Drugie Odkrycie Ludzkości/Norstrilia

Tekst
Z serii: Artefakty
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– A pomożesz mi?

– Nie.

– Nawet w ratowaniu Stone’a?

– Nie.

– To pójdę po pomoc do Parizianskiego.

– To się nie uda. On ci nie pomoże.

– Dlaczego? Teraz jest bardziej człowiekiem niż ty.

– Nie pomoże ci, bo to on otrzymał zadanie. Vomact wyznaczył go do zabicia Adama Stone’a.

Martel urwał w pół słowa. Stanął w postawie oznaczającej: Dziękuję ci, bracie, i odchodzę.

Przy oknie odwrócił się jeszcze ku sali. Zobaczył, że Vomact patrzy na niego. Powtórzył postawę Dziękuję ci, bracie, i odchodzę, dodając do niej jeszcze gest szacunku, należący się starszym stopniem. Vomact dostrzegł ten gest, Martel zauważył, że okrutne usta poruszyły się. Wydało mu się, że odczytał z nich słowa „...uważaj na siebie...”, ale nie wnikał, co to znaczy. Cofnął się i wyskoczył przez okno.

Kiedy przestali go widzieć, ustawił latającą pelerynę na maksymalną szybkość. Płynął leniwie w powietrzu, skanując się dokładnie i regulując sobie poziom adrenaliny. Po czym uczynił gest startu i poczuł na twarzy falę zimnego powietrza, niczym prąd wody.

Adam Stone musiał być w Głównym Dolnym Porcie.

Musiał tam być.

Będzie zapewne zaskoczony, w środku nocy. Zaskoczony spotkaniem z najdziwniejszym ze stworzeń, pierwszym renegatem pośród skanerów. (Do Martela nagle dotarło, że myśli o sobie. Martel Zdrajca Skanerów! Dziwnie to brzmiało i źle. Ale gdyby tak: Martel, Lojalny wobec Ludzkości? Czy to tego nie równoważy? Jeśli wygra, zdobędzie z powrotem Luci. Jeśli poniesie klęskę, nic nie traci, traci nieważnego i nieistotnego habermana. Który przypadkiem jest nim samym. Cóż to jednak znaczy wobec ogromnej nagrody, zysku dla ludzkości, dla bractwa, dla Luci?

Pomyślał, że będzie miał dzisiaj dwóch gości. Dwóch skanerów, którzy w dodatku się przyjaźnią. Wciąż liczył, że Parizianski jest jego przyjacielem.

– A losy całego świata zależą od tego, który dotrze pierwszy – dodał.

Przez mgłę przed nim zaczęły przeświecać jasne, wielofasetkowe światła Głównego Dolnego Portu. Martel widział zewnętrzne wieżowce miasta, dostrzegał także fosforyzującą granicę pola, które odgradzało je od Dziczy i żyjących tam Bestii, Maszyn i Bezlitosnych.

Po raz kolejny przywołał panów swego szczęścia:

– Pomóżcie mi udawać Innego!

Kiedy znalazł się w porcie, poszło mu jednak łatwiej niż się spodziewał. Udrapował pelerynę na ramionach tak, by zasłaniała przyrządy. Wyciągnął skanerskie lusterko i ustawił sobie twarz od środka, dodając krwi i nerwom ożywienia, aż mięśnie twarzy zajaśniały, a skóra pokryła się zdrowym potem. Dzięki temu zaczął wyglądać jak zwykły człowiek, który dopiero co ukończył długi nocny lot.

Poprawiwszy ubranie, schował tabliczkę pod bluzę i zaczął się zastanawiać, co zrobić z mówiącym paznokciem. Jeśli go zachowa, od razu zdemaskuje go jako skanera. Będą oddawać mu szacunek, ale rozpoznają go. A ochrona, którą Instrumentalność niewątpliwie otoczyła Adama Stone’a, natychmiast go zatrzyma. Gdyby go sobie złamał... lecz przecież nie może! Żaden skaner w historii bractwa dobrowolnie nie złamał sobie paznokcia. To byłaby rezygnacja, a rezygnacja nie wchodziła w grę. Jedyne wyjście wiodło przez Przestrzeń! Martel przytknął palec do ust i obgryzł paznokieć. Spojrzał na dziwnie wyglądający teraz palec i westchnął.

Ruszył ku miejskiej bramie, wsunął dłoń pod bluzę i podkręcił sobie siłę mięśni do czterokrotności normalnej. Zaczął się skanować, po czym uświadomił sobie, że wskaźniki ma zasłonięte. Trzeba postawić wszystko na jedną kartę, pomyślał.

Strażnik zatrzymał go drutem rewizyjnym. Kula niespodziewanie uderzyła Martela w pierś.

– Czy jest pan człowiekiem? – odezwał się głos znikąd.

(Martel wiedział, że gdyby był skanerem w stanie habermana, jego pole elektryczne rozświetliłoby kulę).

– Jestem człowiekiem. – Czuł, że ton głosu ma właściwy. Miał nadzieję, że nie wezmą go za menszenjegra, Bestię czy Bezlitosnego – zdarzało się, że w kamuflażu próbowały przeniknąć do ludzkich portów i miast.

– Nazwisko, numer, stopień, cel podróży, zadanie, pora wyjścia.

– Martel. – Musiał przypomnieć sobie swój dawny numer, nie „Skaner 34”. – Przysłoneczny 4234, 782. Rok Kosmosu. Stopień: awansujący podszef. – To nie było kłamstwo, naprawdę miał taki wysoki stopień. – Cel: osobisty i zgodny z prawem, w obrębie miasta. Żadnego zadania od Instrumentalności. Wylot, godzina 20.19 z Głównego Portu Wylotowego.

Wszystko zależało teraz od tego, czy mu uwierzą, czy potwierdzą to z Portem Wylotowym.

Głos był beznamiętny, pełen rutyny.

– Planowany czas pobytu w mieście?

Martel użył standardowego zwrotu:

– Uprzejmie proszę o cierpliwość.

Stał w chłodnym nocnym powietrzu i czekał. Wysoko ponad jego głową, przez lukę we mgle, widział jadowite migotanie skanerskiego nieba. Gwiazdy to moi wrogowie, pomyślał. Okiełznałem je, ale mnie nienawidzą! Ha, to brzmi jak z jakiejś starożytnej księgi! Za dużo się kranczuję.

Głos wrócił:

– Przysłoneczny 4234 łamane przez 782, awansujący podszef Martel, zgodnie z prawem wkracza w bramy miasta. Witamy. Czy życzy pan sobie żywności, odzieży, pieniędzy lub towarzystwa? – Nie brzmiał ani trochę gościnnie, ton był handlowy. Zupełnie co innego, niż kiedy się wchodziło do miasta w roli skanera! Wtedy zlatywali się funkcjonariusze, oświetlali sobie przestraszone twarze światełkami na pasach, a słowa wypowiadali z wręcz absurdalnym uniżeniem, wkrzykując je w głuche jak pień uszy skanerów. Zatem tak traktowano podszefa. Obojętnie, ale nieźle. Wcale nieźle.

Martel odpowiedział:

– Mam wszystko, czego mi potrzeba, proszę jednak miasto o pomoc. Jest tu mój przyjaciel Adam Stone. Chciałbym się z nim zobaczyć, w pilnej i ważnej praworządnej sprawie osobistej.

Głos rzekł:

– Czy jest pan z Adamem Stone’em umówiony?

– Nie.

– Miasto go odnajdzie. Jaki ma numer?

– Zapomniałem.

– Zapomniał pan? Czyż Adam Stone nie jest magnatem Instrumentalności? To naprawdę pana przyjaciel?

– Naprawdę. – Martel zabarwił głos odrobiną irytacji. – Panie strażniku, jeśli mi pan nie wierzy, proszę wezwać swojego podszefa.

– Nie sugerowałem, że nie wierzę. Dlaczego nie zna pan numeru? Muszę to zanotować w aktach – dodał głos.

– Przyjaźniliśmy się w dzieciństwie. Potem wyleciał w... – Już zaczął mówić „Przestrzeń”, ale przypomniał sobie, że tylko skanerzy używają tego słowa. – Latał z Ziemi na Ziemię i dopiero teraz wrócił. Znam go dobrze i chcę go odszukać. Mam dla niego wieści o rodzinie. Niech Instrumentalność ma nas w opiece!

– Wysłuchałem i wierzę. Adam Stone zostanie odszukany.

Ryzykując, choć nieznacznie, że kula rozpozna w nim nieczłowieka i ogłosi alarm, Martel włączył pod bluzą skanerski komunikator. Zobaczył drżącą świetlną igiełkę, czekającą na jego słowa. Zaczął pisać po niej tępym palcem. To się nie uda, pomyślał i na chwilę spanikował, a potem wyciągnął grzebień, wystarczająco ostry, by nim pisać. Napisał: „Alarm zero, skaner Martel wzywa skanera Parizianskiego”.

Igiełka zadrżała, odpowiedź rozjarzyła się i zgasła: „Skaner Parizianski na służbie. Wiadomości przejmuje Przekaźnik”.

Martel wyłączył komunikator.

Czyli Parizianski był gdzieś w pobliżu. Czy mógł polecieć na skróty, ponad murem miasta, uruchamiając alarm, i tłumaczyć się oficjalnymi zadaniami, gdyby miejscy funkcjonariusze przejęli go w powietrzu? Nie za bardzo. Oznaczało to, że z Parizianskim przyszła tu grupa innych skanerów, zapewne twierdzących, że idą na poszukiwanie nielicznych i trudno dostępnych przyjemności, jakimi może się cieszyć haberman, na przykład oglądanie filmów informacyjnych, albo patrzenie na piękne kobiety w Galerii Rozkoszy. Parizianski tu był, ale nie mógł się dyskretnie poruszać, bo Centrala Skanerów zarejestrowała, że jest na służbie, i śledziła jego ruchy od miasta do miasta.

Głos powrócił. Pobrzmiewał zdziwieniem.

– Znaleziono i obudzono Adama Stone’a. Bardzo przeprasza szanownego pana i mówi, że nie zna żadnego Martela. Czy może się pan z nim zobaczyć z rana? Miasto chętnie pana przyjmie.

Martelowi skończyły się pomysły. Już i tak wystarczająco ciężko było mu udawać człowieka, a co dopiero kłamać jako człowiek. Był w stanie tylko powtórzyć:

– Proszę mu powiedzieć, że jestem Martel. Mąż Luci.

– Tak zrobimy.

Znów cisza, wrogo łypiące gwiazdy i poczucie, że Parizianski jest gdzieś w pobliżu, coraz bliżej. Poczuł, że serce bije mu szybciej. Ukradkiem zerknął na przyrządy i przykręcił je o jeden stopień. Poczuł się spokojniejszy, mimo że nie był w stanie się dokładnie przeskanować.

Tym razem głos odezwał się radośniej, jakby rozwiązał jakiś denerwujący problem:

– Adam Stone zgadza się pana widzieć. Proszę wejść do Głównego Dolnego Portu. Witamy.

Mała kulka opadła bezgłośnie na ziemię, drut ze szmerem skrył się w ciemności. Z ziemi przed Martelem wyłonił się wąski, jaskrawy świetlny łuk, wiodący przez powietrze ku jednemu z wyższych wieżowców – pewnie był to hotel. Martel nigdy w nim nie był. Przygarnął latającą pelerynę do piersi, żeby utrzymać równowagę, wszedł całymi stopami na belkę i poczuł, jak unosi się przez powietrze do wejścia, które otworzyło się przed nim nagle i niespodziewanie niczym żarłoczna paszcza.

W drzwiach stał członek ochrony wieżowca.

– Czekają na pana, sir. Czy jest pan uzbrojony?

– Nie – odparł Martel, zadowolony, że poprzestał na własnej sile.

Strażnik przeprowadził go przez bramkę kontrolną. Martel zauważył, że po ekranach przemknęły ostrzeżenia – przyrządy zidentyfikowały go jako skanera. Tamten jednak niczego nie zauważył.

 

Strażnik zatrzymał się w drzwiach.

– Adam Stone jest uzbrojony. Zgodnie z prawem i wolą Instrumentalności oraz regulacjami tego miasta. Wszyscy, którzy tam wchodzą, otrzymują takie ostrzeżenie.

Martel kiwnął głową na znak, że rozumie, i wszedł.

Adam Stone był niski, krępy i łagodny. Siwe włosy sterczały sztywno nad niskim czołem. Twarz miał rumianą i pogodną. Wyglądał jak jowialny przewodnik z Galerii Rozkoszy, nie jak człowiek, który podróżował na skraj Przestrzeni i bez pomocy habermanów zmagał się z wielkim bólem.

Wytrzeszczył oczy na Martela. Patrzył ze zdziwieniem, może odrobiną irytacji, ale nie wrogo.

Martel przeszedł do sedna.

– Pan mnie nie zna. Skłamałem. Nazywam się Martel i dobrze panu życzę. Mimo to skłamałem. Proszę pana uprzejmie o gościnność. Proszę wyciągnąć broń i wycelować ją we mnie...

Stone uśmiechnął się.

– Tak zrobię.

Martel zauważył mały drutowiec w jego zręcznej, pulchnej dłoni.

– Świetnie. Proszę zachować czujność. Dzięki temu szybciej mi pan uwierzy. Ale proszę, bardzo proszę, niech pan włączy prywatność. Żadnych przypadkowych obserwatorów. To sprawa życia i śmierci.

– Po pierwsze, czyjego życia i śmierci? – Twarz Stone’a pozostała spokojna.

– Pana, mojego, i wszystkich światów.

– Enigmatycznie to brzmi, ale zgoda. – Stone zawołał przez drzwi: – Poproszę o prywatność!

Coś nagle zabuczało. Zapanowała cisza, zniknęły wszystkie dyskretne odgłosy nocy.

Stone zapytał:

– Sir, kim pan jest? Co pana do mnie sprowadza?

– Jestem Skaner 34.

– Pan jest skanerem? Nie wierzę.

W odpowiedzi Martel rozsunął bluzę, ukazując skrzynkę piersiową. Stone spojrzał nań ze zdumieniem. Martel wyjaśnił:

– Jestem skranczowany. Nigdy pan tego wcześniej nie widział?

– Nie u ludzi. Na zwierzętach. Niesamowite. Ale... czego pan ode mnie chce?

– Prawdy. Pan się mnie boi?

– Mając to w ręku, nie boję się. – Stone ścisnął końcówkę drutu. – Ale i tak powiem prawdę.

– To prawda, że opanował pan wielki ból?

Stone zawahał się, szukając słów.

– Szybko, niech pan mi wytłumaczy, jak pan to zrobił, tak, żebym uwierzył – powiedział Martel.

– Napełniłem statki życiem.

– Życiem?

– Życiem. Nie wiem, co to takiego „wielki ból”, ale doświadczalnie stwierdziłem, że kiedy wysyłam w kosmos wielką masę zwierząt lub roślin, te pośrodku masy żyją najdłużej. Konstruowałem statki, oczywiście nieduże, i wysyłałem w nich króliki, małpy...

– Czyli Bestie?

– Tak, małe Bestie. I wracały całe i zdrowe. Wracały, bo ściany statków były wypełnione życiem. Próbowałem różnych gatunków, w końcu stanęło na takich, które żyją w wodzie. Ostrygi. Ławice ostryg. Zewnętrzne ostrygi umierały w wielkim bólu. Wewnętrzne przeżywały. Pasażerom nie działo się nic.

– Ale to były Bestie?

– Nie tylko Bestie. Ja sam też latałem.

– Pan?

– Wyleciałem sam w kosmos. Przeleciałem przez to, co nazywacie Przestrzenią, sam. Na jawie i we śnie. Nic mi się nie stało. Jeśli mi pan nie wierzy, niech zapyta swoich braci skanerów. Przyjdźcie z rana i obejrzyjcie mój statek. Z przyjemnością was wszystkich przyjmę. Mam wówczas pokaz dla lordów Instrumentalności.

Martel powtórzył pytanie:

– Przyleciał pan tu sam?

Adam Stone odparł szorstko:

– Tak, sam. Niech pan idzie i sprawdzi w waszym skanerskim rejestrze, jeśli mi pan nie wierzy. W życiu nie dałbym się włożyć do butli, żeby latać w Przestrzeń.

Martel rozpromienił się.

– Teraz panu wierzę. To prawda. Nie będzie już skanerów. Nie będzie habermanów. Nie będzie kranczowania.

Stone spojrzał znacząco ku drzwiom.

Martel nie zrozumiał aluzji.

– Muszę panu powiedzieć...

– Z rana mi pan powie. Na razie niech się pan cieszy swoim kranczem. Czy to jest przyjemne? Od strony medycznej wiem, o co chodzi. Ale nie praktycznie.

– To jest przyjemne. To jest taka... normalność. Przez chwilę. Ale proszę posłuchać. Skanerzy przysięgli pana zniszczyć, pana i pana dzieło.

– Co takiego?

– Spotkali się, zagłosowali, przysięgli. Mówią, że przez pana skanerzy staną się niepotrzebni. Jeśli skanowanie przepadnie, jeśli skanerzy będą żyć na próżno, ściągnie pan na świat z powrotem dawne wojny!

Adam Stone zdenerwował się, ale zachował opanowanie:

– Pan jest skanerem. Będzie pan próbował mnie zabić?

– Nie, głupcze. Zdradziłem nasze bractwo. Jak tylko ucieknę, niech pan zawoła straż. I niech pana pilnuje. Będę próbował przechwycić zabójcę.

Dostrzegł w oknie rozmazaną smugę. Zanim Stone zdążył drgnąć, końcówka drutu wyrwała mu się z ręki. Smuga zestaliła się i przybrała kształt Parizianskiego.

Martel zorientował się, co tamten robi: Dużą szybkość.

Nawet nie pomyślawszy o tym, że jest na drucie, podniósł dłoń do piersi i siebie także ustawił na Dużą szybkość. Zalały go fale ognia, jak wielki ból, ale gorętsze. Z trudem utrzymywał czytelny wyraz twarzy, wchodząc przed Parizianskiego i pokazując gest: Najwyższy alarm.

Parizianski odezwał się, a poruszające się w normalnym tempie ciało Stone’a odsuwało się tymczasem od nich, powoli jak dryfujący obłok:

– Nie przeszkadzaj mi. Wykonuję zadanie.

– Wiem o tym. Chcę cię powstrzymać. Przestań. Przestań. Stone ma rację.

Usta Parizianskiego były ledwie czytelne poprzez otulającą Martela mgłę bólu. (Myślał: Boże, Boże, Boże starożytnych! Daj mi siłę! Spraw, żebym przeżył pod Przeciążeniem akurat tyle, żeby zdążyć!).

Parizianski mówił:

– Nie przeszkadzaj mi! W imieniu bractwa rozkazuję ci: zejdź mi z drogi! – Po czym pokazał gest: Żądam pomocy w wypełnianiu obowiązków!

Martel z trudem łapał oddech w lepkim jak syrop powietrzu. Spróbował po raz ostatni:

– Parizianski, przyjacielu, mój przyjacielu. Przestań. Przestań. – (Nigdy dotąd skaner nie zabił innego skanera).

Parizianski zrobił gest: Jesteś niezdatny do służby, przejmuję obowiązki.

Martel pomyślał: po raz pierwszy w historii! Po czym wyciągnął rękę i przekręcił mu kontrolkę mózgu na Przeciążenie. Oczy Parizianskiego rozbłysły przerażeniem, gdy uświadomił sobie, co się stało. Ciało zaczęło osuwać się na podłogę.

Martel miał w sam raz dość sił, by sięgnąć do własnej skrzynki piersiowej. Pogrążając się w stanie habermana lub śmierci – tego nie wiedział – poczuł, jak palce przekręcają gałkę szybkości, zmniejszając ją. Spróbował coś powiedzieć:

– Pomocy, sprowadźcie skanera, dajcie skanera...

Wokół jednak zapadła ciemność. Znalazł się w szponach martwej ciszy.

***

Obudził się i zobaczył nad sobą twarz Luci.

Otworzył szerzej oczy i stwierdził, że słyszy – słyszy, jak płacze z radości, słyszy w jej piersi nierówny oddech.

Odezwał się słabo:

– Dalej na drucie? Żyję?

We mgłę obok Luci wpłynęła kolejna twarz. Adam Stone. Jego basowy głos musiał przemierzyć ogrom Przestrzeni, zanim dotarł do uszu Martela. Ten próbował czytać mu z ust, ale nie widział ich wystarczająco wyraźnie. Poprzestał na słuchaniu głosu:

– ...nie jesteś... Rozumiesz mnie? Nie jesteś skranczowany!

Usiłował powiedzieć:

– Ale przecież słyszę! Czuję!

Tamci słów nie zrozumieli, ale sens do nich dotarł.

Stone odezwał się jeszcze raz:

– Przeszedłeś przez habermana i wróciłeś. Ciebie pierwszego poddałem zabiegowi. Nie wiedziałem, jak to się uda w praktyce, ale teoretycznie wszystko miałem opracowane. Chyba nie sądzisz, że Instrumentalność zmarnotrawiłaby wszystkich skanerów? Wracacie do normalności. Habermanom pozwalamy umierać, w miarę jak wracają statki. Oni już nie muszą żyć. Za to skanerów naprawiamy. Ty byłeś pierwszy! Rozumiesz? Jesteś pierwszy. A teraz odpoczywaj, nie denerwuj się.

Adam Stone uśmiechnął się. Martelowi wydało się, że gdzieś za jego plecami widzi, niewyraźnie, twarz jednego z lordów Instrumentalności. Tamta twarz też się do niego uśmiechnęła, po czym obie uniosły się, odpłynęły i zniknęły.

Spróbował podnieść głowę i się przeskanować. Nie był w stanie. Luci wpatrywała się w niego, uspokajając się, choć na twarzy wciąż miała pełne miłości zakłopotanie. Powiedziała:

– Mój kochany mąż! Wróciłeś i zostaniesz ze mną!

Martel wciąż próbował zobaczyć swoje wskaźniki. Wreszcie niezdarnie przesunął ręką po piersi. Nic tam nie było. Wskaźniki zniknęły. Wrócił do normalności, ale wciąż żył.

Wśród błogiego otumanienia umysłu powoli uformowała się kolejna niepokojąca myśl. Próbował pisać palcem, tak jak oczekiwała Luci, ale nie miał ani spiczastego paznokcia, ani skanerskiej tabliczki. Musiał użyć głosu. Zebrał wszystkie siły i wyszeptał:

– A skanerzy?

– Tak, skarbie? O co chodzi?

– Skanerzy?

– Ach, skanerzy. Tak, tak, skarbie, nic się im nie stało. Paru musieli aresztować, bo włączyli sobie Dużą szybkość i uciekali. Ale Instrumentalność wszystkich złapała – wszystkich, którzy byli na Ziemi – i już wszystko z nimi dobrze. Są szczęśliwi. A wiesz, kochanie – zaśmiała się – że niektórzy nie chcieli być przywróceni do normalności? Ale Stone i lordowie przekonali ich.

– Vomact?

– Też nic mu nie jest. Jest skranczowany, póki go nie naprawią. Ale wiesz, ustalił z Instrumentalnością, że skanerzy będą mieli nowe zadania. Będziecie wicelordami do spraw Przestrzeni. Świetnie, prawda? On zaś będzie lordem do spraw Przestrzeni. Wszyscy będziecie pilotami, dzięki czemu przetrwa i wasze bractwo. Changa właśnie teraz operują. Niedługo się z nim zobaczysz.

Posmutniała nagle. Popatrzyła nań poważnie i dodała:

– Lepiej powiem ci teraz, żebyś się nie niepokoił. Jeden wypadek się zdarzył. Tylko jeden. Kiedy ty i twój kumpel poszliście do Adama Stone’a, on był tak zadowolony, że zapomniał się skanować i zmarł od Przeciążenia.

– Poszliśmy do Stone’a?

– No tak. Nie pamiętasz? Ty i twój kumpel.

Wciąż miał zdziwioną minę, więc dodała:

– Parizianski.

O damie, co Duszą żeglowała

Opowiadanie powstało we współpracy z Genevieve Linebarger (maszynopis jest nawet podpisany „by Genevieve Linebarger and P.M.A”.), która po śmierci męża dokończyła jedno z nieukończonych opowiadań i pracowała nad kolejnym. Spieltier to po niemiecku po prostu „zwierzę-zabawka”. W czasach, gdy dzieje się akcja tego opowiadania, Dzicz już została okiełznana, a Bestie i menszejegry zniknęły. Wrócił nawet luksus – może aż zanadto!

I

Historia szła tak... jak właściwie szła ta historia? Każdy słyszał o Helen Americe i Panu Jużniesiwym, każdy kojarzy to nawiązanie, ale nikt nie ma pojęcia, jak to się właściwie stało. Ich imiona związały się na trwałe ze skrzącym się ponadczasowym romantycznym klejnotem. Czasem porównywano ich z Heloizą i Abelardem, historią odnalezioną w książkach w dawno pogrzebanej bibliotece. W innych epokach zwyczajem było porównywanie się z inną osobliwą romantyczną historią, piękną i paskudną zarazem – historią lot-kapitana Taliano i lady Dolores Oh.

A z tej pierwszej opowieści zapamiętano dwie rzeczy – ich miłość oraz obraz wielkich żagli – metalowych błon, na których ludzkie ciała wreszcie pofrunęły pomiędzy gwiazdy.

Wspomnisz ją, a ktoś od razu przypomni jego. Przypomnisz jego, a na myśl przyjdzie ona. On był jednym z pierwszych żeglarzy, którzy powrócili, ona była damą, co żeglowała Duszą.

Całe szczęście, że zaginęły wszystkie zdjęcia. Romantyczny bohater był bowiem niezwykle młodo wyglądającym mężczyzną, przedwcześnie postarzałym i nadal trochę chorym, kiedy przydarzył mu się romans. A Helen America była dziwadłem, ale całkiem pozytywnym: ponurą, poważną, drobną brunetką, urodzoną pośród śmiechu ludzkości. Zupełnie nie przypominała wysokich, pewnych siebie heroin, jak aktorki, które później grały jej rolę.

Natomiast żeglarzem była znakomitym. Tyle chociaż było prawdą. A ciałem i umysłem kochała pana Jużniesiwego, okazując mu oddanie, które nie mija z czasem i nie zostaje zapomniane. Historia może zdrapać patynę z ich nazwisk i wizerunków, lecz nawet historia nie będzie w stanie przedstawić miłości Helen Ameriki i pana Jużniesiwego w niekorzystnym świetle.

 

Należy pamiętać, że oboje byli żeglarzami.

II

Dziecko bawiło się spieltierem. Znudziła mu się postać kury, więc przestawiło go na wyrastanie futra. Gdy do tego wydłużyło optymalnie uszy, zwierzątko zaczęło naprawdę wyglądać bardzo dziwnie. Lekki wietrzyk przewrócił je na bok, lecz spieltier pogodnie się wyprostował i zaczął z zadowoleniem przeżuwać dywan.

Dziewczynka niespodziewanie klasnęła w dłonie i zadała mamie pytanie:

– Mama, a co to „żeglarz”?

– Kiedyś, dawno temu, byli tacy ludzie, który się nazywali żeglarze. Byli odważni i wyprawiali się statkami do gwiazd. To były pierwsze statki, które oddaliły się od naszego Słońca. I miały wielkie żagle. Nie wiem, jak to naprawdę działało: jakimś sposobem światło ich popychało, a droga w jedną stronę zajmowała im ćwierć życia. Bo ludzie żyli wtedy tylko po sto sześćdziesiąt lat, wiesz? A lot trwał czterdzieści. Ale teraz już nie ma takich żeglarzy. Są niepotrzebni.

– Pewnie, że nie – powiedziało dziecko – możemy sobie skakać, kiedy tylko chcemy. Byliśmy na Marsie, byliśmy na Nowej Ziemi, prawda, mamo? I możemy niedługo pojechać jeszcze gdzie indziej, wystarczy jeden wieczór.

– To jest planoformacja, skarbie. Ale minęło dużo czasu, zanim ludzie nauczyli się planoformować. Wcześniej nie umieli tak podróżować, musieli budować ogromne, ogromne żagle. Tak wielkie, że nie dało się ich zrobić na Ziemi. Musiały wisieć w kosmosie, w pół drogi między Ziemią i Marsem. I wiesz, zdarzyła się wtedy dziwna rzecz... Słyszałaś kiedyś o tym, jak zamarzł świat?

– Nie. A co to było?

– Kiedyś, dawno temu, jeden z tych żagli przypadkiem się przesunął. Ludzie próbowali go uratować, bo budowa takiego żagla to masa pracy. Ale on był tak wielki, że zasłonił Ziemi całe Słońce. I zrobiło się ciemno, cały czas była noc. I zrobiło się bardzo zimno. Wszystkie elektrownie atomowe pracowały pełną parą, a powietrze zaczęło dziwnie pachnieć. Ludzie zaczęli się niepokoić. Ale za parę dni zepchnęli żagiel na bok i wróciło Słońce.

– Mama, a były jakieś dziewczyny-żeglarze?

Twarz matki przybrała osobliwy wyraz.

– Jedna było. Dowiesz się o niej później, jak będziesz starsza. Nazywała się Helen America i pożeglowała do gwiazd statkiem Dusza. To jedyna kobieta, która tego dokonała. Wspaniała historia.

Matka otarła oczy chusteczką.

Dziewczynka powiedziała:

– Mama, opowiedz mi już teraz. Co to za historia?

Teraz matka zrobiła się bardzo stanowcza i stwierdziła:

– Skarbie, jesteś jeszcze za mała na tę historię. Ale jak trochę podrośniesz, to ci wszystko opowiem.

Matka była prawdomówna. Namyśliła się i dodała:

– ...chyba że wcześniej sama sobie przeczytasz.

III

Helen America miała zapisać się w historii ludzkości, lecz początek miała kiepski. Samo nazwisko było pechowe.

Nikt nie miał pojęcia, kto był jej ojcem. Urzędnicy zgodzili się zachować dyskrecję.

Matka natomiast wątpliwości nie miała.

Była sławną gwiazdą, męskobietą Moną Muggeridge, która przeprowadziła sto kampanii na rzecz całkowitej identyczności obu płci. Była ekstremalną feministką, feministką ponad wszelkie granice. Kiedy więc Mona Muggeridge obwieściła w prasie, że będzie mieć dziecko, znalazło się to na wszystkich pierwszych stronach gazet.

Mona Muggeridge posunęła się jeszcze dalej. Oświadczyła stanowczo, że ojcowie nigdy nie powinni być znani. Że żadna kobieta nie powinna mieć kolejnych dzieci z tym samym mężczyzną, przeciwnie, powinna wybierać dla kolejnych dzieci różnych ojców, aby rasa ludzka różnicowała się i piękniała. Zwieńczyła to wszystko, ogłaszając, że ona sama, Mona Muggeridge, wybrała dla siebie ojca doskonałego, więc niechybnie zrodzi doskonałe dziecko.

Ta koścista, pompatyczna blondynka oświadczyła, że chce uniknąć wszystkich tych bzdur z małżeństwem i nazwiskami, zatem dziecko, jeśli okaże się chłopcem, będzie się nazywać John America, a jeśli dziewczynką – Helen America.

Tym oto sposobem mała Helen America urodziła się, a przed porodówką czekali już korespondenci agencji informacyjnych. Na ekranach informacyjnych błyskało zdjęcie ślicznej trzykilogramowej dziewczynki. „Dziewczynka. Dziecko idealne. Kto jest ojcem?”.

To był dopiero początek. Mona Muggeridge była bojowo nastawiona. Upierała się, nawet po zrobieniu dziecku tysięcznego zdjęcia, że to najdoskonalsze niemowlę w historii. W kółko opowiadała o jego cudownych przymiotach. Wykazywała normalną czułość zakochanej w dziecku matki, sądząc jednocześnie, że to ona, wojowniczka wielkiej krucjaty, pierwsza owo uczucie odkryła.

Stwierdzić, że to było dla dziecka trudne, byłoby poważnym niedomówieniem.

Helen America okazała się jednak wspaniałym przykładem triumfu ludzkiego materiału nad prześladowcami. W wieku czterech lat mówiła sześcioma językami i zaczynała odszyfrowywać niektóre dawne marsjańskie teksty. W wieku lat pięciu poszła do szkoły. Koledzy zaraz ułożyli wierszyk:

Helen, Helen,

Gruba piegowata,

Nie wie kto

Jest jej tata!

Helen wszystko to dzielnie znosiła, choć nieodgadnionym zrządzeniem genetyki wyrosła na niedużą osobę – śmiertelnie poważną drobną brunetkę. Dręczyła ją sława, męczyły lekcje – w kontaktach z innymi ludźmi stała się nieufna i pełna rezerwy oraz desperacko osamotniona we własnym wewnętrznym świecie.

Gdy miała szesnaście lat, jej matka źle skończyła. Mona Muggeridge uciekła z mężczyzną, którego ogłosiła najdoskonalszym mężem w najdoskonalszym małżeństwie, jakie widziała ludzkość. Ów ideał męża był wykwalifikowanym szlifierzem maszynowym. Miał już żonę i czwórkę dzieci. Pił piwo, a jego zainteresowanie panną Muggeridge wydawało się mieszanką życzliwego koleżeństwa i rozsądnej świadomości jej zacnego majątku. Kosmiczny jacht, którym uciekli, złamał przepisy podczas nieplanowego lotu. Żona i dzieci pana młodego zawiadomili policję. Wynikło z tego zderzenie z automatyczną barką. Oba ciała łatwo zidentyfikowano.

Helen w wieku szesnastu lat była już sławna, w wieku siedemnastu – zapomniana, a do tego niezwykle samotna.

IV

Była to era żeglarzy. Z gwiazd zaczęły wracać tysiące sond rozpoznawczych i mierniczych. W polu widzenia ludzkości pojawiała się planeta za planetą. Poznawano coraz to nowe światy: międzygwiezdne rakiety poszukiwawcze przywoziły zdjęcia, próbki atmosfer, pomiary ciążenia, pokrywy chmur, składu chemicznego i tak dalej. Wśród niezmiernie licznych sond powracających z dwustu- czy trzystuletnich podróży, trzy przywiozły informacje o Nowej Ziemi, planecie tak podobnej do samej Terry, że nadawała się od ręki do zasiedlenia.

Pierwsi żeglarze wyruszyli prawie sto lat wcześniej. Zaczynali od małych żagli, nieprzekraczających nawet trzech tysięcy kilometrów kwadratowych. Stopniowo jednak się zwiększały. Technika adiabatycznego pakowania i transportowania pasażerów w odrębnych kapsułach minimalizowała straty w ludzkim ładunku. Gdy żeglarz wracał na Ziemię, budził wielką sensację: oto był człowiek zrodzony i wychowany w blasku innej gwiazdy. Oto człowiek, który przeżył miesiąc w męce i cierpieniu, wioząc garstkę uśpionych i zamrożonych osadników, kierując ogromnym, napędzanym światłem statkiem, przebywającym ogromną międzygwiezdną przestrzeń w obiektywnym czasie czterdziestu lat.

Ludzkość nauczyła się rozpoznawać żeglarzy po wyglądzie. Mocno stąpali po ziemi, całymi stopami. Szyją poruszali szybko, mechanicznie. Żeglarz nie był ani młody, ani stary. Czuwał nieprzerwanie od czterdziestu lat, dzięki nowemu środkowi, pozwalającemu na coś w rodzaju ograniczonej przytomności. Kiedy przesłuchali go psychologowie, najpierw dla stosownych władz Instrumentalności, potem dla mediów, było oczywiste, że według niego owe czterdzieści lat to mniej więcej miesiąc. Żeglarz nigdy nie zgłaszał się na lot z powrotem, bo naprawdę postarzał się o czterdzieści lat. W sferze nadziei i pragnień był młodym człowiekiem, który jednak zużył jedną czwartą swego życia na jedno nieprzyjemne doświadczenie.

Helen America szła wówczas na studia w Cambridge. Lady Joan’s College był najlepszym college’em dla kobiet w atlantyckiej części świata. Cambridge odbudowało swe prehistoryczne tradycje, a Neobrytyjczycy – swoje godne przodków i tradycji talenty inżynieryjne.