PoezjeTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Cyprian Kamil Norwid

Poezje

Wybór

Warszawa 2015

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Spis treści

Utwory młodzieńcze

Samotność. Sonet

Sieroty

Pismo

Wspomnienie

Pióro

Pożegnanie

Utwory z okresu wędrówki po Europie

Adam Krafft

Moja piosnka

Do mego brata Ludwika

Italiam! Italiam!

Do Józefa Bohdana Zaleskiego

Marmur biały

Trylog

Jesień

Klątwy

Pieśń od ziemi naszej

Confregit in die irae suae

Aerumnarum plenus

Modlitwa

[Od rezultatów mylnego zamętu...]

Fraszka (!)

W albumie

Koncept a ewangelia

Epos nasza

Fraszka (!)

Posiedzenie

Siła ich

Pewność

Odpowiedź do Włoch. Fraszka

Bema pamięci żałobny-rapsod

Na przyjazd Teofila Lenartowicza do Fontainebleau

Utwory z okresu paryskiego

[Ty mnie do pieśni pokornej nie wołaj...]

* * * [Coś ty Atenom zrobił, Sokratesie...]

Do Mieczysława

Do Nikodema Biernackiego

Spartakus

Tęcza

Do obywatela Johna Brown

John Brown

Po balu

Do Emira Abd El-Kadera w Damaszk

Sfinks

Wczora i ja

Moja ojczyzna

Improwizacja na zapytanie o wieści z Warszawy

Żydowie polscy

Bezimienni

Marionetki

Bajka

Do pani na Korczewie

Na zapytanie: czemu w Konfederatce? Odpowiedź

Sariusz

Do wroga. Pieśń

Buntowniki, czyli stronnictwo wywrotu

Praca

Do słynnej tancerki rosyjskiej

Vade-mecum

Za wstęp. Ogólniki

[Klaskaniem mając obrzękłe prawice...]

Przeszłość

Socjalizm

Posąg i obuwie

Harmonia

W Weronie

Addio!

Liryka i druk

Ciemność

Czynowniki

Pielgrzym

Szczęście

Larwa

Litość

Sfinks

Narcyz

Wieś

Naturalia

Stolica

Specjalności

Sieroctwo

Wakacje

Czemu nie w chórze?

Mistycyzm

Saturnalia

Obojętność

Fatum

„Ruszaj z Bogiem”

Wierny-portret

Vanitas

Ironia

Powieść

Syberie

Zawody

Centaury

Cenzor-Krytyk

Królestwo

Idee i prawda

Purytanizm

Coś

Cnót-oblicze

Wtedy Ty, Matko!

Bliscy

Moralności

Tajemnica

Zagadka

Kółko

Czułość

 

Niebo i ziemia

Język-ojczysty

Bogowie i człowiek

Zapał

Początek broszury politycznej...

Laur dojrzały

Czas i prawda

Grzeczność

Bohater

Styl nijaki

Różność zdań

Wielkie słowa

Kolebka pieśni

Śmierć

Sens świata

Czemu

Do Zeszłej...

Pamięci Alberta Szeliga hrabi Potockiego – pułkownika – zmarłego na Kaukazie

Omyłka

Dziennik i epos

Gadki

Dwa guziki

Spowiedź

Cacka

Źródło

Historyk

Nerwy

Ostatni despotyzm

Finis

Krytyka (wyjęta z czasopismu)

Fortepian Szopena

Do Walentego Pomiana Z.

Utwory młodzieńcze

Samotność

Sonet

Cisza – niekiedy tylko pająk siatką wzruszy,

Lub przed oknem topolę wietrzyk pomuskuje;

Och! jak lekko oddychać, słodko marzyć duszy –

Tu mi gwar, tu mi uśmiech myśli nie krępuje.

Jak niewolnik, co ciężkie siłą więzy skruszy

I zgasłe życie w sercu na nowo poczuje,

Tak ja, na chwilę zwolnion z natrętnych katuszy,

Wdzięk i urok milczenia czuję i pojmuję.

Bo gdy w kole biesiady serce nas nie łączy,

Gdy różnorodne myśli mieszkać z sobą muszą,

Gdy dusza duszy pojąć, zrozumieć niezdolna –

Próżno nektar napojów hojnie się wysączy;

Śmiechy, piosnka, biesiada – wszystko jest katuszą;

U mnie rozkosz i życie, gdy moja myśl wolna.

Sieroty

Czy widziałeś sieroty, co w nabrzmiałym oku

Gwałtem budzą wesołość, a ta, wysilona,

Na chwilę tylko błyśnie i po chwili kona,

Zanurzając się w łoże chmurnego obłoku?

Biedne dzieci! szczęśliwe, jeśli przy nich czasem

Ktoś o zmarłych rodzicach napomknie nawiasem,

Bo wtedy w młode serca taka lubość płynie,

Jak w lilie, które zaraz otwierają usta,

Skoro promień słoneczny spod chmur się wywinie.

Biedne dzieci! z was często zamożna rozpusta

Wyśmiewa się bezkarnie; a starsi tłumaczą,

Że to dobrze: „bo czemuż głupie dzieci płaczą?”

I znów wchodzi Wesołość, jak gość nieproszony,

Lub jak polny fijołek zagmatwany w cierni,

Gdy zwiędną wkoło niego towarzysze wierni,

A on drży, patrzy, blednie, bo na wszystkie strony,

Dokąd tylko błękitnym okiem dojrzeć może,

Wszędzie wiją się, plączą, kolczyste obroże.

Lecz nie wszystkie sieroty są tak nieszczęśliwe...

Ja widziałem młodzieńca, co w okropnej nędzy

Dniem i nocą pracował, by dostać pieniędzy,

Pieniędzy! które swoim przeważnym ciążeniem

Przytrzymywały jego matkę na tym świecie.

Teraz zaś młody człowiek sam został, z wspomnieniem,

Że gdy matka konała,

Jego czoło uwiędłą ręką przeżegnała;

I tak mu było błogo jak po deszczu w lecie,

Lub jak gdyby przechodząc dotknął się anioła,

Który wieczorem stawa przy wschodach kościoła.

Widziałem jeszcze potem innego sierotę,

Jak w wygodnym powozie przebiegał ulice,

Śmiał się do wszystkich głośno, miał rumiane lice

I różne cacka złote.

Lecz on nie był sierotą; on w języku nowym

Nieutulonym w żalu się nazywa;

I tak to zwykle piszą w liście pogrzebowym,

Który krewnych, przyjaciół i znajomych wzywa.

Potem widziałem znowu młodego człowieka,

Od którego tłum ludzi pobożnych ucieka,

A gdy ku niemu oczy obróci łaskawe,

To całej ciżby tłumne, stuoczne spojrzenie

On przyjmuje jak gdyby rzucone kamienie!

Bo on jest dziecię nieprawe.

On, tymi spojrzeniami wciąż kamienowany,

Czuje wszystkie i mógłby policzyć, jak rany,

Więc gorzko płacze.

A chociaż ma rodziców, nie wie ich siedliska,

I nieraz bije czołem w pałac granitowy,

W którym nieznany ojciec na puchach spoczywa,

I nieraz z Losem wściekłe prowadzi rozmowy,

Gdy ten pięknie wschodzące nadzieje wyrywa.

Nieszczęśliwy! wpadł jako motyl do mrowiska,

Co na próżno wytęża poszarpane skrzydła,

Na próżno chce polepszyć to życie tułacze,

Bo go zewsząd nieznane obiegły straszydła,

I przy nim, na nim, siedzą,

Przed nim, za nim, się wleką,

I biedne ciało sieką,

I biedne życie jedzą.

W końcu spotkałem jeszcze dziwnego człowieka,

Który po swych rodzicach nie nosił żałoby,

Nie rozpaczał przy ludziach, nie chodził na groby;

Lecz czasem tylko jego zapadła powieka

Przyjmowała do siebie promyczek wesela,

A ten tak blado, drżąco spod rzęsów wystrzela,

Jakby się od księżyca nauczył mrugania.

Ten człowiek od pierwszego z światem przywitania

Był bardzo nieszczęśliwy, ale się nie zrażał,

Patrzył w niebo i, pełniąc swoje obowiązki,

Na ziemię mało zważał.

On nawet w drobnych rzeczach był prześladowany,

Jakby go los trefnisiem dla siebie uczynił;

On często cierpiał potwarz, choć nic nie zawinił;

On, pragnąc zerwać różę, rwał ostre gałązki...

Ten więc człowiek, sierota, od nieszczęść ścigany,

Patrząc w górę, ze świętym uśmiechem proroctwa

Mówił do mnie, że nie ma bynajmniej sieroctwa!

Ja zaś jakoś niechcący ku niebu spojrzałem,

A niebo było gwiaździste;

W gwiazdach więc tajemnicę tych słów wyczytałem,

Bo one tam wyraźne były, oczywiste;

Potem, gdy dusza swego skosztowała chleba,

Nie mogłem się już więcej oderwać od nieba,

Które mnie wciąż ciągnęło silnym, wonnym tchnieniem.

I wtedy to ja, wziąwszy mój łzawy różaniec,

Zmówiłem na nim pacierz – potężnym milczeniem.

Teraz zaś, widząc, słysząc tyle rzeczy nowych,

Do was biegnę, wam prawdy przynoszę kaganiec,

Wam, biednym bladym dzieciom z nabrzmiałą powieką,

Co samotne jesteście w tłumach pogrzebowych,

I samotne musicie patrzyć nato wieko,

Które tak silnie serca wasze przyskrzypnęło,

Które przed wami wszystko na świecie zamknęło!

O, wy jesteście kwiatki, które Los szaleniec

Skręca, plecie, usiadłszy na najświeższym grobie,

Skręca, przędzie i plecie na torturach wieniec,

Aby nim dzikie skronie przyozdobić sobie.

Pismo

Cud wcielonego ducha – to nie żaden kwiatek

Z rośliniarni światowej; pismo to opłatek,

Którym łamać się trzeba i od serca życzyć

Dosiego roku prawdy – nie szermować, krzyczéć,

Lecz całą siłą działać, działać w taki sposób,

Jako dawny obyczaj, bez wyborczych osób,

Z bogobojną czeladką wieczerzając społem,

Na sianie z własnej łąki i za własnym stołem.

Lud ma piewców, a piewca czuły jak wierzbina

Serdeczne latorośle ku przechodniom zgina,

I łamią je, i kwilą na multankach z kory,

Bo tętna im potrzeba, bo przy piersiach ziemi

Nassą się zdrowych uczuć i wdziękami temi

Grać muszą, niańczyć sobie. – O! to nie doktory,

Nie mędrcy, ale drzewa, co, jak połkną soki,

Gęstym liściem i kwiatem sypną pod obłoki.

Tam pieśń niedługo płynie, niedługo się jąka,

Ale pulsami dzwoni i po żyłach brzdąka,

Krzepko, niechorobliwie, każda myśl wynika,

Jako w pogodny dzionek ptastwo z gołębnika.

A gmin, co jedną ręką szuka dla nas chleba,

Drugą zdrój świeżych myśli wydostaje z nieba!

Dzielny olbrzym! w siermiędze, z promienistym czołem,

Szorstkimi słowy nuci za karczemnym stołem –

Nie rozbełta się w piśmie, słowa zna jak krople

Krwi własnej, w której stoku, jak bogunki w Gople,

Pluskają hoże pieśni. – Owóż te nieuki,

Ci prostaczkowie w świątyń bałwochwalczych progu

Nie zgięci, nie pokłuci cyrklem głupiej sztuki,

Na garści ziemi żyją, ale żyją w Bogu!

My zaś, mądrzy! my, grzeczni, z nauk salon modny

Zrobiliśmy niebawem; zapał nasz, wygodny

Jak ciepło kominkowe, w kości tylko chucha,

Ale nie krzepi serca, nie podnosi ducha.

Na próżno zatem śpiewak pokutuje długo

Tam, gdzie nie wierzą w duchy, tam, gdzie myśl jest sługą,

Karłem, trefnisiem tylko. – Jej anielskie skrzydła,

Wykręcone boleśnie, pełzną zamiast latać,

A nikt nie spojrzy na nie – a chciwość obrzydła

Jako skrzydłami drobiu kał chce nimi zmiatać;

Kał nie z serca, nie z duszy, aby wśród zapału

Czysta była i świeża – lecz raczej kał z kału.

...Gdym tak mówił, obecni, patrząc od niechcenia,

Zaczęli cóś tam szeptać – smak ich podniebienia

(Bo innego nie mieli) mówił, że wyrazy

„Za gorzkie są, niegrzeczne!” – wrzasło kobiet grono

Chórem spojrzeń – a potem słodko tak mówiono,

Że ładne były myśli – świetne też obrazy:

Jedwabnymi słówkami haftowane mowy

Rozdarłem jak pokutnik – a to im boleśnie,

Im przykro, oni myślą: przyszło mu do głowy

Żartować tak niewcześnie!

Lepiej, żeby nam kwiatów poszedł szukać w polu

Albo żeby już milczał, kiedy taki nudny.

Nudny wprawdzie, cóż robić, kiedy nudny z bolu,

A kwiatów nie chcę szukać; kwiatów? – na cóż kwiatów

Wam, coście świat stworzyli wśród przestrzeni światów

I macie go na własność – nowy świat, obłudny.

...Już nie mogłem się wstrzymać, siałem więc w uczucia

Zorane do żywego – całą garścią siałem

W prawo, w lewo, gdzie mogłem, ziarna od zepsucia,

Wszystkie, wszystkie, co miałem!

Aż po chwili spoglądam: – w izbie tak, jak w dzwonie,

Kiedy mu serce wyrwą: drżąca lampa płonie,

Karty porozrzucane... papierowe twarze

 

Dam, waletów, i serca czerwone, i liście

Winne, wszystko jak larwy, gdy czarownik każe,

Szemrzą trącone wiatrem, tańczą oczywiście!

Tańcujcie – z mowy, z pisma, z tych klejnotów ducha

Zróbcie sobie igraszkę – o! na to się zgadzam,

O, to dobrze – tańcujcie, póki zlepka krucha

Nie pryśnie – o, tańcujcie, wszak wam nie przeszkadzam?

Wspomnienie

O! miło jest patrzeć i dumać o świcie,

Gdy rosa po krzewach szeleści taktami,

A powiew okienkiem, jak anioł skrzydłami,

Do chaty wonności nagarnia obficie.

I gołąb pod strzechą, różowy swój dziobek

Za pióra bieluchne zatknąwszy, spoczywa,

I dzielny bułany, przyległszy pod żłobek,

Nie czuje, jak złota strumieni się grzywa.

I szabla na ścianie stalistym półkolem,

Jak nowiem księżyca, bladawo jaśnieje,

I puchy krwią przylgłe na berle sokolem

Ulecieć by chciały, gdy wietrzyk zawieje.

A sercu tak miło, pogodnie, pieściwo,

Jak pierwszej jaskółce, gdy z wody wyleci,

Zielone nadbrzeża obiega co żywo

I szuka, gdzie bratni fijołek zaświeci.

O! wtedy rój marzeń pół czarny, pół biały,

Jak skrzydło bociana, proporzec wiosnowy,

Rzewliwym ruszeniem, wiewając znad głowy,

Ostrzega, że jeszcze goreją zapały.

Zapały te bladoróżowym płomykiem,

Jak błędną iskierką, jak leśnym gwoździkiem,

To kwitną, to giną, to znowu się wznoszą,

Nie wiedzieć dlaczego szafują westchnieniem,

I śmiechów się strzegą, i łzami się roszą:

Pracują, by nazwać je kiedyś... wspomnieniem.

Wspomnienia tych chwilek to lube siostrzyce,

Co ścisną za rękę i wezwą na gody,

A miodem pradziadów zmąciwszy źrenice,

Ułudzą powabem rodzinnej zagrody;

I będą ci starców z siwymi wąsami,

I będą ci krasne przedstawiać dziewoje,

Aż wreszcie, takimi zamarzon wiedźmami,

Łzy sobie nad wszystkie podobasz napoje.

Lecz kiedy znów inne wspomnienia szalone

Przylecą do serca, jak krucy do jadła,

A dzioby rozdarte i gardła czerwone

Zagrają – o! wtedy przepadła, przepadła,

Zginęła moc życia, bo tłuszcza zajadła,

Jak mszyca na liściu, na sercu osiadła.

* * *

Aniele! ty, który nad śpiącym człowiekiem,

Jak baszta obrończa z marmuru białego,

Jaśniejesz – lub kwiatem liliji, jak mlekiem,

Sny słodkie, sny lube przywabiasz do niego –

Aniele! ty sprawuj nad nami z wysoka –

Ty mary bolesne porażaj skinieniem,

Bo biedni my, niknąc dzień po dniu sprzed oka,

My, ludzie – zaledwo jesteśmy wspomnieniem.

Warszawa, 20 marca 1841 r.

Pióro

...Nie dbając na chmury

Panów krytyków, gorsze kładzie kalambury.

Byron, Beppo

I wlano w ciebie duszę nie anielską, czarną,

Choć białym włosem strzępisz wybujałą szyję

I wzdrygasz się w prawicy wypalonej skwarną

Posuchą – a za tobą długie żalów chryje

Albo okrągłe zera jak okrągłe grosze

Wtaczają się w rubryki, zaplecione giętko,

Jak zrachowane jaja, kiedy idą w kosze

Ostrożnie i pomału. – Czasem znowu prędko

Nierozerwany promień z ciebie głosek tryska

I znakiem zapytania jak skrzywioną wędką

Łowisz myśl, co opodal ledwo skrzelą błyska...

O, pióro! Tyś mi żaglem anielskiego skrzydła

I czarodziejską zdrojów Mojżeszowych laską,

– Tylko się w tęczowane barwiąc malowidła,

Nie bądź papugą uczuć ani marzeń kraską –

Sokolim prawem wichry pozagarniaj w siebie,

Nie płowiej skwarem słońca i nie ciemniej słotą;

Dzikie i samodzielne, sterujące w niebie,

Do żadnej czapki klamrą nie przykuj się złotą.

Albowiem masz być piórem nie przesiąkłym wodą

Przez bezustanne wichrów i nawałnic wpływy,

Lecz piórem, którym ospę z krwią mięszają młodą

Albo za wartkie strzałom przytwierdzają grzywy.

Pożegnanie

I z miłości, i z pieśni świat się naigrawa,

Burzę, co w głębi serca żywot nam pustoszy,

Zowią oczarowaniem sławy i rozkoszy;

O! cierniowa to rozkosz! opłakana sława!

B. Z.

Żegnam was, o lube ściany,

Skąd, dziecinne strzegąc łoże,

Chrystus Pan ukrzyżowany

Promieniami witał zorze.

A i dzisiaj, choć dokoła

Pasożytne pną się zioła,

Z ziół i pustek krzyż brązowy

Błogosławi mi na drogę.

Ostatni to sprzęt domowy,

Który jeszcze żegnać mogę –

Sprzęt domowy – i grobowy.

Żegnam także i was, szyby –

Tęczowymi lśniące blaski;

Do rodzinnej wy siedziby

Tak potrzebne jak obrazki,

I tak święte jak szkaplerze.

Przez was pierwszy raz ujrzałem

Wieś i niebo – przez was wierzę,

I tak wierzę, jak widziałęm...

Wieś i niebo – dwa pojęcia,

Które ranny brzask umila,

Były dla mnie, dla dziecięcia,

Jak dwa skrzydła dla motyla.

Wsią i niebem żyłem cały,

O nich skrzydła mi szumiały,

A kłos zloty biorąc z ziemi,

I kłos słońca, promień złoty,

Wierzchołkami złączonemi

W tajemnicze wiłem sploty,

I bujałem nieugięty,

I bujałbym tak na wieki,

Lecz łza w swoje dyjamenty

Zakowała mi powieki,

I strąciła w przepaść nocy.

A ciążyły te okowy,

I ciążył mi chleb sierocy,

Przełzawiony, piołunowy.

Chleb sierocy, smutna dola,

Opuszczony dom i rola – –

Potem Sfinks nauką zwany,

Roztoczywszy obszar skrzydeł

Hieroglifem zapisany,

Do zgubniejszych gnał mię sideł

A patrzyłem w skrzydła jego,

Jako w zwój pargaminowy:

Jak w rozwartą księgę złego,

Tajemnymi litą słowy – –

I dojrzałem słów ubóstwo

Wśród czarnego głosek stada,

Co jak wielkie kawek mnóstwo

Boju myśli plac osiada,

I odleci, a zostanie

Blada kość i piasek blady,

Smutne grzechu panowanie,

Marna rzecz i marne ślady –

Potem jeszcze świat wesoły,

Bo wesołym się być mniema,

I ci ludzie pół-anioły,

Gdy aniołów całych nie ma –

Potem jeszcze miłość czysta,

Umarłego cień rycerstwa,

Za-urocza i za-mglista,

By w nią wierzyć – bez szyderstwa

Potem jeszcze przyjaciele,

Litościwi i oszczercę,

Co na złe lub dobre cele

Odważają się mieć serce:

Ci i tamci równie biedni,

Tym nad zwykłą stojąc rzeszą,

Że gdy znudzi świat powszedni,

Dokuczają albo cieszą,

A to w snach przed-południowych

Miło widzieć, w snach młodości,

Że bez celów rachunkowych

Użyczają chociaż złości –

Biedni ludzie! niech im cnota

Rozpromieni noc żywota...

Cóż więc jeszcze dodać mogę,

Bym zapłakał, idąc dalej? –

Spojrzę oto na podłogę:

Kędym pełzał, pełza Szalej;

Kędym dumał, kwiat pamięci

Lazurowym błyska okiem,

Jak ci młodzi wniebo-wzięci,

Migający za obłokiem;

I krzyż tylko zerdzawiały

Na wezgłowiu mchów zielonych,

I te szczątki, co zostały

Z szyb tęczowo-przepalonych;

I ta myśl, i te wspomnienia,

I weselszych przeczuć tysiąc,

Zwitych w tęczę odrodzenia,

Którą Twórca raczył przysiąc,

I zaklinał się na Siebie,

Że znów góry wyjrzą z głębi:

A obłoki stały w Niebie,

Jak trwożliwy rój gołębi –

I świat cały się odradzał,

I znów słońce wyszło z chmury,

I znów księżyc się przechadzał,

Łabędziowy, jasno-pióry – –

Gdy zaś, wedle słów Jehowy,

Siedmiobarwna Niebios wstęga,

Jako świt popotopowy,

Dotrzymuje, co przysięga,

Może również – kto wie – może

I ta moich przeczuć tęcza,

Wysnowana w imię Boże,

Uskuteczni, co zaręcza –

Może – tak; lecz jeśli burza,

Nim się jasne barwy sprzeda,

Wszystkie Nieba pozachmurza,

Które tylko są i będą –

Jeśli nawet Sfinks nauki

Marnym się okaże płazem,

Mamże, w szare strącon bruki,

Dla spokoju zostać głazem?

Mamże, ojców tłocząc kości,

Wołać głosem znikczemnienia:

„Witaj mi, obojętności,

Ideale doświadczenia!”

Nie – choć piorun po piorunie

Gorejące wstęgi wije,

Ja w spienionych wałów runie

Zakrwawioną pierś obmyję.

Pierś obmyję, lub rozbiję! –

Nim zaś z czuciem Haroldowem

Cisnę się w to groźne morze,

Przeżegnajcież starym słowem:

„Szczęść ci, Boże!...”