Siostry

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Siostry
Siostry
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 66,40  53,12 
Siostry
Audio
Siostry
Audiobook
Czyta Piotr Grabowski
34,90  25,48 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Część pierw­sza

2  Część druga

3  Część trze­cia

4  Podzię­ko­wa­nia

Tytuł ory­gi­nału: SISTERS

Wydawca: Urszula Ruzik-Kuliń­ska Redak­tor pro­wa­dzący: Iwona Den­kie­wicz Redak­cja: Joanna Mika Korekta: Marzenna Kłos, Zuzanna Juź­wik

Copy­ri­ght © Daisy John­son, 2020

Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Jan Kabat, 2021

War­szawa 2021

ISBN 978-83-813-9927-2

Wydaw­nic­two Świat Książki

02-103 War­szawa, ul. Han­kie­wi­cza 2

Księ­gar­nia inter­ne­towa: swiatk­siazki.pl

Dys­try­bu­cja:Dres­sler Dublin Sp. z o.o.

05-850 Oża­rów Mazo­wiecki ul. Poznań­ska 91

e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl tel. +48 22 733 50 31/32 www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer firmy Eli­bri

Dla moich sióstr, Polly, Kiran, Sarvat i Jess

Dla moich braci, Jake’a i Toma

Moja sio­stra to czarna dziura.

Moja sio­stra to tor­nado.

Moja sio­stra to koniec liny

moja sio­stra to zamknięte drzwi

moja sio­stra to strzał w ciemno.

Moja sio­stra czeka na mnie.

Moja sio­stra to upa­da­jące drzewo.

Moja sio­stra to zamu­ro­wane okno.

Moja sio­stra to speł­nione życze­nie

moja sio­stra to nocny pociąg

moja sio­stra to ostat­nia paczka chip­sów

moja sio­stra to poranne leniu­cho­wa­nie w łóżku.

Moja sio­stra to las w ogniu.

Moja sio­stra to tonący sta­tek.

Moja sio­stra to dom na końcu ulicy.

Część pierw­sza

CZĘŚĆ PIERW­SZA

Sep­tem­ber i July

Sep­tem­ber i July1

Dom. Jego podłużne frag­menty wyzie­ra­jące zza żywo­płotu, przez pola. Brud­no­biały, okna zato­pione w cegle. Dłoń w dłoni, na tyl­nym sie­dze­niu, ostrze świa­tła z szy­ber­da­chu. My dwie, ramię w ramię, dzie­lące się powie­trzem. Długa droga za nami, wzdłuż krę­go­słupa kraju, prze­mknę­ły­śmy po obwod­nicy Bir­ming­ham, mija­jąc Not­tin­gham, Shef­field i Leeds, czy­niąc wyłom w Górach Peniń­skich. Oto rok, w któ­rym jeste­śmy znę­kane. Co? Oto rok, w któ­rym jeste­śmy pozba­wione przy­ja­ciół, potrzebne tylko sobie. Oto rok, w któ­rym cze­ka­ły­śmy w desz­czu na kor­cie teni­so­wym, by się zja­wiły. Dźwięki w radio: z połu­dnia napływa cie­plej­sza tem­pe­ra­tura… Poli­cja w Whitby. Szu szu mat­czy­nych dłoni na kie­row­nicy. Nasze myśli niczym jaskółki. Przód samo­chodu wznosi się i opada jak dziób łodzi. Gdzieś tam jest morze. Zarzuca koł­drę na nasze głowy.

Oto rok, kiedy coś innego budzi trwogę.

Droga oddala się i znika z pola widze­nia, wibra­cja wibra­cja, kiedy zjeż­dżamy z asfaltu na ubitą zie­mię. Czy mama pła­cze? Nie wiem. Powin­ny­śmy spy­tać? Nie ma na to odpo­wie­dzi i, tak czy owak, dom jest teraz bli­sko i nie ma czasu, by wró­cić albo spró­bo­wać ponow­nie, albo zro­bić coś na nowo. Oto rok, w któ­rym jeste­śmy domami, świa­tła palą się w każ­dym oknie, drzwi nie zamy­kają się do końca. Gdy jedna z nas mówi, obie czu­jemy słowa poru­sza­jące się na naszych języ­kach. Gdy jedna z nas je, obie czu­jemy poży­wie­nie zsu­wa­jące się w dół naszych prze­ły­ków. Nie były­by­śmy zdzi­wione ani tro­chę, gdyby nas roz­cięto i oka­za­łoby się, że dzie­limy organy, że jedne płuca oddy­chają za dwie, że poje­dyn­cze serce bije podwój­nym, gorącz­ko­wym ryt­mem.

1 Imiona boha­te­rek ozna­czają nazwy mie­sięcy: wrze­sień i lipiec (przyp. tłum.). [wróć]

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

July. 1

July

1

No, już. Oto jest.

Dom, do któ­rego przy­je­cha­ły­śmy. Dom, na któ­rego poszu­ki­wa­nie wyru­szy­ły­śmy. Usa­do­wiony po stro­nie wrzo­so­wisk North York, tuż przy morzu. Nasze wargi zaci­śnięte i pomarsz­czone od zli­zy­wa­nia chrup­kiej soli, koń­czyny ocię­żałe, znu­żone nara­sta­ją­cym bólem. Kie­row­nica gorąca niczym wrzą­tek, odblask jezdni. Upły­nęły całe godziny, od kiedy wyru­szy­ły­śmy, zagrze­bane na tyl­nym sie­dze­niu. Wsia­da­jąc do samo­chodu, mama powie­działa: Dojedźmy tam przed nocą. A potem przez długi czas ani słowa. Wyobra­żamy sobie, co mogłaby powie­dzieć: To wasza wina. Albo: Ni­gdy nie musia­ły­by­śmy wyjeż­dżać, gdy­by­ście nie zro­biły tego, co zro­biłyście. I oczy­wi­ście ma przy tym na myśli: Gdy­by­śmy się nie uro­dziły. Gdy­by­śmy się w ogóle nie uro­dziły.

Zaci­skam dło­nie, jedna na dru­giej. Nie­zdolna jesz­cze okre­ślić, co to za strach, tyle tylko, że jest nie­zmie­rzony. Dom znaj­duje się tutaj. Przy­cup­nął jak małe dziecko przy ciem­no­sza­rym murze, puste pastwi­sko owiec upstrzone sta­rymi eks­kre­men­tami, cier­ni­ste krzewy wyso­kie jak doro­sły czło­wiek. Podmuch zatę­chłego powie­trza, które napo­tyka świeże, kiedy otwie­ram drzwi. Zapach nawozu. Prze­ro­śnięty żywo­płot, trawa i chwa­sty zma­ga­jące się z beto­nem, fron­towy ogród wąski i zawa­lony szpar­ga­łami: wie­ko­wymi ostrzami szpa­dli, pla­sti­ko­wymi tor­bami, roz­trza­ska­nymi doni­cami i nie­mal żywą plą­ta­niną korzeni. Sep­tem­ber wspięła się już na nie­równy mur, balan­su­jąc, zęby zaci­śnięte w gry­ma­sie, który być może jest uśmie­chem. Okna prze­sło­nięte odbi­ciem jej ciała i mojej twa­rzy o oczo­do­łach jak pie­czary, a w głębi nasza mama, opie­ra­jąca się z wyczer­pa­nia o maskę samo­chodu.

Białe ściany domu pozna­czone są smu­gami brud­nych odci­sków dłoni i zapa­dają się w swych pomarsz­czo­nych poło­wach, górne pię­tro zanu­rzone w dol­nym jak dłoń opla­ta­jąca pięść. Pod jedną ze ścian ele­menty rusz­to­wa­nia, na dro­dze walają się poła­mane dachówki. Się­gam do ramie­nia Sep­tem­ber, zasta­na­wia­jąc się, czy mogła­bym wbić się zębami w jej skórę i w ten spo­sób spraw­dzić, czy potra­fię się zorien­to­wać, o czym myśli. Cza­sem potra­fię. Nie z abso­lutną pew­no­ścią, bar­dziej przy­po­mina to nie­wy­raźny szum świa­do­mo­ści. Jak wów­czas, kiedy mama włą­cza radia w róż­nych poko­jach, syn­chro­ni­za­cja odro­binę szwan­kuje, a ja stoję w kory­ta­rzu i sły­szę echo dźwię­ków. Ale Sep­tem­ber umyka poza zasięg moich dłoni, jazgo­cząc niczym sroka.

Wygrze­buję z dna kie­szeni chu­s­teczkę higie­niczną, wycie­ram nos. Słońce zaczęło się już zni­żać, ale wciąż pali moje nagie ramiona. W kie­szeni mam też cukierki na kaszel, mięk­kie, pokryte mesz­kiem. Wsu­wam sobie jed­nego do ust, w głąb policzka.

Na ścia­nie domu wid­nieje jakiś pokryty bru­dem napis. Trę go chu­s­teczką, aż mogę odczy­tać słowa: SIE­DLI­SKO. Ni­gdy wcze­śniej nie miesz­ka­ły­śmy w domu z żadną nazwą. Ni­gdy nie miesz­ka­ły­śmy w domu, który wygląda tak jak ten: spo­nie­wie­rany bez­kształtny, cały w zasta­rza­łej nie­czy­sto­ści. Ciało Sep­tem­ber wiruje. Zamy­kam szybko oczy, pięć razy, tak aby nie upa­dła, a jeśli upad­nie, to by wylą­do­wała na ziemi niczym kot.

Szu­kam mamy. Odsu­nęła się już od samo­chodu; jej ciało wydaje się zbyt cięż­kie, by można je było udźwi­gnąć. Tak się wła­śnie zacho­wuje, jest mało­mówna albo mil­cząca od czasu tam­tych wyda­rzeń w szkole. W domu w Oks­for­dzie nocą sły­sza­ły­śmy, jak poru­sza się nad naszymi gło­wami. Odzy­wała się do nas tylko spo­ra­dycz­nie, led­wie napo­ty­ka­jąc nasz wzrok. Jest inną osobą w zna­jo­mym ciele, a ja chcia­ła­bym, żeby do nas wró­ciła. Otwiera furtkę ogrodu, kopiąc w nią butem.

Pomóż mi, mówi, prze­cho­dząc obok. Ursa powie­działa, że klucz znaj­duje się pod żabą.

Szu­kamy żaby. Zie­mia jest spulch­niona od aktyw­no­ści insek­tów. Wyko­puję robaka i ogar­nia mnie panika pod wpły­wem jego dotyku, mięk­kiego, ustę­pli­wego.

Prze­stań się obi­jać, mówi mama, a potem patrzymy pochy­lone w trawę i szu­kamy, dopóki nie udaje mi się wyma­cać kamien­nej żaby o tłu­stych war­gach i pacior­ko­wa­tych oczach, nie­mal scho­wa­nej pod poszy­ciem. Mama pod­waża ją butem, a potem jęczy, nie ma klu­cza. Typowe, mówi. Typowe, a potem ude­rza się trzy­krot­nie pię­ściami po udach.

Majowe chmury uno­szące się wzdłuż linii pola nabrały sta­lo­wo­ści, zaczy­nają się gro­ma­dzić i nabrzmie­wać zło­wiesz­czo. Wska­zuję je, mówię: patrz.

Dobra. Szybko. Szu­kajmy.

Zosta­wiamy nasze torby jedna na dru­giej i pod­no­simy puste donice, prze­dzie­ramy się przez trawę. Znaj­duję w ziemi monety. Obok boku domu bie­gnie ścieżka, jest też ogród z pły­tami chod­ni­ko­wymi opar­tymi o ściany, trawa wyrwana i zamie­niona w mierzwę, porzu­cone sta­lowe gra­bie. Coś, co mogło być gril­lem, ze wzgór­kiem popiołu pośrodku pęk­nię­tej cegla­nej kon­struk­cji. W ścia­nie domu tkwią osa­dzone w beto­nie muszle, grunt piasz­czy­sty, pełen kamy­ków wygła­dzo­nych przez morze. Zaglą­dam przez jedno z okien. Za szybą: przy­ćmiony kształt ścian, półki; może spi­żar­nia. Pluję na dłoń i pocie­ram szkło. Jaśniej­szy kwa­drat fra­mugi, za którą znaj­dują się nie­wy­raźne cie­nie, może sofa i stół, coś, co jest pierw­szym stop­niem scho­dów. Obok mnie Sep­tem­ber przy­suwa twarz do okna, dło­nie zwi­nięte na szy­bie, słodka woń per­fum, które ukra­dły­śmy ze sklepu obok naszej szkoły, zapach jej nie­my­tych zębów. Wyba­łu­sza na mnie oczy, kręci języ­kiem, szczy­pie mnie w ramię. Moja twarz wygląda nie­zgod­nie z zasa­dami per­spek­tywy: policzki dłuż­sze niż w rze­czy­wi­sto­ści, oczy wąskie niczym otwory na monety w par­ko­me­trach.

 

Wyglą­dam jak mama. Albo jak według niej jej mama, nasza bab­cia, w Indiach, gdzie ni­gdy nie były­śmy. Sep­tem­ber nie wygląda tak jak my. Nie pamię­tamy swo­jego ojca, ale musi go przy­po­mi­nać: mamy gład­kie włosy, policzki pokryte mięk­kim jasnym pusz­kiem, blade oczy jak u śnież­nego zwie­rzę­cia.

Infor­ma­cje na temat jego osoby prze­cie­kają kro­pel­kami przez lata, rzadko zdo­by­wane bez kłótni. Poznał mamę, kiedy miała dwa­dzie­ścia trzy lata i była na waka­cjach w Kopen­ha­dze, gdzie wtedy miesz­kał. Krą­żył za nią po mie­ście przez trzy dni. Powie­działa, że taki już był. Per­fek­cyj­nie wła­dał angiel­skim – dora­stał tutaj – ale lubił mówić do niej po duń­sku, cie­sząc się, że nie potrafi go zro­zu­mieć. Taki też był. Umarł. Jak umarł? – pyta­ły­śmy przez cztery lata, nim ustą­piła. Uto­pił się na base­nie hotelu w Devon. Nie byli razem, kiedy to się stało, a nasza trójka, Sep­tem­ber led­wie pię­cio­let­nia, ja nie­wiele młod­sza, miesz­kała gdzie indziej. Potrzeba było pra­wie roku, by jego sio­stra zadzwo­niła i powie­działa, że nasz ojciec nie żyje. Nauczy­ły­śmy się o niego nie pytać. Nie mamy słów, by go opi­sać. Nie zna­ły­śmy go. Sep­tem­ber powie­działa raz matce, że był z niego nie­la­da­la­daco, a ona się roze­śmiała, ale potem umil­kła na kilka godzin i przy­brała wyraz twa­rzy, który z cza­sem zaczę­ły­śmy roz­po­zna­wać. Raz na trzy albo cztery lata, w Boże Naro­dze­nie, przy­jeż­dża do nas w odwie­dziny jego sio­stra Ursa, ja zaś razem z Sep­tem­ber pró­buję coś z niej wycią­gnąć, jest jed­nak nie­ugięta. Ursa jeź­dzi kabrio­le­tem, ni­gdy nie zostaje u nas dłu­żej niż jeden dzień, woli zatrzy­my­wać się w hotelu niż w naszym domu. Ma krót­kie blond włosy, tak więc, pod­cho­dząc do niej nie­zau­wa­że­nie od tylu, były­śmy cza­sem prze­ko­nane, że to on: dawno utra­cony ojciec, powód mat­czy­nego smutku i naszego ist­nie­nia. Dom na wrzo­so­wi­skach należy do Ursy; wynaj­muje go, nie mieszka tutaj, wypeł­nia go ludźmi takimi jak my, któ­rzy nie wie­dzą, dokąd się udać.

Z boku domu, kiedy wiatr wzmaga się odro­binę, znaj­du­jemy kolejne okno, nie­wiel­kie, ale wyglą­da­jące na oblu­zo­wane, kiedy na nie napie­ramy, otwiera się do wewnątrz.

Mama stoi od frontu, trzyma w dłoni kamień zabrany z pobli­skiego pola i zamie­rza rzu­cić nim w szybę obok drzwi. Uno­szę dło­nie, żeby zasło­nić sobie uszy. Krew dudni we mnie bum bum, w szpiku nara­sta lęk, napływa do krtani.

Jest tu otwarte okno, drze się Sep­tem­ber. Możemy się chyba prze­ci­snąć. Mama obraca ku nam kamienną twarz, usta ma wykrzy­wione do dołu, wyryte w skó­rze.

Pomiesz­cze­nie, do któ­rego pro­wa­dzi okno, to spi­żar­nia. Nim wcho­dzimy do środka, bie­rzemy się za ręce. Pod oknem znaj­duje się brudna pod­łoga wykła­dana płyt­kami, obtłu­czona w miej­scu, gdzie styka się z wil­gotną ścianą. Drew­niane półki. Kilka puszek zupy i fasolki, dwa opa­ko­wa­nia spa­ghetti o podej­rza­nym kolo­rze. Unosi się tu jakiś zapach, nie­mal słodki, z nutą, któ­rej nie potra­fię do końca ziden­ty­fi­ko­wać. Sufit jest niski, naga żarówka obija się o czu­bek mojej głowy.

Sep­tem­ber nuci, jak to ona, kiedy jest pod­eks­cy­to­wana i chce, bym o tym wie­działa. Jej nuce­nie może ozna­czać mnó­stwo rze­czy. Halo, gdzie jesteś / chodź tutaj / prze­stań to robić / iry­tu­jesz mnie. Uświa­da­miam sobie, że boję się tego domu, gniewu mamy i iry­ta­cji oka­zy­wa­nej przez Sep­tem­ber. Były­śmy tu już wcze­śniej, tylko raz, ale nie pamię­tam tego zbyt dobrze.

Co to jest? – pytam.

Co?

Ten zapach.

Nie wiem. Zde­chła mysz?

Nie mów tego.

Przez drzwi spi­żarni możemy wej­rzeć w kory­tarz; na lewo znaj­duje się główne wej­ście, a obok kolejne drzwi, pro­wa­dzące być może do łazienki. Na wprost są schody, a po pra­wej stro­nie jesz­cze jedne drzwi, przed nami otwarty salon. Roz­kład domu wydaje się nie­wła­ściwy, nie­in­tu­icyjny, skoro ze spi­żarni wycho­dzi się wprost do salonu. Pach­nie nie­świeżą żyw­no­ścią. Wkra­czamy do pokoju. W kącie dostrze­gam jakiś przy­gar­biony kształt pozba­wiony formy, fałdy mate­riału. Ści­skam dłoń Sep­tem­ber. To nie­moż­liwe, że tu jeste­śmy, i nie­moż­liwe, żeby­śmy mogły zostać. Na naj­bliż­szym sto­liku stoi lampa, do któ­rej się­gam. Coś się prze­wraca i spada na pod­łogę. Mam wra­że­nie, że moje wnętrz­no­ści wypeł­nia psz­czeli rój. Zapala się świa­tło, wyda­jąc przy tym prze­ni­kliwe zawo­dze­nie.

Nic tu nie ma, mówi Sep­tem­ber. Nie martw się, lip­cowy robaczku.

Krąży po salo­nie, pstry­ka­jąc włącz­niki świa­tła. Wszystko wydaje się zbyt jasne, jakby żarówki nie paso­wały do swo­ich gniazd. Można wyczuć zapach spa­le­ni­zny. Kiedy zaglą­dam do jed­nej z lamp o głę­bo­kim klo­szu, dostrze­gam ściółkę paję­czyn, mar­twe muchy na dnie. Sofę i fotel przy­kry­wają wyli­niałe koce, jest też sto­lik do kawy z dwoma kub­kami, na dol­nej półce plik gazet. Pod drew­nia­nym gzym­sem znaj­duje się piec na drewno, przed nim brudny chod­ni­czek. Małe okno wpusz­cza nie­wiele świa­tła. Sufit jest niski i wsparty bel­kami. Gdy­by­śmy były tro­chę wyż­sze, musia­ły­by­śmy się schy­lać. Za scho­dami widać puste półki na książki. Rzecz, którą strą­ci­łam ze sto­lika, leży na pod­ło­dze, ukryta do połowy pod sofą. Kiedy ją pod­no­szę, na moich dło­niach pozo­staje brud. Szkło popę­kało nie­równo. Sep­tem­ber obej­muje mnie w talii i opiera brodę na moim ramie­niu.

Nie martw się, patrz, to sztuczne mro­wi­sko, for­mi­ka­rium.

Odwra­cam je do góry nogami. Ma rację. Dwie tafle szkła wpusz­czone w wąskie pudełko i wypeł­nione zie­mią. Są tu tunele, wyko­pa­li­ska, ścieżki wyty­czone w gle­bie, wszystko się zawala, kiedy tym poru­szamy.

Stłu­kłam to, mówię, i ogar­nia mnie poczu­cie – gęste, dła­wiące, nie­uchronne – jak by to było żyć w ziemi i prze­bi­jać się przez nią wła­snymi ustami.

Możemy to napra­wić, mówi. Jest tu gdzieś taśma kle­jąca. Znaj­dziemy kilka mró­wek, wsa­dzimy je do środka.

Roz­lega się puka­nie do drzwi, mama przy­po­mina nam o sobie. Ma zmę­czoną twarz, jakby nie spała od tygo­dnia. To była długa zima, złe Boże Naro­dze­nie, już prze­siąk­nięte zapa­chem tego, co miało nadejść, peł­za­jąca wio­sna. W marcu w szkole doszło do awan­tury, potem roz­mię­kła nawierzch­nia opusz­czo­nych kor­tów teni­so­wych, błoto na naszych gołych sto­pach i moje dło­nie, które wyglą­dały tak, jakby nale­żały do kogoś innego. Po tym, co się wyda­rzyło, pozo­sta­ły­śmy w Oks­for­dzie przez dwa mie­siące, a teraz jest maj, burze ustę­pują przed upa­łami. Pra­gnę dotknąć twa­rzy mamy, spra­wić, by mnie przy­tu­liła, jak zwy­kła to robić, kiedy wszyst­kie tło­czy­ły­śmy się w podwój­nym łóżku. Tyle że teraz prze­ci­ska się obok mnie z zaci­śnię­tymi szczę­kami, torby wypa­dają z jej dłoni na pod­łogę. Ja też czuję się zmę­czona od chwili, kiedy opu­ści­ły­śmy szkołę; bywają dni, gdy mam wra­że­nie, jak­bym dźwi­gała na swo­ich bar­kach dru­gie ciało. Chcę jej to powie­dzieć, chcę, by wyznała, że się nie zmie­niła albo że może spra­wić, bym poczuła się lepiej.

Patrzymy, jak wcho­dzi na górę. Sep­tem­ber gwiż­dże przez zęby i wypo­wiada jej imię – jak zwy­kle, kiedy chce ją ziry­to­wać – cicho, She­ela, i przez chwilę można odnieść wra­że­nie, że matka się waha, czy się cof­nąć, potem jed­nak rusza do przodu, jej buty na drew­nia­nych stop­niach. Trzyma pod pachą koł­drę, pod drugą ści­ska swoją robo­czą teczkę. Sto­imy, słu­cha­jąc jej, aż roz­lega się dźwięk zamy­ka­nych drzwi. Bywała smutna już wcze­śniej, ale teraz jest ina­czej. Teraz jest gorzej.

Jest taka roz­gnie­wana, mówię. Wyczu­wam nara­sta­jącą iry­ta­cję Sep­tem­ber.

Nie będzie się wiecz­nie gnie­wać, odpo­wiada.

Może będzie.

Nie na cie­bie, mówi i pociąga mnie za war­kocz, spra­wia­jąc że zaczy­nają łza­wić mi oczy.

Drzwi naj­bar­dziej odda­lone od wej­ścia pro­wa­dzą do małej kuchni. W zle­wie leżą bla­chy do pie­cze­nia, z boku pusty pojem­nik na chleb, jesz­cze wię­cej kub­ków. Mie­ści się tu maleń­kie okno. Gra­molę się nie­zgrab­nie na blat szafki, cią­gnę za klamkę, jed­nak okno nie chce się otwo­rzyć, zama­lo­wano je, jak zauwa­żam, na doda­tek w mięk­kie drewno wbito gwoź­dzie. Zsu­wam się na dół. Do drzwi lodówki przy­le­gają żółte kar­teczki – roz­po­znaję pismo Ursy z kar­tek bożo­na­ro­dze­nio­wych – A i J pocho­dzą z zestawu liter na magnes. Odczy­ty­wa­nie ich tre­ści wydaje się czymś wścib­skim, ale robię to, nachy­la­jąc się, szu­ka­jąc jakichś śla­dów sekret­nego języka czy infor­ma­cji, by podzie­lić się nimi z Sep­tem­ber. Są tu jed­nak tylko szcze­góły doty­czące wywózki śmieci, wzmianka o tyl­nych drzwiach, które się zaci­nają, lista rze­czy, któ­rych nie należy wrzu­cać do ognia. Ota­cza­jąca mnie kuch­nia jest tak brudna, że przy­pra­wia mnie to o swę­dze­nie. Odkrę­cam kran, a gdy robi się zimny, szo­ruję dło­nie, ale nawet woda wydaje się czymś pokryta, miękka od szlamu. Sep­tem­ber, która stoi w drzwiach, gwiż­dże na mnie, tylko kilka tak­tów, przy­wo­łu­jąc mnie z powro­tem.

Wszystko w porządku, lip­cowy robaczku?

Tak.

Obok spi­żarni znaj­duje się łazienka z wanną i toa­letą. Sep­tem­ber pociąga za sznu­rek, który włą­cza halo­gen. Widzę ślady kogoś, kto tu był, i to nie­dawno: podłużny kawa­łek mydła na brud­nej umy­walce, dwie butelki szam­ponu wrzu­cone do wanny, na pod­ło­dze smuga, być może jakie­goś spe­cy­fiku słu­żą­cego do maki­jażu.

Skąd to? – pytam, trą­ca­jąc mydło paznok­ciem kciuka, i po chwili ogar­niają mnie mdło­ści.

Nie wiem. Pew­nie jeden z loka­to­rów Ursy. Sły­sza­łam, jak mama roz­ma­wia z nią przez tele­fon, chyba Ursa go wywa­liła, żeby­śmy mogły się tu zatrzy­mać.

Jak długo zamie­rzamy tu zostać?

Dla­czego mnie pytasz? – pry­cha Sep­tem­ber, a potem mówi: – Nie wiem, dla­czego mama chciała, żeby­śmy tu przy­je­chały.

Mar­twy naskó­rek, mówię, prze­su­wa­jąc pal­cem po umy­walce, a Sep­tem­ber patrzy na mnie ze zło­ścią i wycho­dzi z łazienki zde­cy­do­wa­nym kro­kiem.

Po dłu­giej podróży mam osad na zębach – pozo­sta­łość po kanap­kach z serem i cebulą, które kupi­ły­śmy na sta­cji ben­zy­no­wej. Przy­po­mi­nam sobie nagle, że zosta­wi­ły­śmy swoje szczo­teczki do zębów na umy­walce w daw­nym domu, do któ­rego już nie wró­cimy. Idę do salonu, żeby powie­dzieć o tym Sep­tem­ber, ale jest na górze; sły­szę, jak tam krąży. Zie­mia w for­mi­ka­rium prze­suwa się odro­binę, jakby coś się wła­śnie przez nią prze­mie­ściło. Spod drzwi wej­ścio­wych i z komina napływa cie­płe powie­trze. Chcę usły­szeć swój głos odbi­ja­jący się od bia­łych ścian. Mam wra­że­nie, że w pokoju jesz­cze przed chwilą pano­wał gwar. Wypo­wia­dam imię sio­stry jak naj­ci­szej, ale i tak mój głos wydaje mi się zbyt gło­śny. Wyczu­wam za ple­cami wszyst­kie pokoje. Nie spo­sób stać twa­rzą do każ­dego pomiesz­cze­nia w domu jed­no­cze­śnie; zaglą­dam do kuchni i spi­żarni, ale są puste, wypeł­nia je tylko ciche brzę­cze­nie sła­bego oświe­tle­nia. Wbie­gam szybko po scho­dach, po dwa stop­nie naraz. Coś czai się za mną, dep­cze mi po pię­tach. Ale kiedy docie­ram na górę i się odwra­cam, niczego nie widzę.

Wąski kory­tarz i drzwi do trzech pokoi. Naj­bli­żej jest sypial­nia z pię­tro­wym łóż­kiem wci­śnię­tym w kąt, poza tym żad­nych mebli. Nie było tu wcze­śniej łóżka, spa­ły­śmy, jak mi się zdaje, na mate­ra­cach poło­żo­nych bez­po­śred­nio na pod­ło­dze. Są rze­czy, które pamię­tam, i rze­czy, które nie są takie same. Nie widzę ni­gdzie Sep­tem­ber, a potem nagle sie­dzi na gór­nym łóżku i śmieje się ze mnie. Czuję ucisk w gar­dle.

Dokąd poszłaś? Mój głos jest wysoki, przy­po­mina dźwięk gwizdka przy­wo­łu­ją­cego psy. Czę­sto – od naj­młod­szych lat – cze­kam, aż sio­stra mnie porzuci, podąży swoją drogą.

Przy­szłam tutaj, mówi. Chcia­łam zoba­czyć, gdzie kie­dyś spa­ły­śmy. Popatrz. Trzyma w ręku pokie­re­szo­waną lor­netkę.

Co to jest?

Wiesz co.

Pamię­tam zdję­cie taty, które kie­dyś zna­la­zły­śmy, wetknięte w scho­wek na ręka­wiczki mod­nego samo­chodu Ursy; wyglą­dał na jakieś dzie­sięć lat i miał lor­netkę zawie­szoną na szyi. Omal mi nie zła­mał ręki z jej powodu, powie­działa Ursa, kiedy nas przy­ła­pała i wyrwała foto­gra­fię z dłoni Sep­tem­ber.

 

Na ścia­nach wid­nieją ślady po sta­rych pla­ka­tach, nad drzwiami – po zega­rze. Mate­race na pię­tro­wym łóżku są wąskie niczym koja. Sep­tem­ber zsuwa się po dra­bince i wyma­chuje rękami: ta-daaa.

Cza­sem wydaje mi się, że pamię­tam czas, kiedy były­śmy tak małe, że spa­ły­śmy w jed­nym łóżeczku, nasze cztery dło­nie sple­cione nad gło­wami, i widzia­ły­śmy świat z tego samego punktu obser­wa­cyj­nego. Nie umia­łam jesz­cze wtedy mówić, ale mimo wszystko sądzę, że musia­ły­śmy się jakoś poro­zu­mie­wać. Pra­gnę ponad wszystko, by i teraz tak było. Albo jak były­śmy nieco star­sze, a ona pod­cią­gała się na szcze­bel­kach i spa­dała na pod­łogę, wrzesz­czała, bym zro­biła to samo, aż w końcu zja­wiała się mama i wsa­dzała ją z powro­tem do łóżeczka albo brała nas do swo­jego – wtedy nasze ręce spla­tały się ze sobą; klatka pier­siowa mamy pod naszymi policz­kami, oczy Sep­tem­ber tak bli­sko moich, że widzia­łam każdą załza­wioną rzęsę. Pytam jej: chcia­ła­byś, żeby tak było? Chcia­ła­byś, by wciąż tak było? A ona na to: nie wiem, o czym gadasz, July.

Przy­ku­camy pod zamknię­tymi drzwiami mat­czy­nego pokoju, ale nic nie sły­chać. Zda­rzało się to już wcze­śniej – to pod­słu­chi­wa­nie przez drzwi. Może śpi. Otwie­ramy trze­cie drzwi w kory­ta­rzu. To pomiesz­cze­nie na boj­ler. Jest tu brzu­chaty zbior­nik na wodę i skom­pli­ko­wany zestaw prze­łącz­ni­ków do ogrze­wa­nia domu i wody. Na pod­ło­dze leżą łapki na myszy, ale niczego w nich nie ma. Sto­imy, zasta­na­wia­jąc się, do czego służą poszcze­gólne prze­łącz­niki. Sły­szymy, jak coś się kotłuje wewnątrz zbior­nika. O dach ude­rza drob­niutki deszcz. Wydaje mi się, że gdy­bym się dosta­tecz­nie posta­rała, mogła­bym poprzez dłoń Sep­tem­ber usły­szeć powolny ruch jej myśli, chi­chot słów. Przy­po­mi­nam sobie te ostat­nie tygo­dnie w szkole. Padało czę­sto, zale­wa­jąc rynsz­toki, woda ście­kała po szy­bach. Mar­twy bor­suk, któ­rego widzia­ły­śmy z samo­chodu, jadąc do szkoły. Twa­rze innych dziew­cząt. Jest tylko jeden powód, dla któ­rego opu­ści­ły­śmy dom w Oks­for­dzie i przy­je­cha­ły­śmy tutaj, i choć to był pomysł Sep­tem­ber, żeby zwa­bić te dziew­czyny na kort teni­sowy, żeby dać im nauczkę i napę­dzić im stra­cha, to nie jej zacho­wa­nie sta­nowi powód, dla któ­rego znaj­du­jemy się w Sie­dli­sku. Winę za to ponosi inna osoba.

Sep­tem­ber na chy­bił tra­fił pstryka prze­łącz­ni­kami boj­lera. Wciąż ma na szyi lor­netkę, która koły­sze się w takt jej ruchów. Zza ściany dobiega ciężki pomruk.

Nie wydaje mi się, by było to mądre.

Pod­łoga pod naszymi sto­pami stu­ko­cze.

Może nie, mówi Sep­tem­ber. Zejdźmy na dół, jestem głodna.

Uda­jemy się na spu­sto­sze­nie lodówki, ale nie ma czego pusto­szyć. Kon­serwy w małym pomiesz­cze­niu przy drzwiach już przed laty stra­ciły datę waż­no­ści, są powy­gi­nane, jakby ktoś w nie tłukł.

Zróbmy coś innego, mówi.

Deszcz ude­rza uko­śnie w okna. Zale­gamy na brzu­chach na pod­ło­dze salonu i Sep­tem­ber mówi o kolo­rach, na jakie poma­lu­jemy nasze ściany, o pla­ka­tach, które powie­simy. Słu­cham jed­nym uchem. Pokój wydaje się taki jak wcze­śniej, pełen aktyw­no­ści, która doko­nuje się poza zasię­giem wzroku. Sep­tem­ber przy­suwa lor­netkę do twa­rzy i usta­wia ostrość.

Nachy­lam się w stronę spi­żarni i szu­kam kon­taktu. Żarówka w nie­wiel­kim pomiesz­cze­niu poru­sza się, oświe­tla­jąc naj­pierw jedną ścianę, potem drugą, zamie­nia­jąc półki w pła­sko­rzeźbę, a następ­nie pogrą­ża­jąc je w ciem­no­ści. Wpa­truję się w puszki, nie chcąc wcho­dzić głę­biej, żarówka wydaje z sie­bie pstryk-pstryk, a potem eks­plo­duje, znów pogrą­ża­jąc pomiesz­cze­nie w ciem­no­ści.

Sep­tem­ber znaj­duje w zamra­żarce zapie­kankę z kur­czaka, posta­na­wiamy ją pod­grzać. Cze­ka­jąc, oglą­damy na lap­to­pie stare odcinki z wywia­dami Jan Har­grave. Sta­ram się jed­no­cze­śnie nasłu­chi­wać, czy mama nie scho­dzi na dół, żeby nam wyba­czyć. Wyba­czyć wszystko.

Nie sądzę, byśmy miały zostać tu jesz­cze jutro, jeśli inter­net nie będzie dzia­łał, mówi Sep­tem­ber.

Za długo pod­grze­wamy zapie­kankę. Trzy­mam ją nad koszem na śmieci, pod­czas gdy Sep­tem­ber pró­buje zeskro­bać spa­le­ni­znę z wierz­chu.

Przy­pa­li­łam.

Nie­ważne.

Tyle że kiedy roz­ci­namy zapie­kankę, oka­zuje się surowa w środku. Wyplu­wam na otwartą dłoń Sep­tem­ber różowe kawałki kur­czaka, nie pró­buję nawet posma­ko­wać. Za pomocą widelca wywa­lamy wszystko do kosza.

Nie chcę ponow­nie wcho­dzić do spi­żarni. Sep­tem­ber wzdy­cha i wkra­cza w ciem­ność, potem wyła­nia się z niej z narę­czem pogię­tych puszek. Ta z brzo­skwi­niami jest prze­ter­mi­no­wana tylko o rok. Sep­tem­ber dźga ją nożem, potem daje mnie, żebym wyssała sok z powsta­łej szcze­liny. Czuję się nagle tak głodna, że aż kręci mi się w gło­wie. Biorę od niej nóż i dłu­bię w otwo­rze, powięk­sza­jąc go, aż mogę wsu­nąć do środka palce, potem wycią­gam brzo­skwi­nie i poły­kam je bez prze­żu­wa­nia.

Chcesz tro­chę?

Nie jestem już głodna, mówi.

Wolimy sie­dzieć na pod­ło­dze niż na sofie. Przez chwilę panuje cisza. Sok brzo­skwi­niowy jest grud­ko­waty. Sep­tem­ber pusz­cza na swoim tele­fo­nie album Dar­ceya Lewisa, znamy wszyst­kie słowa.

Siada wypro­sto­wana i mówi: uro­dzi­łam się tutaj.

Co masz na myśli?

Nie odpo­wiada. Komi­nem wpełza zimno niczym lodo­waty palec. Sły­szymy w ścia­nach pracę boj­lera. Dźwi­gam się na kolana.

Co masz na myśli, mówiąc, że się tu uro­dzi­łaś?

Wła­śnie to. Uro­dzi­łam się tutaj. Pod­słu­cha­łam jed­nego wie­czoru mamę, jak roz­ma­wiała z tym zaprzy­jaź­nio­nym księ­ga­rzem. Mama powie­działa: nawet na tym samym łóżku, w grun­cie rze­czy.

Myśla­łam, że obie uro­dzi­ły­śmy się w Oks­for­dzie.

Ja też. Ale tylko ty się tam uro­dzi­łaś. Ja uro­dzi­łam się w tym domu.

Jak sobie teraz uświa­da­miam, miało to dla mnie zna­cze­nie, że uro­dzi­ły­śmy się w tym samym miej­scu. W odstę­pie dzie­się­ciu mie­sięcy, ten sam szpi­tal, może nawet to samo łóżko; jedna prze­pę­dza­jąca drugą. Sep­tem­ber, a potem – dosta­tecz­nie szybko, byśmy się mogły poja­wić jed­no­cze­śnie – ja, July.

Mama nie lubi tego domu, mówi.

Dla­czego tak uwa­żasz?

Po pro­stu wiem. Nie lubiła go, kiedy były­śmy tu wszyst­kie wcze­śniej. Pamię­tasz to lato, kiedy tu były­śmy? Nie lubiła go wtedy i nie lubi teraz.

Nie wiesz tego.

Sep­tem­ber obnaża zęby w uśmie­chu. Wiem.

Skąd?

Po pro­stu wiem. Z tego, co mama mówiła.

Co jesz­cze mówiła?

Że nie ma dokąd pójść. Przy­je­chała tu z nim i Ursą, kiedy byłam w jej brzu­chu. I póź­niej, jak była smutna, mówi Sep­tem­ber. Roz­po­ściera ramiona, by objąć nimi salon o niskim sufi­cie, sztuczne mro­wi­sko, popla­miony sto­lik kawowy, otwór drzwi kuchen­nych. Tata się tu uro­dził i ja też. Pamię­tam.

Patrzę na nią, by się prze­ko­nać, czy kła­mie. Wiem, że cza­sem mnie okła­muje dla zabawy albo żeby spraw­dzić, czy mogę ją przy­ła­pać, a cza­sem kła­mie, bo może, a ja nie bar­dzo wiem dla­czego. Wkła­dam puszkę po brzo­skwi­niach do kosza na śmieci. Wie­czór z wolna prze­mija.

Póź­niej, na wpół śpiąca – szept Sep­tem­ber przy moim uchu, dźwięk pła­czu mamy w pokoju na końcu kory­ta­rza. Na wpół śpiąca – napór jej pal­ców na moim policzku.