Dzień KolumbaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Słyszałeś? – spytał Tom. – Coś jakby krzyki.

Drzwi do schronu były uchylone, żebyśmy mogli słyszeć Susie. Tom wyszedł na zewnątrz. Słyszałem, że coś krzyczy do Stana. Wsunął głowę do środka.

– Mówią, że przyleciała pomoc drogowa.

Zostawiliśmy chomika w schronie i ruszyliśmy do lasu za domem Toma.

– Przyleciało z północnego zachodu, widziałam najpierw smugę – oznajmiła Deb. – Wleciało prosto w środek miasta. Chyba miałeś rację, Joe. Chomiki wezwały pomoc.

– Mam nadzieję, że jakąkolwiek mają misję, jest ważniejsza niż znalezienie jednego zagubionego żołnierza. – Gdyby nowy okręt obcych zebrał zgubione chomiki i odleciał, planowałem załadować futrzaka z powrotem do lodziarki i pojechać na południe, aż znajdziemy jakąś jednostkę wojskową, pewnie Gwardię Narodową, która go od nas przejmie. – Chodźmy na półkę skalną i rozejrzyjmy się.

Nie zobaczyliśmy nic dobrego. Nowy okręt obcych, tego samego typu co pierwszy, krążył nad miasteczkiem na wysokości około stu pięćdziesięciu metrów. Wyglądało na to, że czegoś szuka. Z jego boków wystawały wysunięte wyrzutnie rakiet. Zobaczyliśmy rozbłysk, usłyszeliśmy grzmot i ze środka miasteczka uniosła się kolumna dymu.

– Rozwalili uszkodzony okręt – stwierdziłem, zupełnie jakby wszyscy się tego nie domyślili. – Ciekawe.

– Dlaczego? – spytała Deb.

– To chyba znaczy, że nie zamierzają tu zostać. Przynajmniej nie konkretnie tutaj. I nie chcą, żebyśmy grzebali przy ich sprzęcie. Gdyby planowali zostać na dłużej, sprowadziliby ekipę naprawczą.

Okręt poleciał nieco w górę i ruszył powoli w naszą stronę. Nie całkiem naszą, ale na wschód, a potem wzdłuż rzeki.

– Cholera. – Stan splunął na ziemię. – Musieli odebrać sygnał z tego, co wyrzuciliśmy z wozu.

Próbowałem wszystkich uspokoić.

– Nie panikujcie. Dlatego to wyrzuciliśmy i dlatego nasz chomik jest teraz głęboko pod ziemią i betonem, za stalowymi drzwiami – Gdy nasz jeniec trafił do piwnicy, Stan zarzucił na maskę i rurę wydechową samochodu koce ołowiane, żeby zamaskować źródło ciepła. – O ile w jakiś sposób nie pojadą za nami aż do stodoły Toma, przeszukanie okolicy zajmie im sporo czasu. Nie wiedzą, czy nie pojechaliśmy już dziesięć kilometrów dalej.

Stan i Deb proponowali, żeby jechać, zamiast zatrzymywać się u Toma, żeby znaleźć się jak najdalej od Thompson Corners, zanim przybędzie więcej kosmitów. Zawetowałem ten pomysł, bo nie wiedzieliśmy, kiedy to się stanie, a poza tym nie do końca byłem pewien, że ołów zablokuje sygnał. Nie wiedzieliśmy nawet, czy używają radia, czy jakiejś bardziej egzotycznej technologii. Gdyby obcy byli w stanie nas namierzyć, nie miałoby znaczenia, czy znajdujemy się kilometr, czy pięćdziesiąt kilometrów dalej. Schron Toma wydawał się za to idealnym miejscem na ukrycie technologicznie zaawansowanego kosmity. To, czy mój plan był dobry, zależało od tego, co zrobią najeźdźcy.

Okręt obcych powoli przesuwał się wzdłuż rzeki, a następnie przyspieszył i ruszył nad szosą na południe, w naszą stronę. Zrobił dwa okrążenia i opadł poniżej linii drzew. Przez jedną spokojną chwilę wszystko wyglądało jak zwykły październikowy dzień w Maine. Dom Toma i Margie był starannie utrzymany, za budynkiem znajdowało się kilka stosików drzewa na opał. Margie owinęła łodygi kukurydzy wokół latarni w ogrodzie przed domem w ramach przygotowań do Halloween. Za domem miała przyozdobioną wannową Madonnę z…

A, lepiej wyjaśnię, czym jest wannowa Madonna, bo widać, że nie znacie się na kulturze. Bierze się starą wannę, do połowy zakopuje w ziemi, maluje z zewnątrz na biało, a w środku na niebiesko, po czym umieszcza się wewnątrz figurkę Dziewicy Maryi, jak w grocie. To rodzaj kapliczki domowej roboty. Obecnie da się takie kupić gotowe, zrobione z betonu, ale to oszustwo, a Bóg wie, kiedy oszukujesz. Większość ludzi otacza je kamieniami albo kwiatami. Kapliczka Margie otoczona była jaskrawymi chryzantemami. A przynajmniej tak mi się wydaje, nie jestem ekspertem od kwiatów. Madonna była tam już, gdy Tom i Margie kupili dom. Margie przyozdabiała ją odpowiednio na każdą porę roku. W okolicy Bożego Narodzenia Maryja nosiła czapkę Świętego Mikołaja. Obecnie, na Halloween, była ubrana jak rycerz Jedi, razem ze świecącym mieczem świetlnym, który Tom podłączył do prądu. Mam nadzieję, że Bóg ma poczucie humoru.

Po drugiej stronie drogi było mnóstwo sosen, dalej płaskie pola i zarys rzeki. Był miły, słoneczny dzień. Poza słupami dymu od strony miasteczka i spalonym okrętem obcych. I poza tym, że drugi okręt obcych właśnie znów wzlatywał w górę. Uniósł się na wysokość jakichś trzystu metrów i znieruchomiał.

– Musieli znaleźć ten sprzęt, który wyrzuciliśmy z samochodu, i zostawili na ziemi paru żołnierzy, żeby się rozejrzeli – stwierdziłem. – Okręt zapewnia wsparcie powietrzne oddziałowi w dole. Tom, między nami a nimi jest ile, sześć, siedem budynków?

– Dziesięć. Nie policzyłeś McDonaldsów i Burgessów na poboczu. I starej stacji benzynowej nieużywanej od dwudziestu lat. To dziesięć miejsc z dodatkowymi budynkami, jak szopy i garaże. Będą musieli dokładnie je przeszukać, a to zajmie im nieco czasu.

Przygryzłem wargę, co zwykłem robić, gdy się zamyślę.

– Ich dowódca nie ma pojęcia, gdzie zabraliśmy futrzaka. – Co ja bym zrobił w tej sytuacji? – Moglibyśmy być w dowolnym z tych budynków, w jakiejś jaskini, w lesie albo piętnaście kilometrów dalej. Nie może wiedzieć.

Chyba że nasz jeniec miał jakiś rodzaj nadajnika, który można było wykryć nawet w schronie. W końcu dysponowali technologią podróży międzygwiezdnych. Podrapałem się po brodzie. To też robię, gdy myślę.

– Wysłali tylko jeden okręt. Gdyby to była misja poszukiwawcza, wysłaliby kilka. Ich pilot musiał wystartować z orbity, zanim złapaliśmy chomika. Planował tylko zabrać załogę z pierwszego okrętu i odlecieć.

– Co to znaczy? – spytała Susie.

– Że następne pięć minut powie nam, co zdecydowali. Jeśli okręt odleci, to znaczy, że trzymają się pierwotnego planu i przeprowadzą poszukiwania później. Jeśli zostaną dłużej, oznacza, że porzucili pierwotny plan i czekają na posiłki, by dokładnie przeczesać okolicę.

– To byś zrobił? – spytała Susie.

– To drugie byśmy zrobili w armii.

Obcy okręt znów obniżył lot, po czym ponownie uniósł się, bliżej nas.

– Cholera! Czyli opcja B! Zostawił na ziemi kolejny oddział i będą przeszukiwać budynki. – Spostrzegłem, że Susie znów spogląda na broń. – Dziewczyno, zapomnij o obronie Alamo! – rzuciłem. – Mamy tylko trzy karabiny, strzelbę i dwa pistolety. Jeśli się zbliżą, pojedziemy przez las na wschód. Rakiety na tym okręcie mogłyby nas wszystkich zabić z wysokości trzech kilometrów.

– Mamy się poddać?

– Nie, ale bądźmy realistami. – Nie mogłem uwierzyć, że kłócę się o to z Susie. – Nie możemy użyć znowu lodziarki, zbyt się wyróżnia, a obcy są blisko.

– Dobrze! – odparła. – Opatulimy futrzaka w ołowiane koce i zaniesiemy do lasu. To tylko półtora kilometra od rzeki, a będziemy mogli…

– Hej! – zawołała Deb. – Niebo! Więcej świateł! – Unieśliśmy wzrok i zobaczyliśmy kolejne błyski. – O cholera! Sprowadzają posiłki? To nie może… Cholera jasna!

Odwróciliśmy wzrok, mając mroczki w oczach od niezwykle jasnej eksplozji nad nami. Mrugałem, patrząc na ziemię. Mój cień migotał od kolejnych wybuchów.

– O tak! – Stan uniósł pięść. – Dostają za swoje! Atomówkami w nich!

– Niemożliwe. – Pokręciłem głową. – Nasze atomówki nie namierzają celów, mogą uderzać tylko w zaprogramowane cele na Ziemi.

O ile lotnictwo nie dysponowało jakimiś ekstra zabawkami, o których nie wiedziałem. Wciąż mieniło mi się w oczach. Zasłoniłem je i spojrzałem ku horyzontowi. Więcej eksplozji na niebie, dalej od nas.

– To nie my.

Czy to wybuch elektromagnetyczny? Obcy zdetonowali atomówki wysoko na niebie, żeby unieszkodliwić naszą elektronikę? Wówczas tego nie wiedzieliśmy, ale druga fala rozbłysków to była grupa bojowa Kristangów, skacząca na orbitę i atakująca Ruharów.

– To kto to jest? – spytał Tom.

– Hej, patrzcie! – Deb wskazała na drogę. Obcy okręt, szukający naszego jeńca, obniżał znów lot. Znalazł się na ziemi tylko na kilka minut, zanim ponownie odleciał. Tym razem prosto w górę. Usłyszeliśmy grom naddźwiękowy i zobaczyliśmy pozostawioną za nim smugę. Gdziekolwiek leciał, bardzo się spieszył.

– Cokolwiek tam się dzieje, ten okręt właśnie dostał nowe rozkazy. Wsadźmy futrzaka z powrotem do fury i zawieźmy go do arsenału Gwardii Narodowej.

– I co wtedy? – spytał Tom, gdy ruszyliśmy z powrotem, spoglądając co chwila na niebo. Musieliśmy zabrać chomika, zanim kosmici znów zmienią zdanie.

– Wtedy zobaczymy, jakie mam rozkazy. – Gdybym nie mógł skontaktować się z 10 Dywizją, zamierzałem na razie dołączyć do lokalnej jednostki Gwardii Narodowej albo rezerwy. – I jakoś przetrwamy. Mam poczucie, że słoiki Margie okażą się dużo ważniejsze niż broń, gdy przyjdzie zima.

2. Misja

Wiosną byłem w Ekwadorze, czekając, aż wyślą mnie do walki z chomikami w kosmosie. Zaskoczyło mnie, jak chłodno było w górach równikowego kraju. Zawsze wyobrażałem sobie Amerykę Południową jako miejsce, gdzie panuje duszący upał, jak w Nigerii. Zima w Maine była trudna nie, jeśli chodzi o temperaturę i opady śniegu, bo były dość przeciętne. Po prostu przez dłuższy czas nie mieliśmy elektryczności, a benzynę i olej opałowy trzeba było oszczędzać. Moje miasteczko było lepiej przygotowane na tę zimę niż większość kraju. Rodzice mieli w domu piecyk na drewno i drugi w garażu. Zresztą w garażu zamieszkała po świętach pewna rodzina z dalszej części stanu, którą wymroziło z jej mieszkania. Mój ojciec przehandlował naprawę traktora za bale słomy, z których zrobiliśmy izolację ścian, a potem zakryliśmy je brezentem. Odwiedziłem kilka razy rodziców i w garażu było ciepło i przytulnie. Pachniało tam świeżo skoszoną słomą. W domu mieszkała poza tym jeszcze jedna trzyosobowa rodzina i samotna kobieta, zakwaterowana w ramach rządowego programu przesiedleńczego.

 

Wszyscy starali się sobie pomagać przez całą zimę.

Rząd federalny i stanowy nie miały łatwo po ataku Ruharów. Początkowo reagowały na kryzys dość chaotycznie, ale w końcu ogarnęły się i skupiły na tym, żeby po prostu pomóc ludziom przetrwać zimę. Atak nie wyglądał tak jak w filmach fantastycznych. Zamiast uderzać w bazy wojskowe i centra populacji, obcy zniszczyli głównie elektrownie i ośrodki przemysłowe. Dziwnie było patrzeć na obrazy satelitarne Nowego Jorku i Waszyngtonu po ataku. Poza brakiem świateł i ruchu na drogach metropolie pozostały nietknięte. Po tym jak Kristangowie wykopali Ruharów z Układu Słonecznego, Stanom zostało niewiele infrastruktury energetycznej. Telefony i Internet nie działały, prąd docierał tylko tu i ówdzie, radio nadawało ledwie kilka razy dziennie ważne komunikaty. Telewizji nie było. Marynarka sprowadziła do portów w co większych nadmorskich miastach nuklearne okręty podwodne i lotniskowce, żeby zrobić z nich pływające elektrownie, zasilające szpitale i inne najpotrzebniejsze instytucje. Powoli odzyskiwaliśmy sieć energetyczną w reszcie kraju, ale kluczowe słowo brzmiało „powoli”. Gdy wyjechałem do Ekwadoru, moi rodzice wciąż nie mieli prądu, poza generatorem, który ojciec zrobił z wału odbioru mocy traktora. Zasilał traktor mieszanką bimbru i benzyny w proporcji pięćdziesiąt na pięćdziesiąt. Alkohol uszkadzał uszczelki w silniku, więc ojciec i facet mieszkający w garażu wymieniali je co miesiąc. Uruchamiali generator tylko rano i wieczorem, bo na więcej nie wystarczało paliwa.

Największym problemem Ameryki nie był jednak brak elektryczności, lecz krach ekonomiczny po ataku. Ojciec stracił pracę, kiedy zamknięto papiernię. Drwalom brakowało benzyny do ciężarówek, a nawet do pił łańcuchowych. Bez pulpy drzewnej papiernia nie mogła nic produkować. Rynek papieru tak czy siak zapadł się razem z resztą globalnej ekonomii. Uprzemysłowione kraje, takie jak USA, Japonia, Chiny czy cała Europa, jak na ironię miały się gorzej niż słabiej rozwinięte części świata. Im wyższy był poziom technologii jakiegoś kraju, tym mocniej uderzał w niego kryzys. Firmy z branży technologicznej natychmiast straciły na wartości, nie tylko ze względu na brak popytu. Kto chciałby inwestować w Dolinę Krzemową, kiedy nasi nowi sojusznicy – Kristangowie – mieli podzielić się z nami niesamowitą technologią?

Tylko że tego nie zrobili. Kristangowie mówili, że nie jesteśmy gotowi, więc nie można nam jeszcze powierzyć zabawek na ich poziomie, że musimy skupić się na odbudowie infrastruktury. Nasi nowi sojusznicy byli rozczarowujący poza tym, że przegonili Ruharów. Większość grupy bojowej Kristangów odleciała w ciągu tygodnia po pokonaniu najeźdźców, bo Ziemia nie dysponowała odpowiednimi dokami czy stacjami naprawczymi i resztą infrastruktury orbitalnej, jakiej potrzebowali. Nie walczyli z Ruharami dla dobra ludzkości, po prostu chcieli pozbawić ich bazy w naszym zakątku Galaktyki. Ziemia była teraz jak Guadalcanal w czasie drugiej wojny światowej, jak to opisał jeden z oficerów Gwardii Narodowej. Miejscem, które tak naprawdę nie obchodziło żadnej ze stron, ale stanowiło odskocznię do czegoś ważniejszego. USA i Japonia nie były wówczas zainteresowane samą wyspą ani jej rdzennymi mieszkańcami, podobnie jak Kristangowie i Ruharowie Ziemią. Jako Amerykanie, obywatele supermocarstwa z najsilniejszą armią w historii, mieliśmy problem z przyzwyczajeniem się do tego, że teraz to my jesteśmy prymitywnymi tubylcami, patrzącymi jak siły Kristangów i Ruharów biją się o naszą planetę z użyciem broni, której działanie ledwie rozumiemy.

– Hej! Bishop! Hej!

Odwróciłem się zaskoczony i zobaczyłem faceta z mojego starego oddziału – gościa, którego nie spodziewałem się już więcej zobaczyć.

– Placek Kukurydziany! – zawołałem.

– Chleb z Puszki! – odpowiedział. Uścisnęliśmy się i poklepaliśmy tak mocno po plecach, że niemal się zakrztusiłem. Jesse Colter z Arkansas był dumnym synem Południa, co oznajmił mi, gdy pierwszy raz go spotkałem podczas szkolenia. Nazwałem go Plackiem Kukurydzianym, bo to chyba jedli na Południu. Jego odpowiedź odnosiła się do słodzonego melasą chleba z rodzynkami w puszce, który stanowił tradycyjne pożywienie w Nowej Anglii. Kiedyś poczęstowałem go kromką. Niektórzy podgrzewają puszkę w gorącej wodzie, ale ja wolę opiekać każdą kromkę. Odcina się oba końce puszki i wyciska z niej chleb.

Wiem, wiem. Ale zaufajcie mi, jest pyszny.

– A może teraz powinienem nazywać cię Barney? – roześmiał się Jesse.

Cholera. Historia się rozeszła. Całą zimę kolesie z Gwardii Narodowej się z tego śmiali. Nazywali mnie i resztę ludzi, z którymi schwytałem obcego żołnierza, Barney i Smerfy.

– Cholera, czy wszyscy teraz o tym wiedzą?

– Internet zaczyna wracać, więc cała planeta już wie. Cholera, dobrze cię widzieć. Jest tu jeszcze kilku z Dziesiątej, ale nikogo więcej z naszego oddziału.

– Jesteś pierwszą osobą z Dziesiątej, którą widzę – przyznałem, rozglądając się w poszukiwaniu znajomych twarzy.

– Jak się tu znalazłeś? – spytał Jesse, schylając się, żeby podnieść worek, który rzucił, kiedy mnie zobaczył.

– Po Dniu Kolumba chciałem dostać się z powrotem do Fort Drum, ale nikt nie miał dość benzyny, żeby mnie tam zawieźć. Więc spiknąłem się z lokalną jednostką Gwardii Narodowej i spytałem, czy wiedzą, co się dzieje. Pułkownik Gwardii wcielił mnie do swojej jednostki, zresztą i tak przejął ich rząd federalny. Uznałem, że niech będzie, skoro dają mi karabin, hełm i jedzenie. Rozkazy oficjalnie przydzielające mnie do Gwardii przyszły przez radio nieco później. Więc bawiłem się w żołnierza w ­Maine, pomagałem w żniwach, pilnowałem konwojów z paliwem i jedzeniem. A potem kazano mi przyjechać tutaj, więc wsiadłem w pociąg do Bostonu.

Pociąg towarowy. Czułem się jak włóczęga, nawet jeśli miałem bilet od rządu Stanów Zjednoczonych.

– Nie, chodzi mi o to, jak znalazłeś się tutaj? Przyleciałeś?

– A, tak. Z Bostonu przez pięć dni jechaliśmy pociągiem do Miami. Przylecieliśmy jakieś dwie godziny temu boeingiem, który widział lepsze dni.

Jesse skinął głową.

– Ja pojechałem pociągiem do Dallas i czekałem tam ze trzy dni na jakiś lot. Cholerne lotnictwo nie znalazło dość paliwa dla samolotów. Słyszałem, że niektóre jednostki przypływają statkami z Nowego Orleanu i Hous­ton.

– Widziałeś tę całą wieżę?

– Windę? Tyle, co sam teraz widzisz. Nic o tym nie wiem, compadre.

Spojrzeliśmy na górę, której wierzchołek był ledwie widoczny na zachmurzonym niebie. Ze szczytu góry wystrzeliwała wstęga białego światła. Gdy ONZ zgodziła się dostarczyć Kristangom żołnierzy, którzy będą walczyć pod ich dowództwem, ci w mniej niż miesiąc zbudo­wali coś, co nazywali windą kosmiczną. Wybrali tę górę w Ekwadorze, bo znajdowała się na samym równiku. Na jej szczycie zbudowali bazę z reaktorem fuzyjnym, a tysiące kilometrów nad nami, na orbicie geosynchronicznej, znajdowała się stacja. Obie łączyło cienkie pole magnetyczne, w zasadzie stacjonarny piorun. Mieliśmy dostać się na orbitę w windzie jadącej na błyskawicy. Jeden z gości z lotnictwa w moim samolocie powiedział, że Kristangowie wysyłają przez pole magnetyczne impulsy, które popychają kabiny. Winda w Ekwadorze była ukończona jako pierwsza, ale obcy już mówili o zbudowaniu kolejnych dwóch, jednej w Afryce, a drugiej w Indonezji. Zmrużyłem oczy i osłoniłem je dłonią, przyglądając się cienkiemu promieniowi światła.

– Nie wiem, co o tym myśleć. Ale jeśli Kristangowie potrafią zrobić coś takiego, to dobrze, że są po naszej stronie.

– Zdecydowanie, amigo – odparł Jesse.

Patrząc na błyskawicę, po której miałem pojechać na orbitę, zastanowiłem się, co stało się z futrzakiem. Jechaliśmy wtedy lodziarką, aż trafiliśmy na zablokowaną przez policję drogę, ale gdy policjanci zobaczyli, kogo wieziemy, odeskortowali nas aż do Lincoln, gdzie chomika zabrał śmigłowiec Gwardii Narodowej. Potem wszelkie informacje o nim utajniono i poproszono nas, abyśmy przestali o nim opowiadać i o niego pytać. Gdziekolwiek był, miałem nadzieję, że dobrze go traktują.

Naszą uwagę przykuło brzęczenie. Obróciliśmy się i zobaczyliśmy grupę pomalowanych na szaro pionowzlotów, lecących z zachodu. Zwolniły nieco i ustawiły śmigła pionowo, lądując jak helikoptery. Jesse wyjaśnił, zanim zdążyłem spytać:

– Marynarka trzyma przy wybrzeżu dwie grupy lotniskowców, „Lincolna” i „Reagana”. Spotkałem tu dzisiaj paru marines.

– Lecą z nami? – Dwie grupy lotniskowców brzmiałyby imponująco przed atakiem Ruharów. W porównaniu z obcymi wojskami, które mogły zawieźć człowieka na orbitę na błyskawicy, nasze atomowe lotniskowce zdawały się przestarzałe jak czółna.

– Niektóre jednostki marines owszem, ale tamci? Nie, po prostu zabezpieczają windę.

Słyszałem przez radio, że Kristangowie pozostawili kwestie bezpieczeństwa windy kosmicznej Amerykanom. Roześmiałem się.

– Na pewno są przeszczęśliwi.

Żaden prawdziwy marine Stanów Zjednoczonych nie chciał tkwić na warcie, podczas gdy Armia USA leciała w kosmos, by pomścić atak na naszą planetę.

– Żebyś, kurwa, wiedział. Proponowali mi sporą kasę za ten drobiazg. – Jesse pogładził błękitną naszywkę SEONZ na prawym ramieniu z logo Sił Ekspedycyjnych Stanów Zjednoczonych, jak nas teraz nazywano. Narodowe naszywki, w naszym przypadku flagi USA, nosiliśmy na lewym ramieniu. – Tak jakby pieniądze były teraz coś warte.

Zmarszczył czoło i spojrzał na swoje ubranie.

– Przynajmniej oni mają prawdziwe mundury. Ja kupiłem to w sklepie z rzeczami z demobilu w Arkansas.

Spodnie miał dobre, ale górę o trzy rozmiary za dużą.

Mój własny „mundur” także składał się z niedopasowanych części. Spodnie od Gwardii Narodowej Maine, a góra, którą dostałem w pociągu do Miami, pokryta była starym wzorem kamuflażu i wyglądała, jakby leżała w magazynie od czasu wojny w Iraku. Tej pierwszej. A może wojny hiszpańsko-amerykańskiej. Nadal śmierdziała kulkami na mole.

– Może armia da nam nowe.

– Nie liczcie na to – warknął znajomy głos. Obróciliśmy się i zobaczyliśmy porucznika Amosa Gonzaleza, dowódcę plutonu w Dziesiątej. Jesse i ja stanęliśmy na baczność i zasalutowaliśmy. – Spocznijcie. Bishop i Colter, tak? – Uśmiechnął się. – Miło was znów widzieć. Dobrze, że dotarliście na imprezę.

– Pana też miło zobaczyć, poruczniku – odparł Jesse. – Wie pan, ilu nas tu jest?

Pokręcił głową i spuścił wzrok.

– Nadal mamy problemy z komunikacją. Wszystko ogarniamy na bieżąco.

Jesse zmarszczył brwi, słysząc, jak Gonzalez unika odpowiedzi na pytanie.

– Hej, poruczniku, widziałem jak na razie nas i ludzi z Bekających Bekasów, Trzecią Piechoty i marines. Nie bierzemy ze sobą żadnych jednostek pancernych?

Porucznik Gonzalez spojrzał na niego z ukosa.

– Colter, naprawdę chcesz siedzieć w czołgu, walcząc z wrogiem, który może strzelać do ciebie z orbity? – Nie czekał na odpowiedź. – To bilet na długą drzemkę w ziemi. Kristangowie powiedzieli, że potrzebują piechoty, więc ją dostaną. Czołgiści i lotnicy będą musieli poczekać.

– Przepraszam, sir, ale na co, do cholery, zda się piechota przeciwko Ruharom? – spytałem. – Nie mam nawet broni.

Gonzalez ze współczuciem skinął głową.

– Kristangowie nie pozwalają na broń podczas jazdy windą. Mamy dostać wszystko, gdy dotrzemy na miejsce. Osobiście lubię swojego starego M4, ale nie chcę iść z nim na Ruharów.

– Służymy z marines, sir? – spytałem.

– Z brygadą marines, tak. I, z tego, co słyszałem, z Brytolami, Francuzami, Chińczykami, może jakimiś Ruskimi i Indianami. Zameldowaliście się już?

– Nie, sir. Jestem tu prosto z autobusu z lotniska – odparłem.

Wciąż czułem stalową ramę siedzenia na tyłku. Przyjechaliśmy z lotniska w konwoju pomalowanych na jaskrawe kolory starych szkolnych autobusów, stanowiących zapewne najlepszy transport dostępny w tej części Ekwadoru.

Jesse też pokręcił głową.

– Jestem tu od rana, ale jak tylko wysiadłem z autobusu, marines kazali mi nosić skrzynki z jedzeniem.

– Lepiej dopilnujcie formalności. Potrzebujecie badań lekarskich. zanim polecicie w kosmos na latającym dywanie. Widzicie ten wielki namiot cyrkowy z flagą ONZ? – Nie żartował, to naprawdę był namiot cyrkowy. – Biegnijcie tam, winda odjeżdża o siedemnastej.

 

*

Wnętrze namiotu wyglądało jak dom wariatów. Nie uśmiechało nam się rozbieranie i kłucie igłami przez lekarzy armii, ale niepotrzebnie się martwiliśmy. Badanie polegało na staniu w ubraniu w kabinie wielkości prysznica i byciu prześwietlanym przez jakieś światło. Gdy wyszedłem z kabiny, lekarz nawet nie uniósł wzroku znad komputera.

– Przeżyjesz, Bishop.

Widziałem na ekranie plik z moim zdjęciem. Lekarz kliknął parę przycisków i zamiast mojego zdjęcia pojawiło się inne.

– Następny!

– Przepraszam, sir, ale to wszystko? – spytałem zdziwiony.

– To wszystko. Właśnie przeszedłeś pierwsze badanie skanerem medycznym Kristangów. Mówi, że jesteś zdrowy. Dalej, nie mamy na to całego dnia!

Po badaniu czekał nas prysznic z prawdziwą ciepłą wodą, lecz nadal nie dostaliśmy nowych mundurów i musieliśmy znów założyć stare. Następnie poszliśmy do kolejnego namiotu na ciepły posiłek w stylu armii. Jeśli o mnie chodzi, „w stylu armii” było zaletą, bo oznaczało sporo jedzenia. Przeczekałem kolejkę i stałem z tacą w rękach, szukając miejsca, gdzie mógłbym usiąść, kiedy Jesse wstał i gestem przywołał mnie do swojego stolika.

– To Gus z Pierwszej Pancernej – powiedział z ustami pełnymi chleba kukurydzianego, wskazując na faceta siedzącego obok.

– Myślałem, że tylko piechota jedzie na przejażdżkę.

Gus wzruszył ramionami.

– Prowadziłem bradleya. Widać potrzebują tam kierowców.

Jeśli Kristangowie uważali, że potrzebujemy kierowców, to znaczyło, że piechota nie będzie wszędzie poruszać się na piechotę.

Placek Kukurydziany zamoczył chleb w sosie.

– Nie wiem, dokąd lecimy, ale skoro oznacza to trzy ciepłe posiłki i pryczę, to jak dla mnie bomba. W domu się teraz nie przelewa.

*

Nie wiem, czego dokładnie spodziewałem się po windzie kosmicznej, ale nie była taka, jak oczekiwałem. Wyglądała w zasadzie jak poczekalnia na lotnisku. Wielka kabina w kształcie dysku miała cztery poziomy, z czego najniższy zawierał całą maszynerię. Albo tak mi się wydawało, bo mieliśmy wstęp tylko na trzy górne. Na samym dole zwisały moduły towarowe. Każdy z poziomów mieszkalnych podzielony był na osiem przedziałów, zawierających rzędy plastikowych foteli z pasami bezpieczeństwa. Podróż do stacji orbitalnej miała zająć dziewięć godzin, które umilić miał jedynie widok na coraz mniejszą powierzchnię naszej planety. Po jakimś czasie nawet to nam się znudziło. Winda nie była niczym luksusowym i zaprojektowano ją, by przewozić jak najwięcej żołnierzy w jak najkrótszym czasie. Wygoda nie wydawała się dla Kristangów priorytetem. Nie było tu nawet bufetu, więc armia ustawiła na każdy poziomie przenośną kuchnię, a jedzenia mieliśmy w bród. Zjadłem swojego pierwszego porządnego cheeseburgera od bardzo dawna, po czym poszedłem po dokładkę. Jesse i ja rozejrzeliśmy się po okolicy, poznaliśmy żołnierzy, z którymi mieliśmy służyć, wymieniliśmy się opowieściami, wysłuchaliśmy sprzecznych plotek. Jako że winda mieściła pięć tysięcy ludzi, na pokładzie znajdowała się większa część dywizji. Minęliśmy jeden przedział, w którym umieszczono prowizoryczną mesę oficerską, po czym poszliśmy dalej, do reszty szwejów.

Po wypiciu trzech napojów gazowanych, jako że armia nie zapewniła alkoholu, musiałem znaleźć łazienkę, czego się nieco obawiałem. Jak wyglądały toalety Kristangów? Okazało się, że albo mieli podobne funkcje biologiczne, albo skonsultowali się z ziemskimi hydraulikami, bo niepotrzebnie się martwiłem. Wyglądała jak zwykła łazienka na przydrożnej stacji benzynowej, tylko nowa i czystsza. W dozownikach było nawet mydło.

Początkowo poruszaliśmy się powoli i rzeczywiście czuliśmy się, jakbyśmy jechali windą. Odczuwaliśmy lekkie ciśnienie dodatkowej grawitacji i ledwie zauważalne wibracje. Ale stopniowo atmosfera się przerzedzała, a my przyspieszaliśmy. Uruchomiono sztuczną grawitację, która, jak nam powiedziano, wynosiła osiemdziesiąt pięć procent ziemskiej. Rozmawiałem z jednym wojskowym kucharzem, który jechał już parę razy w obie strony i wyjaśnił, że zwolnimy, ale nic nie poczujemy ze względu na tę sztuczną grawitację. Wyraziłem wątpliwości co do bezpieczeństwa jazdy na błyskawicy, zwłaszcza że nadal mogli gdzieś czyhać Ruharowie, ale kucharz powiedział, że nie ma się czym przejmować. Kilka dni wcześniej fregata Ruharów wyskoczyła z nadprzestrzeni, kiedy winda znajdowała się w połowie drogi do stacji, w najbardziej narażonym na atak punkcie. Zdążyła wystrzelić dwie rakiety, zanim usmażyły ją niszczyciele Kristangów, a z samymi rakietami poradziły sobie lasery obronne na szczycie kabiny. Dobrze było wiedzieć, że nie jesteśmy całkiem bezbronni.

Udało mi się zasnąć w fotelu. Obudziłem się, gdy jeden z marines kopnął mnie w stopę.

– Wstawaj, śpiąca królewno. Zbierz swoje rzeczy, jeśli jakieś masz.

Marine poszedł dalej, budząc kolejnych śpiochów.

Jesse spał na podłodze za mną, z workiem jako poduszką. Potrząsnąłem go za ramię.

– Stary, nie chciałem widzieć po przebudzeniu twojej paskudnej gęby – marudził. – Czego? – spytał, ziewając.

– Chyba zbliżamy się do stacji. Chcesz zobaczyć?

*

Stacja wyglądała jak pączek z dziurką, z czterema wyciągniętymi na boki ramionami. Na końcach dwóch z nich znajdowały się okręty należące zapewne do Kristangów, spoczywające na czymś w rodzaju platform. Jeden był smukły i ciemny, drugi dużo większy, ale wyglądał na mniej potężny. Podczas gdy gapiliśmy się na wszystko, podszedł do nas kucharz, z którym wcześniej rozmawiałem.

– To jest krążownik. – Wskazał mniejszą jednostkę. – A ten brzydki, gruby obok niego to transportowiec.

– Byłeś tam? – spytał Jesse.

– Nie, wpuścili nas tylko na stację podczas rozładowywania windy, po czym wróciliśmy po kolejnych. Słyszałem, że transportowiec mieści całą grupę i gdy tylko wejdziecie na pokład, odlatuje.

– Wiesz może, gdzie nas wysyłają? – Uznałem, że może udało mu się coś usłyszeć.

Pokręcił głową.

– Nie wiem, a jeśli któryś z naszych oficerów wie, to się tym nie podzielił. Osobiście myślę, że Kristangowie trzymają te informacje dla siebie. – W ciszy patrzyliśmy, jak zbliżamy się do stacji, aż w końcu na okno padł jej cień. – Chciałbym polecieć z wami, próbowałem przenieść się do piechoty. – Naszywka na mundurze wskazywała, że był z 1 Pancernej. – Ale armia mówi, że skoro jestem kucharzem, to mam być kucharzem – stwierdził gorzko.

– Hej, robisz naprawdę świetne cheeseburgery. – Wyciągnąłem rękę.

Wytarł dłoń o fartuch i wymieniliśmy mocny uścisk. Spojrzał mi prosto w oczy.

– Skopiecie im tyłki, prawda?

– Bez wątpienia – odparłem z pełnym przekonaniem. Nie wiedziałem, czy wrócę, ale zamierzałem zabić tyle chomików, ile się da. Każdy żołnierz, z którym rozmawiałem, czuł podobnie. Zaatakowano nas, zagrożono istnieniu naszego gatunku. Gniew nie wyrażał w pełni tego, co w nas się kłębiło. Na dworcu w Bostonie szedłem razem z trzema innymi żołnierzami. Wszyscy jechaliśmy na wojnę w kosmosie. Ludzie zatrzymywali się, spontanicznie salutowali, bili nam brawa. Naprawdę mnie to wzruszyło. Jeden starszy facet szedł z chłopcem, pewnie wnukiem. Pokazał małemu, jak stanąć na baczność i zasalutować. Wyraz twarzy dziadka mówił mi wszystko o tym, jak postrzegano żołnierzy Sił Ekspedycyjnych ONZ. Pokładali w nas wszelkie nadzieje i nie chodziło tylko o zemstę. Mieli nadzieję na przetrwanie ludzkiego gatunku. To było inne w tej wojnie, po raz pierwszy chodziło o nas wszystkich.

– No jasne, że spuścimy im wpierdol – dodał z powagą Jesse. – Armia zawsze sobie poradzi. Hoo-ah!

Podobnie jak kucharz, niewiele zobaczyliśmy po opuszczeniu windy. Wartownicy z marines skierowali nas do stacji kosmicznej generującej błyskawicę. Ustawiliśmy się w kolejkę, czekając nie wiem na co. Stacja była wielka i na głos zastanawiałem się, jak ją tak szybko zbudowali.