Tylko żywi mogą umrzeć

Tekst
Z serii: Tessa Brown #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Tylko żywi mogą umrzeć
Tylko żywi mogą umrzeć
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,51  47,61 
Tylko żywi mogą umrzeć
Audio
Tylko żywi mogą umrzeć
Audiobook
Czyta Magdalena Zając-Zawadzka
29,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Po moim kręgosłupie przebiegł lekki dreszcz. Nie przypuszczałam, że ocknie się tak szybko. Z pewnością nie chciałam też, żeby przyłapał mnie na myszkowaniu w jego samochodzie.

– Trochę rzeczy – odezwałam się twardym tonem i, odwracając się powoli, usiadłam na skraju bagażnika.

Pomyłka. Mężczyzna wcale nie wyglądał na niebezpiecznego. Prędzej na rozbawionego. Jego nieznośny uśmiech sugerował, jakoby sytuacja, w której się znalazł, bardziej go bawiła, niż denerwowała. Irytujący gość. Ta arogancja oraz bijące na milę zuchwalstwo sprawiły, że automatycznie nabrałam ochoty, aby naprawić błąd i przyrżnąć mu ponownie. Tym razem porządniej. Żeby popamiętał.

Zapanowała dłuższa cisza. Przez moment mierzyliśmy się spojrzeniami. Odwróciłam wzrok, nie mogąc znieść widoku jego ciemnych oczu, tak bardzo podobnych do moich. Mieszanka migdałów z mrokiem. Swoje odziedziczyłam po matce, razem ze śniadą cerą i niemal kruczoczarnymi włosami, czego doprawdy w sobie nie znosiłam. Przypominały mi o niej za każdym razem, gdy tylko spoglądałam w lustro. Kolejny punkt na coraz dłuższej liście rzeczy, którymi ten wesolutki przyjemniaczek przyprawiał mnie o pulsowanie w skroniach.

Odchrząknęłam. Mój towarzysz zamrugał parokrotnie, następnie wykonał serię mocniejszych szarpnięć, ale nie udało mu się wyswobodzić z więzów. Były porządne. Wiedziałam, bo w końcu sama go związałam.

– Należałaś do skautów czy coś? – zapytał kpiąco.

– Czy coś, panie... Noelu Smith? Dorianie Bishop? – zaczęłam odczytywać dane z jego dokumentów. – John Carter, Van Helsing i Connor Macleod? Serio? – Zaśmiałam się z ironią. – Z tego klanu Macleodów[5]? Naprawdę kogoś tym nabrałeś?

– Ty mi powiedz, Nocna Zmoro, Mroczny Żniwiarzu, czy jak tam siebie nazywasz dzisiejszego dnia, półdemonie?

Zbladłam.

Skąd o tym wiedział? Szpiegował? A może reputacja mnie wyprzedza?

Bez znaczenia. Fakt, że zdawał sobie sprawę z mojej „podwójnej osobowości”, niczego nie dowodził. Mógł się o tym dowiedzieć od jakiegoś demona, skoro najwyraźniej sam na nie polował. Przecież żaden z nich nie robiłby z tego wielkiej tajemnicy. Wyśpiewałby wszystko z nadzieją, że przy odrobinie szczęścia ktoś się mną zajmie.

Odłożyłam skrzyneczkę na miejsce, po czym wstałam i podeszłam bliżej niego. Obserwował mnie wesołym wzrokiem, zupełnie jakby niczego się nie obawiał, jakbym nie stanowiła dla niego żadnego zagrożenia.

– Mam na imię Kilian, skoro już musisz wiedzieć.

– Skąd mogę mieć pewność, że mówisz prawdę? – Uniosłam brew, spoglądając na niego podejrzliwie.

– Nie możesz, będziesz musiała mi zaufać.

– W porządku. – Westchnęłam. – W takim razie ja jestem Tessa.

Zaśmiał się gardłowo. Nie wiedziałam, co to miało znaczyć. Że mówił prawdę? Kłamał? Może to mi nie uwierzył? Nieważne, nie obchodziło mnie to.

– Dlaczego za mną łazisz? – Zmieniłam temat. Jego durny uśmieszek zaczynał powoli działać mi na nerwy.

– Ja? – prychnął. – To ty mnie prześladujesz. Jako przykład mogę podać tę oto sytuację sprzed raptem kilku minut, kiedy zaszłaś mnie od tyłu, potem rąbnęłaś w głowę bez powodu, ostrzeżenia czy chociażby zadawania jakichkolwiek pytań. Jakie są twoje argumenty?

– Ja... to znaczy... To ja tu zadaję pytania! – Tupnęłam nogą, na co on zaśmiał się jeszcze głośniej.

– Nerwowe z ciebie stworzenie – stwierdził z lekką drwiną. – Demony też tak przesłuchujesz? Nic dziwnego, że do tej pory nie wyjawiły ci niczego przydatnego.

– Skąd możesz wiedzieć, co wiem, a czego nie wiem?

– Budowanie logicznych zdań również, widzę, nie wychodzi ci najlepiej...

– Och, zamknij się! – wysyczałam.

– Zamknij się – zaczął mnie przedrzeźniać, naśladując kobiecy głos.

– Masz pięć lat? – Spojrzałam na niego z politowaniem.

– Masz pięć lat?

– Jesteś idiotą. – Zatrzasnęłam z hukiem pokrywę bagażnika i zawróciłam w kierunku klasztoru. Niech przesiedzi tam całą noc. Jutro ktoś go rozwiąże. Miałam to gdzieś.

– Dokąd się wybierasz? – zapytał zdziwiony.

– Do domu. Jest późno. Powinieneś zrobić to samo – udzieliłam mu identycznej odpowiedzi, jaką poczęstował mnie poprzedniego wieczoru, i szłam dalej, dokładnie tak, jak zrobił to on.

– Nie jesteś zbyt oryginalna, wiesz?! – zawołał za mną. Usłyszałam odrobinę irytacji w jego głosie.

Nie odezwałam się. Miałam cichą nadzieję, że od zimna złapie jakieś paskudne przeziębienie.

– W porządku – skomentował w taki sposób, jakby próbował dać mi do zrozumienia, że jeszcze tego pożałuję. – Jak nie chcesz, sam wszystko odkryję!

Zrobiłam kolejnych kilka kroków, ale przystanęłam, słysząc dźwięk otwieranego bagażnika. Odwróciłam się i osłupiałam, obserwując, jak pakował do niego idealnie poskładaną linę. Tę samą, która jeszcze chwilę temu przytwierdzała jego ciało do drzewa.

– Co jest, do cholery? Jak to zrobiłeś?! – krzyknęłam zszokowana. – Wykonałam te więzy własnoręcznie, nie ma szans, żebyś się z nich uwolnił!

– A jednak! – Zachichotał wesoło. Rozłożył szeroko ramiona i zawirował dookoła, prezentując swoją sylwetkę w całej okazałości. Miał niesamowite mięśnie, to musiałam mu przyznać. – Bardzo łatwo cię rozproszyć – kontynuował wszechwiedzącym tonem. – Jak tylko zacząłem mówić, ani razu nie zwróciłaś uwagi na moje ręce.

– A kajdanki? – Zerknęłam na przeguby jego dłoni.

Nie odpowiedział. Posłał mi za to spojrzenie typu: „Serio? Mam ci to wytłumaczyć?”.

Podeszłam bliżej, lecz zatrzymałam się w bezpiecznej odległości. Nie miałam przy sobie żadnej broni. Zostawiłam wszystko w samochodzie, gdy wchodziłam do zakonu, za to on miał jej pełen bagażnik.

– Coś ty się naraz taka płochliwa zrobiła? – zapytał, mierząc mnie rozbawionym wzrokiem.

– Nie planujesz mnie zabić, prawda? – wypaliłam. – A z mojej skóry zrobić sobie rękawiczek czy etui na dokumenty?

– Nie miałem takiego zamiaru, ale nie zakładajmy niczego – oznajmił drwiąco. – Noc jeszcze młoda.

Wypuściłam wstrzymywane powietrze. Byłam na dziewięćdziesiąt procent pewna, że żartował.

– Wskakuj do środka, to porozmawiamy – zaproponował. Otworzył drzwi i zajął miejsce za kierownicą.

Rozejrzałam się wokół. Oprócz nas nie wypatrzyłam tu nikogo. Zapadała noc, powinnam raczej stąd zniknąć, zamiast ucinać sobie pogawędki z niewątpliwie groźnym człowiekiem, jednak ciekawość zwyciężyła. Napięłam wszystkie mięśnie, niespiesznie wykonując jego polecenie. Ostatecznie ja też wcale nie należałam do całkowicie nieszkodliwych. Dostał już krótki pokaz tych umiejętności. Nie widziałam przeszkód, by otrzymał powtórkę z rozrywki.

Wewnątrz było czysto i luksusowo, moja pupa idealnie wkomponowała się w miękką tapicerkę. Ciekawe, czym zarabiał na życie. Mnie z kelnerowania stać jedynie na zdezelowanego mustanga...

– Więc, co wiesz? – zapytał, patrząc przed siebie.

– Ja? Najpierw ty mi powiedz – burknęłam z wyrzutem. – Skąd mogę wiedzieć, że nie wyciągniesz ode mnie informacji, a później odjedziesz w siną dal?

– Serio, musisz popracować trochę nad zaufaniem, bo to zaczyna być irytujące – odgryzł się. – Ogłuszyłaś mnie, przywiązałaś do drzewa, mimo to zaprosiłem cię do swojego auta i jeszcze w prezencie zamierzam podzielić się informacjami. Chcę, żebyś powiedziała, ile wiesz, żebym nie musiał tłumaczyć wszystkiego od początku.

– Okej, okej... – wymamrotałam. Przeczesałam włosy palcami, biorąc głęboki wdech. Nie planowałam wchodzić w szczegóły, to na pewno, gdyż gość bez wątpienia nie wyglądał na uczciwego, ale coś tam od biedy mogłam mu wyjawić. W sumie i tak nie było tego wiele...

Westchnęłam, następnie niechętnie opowiedziałam o dziwnej kradzieży krucyfiksu, o informacjach, jakie uzyskałam od Remiela, oraz wczorajszej pogawędce, którą przerwał bez potrzeby. Kiedy zamilkłam, on podrapał się po brodzie, wydając z siebie głośne „hmm”.

– „Hmm”? Tylko tyle masz mi do powiedzenia? – sarknęłam zirytowana i skrzyżowałam ręce na piersiach, w celu dodania swoim słowom odrobiny dramatyzmu.

– To ty tak naprawdę nie wiesz nic – zawyrokował.

– Co masz na myśli? – dociekałam, odczuwając coraz większe rozdrażnienie.

Wypuścił powietrze. Pomasował obolałą głowę, potem rzucił mi krótkie spojrzenie, po którym prawdopodobnie powinnam czuć się winna, że go uderzyłam. Jeśli oczekiwał przeprosin, czekał na próżno.

– Słuchaj mnie uważnie, bo to jest skomplikowane i nie będę ci tego dwa razy powtarzał – poinstruował, obracając się w moją stronę. – Kiedy dwa tysiąclecia temu do Lucyfera dotarły słuchy, że Bóg wysłał na Ziemię swojego syna, aby ten odpokutował za ludzkie grzechy, zauważył w tym pewną okazję. Zlecił pobratymcom, żeby opętali każdego grzesznika w okolicy i ich rękoma dołożyli mu dodatkowej męki. Gdy Bóg się o tym dowiedział, wpadł we wściekłość. Nakazał Świętemu Filipowi Apostołowi wykonać komplet przedmiotów, a na nich umieścić pewną transkrypcję, która, wypowiedziana w odpowiedniej kolejności oraz przy pomocy konkretnych atrybutów, mogła zamknąć Bramy Piekieł na wieki albo też na zawsze je otworzyć. Władca odkrył ich istnienie już setki lat temu, ale z racji tego, że nie wiedział, gdzie one są, jak wyglądają ani jak należy ich użyć, aby przypadkiem nie przyczynić się do własnej klęski, postanowił, że nie będzie ich szukał.

– A teraz nagle mu się odwidziało? – zapytałam z powątpiewaniem. – Przyznaj, sam żeś wymyślił tę historyjkę, by się odegrać za to, że kobieta powaliła cię jednym uderzeniem, co? Ha, ha. Rzeczywiście bardzo śmieszne!

– Jak mnie przejrzałaś? – Udał zszokowaną minę, po czym wykrzywił usta w szyderczym uśmiechu. – Mam mówić dalej czy wysiadasz?

– Mów – syknęłam, poprawiając się na fotelu. – Oby szybko.

 

– Może pominę parę szczegółów... – Rzucił mi chytre spojrzenie, wówczas już wiedziałam, że nie zamierzał ominąć żadnego. – Wracając do tematu. – Przechylił głowę na bok. – Władca miał wśród swoich poddanych jednego inteligentnego i nad wymiar dociekliwego sługę, który uznał, że taka zagadka nie może pozostać nierozwiązana. Wizja ponownego życia na Ziemi, wśród ludzi jak równy z równym, była dla niego wręcz upajająca, jako że pośród demonów zawsze czuł obcość i nie potrafił się dostosować – kontynuował swój wywód. – Minęły wieki, a on w końcu rozszyfrował całą procedurę. Nie zwlekając ani chwili, pobiegł do swojego Mistrza, nie zdając sobie sprawy, że właśnie on był kluczem do odprawienia rytuału. On, a dokładniej jego krew. Kiedy to zrozumiał, uciekł, ponieważ jego celem było życie na Ziemi. Nie zamierzał uwalniać swoich kompanów. Miał głęboko w poważaniu, co się z nimi stanie, i skoro musiałby umrzeć, ta opcja w ogóle nie wchodziła w grę. Miało to miejsce niecałe pięćdziesiąt lat temu, a z racji tego, że Władca poznał prawdę i poczuł wolność niemal na wyciągnięcie ręki, postanowił odnaleźć artefakty, natomiast zbiegiem zająć się na samym końcu. – Przełknął ślinę. – Pierwszym, jaki zlokalizował, był właśnie ten twój zaginiony krucyfiks. Pozostały mu jeszcze ze dwa lub trzy, nie wiadomo, ponoć ich liczba jest zapisana na każdym z nich, coś w stylu: „To drugi z czterech”, czy jakoś tak. Pół wieku zajęło mu odnalezienie tego artefaktu, lecz jestem bardziej niż pewien, iż z pozostałymi pójdzie mu zdecydowanie szybciej. – Zamilkł i przyglądał mi się przez chwilę z zainteresowaniem. – Sprawa wygląda tak, że najwyraźniej poszukujemy tego samego, zatem możemy połączyć siły albo działać przeciwko sobie. Decyzja należy do ciebie, ale wiedz, że czas gra tutaj kluczową rolę, więc nie możesz namyślać się w nieskończoność.

– Wiadomo, gdzie szukać tego demona? – zapytałam. – Tego, który rozwiązał zagadkę? Jeśli udałoby się go zabić, polowanie na starocie moglibyśmy sobie darować.

– Nie mam bladego pojęcia – odpowiedział z rezygnacją w głosie. – Może być gdziekolwiek, chociażby na drugim końcu świata. Zważywszy na to, że od ponad pół wieku żaden demon nie trafił na jego ślad, zapewne znalazł skuteczną metodę, by pozostać nieuchwytnym.

– Dlaczego od razu zakładasz, że nam się nie uda? – Zaostrzyłam swój ton. – Jeżeli dobrze to rozegramy, na pewno znajdziemy jakiś sposób.

– Nie no, ależ oczywiście. – Westchnął ze znudzeniem. – Zamieniam się w słuch.

Zagryzłam wargi, obserwując go wściekłym wzrokiem. Siedzieliśmy w ciszy przez krótką chwilę, podczas której próbowałam na szybko wymyślić jakiś chaotyczny plan. Ostatecznie nie powiedziałam ani słowa.

Cholerny dupek!

– Tak właśnie myślałem – oświadczył, przybierając triumfalną minę. – Więc jak? Pomożesz mi czy nie?

Ścisnęłam świstek papieru znajdujący się w mojej kieszeni. Miałam coś, czego nie posiadał. Wskazówkę. Jednak na dłuższą metę to on dysponował wiedzą i informacjami, a wspominając zawartość bagażnika – z pewnością większym doświadczeniem. W ogólnym rozrachunku na razie mógł mi się przydać, a co będzie dalej... zobaczymy.

– No dobra... – stęknęłam. – Przekonałeś mnie, wchodzę w to.

ROZDZIAŁ 6

Miałam mieszane odczucia co do swojego nowego wspólnika. Przez pozostałą część nocy rozważałam wszystkie za i przeciw naszego dziwnego układu. Jednakże, skoro powiedziałam hop, nie bardzo widziałam możliwość, żeby się z tego wyplątać. Jeśli zrezygnuję, mogłam mieć pewność, że dołoży wszelkich starań, aby utrudnić mi robotę. Ponadto podejrzewałam, iż czas i miejsce jego zawitania w moim życiu mogły nie być tak do końca przypadkowe. Dziwnym trafem zaczął kręcić się w pobliżu zaraz po ostatnim spotkaniu z Remielem, więc byłam praktycznie przekonana, że to jeden z jego kumpli, wysłany, by mieć mnie na oku.

Przed południem pojechałam do baru. Akurat przypadała moja zmiana. Andy nie tryskał entuzjazmem, gdy poinformowałam go, że muszę wyjść wcześniej i że nie pojawię się w pracy przez najbliższe kilka dni. Fakt, ostatnio ciągle narzekałam na brak gotówki, ale jeżeli ten cały Kilian miał rację, sprawa stała się poważna i musiałam skupić na niej pełną uwagę. Poza tym zawsze mogłam poprosić Gabriela o pożyczkę, nigdy nie odmawiał, jeśli w grę wchodziły pieniądze.

Pedro Gonzales mieszkał w Sierra Madre, czyli niecałą godzinę drogi od pubu. Podałam wczoraj jego adres Kilianowi i uzgodniliśmy, że spotkamy się na miejscu punktualnie o siódmej wieczorem. Tym razem byłam uzbrojona niemal po zęby. Chciałam uniknąć powtórki z ubiegłej nocy, kiedy to ja nie miałam przy sobie nic, za to on posiadał cały arsenał. Nie ufałam mu. Przynajmniej nie na tyle, żeby czuć się przy nim bezpiecznie.

Gdy dojechałam do celu, camaro stało już na podjeździe. Zmarszczyłam brwi i zaparkowałam po drugiej stronie ulicy. Przeszłam przez jezdnię, powoli zmierzając do jego samochodu. Był pusty. Zacisnęłam palce w pięści. Kipiąc z wściekłości, ruszyłam równo przystrzyżonym trawnikiem w kierunku domu.

Ale z niego palant! Wiedziałam, że spróbuje mnie przechytrzyć!

I to tyle w kwestii zaufania...

Solidnie pociągnęłam za kołatkę. Próbowałam zajrzeć do wnętrza przez owalną szybkę w drzwiach, mimo to niczego nie wychwyciłam. Po dłuższej chwili w progu stanął niewysoki, siwy mężczyzna, witając się ze mną szerokim uśmiechem.

– Agentka K[6]? – zapytał retorycznie. – Zapraszam, pani partner jest już na miejscu.

Agentka?!

Skinęłam głową na znak potwierdzenia i ostrożnie weszłam do środka. Nie ulegało wątpliwości, że mieszkał tu zapalony ogrodnik. Kwiaty doniczkowe zajmowały znaczną część pomieszczeń, ozdabiając podłogi, ściany, parapety, o zwisających z sufitu roślinach ozdobnych nie wspominając. Skrzywiłam się. Moja matka też je uwielbiała. Ostatnio coraz więcej rzeczy mi o niej przypominało. Zupełnie jak gdyby próbowała gnębić mnie na odległość!

Podążałam za Gonzalesem wzdłuż krótkiego korytarza, aż dotarliśmy do salonu. Kilian siedział na kanapie, opierał się wygodnie i trzymał w dłoni miniaturową filiżankę. Nawet nie drgnął na mój widok, choć z pewnością nie umknęła mu moja wściekła mina. Ta jego luźna postawa oraz zadowolony wyraz twarzy doprowadzały do szału. Myślał chyba, że ktoś go mianował szefem całej operacji. Nieodczekanie!

– Agencie J? – mruknęłam bez przekonania. – Nie byliśmy czasem umówieni na zewnątrz?

– To prawda. – Obdarzył mnie promiennym uśmiechem. – Dojechałem wcześniej, a ten przemiły pan poprosił, żebym zaczekał w środku. Na początku trochę się opierałem, ale gdy zaproponował herbatkę i ciasteczka, nie chciałem być nieuprzejmy...

– Tak było! – potwierdził nasz gospodarz. Jemu także ewidentnie dopisywał wyśmienity humor. Przycupnął na fotelu, wskazując mi miejsce na sofie. – Proszę nie mieć tego za złe partnerowi. Biorę na siebie całkowitą odpowiedzialność!

Spojrzałam na Kiliana. Wyglądał komicznie, kiedy tak rechotał od ucha do ucha. Ja również przykleiłam do ust fałszywy uśmiech; panująca w pomieszczeniu wesoła atmosfera była tak sztuczna, że niemal przyprawiała mnie o dreszcze. Wyglądało to tak, jakbyśmy stanowili trójkę starych znajomych, którzy spotkali się po latach, by powspominać dawne dzieje, podczas gdy dwoje z nas doskonale znało prawdziwy powód naszego przyjazdu.

Usiadłam obok Kiliana. Gonzales praktycznie wcisnął w moją dłoń filiżankę parującego płynu. Upiłam mały łyk, bo nie chciałam wyjść na nieuprzejmą, ale też uważałam, żeby nie poparzyć sobie podniebienia.

Ukradkiem zerknęłam na lewo. Czekałam, aż mój wspólnik się odezwie, aby wprowadzić mnie w temat, tymczasem on zajmował się przełykaniem kolejnego biszkopta i sprawiał wrażenie całkowicie niezainteresowanego niczym więcej.

Trochę kultury by go nie zabiło...

Rzuciłam mu pobłażliwe spojrzenie, na co jedynie wzruszył ramionami.

Tak, tak... Udław się. Kiwnęłam głową, śmiejąc się cicho, a niewypowiedziane słowa ugrzęzły na końcu języka.

– Czy mój partner wyjaśnił cel naszej wizyty? – zapytałam, aby rozproszyć swoje myśli i wyrzucić z nich obraz krztuszącego się Kiliana.

– Owszem, ale nie ukrywam, iż jestem lekko zdziwiony, że FBI przejęło tę sprawę. – Mężczyzna potarł brodę, wyraźnie zaintrygowany. Nie spuszczał ze mnie wzroku, czekając, aż przemówię i mu to wytłumaczę. Najwyraźniej ten pożerający ciastka idiota nie zadał sobie trudu, by cokolwiek powiedzieć, choć miał na to mnóstwo czasu, jako że dotarł tu przede mną.

– Tak. Widzi pan, bo w okolicy grasuje... yyy... szajka – wydukałam.

– Szajka? – powtórzył.

– Dokładnie – wtrącił Kilian. – Seryjni złodzieje sprzętów liturgicznych.

– Dlaczego? – Gonzales podrapał się po skroni. – Myślicie, że chcą założyć własny kościół?

– Niewykluczone – odpowiedział mój „partner” z zachowaniem całkowitej powagi. – Aczkolwiek proszę tę informację zachować dla siebie. Tajemnica śledztwa.

– Oczywiście! – przysiągł mężczyzna i wykonał dłonią gest, jak gdyby zasznurowywał usta.

Przysłuchiwałam im się z niedowierzaniem. Czy istniał równoległy świat, w którym ta rozmowa mogłaby brzmieć bardziej niedorzecznie?

Upiłam kolejny łyk herbaty. Kilian przesunął w moją stronę talerz z biszkoptami. Odmówiłam, kręcąc nieznacznie głową. To, iż on nie potrafił się powstrzymać, nie oznaczało, że ja także zacznę zmiatać każdy okruszek ze stołu. Po cholerę w ogóle przyjeżdżał, skoro i tak wszystko musiałam załatwiać sama?

– Widział pan może w ostatnich dniach coś podejrzanego? – Spróbowałam skierować przesłuchanie na właściwy tor. Na dworze powoli zaczynało zmierzchać, a nie planowałam siedzieć tu do nocy.

– Nie sądzę... – stwierdził niepewnie.

– Jacyś obcy ludzie nie kręcili się w okolicy klasztoru? – zasugerowałam. – Nikt nie zadawał dziwnych pytań?

– Niczego sobie nie przypominam – zaprzeczył, marszcząc czoło. – Rzadko z kimś rozmawiam, kiedy tam zaglądam. Jedynie siostry zagadują, jakieś smakołyki przyniosą, zwykłe uprzejmości.

– Rozumiem, rozumiem...

Gdy ja zajmowałam się rozmową z Gonzalesem, Kilian ignorował nas całkowicie, jakby ta wymiana zdań w ogóle go nie interesowała. Wstał z kanapy, zaczął obchodzić salon, oglądał wystrój wnętrza i komplementował dorodne paprocie. Wszystko, cholera, wszystko, byleby tylko nie skupić się na tym, po co tu przyleźliśmy!

– Może chociaż wyczuł pan coś niecodziennego? – kontynuowałam. Powoli kończyły mi się pomysły, jak cokolwiek z niego wyciągnąć. – Nieprzyjemny zapach siarki w powietrzu albo... – Przerwałam na piskliwy dźwięk, dochodzący gdzieś z oddali.

– Święty Józefie! – Mężczyzna podskoczył na fotelu, następnie pognał w głąb korytarza. – Zapiekanka w piekarniku! Na śmierć zapomniałem. Zaczekajcie, zaraz wracam!

– Przepraszam, czy moja rozmowa z Gonzalesem aby nie przeszkadza ci w wychwalaniu cudowności tego miejsca? – warknęłam ironicznie na Kiliana, kiedy zostaliśmy sami. – Skoro ci się nudzi, możesz wyjść. Nikt cię tu na siłę nie trzyma.

– Pij herbatkę – polecił, niedbale machając ręką. – Widzę, że ci smakuje.

Nawet tego nie skomentowałam. Szkoda moich nerwów. Już postanowione. Jak tylko tu skończymy, każde z nas pójdzie w swoją stronę. On nie traktował tego poważnie, za to ja jak najbardziej.

Przysięgam, miałam ochotę czymś w niego rzucić, gdy podszedł do okna i delikatnie odchylając zasłonę, zaczął podziwiać okolicę.

– Koleżanko agentko, wyczuwasz coś niepokojącego? – zapytał nagle, wyrywając mnie z zamyślenia.

– To znaczy? – Rozłożyłam ręce.

– Demony. I to dużo. Tak z dziesięć.

– O czym ty mówisz? – Wstałam, by podejść bliżej niego. Kiedy wyjrzałam na zewnątrz, stała tam spora grupka osób. Okrążali cały dom, jednak mój radar niczego nie wyłapał. Krew nie wrzała, skóra nie cierpła, nie odczuwałam pragnienia polowania.

Spojrzałam na Kiliana ze zdziwieniem. Zepsułam się czy jak?

– Jesteś pewien? – wymamrotałam. – Ja niczego nie wyczuwam, absolutnie niczego. Gdyby byli demonami, wiedziałabym o tym. Wierz mi.

– Może to przez osłonę...

– Jaką osłonę? – dociekałam.

– Nieistotne. – Zbył moje pytanie. – Ważne jest to, że musimy się stąd wydostać. Masz jakąś broń?

– Mam. – Rozpięłam kurtkę, aby pokazać mu całe wyposażenie, jakie ze sobą zabrałam.

Zerknął na mnie z uznaniem, a gdy sięgnął ręką do mojego paska, pacnęłam jego dłoń.

– Nie tak szybko. – Odsunęłam się od okna. – Jeżeli masz rację, skąd wiedzieli, że tu będziemy, co? – zapytałam podejrzliwie. – Komu wygadałeś?

 

– Nikomu – powiedział stanowczo. – Może Gonzales nie wyjawił nam całej prawdy?

– Ja? – jęknął mężczyzna. Nasze głowy w tym samym momencie obróciły się w jego kierunku. Wszedł do pokoju, kręcąc rękami na boki. Wyraz twarzy dawał jasno do zrozumienia, że nie kłamał. – Nie mam nic wspólnego z tą szajką, przysięgam! Niczego nie ukradłem!

– Wiem. – Podeszłam do niego. – Ale na pewno jest coś, czego nam pan nie mówi. Jakieś zdarzenie, może zaledwie drobny incydent? Myśl, człowieku, myśl!

Istniała również inna opcja, ta bardziej prawdopodobna: to ja byłam celem. Pamiętam, że podczas swojej pierwszej wizyty w klasztorze ewidentnie wyczułam tam demoniczną energię. Choć na nikogo nie trafiłam, nie mogłam wykluczać, że nie podążali za mną od tamtej pory, myśląc, iż naprowadzę ich na kolejny artefakt. Z drugiej jednak strony... ile tak naprawdę wiedziałam o swoim nowym wspólniku?

– Musimy iść! – ponaglił Kilian.

– Teraz? – pisnęłam. – A co z nim?

– Będzie zmuszony radzić sobie sam.

– Jak to? – Zmarszczyłam brwi. – Nie możemy go tak zostawić!

Kilian westchnął z irytacją, doskoczył do mnie i zerwał krzyżyk z mojej szyi. Nawet nie zdążyłam zareagować, kiedy wcisnął go w dłoń Gonzalesa, po czym szarpnięciem zmusił, żebym podążyła za nim do wyjścia.

W pośpiechu wyciągnęłam noże i wręczyłam je Kilianowi, sama uzbrajając się w shurikeny oraz piekielną stal. Na dworze nie zapadła jeszcze noc, zatem chwilowo byłam od nich silniejsza, a w konfrontacji jeden na jednego mieli ze mną marne szanse, lecz ich przewaga liczebna nie napawała zbytnim optymizmem. Oby mój wspólnik rzeczywiście potrafił walczyć z demonami. Jeśli nie pomoże mi się z nimi uporać, moje możliwości na przeżycie szybko osiągną równe zero.

– Powodzenia, staruszku! – zawołał Kilian. – Dziękuję za herbatę i ciastka, ale niestety musimy już znikać.

– Co? Co się dzieje? – Mężczyzna z konsternacją obracał krzyżyk w palcach. – Co wy robicie? Co z was za agenci FBI?!

– Fałszywi. – Szarpnął za klamkę, otwierając drzwi na całą szerokość.

Wybiegliśmy na zewnątrz. Powietrze wprost przesiąknięte było demoniczną energią. Nie mogłam zrozumieć, jakim cudem zdołałam to wcześniej przeoczyć. Moje ciało dosłownie zadrżało z pragnienia zabijania, a krew niemal gotowała się w żyłach. Poczułam nawołujący mnie zew natury oraz to, że tęczówki praktycznie iskrzyły szafranowym blaskiem, dosłownie jakby w ułamek sekundy zamierzały stanąć w płomieniach.

Wycelowałam przed siebie i kolejno wyrzuciłam zabójcze shurikeny. Mój towarzysz uczynił to samo z nożami. Niektóre trafiły, inne chybiły, ale liczyła się szybkość, spryt. Nie pozostawało zbyt wiele czasu. Mimo iż demony były parę jardów dalej, nie miałam złudzeń, że zamierzały zachować ten dystans.

– Do mojego samochodu! – poinstruował Kilian. – Jest bliżej!

– Zamierzasz stąd zwiać?! – wrzasnęłam, sięgając do kieszeni po więcej broni. – Ja nigdzie nie jadę!

– Coś ty? Kamikadze?! – Pchnął mnie w stronę auta. – Nie zachowuj się jak idiotka. Nie zdołasz ich pokonać!

Napięłam wszystkie mięśnie. Może i sytuacja nie wyglądała cholernie kolorowo, lecz nie należałam do osób, które spieprzały w siną dal, gdy na horyzoncie pojawiała się drobna przeszkoda. On natomiast najwyraźniej tak, bo gnał do camaro, nie patrząc nawet, czy podążyłam za nim.

Szlag! W pojedynkę zdecydowanie nie wyjdę z tego żywa. Zacisnęłam zęby i przyspieszyłam, żeby go dogonić. Kiedy byliśmy kilka kroków od samochodu, szarpnęłam Kiliana za ramię. Lecący w naszym kierunku przedmiot minął go zaledwie o cale. Z moich ust wyrwał się głośny skowyt, jednak zamilkłam momentalnie, zauważając jego twarz. A raczej nie tyle twarz, co oczy. Ogromne, błyszczące, bursztynowe – niezaprzeczalnie demoniczne!

Wzdrygnęłam się, cofając o krok. Stałam naprzeciwko niego, nie wiedząc, co robić. Dosłownie zastygłam. Co to miało być? Jakiś podstęp? Chciał mnie tu zwabić, aby jego kumple dokończyli resztę, ale pod koniec zżarły go wyrzuty sumienia i zmienił zdanie? Jak to w ogóle możliwe, że tego nie wyczułam? Rozpoznaję każdą kreaturę z Podziemi, lecz jakimś cudem on był odporny na moją moc? Albo ja na jego?!

– Wskakuj! – ryknął, szarpnięciem otwierając drzwi.

– Nigdzie z tobą nie jadę!

– Wsiadaj, inaczej tu zginiesz! – wysyczał ze złością.

Odwróciłam się ostatni raz. Demony podchodziły coraz bliżej, nie miałam najmniejszych szans, żeby dobiec do mustanga. Wycelowałam kolejną partię ostrych przedmiotów, licząc, że to da nam odrobinę przewagi. Przeżegnałam się i obiegłam pojazd, by w pośpiechu zająć miejsce pasażera.

Kilian ruszył z piskiem opon, w szybkim tempie wycofując samochód z podjazdu. Pędził z zawrotną prędkością, a ja z całej siły ściskałam w dłoni sztylet z demonicznej stali. Jeśli zrobi jakiś ruch, który mi się nie spodoba, od razu przebiję jego pierś. Bez zadawania żadnych zbędnych pytań!

– Jesteś jednym z nich! Co to za podstęp?!

Prowadził, więc chwilowo nie mogłam go zabić, jeżeli nie chciałam przy okazji zgładzić też siebie, mimo to nie zamierzałam siedzieć w ciszy. Miał pięć sekund, żeby wszystko wyśpiewać. Jak na pieprzonej spowiedzi!

– Wyjaśnię ci to, ale nie teraz. – Docisnął pedał gazu. – Musimy je zgubić!

Obróciłam się za siebie. Droga za nami była pusta. Nikt nas nie śledził.

– Kogo?! – wrzasnęłam sfrustrowana. – Tam nic nie ma!

– Ogary!

– Ogary? – powtórzyłam ze zdziwieniem. – W sensie, że piekielne?

– Tak, kobieto! – krzyknął z trwogą. – Nie widzisz ich?

– Niczego nie widzę! – wybuchnęłam. – Nie wyczułam nawet całej bandy demonów stojących parę kroków ode mnie! Wytłumacz mi w tej chwili, o co tutaj chodzi! Dlaczego przed nimi uciekasz?

– Jestem po twojej stronie – powiedział ostro.

– Nie o to pytałam!

Ścisnęłam sztylet z całej siły. Miałam ochotę zatopić go w jego ciele.

– Chodziło mi o to, że fakt, że jestem demonem, niczego nie zmienia. W dalszym ciągu potrzebujemy swojej pomocy. Zrobię wszystko, żeby Bramy Piekieł nigdy nie zostały otwarte. – Skręcił kierownicą i ściął zakręt z taką prędkością, że moja głowa odbiła się od szyby. Przez moment miałam zamiar zapiąć pas, ale ta myśl zniknęła błyskawicznie. Przygwożdżona do fotela nie miałabym swobody ruchu, a to było dla mnie teraz najważniejsze.

– Nie rozumiem. Dlaczego JAKIKOLWIEK demon chciałby przeszkodzić w ich otwarciu? Czy to nie jest przypadkiem wasze główne zajęcie? To znaczy, oczywiście poza knuciem, niszczeniem, szerzeniem zła i całą tą gównianą otoczką? Jaki jest twój cel, co? Nie chcesz żyć na Ziemi, wśród ludzi, całego tego szajsu? Kto mógłby się temu oprzeć? Chyba że... Ooo! Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że to ty jesteś tym idiotą, który odkrył, jak to zrobić?

Nie odpowiedział. Nawet na mnie nie spojrzał. Skręcił po raz kolejny, tym razem wjeżdżając w wąską, jednokierunkową uliczkę.

Od razu przystawiłam sztylet do jego piersi, zmuszając go w ten sposób do gwałtownego hamowania.

– Podaj mi jeden powód, dla którego miałabym cię nie zabijać! – wysyczałam. – Oby był dobry, bo aż mnie ręka świerzbi, żeby się ciebie pozbyć. Zakończyć to wszystko tu i teraz!

– Ponieważ moja krew nie tylko otwiera Bramy, ale może je także zamknąć na wieki – przypomniał. – Pomyśl, gdyby nie było demonów, mogłabyś żyć normalnie. Bez walki, ryzyka czy strachu. Miałabyś to, co każdy inny człowiek.

Przyglądałam mu się przez kilkadziesiąt sekund. Świat bez demonów? Nigdy nie brałam takiej możliwości w ogóle pod uwagę. Jednakże, jeżeli mówił prawdę, a one zniknęłyby z powierzchni Ziemi, co wtedy stałoby się ze mną? Może gdybym przestała wyczuwać diaboliczną energię i nikt nie byłby w stanie podjudzać moich morderczych zapędów, ta znienawidzona część mnie przestałaby się uaktywniać? Czy mogłam liczyć na to, że zostałaby uśpiona na zawsze? Że mój demon przestałby przejmować nade mną kontrolę? Och, jak desperacko tego pragnęłam, ale jeśli powiedział tak tylko dlatego, by wzbudzić moją płonną nadzieję dla własnych, szemranych korzyści...