Siostry

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Siostry
Siostry
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 66,40  53,12 
Siostry
Audio
Siostry
Audiobook
Czyta Piotr Grabowski
34,90  25,48 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

2

2

Sen jest ciężki, pozba­wiony wyra­zi­stych naroż­ni­ków, bez­obra­zowy. Budzę się pod wpły­wem świa­tła prze­dzie­ra­ją­cego się przez zasłony, prze­wra­cam się na bok, znowu drze­mię. Nie­mal udaje mi się prze­bu­dzić, wal­czę ze snem, znowu zasy­piam. Gar­dło mam suche jak pia­sek. Prze­ły­kam raz po raz. Zegar nad fra­mugą drzwi: dwu­na­sta. Połowa dnia już upły­nęła. Boli mnie w klatce pier­sio­wej i kiedy spusz­czam wzrok, dostrze­gam na swoim mostku czer­wone ślady. Sep­tem­ber nie ma na gór­nym łóżku. Scho­dzę do kuchni i staję przy zle­wie, wsu­wam twarz pod stru­mień z kranu i pochła­niam hau­sty wody, potem nie­ru­cho­mieję i nasłu­chuję jakie­goś ruchu.

Sep­tem­ber? Nikt nie odpo­wiada.

Idę do salonu. Są w nim pozo­sta­ło­ści po naszej nocy: poduszki ścią­gnięte na pod­łogę, szklanki po wodzie, lap­top umiesz­czony na opar­ciu sofy.

Sep­tem­ber była moim sen­nym cie­niem. Mia­ły­śmy wtedy dzie­sięć, może jede­na­ście lat. Budziło mnie świa­tło w lodówce, do któ­rej zaglą­da­łam przez sen, albo zimno bijące od okna, które wcze­śniej roz­wie­ra­łam sze­roko, a ona stała za mną, z dłońmi na moich ramio­nach, i pro­wa­dziła z powro­tem do łóżka. Przez rok było źle. Szew mię­dzy snem a jawą zani­kał coraz bar­dziej. Budzi­łam się z kosz­maru, w któ­rym coś zwie­szało się z sufitu, i wciąż tam było, gotowe w każ­dej chwili opaść na mnie. Dni zato­pione w logice snów. Przy­cho­dziło mi do głowy, że coś zgu­bi­łam, i całymi godzi­nami, bez prze­ko­na­nia, szu­ka­łam przed­miotu, który ni­gdy nawet do mnie nie nale­żał. A Sep­tem­ber zawsze była tuż obok, uci­szała mnie, kiedy budzi­łam się z krzy­kiem, a potem szu­kała wraz ze mną tajem­ni­czej zgu­bio­nej rze­czy. Ogar­niał mnie strach. Nabie­ra­łam prze­ko­na­nia, że sen jest odrębną kra­iną i że jeśli otwo­rzę drzwi i do niej wkro­czę, to nic dobrego się wię­cej nie wyda­rzy. Czę­sto­kroć prze­wi­dy­wane kon­se­kwen­cje miały zwią­zek z Sep­tem­ber. Jeśli zasnę, Sep­tem­ber odej­dzie. Jeśli zasnę, Sep­tem­ber umrze od pora­że­nia prą­dem, utopi się, zgi­nie w poża­rze albo zosta­nie pogrze­bana żyw­cem. Spę­dza­ły­śmy mnó­stwo czasu w inter­ne­cie, sta­ra­jąc się ziden­ty­fi­ko­wać nie­które z moich lęków. Strach przed pogrze­ba­niem żyw­cem nazywa się tafe­fo­bia; strach przed wodą to hydro­fo­bia; strach przed pora­że­niem prą­dem hor­me­fo­bia. Spa­łam jak naj­mniej. Sny były gąsz­czem, sny były bagni­skami, sny były trumną, w któ­rej pocho­wano naszego ojca. Pod koniec roku strach zaczął się wyczer­py­wać i znów mogłam spać. Opra­co­wa­ły­śmy pewne pomocne pro­ce­dury: kiedy się budzisz, zanurz stopy w gorą­cej wodzie, żeby zmyć kosz­mary, zanim się poło­żysz, wyszczot­kuj włosy.

Ostatni raz, kiedy były­śmy w tym domu, przy­padł aku­rat na rok, gdy nie mogłam spać. Przy­je­cha­ły­śmy na waka­cje. Mama była chora, brała trzy tabletki dzien­nie, mnó­stwo spała. Rok wcze­śniej Sep­tem­ber nale­gała, żeby­śmy obcho­dziły uro­dziny jed­nego dnia, bo tak naprawdę nie ma zna­cze­nia, ile mamy lat. Poszły­śmy na plażę, mama spała na kocu, my zaś budo­wa­ły­śmy zamki z pia­sku, grze­ba­ły­śmy się nawza­jem aż po szyję. Cza­sem mama wcho­dziła do wody, ja trzy­ma­łam się jej z przodu, Sep­tem­ber z tyłu, i zma­ga­ły­śmy się z falami, poły­ka­jąc mor­ską pianę, drąc się z zimna. Cza­sem jecha­ły­śmy do naj­bliż­szego mia­sta i tam dzie­li­ły­śmy się rybą z fryt­kami, gry­zą­cym octem i sko­rupką soli. W domu mama wcie­rała Sep­tem­ber we włosy sok cytry­nowy, żeby jaśniały bie­lej niż dotych­czas.

Po ciemku gra­ły­śmy w różne gry. Nasze oczy przy­wy­kały do braku świa­tła i mogły­śmy się poru­szać po domu, na nic nie wpa­da­jąc; to była pierw­sza gra. Druga nazy­wała się „Sep­tem­ber mówi”, skra­dły­śmy ją skąd­inąd i zmie­ni­ły­śmy zasady. Sep­tem­ber wio­dła prym, a ja byłam mario­netką i musia­łam robić wszystko, co każe. Jeśli mówiła: Sep­tem­ber mówi: stań na gło­wie albo Sep­tem­ber mówi: napisz swoje imię na ścia­nie nie­ście­ral­nym mar­ke­rem, to musia­łam to zro­bić. Jeśli mówiła: stań na gło­wie albo napisz swoje imię na ścia­nie nie­ście­ral­nym mar­ke­rem, to wtedy nie wolno mi było tego zro­bić, a jeśli z roz­pędu zro­bi­łam, to tra­ci­łam jedno życie. W więk­szo­ści gier mia­łam ich pięć i gdy­bym stra­ciła wszyst­kie, to coś by się stało, choć w wypadku każ­dej gry było to coś innego i zawsze zale­żało od tego, jak Sep­tem­ber czuje się danego dnia. Nie cho­dziło tak naprawdę o życie czy wygraną albo prze­graną; cho­dziło o grę.

Kiedy ostat­nim razem były­śmy w Sie­dli­sku, gra­ły­śmy w „Sep­tem­ber mówi” nie­mal bez­u­stan­nie. Za dnia rze­czy, które musia­łam robić, były łatwe: Sep­tem­ber mówi: uda­waj pud­ding. Sep­tem­ber mówi: zrób zeza. Obróć się w miej­scu, a stra­cisz życie. Wraz z upły­wem dnia zada­nia sta­wały się coraz trud­niej­sze: Sep­tem­ber mówi: obe­tnij paznok­cie i wrzuć je do mleka. Obe­tnij włosy. Sep­tem­ber mówi: leż przez godzinę w łóżku. Wybie­gnij na drogę. Sep­tem­ber mówi: wsadź wszyst­kie swoje rze­czy do kubła na śmieci i stań przed oknem. Prze­bij tą igłą palec.

To była dobra gra. Gra­ły­śmy cały czas, prze­by­wa­jąc w domu, ale po wyjeź­dzie wydała się nam czymś nie­wła­ści­wym, więc dały­śmy sobie spo­kój.

Bywały dni, kiedy mama czuła się lepiej, i takie, kiedy czuła się gorzej. Obie nauczy­ły­śmy się dostrze­gać pierw­sze oznaki. Sep­tem­ber wola­łaby, żeby mamy nie było, tak mówiła, i żeby­śmy były tylko we dwie, ale lubi­łam, kiedy była w pobliżu, kiedy były­śmy we trzy. Podo­bało mi się w Sie­dli­sku, gdy cho­dzi­ły­śmy razem na spa­cery wzdłuż kli­fów, a mama wyli­czała nam nazwy mija­nych roślin albo mówiła o pomy­słach na histo­rie, które zamie­rza napi­sać. Sep­tem­ber podo­bało się naj­bar­dziej wtedy, kiedy były­śmy tylko we dwie, ale mnie się podo­bało, kiedy były­śmy we trzy, dłoń w dłoni, mama pośrodku, wyma­chu­jąca naszymi rękami.

Kiedy miała zły dzień, scho­dzi­ły­śmy jej z drogi; cza­sem krą­żyła po domu, jakby cze­goś szu­kała, ale pew­nego wie­czoru, bawiąc się, usły­sza­ły­śmy, że scho­dzi na dół i otwiera drzwi wej­ściowe. Patrzy­ły­śmy przez okno, jak wsiada do samo­chodu i odjeż­dża. Zda­rzało się to już wcze­śniej, wie­dzia­ły­śmy więc, że wróci.

Sep­tem­ber mówi: uda­waj dom, powie­działa Sep­tem­ber.

Nie bar­dzo wie­dzia­łam, co zro­bić, ale roz­ło­ży­łam ramiona i nogi, a potem zwi­nę­łam się w kłę­bek, żeby stwo­rzyć ściany, zło­ży­łam dło­nie w miseczkę, żeby stwo­rzyć małe okrą­głe okna, i wyma­chi­wa­łam rękoma, żeby poka­zać, że drzwi się otwie­rają i zamy­kają. Śmia­łam się.

Sep­tem­ber mówi: nie śmiej się, powie­działa Sep­tem­ber. Wgra­mo­liła mi się na kolana i objęła się moimi ramio­nami, jakby chciała, by ściany domu zamknęły się wokół jej ciała. Trwa­ły­śmy tak przez długą chwilę, choć odczu­wa­łam drę­twie­nie. W pew­nym momen­cie dom wysu­nął nogi i zaraz potem skrył się przed nią, a ona go ści­gała.

Ściem­niło się i przez okno wypa­try­wa­ły­śmy samo­chodu, świa­teł wyła­nia­ją­cych się zza wzgó­rza.

Tam? – spy­ta­łam.

Nie, odpo­wie­działa.

Potem, chwilę póź­niej: Tam?

Nie, cze­kaj, nie, tam też nie.

Uda­wa­ły­śmy, że jeste­śmy drze­wami, które wyra­stają przez pod­łogę domu, z pta­kami w kona­rach i myszami w ścia­nach.

Posłu­chaj, powie­działa póź­niej Sep­tem­ber. Pod­bie­gły­śmy do okna i oka­zało się, że ma rację, zbli­żały się świa­tła reflek­to­rów, czworo oczu, ujaw­nia­jąc poszcze­gólne frag­menty drogi i pól. Patrzy­ły­śmy, jak się prze­miesz­czają, potem rzu­ci­ły­śmy się na mate­rac w naszym pokoju, nacią­gnę­ły­śmy koł­drę na głowy, wstrzy­ma­ły­śmy oddech. Było czworo świa­teł, a potem było czworo stóp na scho­dach, przy­sta­nęły pod drzwiami, wresz­cie ruszyły w stronę mat­czy­nej sypialni. Zsu­nę­ły­śmy się na pod­łogę, wypeł­zły­śmy na kory­tarz.

Pod­słu­chi­wa­ły­śmy przez długi czas pod drzwiami, leżąc pła­sko na brzu­chach i uci­sza­jąc się nawza­jem. Odgłosy były dziwne, jakby wyda­wały je zwie­rzęta, o któ­rych ist­nie­niu nie sły­sza­ły­śmy. Czu­łam pod sobą zimną pod­łogę, kolano mnie swę­działo. Moje powieki trze­po­tały mię­dzy snem a jawą, ale kiedy spoj­rza­łam na Sep­tem­ber, nie mru­gała, led­wie oddy­cha­jąc. Jak to moż­liwe, że nie wie się niczego, a chwilę póź­niej wie się już wszystko? Dom prze­jął dźwięki i je wzmoc­nił, pchnął je jakby tune­lem w naszą stronę. Wyda­wało mi się, że potra­fię wychwy­cić głos mamy, ale nie byłam pewna; to mogła być inna kobieta, taka, któ­rej nie zna­ły­śmy. Było też sły­chać męski głos.

W moim narósł mi kaszel i po chwili się wzmógł, wsta­ły­śmy i pobie­gły­śmy z powro­tem do swo­jej sypialni, poło­ży­ły­śmy się do łóżka, a potem leża­ły­śmy bez ruchu.

Naza­jutrz Sep­tem­ber powie­działa, że wszystko wydaje się inne, a ja nie umia­łam się zorien­to­wać, czy ma rację, czy nie. Powie­działa jesz­cze, że to nie jest drobna zmiana, tylko ogromna róż­nica.

Widziane przez maleń­kie okno salonu niebo jest posta­rzałe, wstęga wybo­istej drogi wije się w dal, w głębi na wpół widoczny pagó­rek albo góra. Chyba sły­szę morze, mam nadzieję, że tam pój­dziemy. Mam gołe stopy, a pod­łoga jest tak zimna, że wydaje się kamienna. Chcia­ła­bym być w Oks­for­dzie, wraz z bez­u­stan­nym odgło­sem wyda­wa­nym przez mamę pra­cu­jącą w swoim gabi­ne­cie na pię­trze i Sep­tem­ber, która stoi w otwar­tych drzwiach sypialni i mówi, że czas wsta­wać, zoba­czyć zaćmie­nie słońca.

Mama musiała zejść w nocy na dół, ponie­waż część rze­czy jest roz­pa­ko­wana: tele­wi­zor w prze­ciw­le­głym kącie, stos wybra­nych ksią­żek pod ścianą. Musiała też zro­bić zakupy, gdyż w lodówce jest jedze­nie – takie, które Sep­tem­ber nazywa strawą na czas apo­ka­lipsy: jesz­cze wię­cej puszek z owo­cami i fasolką, mleko o prze­dłu­żo­nej trwa­ło­ści. W odróż­nie­niu od poprzed­niego wie­czoru dom nie spra­wia wra­że­nia zamiesz­ka­nego. Wydaje się pusty. Jakby mnie porzu­cono, kiedy spa­łam. Na bla­cie kuchen­nej szafki leżą nowe żarówki. Wyj­muję jedną z pudełka i trzy­mam w dłoni.

 

Sep­tem­ber? Dom poję­kuje wokół mnie, uwal­nia­jąc powie­trze. Zaglą­dam do spi­żarni. Myślę o tym, by powie­dzieć Sep­tem­ber, że sama wymie­ni­łam żarówkę, i wycią­gam rękę, by ją wykrę­cić. Obej­muję ją dłońmi, ale nie obra­cam. Kładę tę nową na bla­cie szafki, odsu­wam od kra­wę­dzi i idę spraw­dzić, czy odpo­wied­nio prze­sta­wi­łam włącz­nik świa­tła. Z łazienki docho­dzi jakiś hałas, roz­pra­sza­jąc mnie momen­tal­nie, a potem za moimi ple­cami, w spi­żarni, roz­lega się dźwięk pęka­ją­cego szkła. W salo­nie jest dość świa­tła, by dostrzec nową żarówkę potłu­czoną na pod­ło­dze, odłamki dotarły aż do moich stóp. Zamy­kam spi­żarnię i kie­ruję się w stronę łazienki, otwie­ram drzwi na oścież. W skro­niach czuję nie­mal uką­sze­nie stra­chu. Sep­tem­ber sie­dzi w wan­nie, włosy ma przy­li­zane, wypusz­cza z ust stru­mień mydlin.

Gdzie byłaś? – pytam. Sły­szę cień despe­ra­cji w swoim gło­sie. Woła­łam cię. Stłu­kłam żarówkę.

Raz po raz ude­rza dłońmi o powierzch­nię wody, zachla­pu­jąc pod­łogę. Prze­spa­łaś rok.

Nie rok. Mogę wejść?

Już skoń­czy­łam, mówi i unosi duży palec u nogi z owi­nię­tym wokół niego łań­cusz­kiem od zatyczki. Woda ucieka z gul­go­tem. Urzą­dzimy sobie ucztę, jakiej świat nie widział i coś obej­rzymy? Dźwiga się z wanny.

Czuję się opusz­czona, bo kąpała się beze mnie. W domu czę­sto kąpa­ły­śmy się razem, z lap­to­pem na krze­śle, i oglą­da­ły­śmy Davida Atten­bo­ro­ugh albo słu­cha­ły­śmy archi­wal­nych nagrań Desert Island Discs. Sep­tem­ber lubi bar­dzo gorące kąpiele, lubi jadać w nich zimne rze­czy: lody mali­nowe i Magnum, które czę­sto zsu­wają się z patyka. Znam ciało Sep­tem­ber lepiej niż wła­sne. Czę­sto – kiedy patrzę na sie­bie – ogar­nia mnie nie­bo­tyczne zmie­sza­nie, spoj­rze­niu w lustro towa­rzy­szy szok, że spo­gląda na mnie moja wła­sna twarz zamiast jej twa­rzy. Sep­tem­ber ma zna­mię w kształ­cie zwi­nię­tego węża na łuku lewej stopy, jej skóra szybko się zaczer­wie­nia w słońcu, z oboj­czyka wyra­sta jej długi czarny włos i aż mnie świerzbi, żeby go wyrwać, ale ona mówi, że go zapusz­cza. Zawsze będę uwa­żała, że ciało Sep­tem­ber ma wię­cej sensu niż moje. Podaję jej ręcz­nik. Spra­wia wra­że­nie więk­szej niż w Oks­for­dzie, jakby zabie­rała wię­cej prze­strzeni. Dźgam ją w bio­dro. Dla­czego wyką­pa­łaś się beze mnie?

Nie wiem. Chcia­łam, jak sądzę.

Sep­tem­ber sprząta odłamki za pomocą szu­felki i zmiotki, wkrę­camy nową żarówkę, a potem przy­mie­rzamy sukienki z walizki przy­nie­sio­nej z samo­chodu. Malu­jemy szminką wiel­kie uśmie­chy wokół swo­ich ust, potem zosta­wiamy na oknach ślady po cału­sach. Nie lubimy niczego wyrzu­cać; w łok­ciach nie­któ­rych sukie­nek zieją dziury, mate­riał strzępi się pod pachami, na rąb­kach widać plamy po jedze­niu. Ulu­biona para butów, którą nosimy na zmianę, ma nie­mal cał­ko­wi­cie zdarte pode­szwy. Wybie­ram sukienkę z koron­ko­wym wykoń­cze­niem i cien­kimi jedwab­nymi ręka­wami i patrzę, jak Sep­tem­ber grze­bie w walizce.

Nie stój tak i nie przy­glą­daj mi się, mówi.

Co mam robić?

Idź zaj­rzyj do spi­żarni.

Są tu cie­cie­rzyca, kro­jone pomi­dory i ryż w toreb­kach, ale nie chcę goto­wać. Żarówka przez pięć minut świeci moc­niej, niż powinna, a potem znowu się prze­pala. W ciem­no­ści wstrzy­muję oddech, sta­ra­jąc się zapa­no­wać nad stra­chem. Sły­szę kroki na scho­dach i idę do salonu, zamie­rza­jąc powie­dzieć Sep­tem­ber o żarówce i jedze­niu. To mama. Ma brudne włosy, spięte na czubku głowy. Wło­żyła na sie­bie całe mnó­stwo ubrań, choć ogrze­wa­nie pra­cuje pełną parą. Popla­miona piżama, w ręku kubek i talerz. Zeszła zjeść na dół, żeby nas nie oglą­dać. Wła­śnie tak. Przy­staje na scho­dach i patrzy na mnie, potem odwraca głowę, szu­ka­jąc wzro­kiem Sep­tem­ber, która prze­stała grze­bać w rze­czach i sie­dzi na sofie, nie odry­wa­jąc wzroku od tele­wi­zora.

Muszę pozmy­wać, mówi mama po chwili. Pój­dzie­cie ze mną do kuchni?

Kuch­nia jest za mała na naszą trójkę. Sep­tem­ber wspina się na blat szafki i patrzy ze zło­ścią. Mama zatyka zlew i odkręca wodę. Patrząc na nią, przy­po­mi­nam sobie pre­mierę książki. Wło­żyła wtedy złotą sukienkę i czer­wone buty z aksa­mitną wstążką i z rze­my­kami wokół łydek. Policzki miała zaczer­wie­nione od wina, jej ręce obej­mo­wały nasze ramiona. W pubie o pół­nocy zdjęła buty i stała boso, roz­ma­wia­jąc z kimś z księ­garni. Sep­tem­ber przy­su­nęła twarz bar­dzo bli­sko do mojego ucha i powie­działa: popatrz, wygląda jak bogini. Kocha­ły­śmy ją wtedy, zapal­czy­wie, nie­skoń­cze­nie, w spo­sób, w jaki chyba nie­czę­sto się kocha. Na ogół mama po pro­stu jest. Na ogół jest dla nas jedy­nie matką i prze­bywa w poko­jach, tak jak prze­bywają w nich krze­sła i stoły.

Dom szem­rze i bul­go­cze wokół nas. Kran pry­cha wodą. Matka unika naszego wzroku. Zmywa, potem podaje mi naczy­nia, ja je wycie­ram, a następ­nie wrę­czam Sep­tem­ber, żeby odsta­wiła je do sza­fek. Chcę powie­dzieć mamie, jak bar­dzo jest nam przy­kro, naprawdę przy­kro, jeśli cho­dzi o to, co wyda­rzyło się w szkole, i że może poszły­by­śmy na plażę albo wybrały się na kola­cję. Chcę, żeby Sep­tem­ber powie­działa to samo, i kiedy na nią patrzę, wzru­sza ramio­nami i mówi: mamo…

Potrze­buję tylko tro­chę czasu, mówi mama. Czuję słowa prze­ła­mu­jące ciszę. Czuję je na swo­ich rękach i twa­rzy. Odkłada ścierkę i odwraca się do nas. Zawsze będę was kochać, mówi. A jeśli będzie­cie mnie potrze­bo­wały, zawsze może­cie się do mnie zwró­cić. Ale potrze­buję tro­chę czasu. W porządku?

Kiwamy gło­wami, a ona znika.

Wypi­jam sok z kolej­nej puszki brzo­skwiń, a Sep­tem­ber przy­rzą­dza mi maka­ron z masłem, zja­dam go, sie­dząc na bla­cie szafki. Sep­tem­ber mówi, że nie chce, a ja wciąż jestem taka głodna.

Jest coś jesz­cze?

Cmoka, ale otwiera następną puszkę, tym razem z grusz­kami, które zja­dam co do jed­nej. Mam wra­że­nie, że mój szkie­let jest tuż pod skórą, ociera się bole­śnie o stawy, a kości policz­kowe mnie ocie­rają.

Włą­czamy odci­nek serialu 33, który widzia­ły­śmy chyba ze dwa­dzie­ścia razy. Oglą­damy z wyci­sze­niem, więc usta boha­te­rów otwie­rają się i zamy­kają, ale głosy wydają się skra­dzione. To nasz ulu­biony serial. Wcze­sny Janu­ary Har­grave – nasz ulu­biony reży­ser – pro­gram, w któ­rym dwie kobiety – pato­lożka i biblio­te­karka – znane tylko z nazwi­ska, Hadley i Bell, tro­pią dziwne wyda­rze­nia w odle­głych miej­scach, uma­wiają się z nie­wła­ści­wymi ludźmi i, kilka razy na sezon, umie­rają, a potem powra­cają. Kiedy ogar­nia nas nuda, oglą­damy pro­gramy przy­rod­ni­cze. Lubimy jasz­czurki, gady, węże, które poru­szają się po pia­sku z unie­sio­nymi gło­wami i wiją się. Lubimy sceny masa­kry, stada lwów polu­jące na gazele albo leopardy na drze­wach, z ofiarą zwie­sza­jącą się z gałęzi. Lubimy spo­kojny głos Atten­bo­ro­ugh, jakby spra­wo­wał kon­trolę nad wszyst­kim, co się dzieje, żadne zwie­rzę nie poru­sza się bez jego pozwo­le­nia. Zwie­rzęta bie­gają, zatrzy­mują się, pły­wają, kopią nory, ucztują i zdy­chają. Sie­dzimy nie­ru­chomo na sofie, oddy­chamy, tra­wimy, drżymy, robi nam się cie­pło, a potem zimno.

Nudzę się, mówi Sep­tem­ber, szczy­piąc mnie w rękę, moja skóra momen­tal­nie robi się biała.

Tylko nudzia­rze są znu­dzeni, mówię, papu­gu­jąc mamę, a Sep­tem­ber szczy­pie moc­niej, a potem wska­zuje ponad moim ramie­niem.

Napeł­nijmy to.

Patrzę w stronę, którą wska­zuje. Sztuczne mro­wi­sko stoi na stole, tam, gdzie je zosta­wi­ły­śmy.

Jest dziu­rawe.

Więc? Znaj­dziemy jakąś taśmę. Chodź. Poszu­kaj w kuchni.

Otwie­ram i zamy­kam szu­flady, uda­jąc, że prze­glą­dam ich zawar­tość. Wyobra­żam sobie, że mrówki wycho­dzą z for­mi­ka­rium i że budzę się w nocy i widzę ich war­stwę na pościeli. Na lodówce znaj­duję taśmę izo­la­cyjną i plik sta­rej kore­spon­den­cji. Stoję i trzy­mam obie te rze­czy, aż zja­wia się Sep­tem­ber i mi je zabiera.

Nie chcesz?

Chcę.

Będzie zabaw­nie. Stwo­rzą swój wła­sny dom. Wie­dzia­łaś, że zmiaż­dżona mrówka pozo­sta­wia ślad fero­monu, który spra­wia, że inne mrówki prze­by­wa­jące w oko­licy szy­kują się do ataku?

Kuca na pod­ło­dze ze sztucz­nym mro­wi­skiem mię­dzy kola­nami. Sztu­kuje je taśmą samo­przy­lepną, a potem ją przy­cina, byśmy mogły zaj­rzeć do wnę­trza. Skóra mnie swę­dzi, wbi­jam palce we włosy, by powstrzy­mać się przed dra­pa­niem. Sep­tem­ber usta­wia for­mi­ka­rium na stole i owija mnie sza­li­kiem, wci­ska moje ręce w rękawy mat­czy­nego płasz­cza, wsuwa stopy w jakieś wyso­kie buty, które zna­la­zła przy drzwiach. Chmury nie uwol­niły desz­czu, jest cie­pło, bez­wietrz­nie. Wyczuwa się woń soli mor­skiej. Kucamy za drzwiami i eks­plo­ru­jemy teren, pod­no­sząc liście i roz­gar­nia­jąc mierzwę. Znaj­duję chra­bąsz­cza i cienką zesko­ru­piałą paję­czynę. Sep­tem­ber mysz­kuje obok ściany, posuwa się sko­kami do przodu, nie pod­no­sząc się z kucek. Mówi, że zie­mia wygląda na naru­szoną przez mrówki, ale nie znaj­du­jemy ani jed­nej. Wiem, że jest poiry­to­wana; prze­suwa języ­kiem w ustach i gwiż­dże na mnie, nakła­nia­jąc do poszu­ki­wań. Znaj­duję zardze­wiałe monety, palce mam śli­skie od ziemi i zbu­twia­łych liści. Chcę wejść do domu, wło­żyć dło­nie pod kran, ale nie mogę, dopóki sama tego nie zrobi. Poszu­ki­wa­nia, jak mi się wydaje, pro­wa­dzimy bar­dzo długo. Sep­tem­ber znaj­duje chra­bąsz­cza, któ­rego widzia­łam wcze­śniej, i postę­ku­jąc, pod­nosi go z ziemi, po czym wkłada do for­mi­ka­rium. Patrzymy, jak się poru­sza, stu­ka­jąc o szkło.

To nie mrówka. Czy chra­bąsz­cze w ogóle ryją w ziemi? – pytam, ale ona znów mnie szczy­pie, tym razem w rękę, i zsuwa buty. Kiedy jest na mnie zła, nie bar­dzo wiem, co ze sobą robić.

Czuję się oszo­ło­miona, muszę usiąść. W moim umy­śle poja­wiają się całe zda­nia, ale kiedy pró­buję je wypo­wie­dzieć, słowa wię­zną mi w gar­dle, głowa pod­ska­kuje, z ust nie dobywa się żaden dźwięk. Sep­tem­ber kła­dzie gorącą dłoń na moim czole, a ja zamy­kam oczy. Gdy je otwie­ram, spo­strze­gam, że zdą­żyła się już odsu­nąć, choć jej dotyk wciąż trwa, nie­na­tu­ral­nie cie­pły.

Sep­tem­ber mówi: Pamię­tasz zaćmie­nie słońca?

Wsta­ły­śmy wcze­śnie, żeby je obej­rzeć. Mama przy­rzą­dziła nam śnia­da­nie – jajecz­nicę i chleb – a potem poszła pra­co­wać na pod­da­szu. Mia­ły­śmy około jede­na­stu lat. Poprzed­niego wie­czoru zro­bi­ły­śmy pudełko z otwo­rem w środku, sta­ran­nie odmie­rzo­nym. Zacię­łam się nożem do tek­tury i sta­łam znie­ru­cho­miała z prze­ra­że­nia, aż Sep­tem­ber zro­biła to samo, roze­śmiała się, poka­zała mi kro­plę czer­wieni na pod­ło­dze.

Tam­tego dnia obie­ca­łam jej wszystko, co można tylko obie­cać.

Wynio­sły­śmy pudełko na chod­nik. Byli tam ludzie idący do pracy. Wyda­wało się, że nikt nie dostrzega, co się dzieje. Świat ogar­nęła śle­pota, w którą nie mogły­śmy uwie­rzyć. Sta­ły­śmy na ganku i patrzy­ły­śmy, jak ciemne koło nasuwa się na słońce. Było to eks­cy­tu­jące oraz wspa­niałe i przez następny tydzień śni­łam o zaćmie­niu prze­sła­nia­ją­cym moje oczy, prze­ni­ka­ją­cym do mojej krwi.

Pło­nęło, mówi Sep­tem­ber, a ja wiem, że ma na myśli chwilę, kiedy rzu­ci­ły­śmy sobie wyzwa­nie i led­wie oddy­cha­jąc, odło­ży­ły­śmy pudełko, po czym popa­trzy­ły­śmy w górę. Cały dzień z pięt­nem tej gwał­tow­nej jasno­ści w kąci­kach oczu, i ja, z głę­bo­kim prze­ko­na­niem, że to jedyny raz, kiedy widzimy coś dokład­nie tak samo. Pra­gnąca, by było tak już zawsze.

Zja­wia się jakiś męż­czy­zna, żeby napra­wić inter­net. Ma obwi­słe spodnie i nie wydaje się, by nas polu­bił, nawet gdy poda­jemy mu fili­żankę her­baty z mle­kiem o prze­dłu­żo­nej trwa­ło­ści, wyszu­kane w spi­żarni. Krą­żymy przy linii tele­fo­nicz­nej, kiedy mozoli się z robotą.

Jak to działa? – pyta Sep­tem­ber.

Co jak działa? Ma kości­ste pośladki, niczym kozioł, i rzed­nie­jące włosy. Myślę, że wygląda jak jeden z boha­te­rów z serialu Janu­ary’ego Har­grave’a, a Sep­tem­ber, pod­chwy­tu­jąc tę myśl, par­ska przez nos. Wydaje się, że lepiej sły­szymy się tutaj. Zasta­na­wiam się, czy cho­dzi o prze­by­wa­nie w tym miej­scu, gdzie uro­dził się nasz ojciec i gdzie uro­dziła się Sep­tem­ber, gdzie pogłos w poko­jach wydaje się tak inny od dźwięku miejsc, w któ­rych miesz­ka­ły­śmy wcze­śniej. Męż­czy­zna spo­gląda na nas kątem oka, obraca do góry nogami narzę­dzie, któ­rym się posłu­guje.

 

Inter­net, mówię, a Sep­tem­ber się śmieje, zakry­wa­jąc usta zwi­nię­tymi dłońmi.

Jak działa inter­net? Patrzy na nas jak na wariatki.

Tak.

Przy­pusz­czam, że prze­syła czę­sto­tli­wo­ści radiowe mię­dzy róż­nymi urzą­dze­niami, mówi. Wystar­czy?

Nie sądzę, by była to prawda, mówi Sep­tem­ber.

Ale ja mówię: Tak.

Obraca się do nas, wspie­ra­jąc dło­nie na kości­stych bio­drach. No dobra, tak czy nie?

Tak, mówię. Z grub­sza.

Jest jakiś pro­blem z route­rem. Męż­czy­zna wycho­dzi na zewnątrz i roz­ma­wia z kimś przez komórkę, pochyla głowę przed bla­skiem słońca, które zdą­żyło się już zni­żyć. Patrzymy na niego przez okno, a potem prze­szu­ku­jemy jego torbę, wyj­mu­jąc prze­wody i łado­warki, stu­ka­jąc w ekran tabletu zagrze­ba­nego na samym dnie, wącha­jąc paczkę papie­ro­sów i ter­mos z kawą. W poło­wie poszu­ki­wań robię się tak ner­wowa, że Sep­tem­ber wyko­nuje robotę za nas obie, grze­bie, prze­suwa rze­czy, cmoka. Sły­szymy go na zewnątrz, odgłos jego stóp na nie­rów­nym grun­cie. Odwraca się, patrzy na mnie, a potem chowa coś do kie­szeni i poga­nia mnie do kuchni, gdzie sta­jemy obok otwar­tej lodówki i zaglą­damy do środka. Męż­czy­zna patrzy na nas podejrz­li­wie.

Chce pan fasolki? – pyta Sep­tem­ber. Nie ma ani odro­biny sera, ale w spi­żarni jest fasolka.

Nie, odpo­wiada i schyla się, żeby zaj­rzeć do torby.

Zer­kamy na niego, poru­sza­jąc ustami, jak­by­śmy do sie­bie szep­tały, otwie­ramy i zamy­kamy lodówkę. Przy­ła­puję go na tym, że przy­gląda się nam czuj­nie i odwraca wzrok, pod­czas gdy Sep­tem­ber zagryza zęby w bia­łym uśmie­chu. Męż­czy­zna nas igno­ruje, więc zaczy­namy się nudzić i sia­damy na sofie, a potem oglą­damy odci­nek pro­gramu Atten­bo­ro­ugh, gdzie małpa pły­nie rzeką przez las; jej czujne oczy nad linią wody. Być może nie potrze­bo­wał nawet rze­czy, którą zabrała mu Sep­tem­ber. Ogar­nia mnie ulga. W pew­nym momen­cie Sep­tem­ber idzie do łazienki, zamyka drzwi, odkręca wodę, udaje, że korzy­sta z toa­lety, wiem o tym. Męż­czy­zna znowu pochyla się nad torbą, tro­chę zsu­wają mu się spodnie.

Wzię­ły­ście coś stąd? – pyta.

Gryzę się w język.

Sły­szysz mnie? – mówi. Wzię­ły­ście stąd kabel?

Kręcę głową.

Był tutaj, kiedy wcze­śniej zaglą­da­łem. No dobra, mówi i pro­stuje się. Dosyć żar­tów. Sły­szysz? Gdzie to scho­wa­ły­ście? Do lodówki. Nie­zły żart. W porządku.

Idzie do kuchni i zagląda do lodówki. Sep­tem­ber otwiera drzwi łazienki. Nie wzię­ły­śmy tego, mówi gło­śno, zagłu­sza­jąc mru­kliwe narze­ka­nia dobie­ga­jące z kuchni. Nie wzię­ły­śmy tego, do cho­lery.

Nie­złe, mówi męż­czy­zna, wsu­wa­jąc dło­nie w kie­sze­nie spodni i unosi brodę. Nie­złe. No dobra. Koniec z tym. Chce­cie inter­net czy nie?

Chce­cie inter­net czy nie? – mówi Sep­tem­ber. Ciało ma spięte, palce zakrzy­wione w szpony, usta zaci­śnięte w odra­ża­jącą linię.

Dosyć tego, mówi męż­czy­zna.

Dosyć tego, mówi Sep­tem­ber.

Męż­czy­zna mruga do mnie bła­gal­nie. Nie odzy­wam się. Nie rozu­mie. Co mam powie­dzieć?

Skoń­czę za dzie­sięć minut, jeśli mi pozwo­li­cie. Nie prze­szka­dzaj­cie.

Nie prze­szka­dzaj­cie, mówi Sep­tem­ber.

Chry­ste.

Chry­ste.

Nie mogę wyjść, dopóki nie skoń­czę, mówi i roz­kłada ręce.

Dopóki nie skoń­czę, mówi Sep­tem­ber. Uśmie­cha się sze­roko. Ogar­niają mnie mdło­ści. Męż­czy­zna nie odzywa się już wię­cej. Roz­wiera i zaci­ska dło­nie, wydaje się, że chce coś powie­dzieć, ale nic nie mówi. Mil­cze­nie prze­dłuża się nie­zręcz­nie. Sep­tem­ber idzie do łazienki. Wzru­szam ramio­nami, pró­buję prze­pro­sić, tak, żeby Sep­tem­ber nie zauwa­żyła, że to robię. Męż­czy­zna wycho­dzi na zewnątrz, sły­chać, jak otwiera drzwi fur­go­netki. Chyba szuka dru­giego kabla.

W łazience Sep­tem­ber sie­dzi w pustej wan­nie, ręce zwie­sza po bokach. Głowę ma odchy­loną, oczy są otwarte i blade, białka pochła­niają każdą ze źre­nic.

Dla­czego to zro­bi­łaś? – pytam.

Dla­czego nie? – odpo­wiada.

Sły­chać, jak męż­czy­zna wraca i krząta się po pokoju. Wcho­dzę do pustej wanny. Nasłu­chu­jemy odgło­sów domu i mon­tera, który insta­luje inter­net. Od czasu do czasu Sep­tem­ber prze­suwa się albo siada i się roz­gląda, a ja myślę sobie, że może wróci i znowu będzie go pro­wo­ko­wać, zapę­dzać w kozi róg, tak jak robiła to przed­tem. Zostaje jed­nak w wan­nie, koły­sząc tam i z powro­tem łań­cusz­kiem z zatyczką, i uśmie­cha się do mnie cza­sami, jakby dzie­liła się jakimś żar­tem. Po chwili – nie­zbyt dłu­giej – sły­chać, jak fur­go­netka odjeż­dża.

Nie podo­bał mi się, mówi Sep­tem­ber. Nie przej­muj się tym. Wyska­kuje z wanny i idzie do salonu, pod­śpie­wu­jąc.

Jest Wi-Fi i – pomimo wszyst­kiego, co się wyda­rzyło – Sep­tem­ber wydaje z sie­bie pisk ulgi. Otwiera jed­no­cze­śnie pięć zakła­dek i słu­chamy albumu Dar­ceya Lewisa, i prze­mie­rzamy mapę Google’a, pró­bu­jąc sobie przy­po­mnieć, jak daleko jest plaża. Przez pole i w dół zbo­cza bie­gnie trasa, a potem już jest morze.

Myślisz, że pój­dziemy tu do szkoły? – pytam. Leżymy głowa w głowę na dywa­nie, zbie­ra­jąc okru­chy z wło­sia. Głowa Sep­tem­ber jest kości­sta jak u dino­zaura, jej włosy pachną zie­mią i dymem. Pozo­sta­wi­ły­śmy za sobą to, co wyda­rzyło się z męż­czy­zną od inter­netu, nie będziemy wię­cej o tym roz­ma­wiać, bo Sep­tem­ber tego nie chce.

Nie wydaje mi się.

Nie naro­bimy sobie kło­po­tów?

Z kim?

Nie wiem, co na to powie­dzieć. Oglą­damy tele­wi­zję tak długo, że szczy­pią mnie oczy i zaczyna boleć głowa. Sep­tem­ber masuje mi czaszkę nieco za mocno, by spra­wiało mi to przy­jem­ność. Jed­no­cze­śnie korzy­stamy z lap­topa, a to potę­guje tylko ból głowy. Mamy pro­file na kilku por­ta­lach, zdję­cia pobrane z prze­glą­da­rek. Czę­sto uda­jemy kobiety, któ­rymi nie jeste­śmy, i prze­sy­łamy wia­do­mo­ści star­szym męż­czy­znom albo oni prze­sy­łają je nam; zasła­niamy usta dłońmi, żeby mama nie sły­szała, jak się śmie­jemy z języka, jakim się posłu­gują, ze zdjęć, które prze­sy­łają. Na koniec ujaw­niamy się, jak w magicz­nym triku. Sep­tem­ber mówi, że jeste­śmy wty­kami wię­zien­nymi albo taj­niacz­kami. Męż­czyźni usu­wają swoje konta albo prze­sy­łają kosz­marne wia­do­mo­ści i Sep­tem­ber naj­bar­dziej lubi, kiedy tak robią. Pisze odpo­wie­dzi, które są rów­nie kosz­marne, a cza­sem jesz­cze gor­sze. Zawsze posuwa się za daleko, a ja muszę uda­wać, że patrzę, kiedy tak naprawdę myślę o innych rze­czach. Lubimy por­tale poświę­cone pro­gra­mom tele­wi­zyj­nym albo fil­mom, dys­ku­sje o boha­te­rach czy fabule. Lubimy Wiki­pe­dię, zasoby nie­zmie­rzo­nej wie­dzy, nad­miar fak­tów, błędy i kłam­stwa zagrze­bane w praw­dzie. Zeszłego lata inte­re­so­wa­ły­śmy się obse­syj­nie wiru­sami kom­pu­te­ro­wymi, tymi wiją­cymi się, gięt­kimi isto­tami, które roiły się albo pod­kra­dały łagod­nie, poja­wiały się nie­zau­wa­że­nie w ciągu mie­sięcy i lat. Krążą plotki o nowym fil­mie Janu­ary’ego Har­grave’a, znowu je czy­tamy i komen­tu­jemy parę, która błaga o wię­cej infor­ma­cji.

Wyj­dziemy na dwór?

To miłe sie­dzieć cały dzień w domu, mówi Sep­tem­ber i się prze­ciąga, aż pykają jej kości w nad­garst­kach. Coś takiego do niej nie pasuje. W Oks­for­dzie to ona była tą nie­spo­kojną, zawsze chciała iść nad rzekę, żeby popły­wać albo zła­pać auto­bus jadący poza mia­sto.

Tu jest ina­czej, mówi Sep­tem­ber. Coś jest ina­czej. Zasysa powie­trze, przy­su­wa­jąc głowę do mojej twa­rzy, a potem szep­cze mi do ucha: Pamię­tasz?

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?