prostu pełne ludzi. Białych ludzi, czarnych ludzi, mieszańców, wszystko zmiksowane razem i chodzące. Muzyka normalnie na chodniku i nie że jeden czarnuch z gitarą, ale cały zespół, z perkusją i w ogóle, jakby całe miasto było wielką imprezą. Gapię się przez okno, oczy jak spodki – mam osiem lat – i myślę, to zupełnie inny sposób na bycie Murzynem; myślę, że to właśnie stąd tatko bierze rytm.

Podjechaliśmy do świateł, a tuż obok nas zatrzymał się radiowóz. Gliniarze są biali, proste, ale nie tak jak ci esesmani z Kalifornii; są tacy deczko papuśni i złachani, coś jak para hydraulików, wiesz, o czym mówię? Skinęli głowami i wzięli i się uśmiechnęli, to i tato się uśmiechnął. Uśmiechać się do białych gliniarzy!

Moja babcia mieszkała na obrzeżach miasta w miejscu, które nazywają Goose, tam nie było tak nadźgane domami jak w centrum, ale trochę bardziej normalnie: trawniczki, małe podjazdy. Zajeżdżamy pod taki mały ceglany dom, a tu, stary, ludzie zaczynają się z niego wylewać, jak klauni z auta w cyrku. Nie pomyślałbyś, że w jednym domu zmieści się tyle osób. Każdy zna moje imię, a ciotki i wujowie, o których w życiu nie słyszałem, płaczą i wrzeszczą, i podają nas sobie jak worki z kukurydzą. Przechmara dzieci, stary. Te dzieci, kurczę, one mnie otaczają i mówią: „Jesteś w Ninth Ward”. Jakby to był przywilej. Jakby się tego nie dało z niczym porównać.

My, dzieciaki, nie biegaliśmy dalej niż jakieś sześć, siedem przecznic, ale czułem, jakby to był cały świat. Co mnie rąbało po głowie, stary, to że w każdym miejscu, dokądśmy poszli, nieważne jak daleko, wszyscy mnie znali. Byłem Ant’ny Wells, chłopak Edwarda i Deloris. Ludzie, których nigdy wcześniej nie widziałem, podchodzą i mówią, że wyglądam kropka w kropkę jak babcia Ceola. Mogłem pójść byle gdzie w Goose i jakaś pani zapraszała mnie na pudding chlebowy, inna na czerwoną fasolę. Miałem szczerze w dupie, czy pani, której nie znałem, się zdawało, że jestem jej dzieckiem. Byłem połączony, wiesz, o czym mówię? Jakbym się znalazł w środku tych wszystkich biblijnych genealogii: „Moja ciocia wyszła za drugiego męża cioci twojej matki”.

 

Potem wracam do domu do San Fernando i jestem obcy. Nikt nie wie, jak mam na imię. Życie to skrawki. Dom, szkoła. Dorośli, dzieci. Van Nuys ­Boulevard, Brownell Street. Biali, czarni, Azjaci, Meksykańce. Nowy ­Orlean taki nie jest. To mi dało do myślenia.