Księgi krwi

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Podzię­ko­wa­nia

2  Wstęp

3  Tom I Księga Krwi Nocny pociąg z mię­sem Papla i Jack Blues świń­skiej krwi Seks, śmierć i świa­tło gwiazd Mia­sta wśród wzgórz

4  Tom II Lęk Pie­kielne zawody Jacqu­eline Ess: jej wola i testa­ment Świa­dec­two Vas­siego (część pierw­sza) Świa­dec­two Vas­siego (część druga) Świa­dec­two Vas­siego (część ostat­nia) Skóry ojców Nowe zabój­stwo przy Rue Mor­gue

5  Tom III Syn celu­lo­idu Jeden. Tra­iler Dwa. Gwóźdź pro­gramu Trzy. Ocen­zu­ro­wane sceny Tru­pio­głowy król Spo­wiedź całunu (króla por­no­gra­fii) Kozły ofiarne Ludz­kie szczątki

Tytuł ory­gi­nału: Books of Blood, Volu­mes 1–3

Copy­ri­ght © 1985 by Clive Bar­ker

Copy­ri­ght for the Polish trans­la­tion © 2021 by Wydaw­nic­two MAG

Redak­cja: Syl­wia San­dow­ska-Dobija

Korekta: Elwira Wyszyń­ska

Ilu­stra­cja na okładce: Dark Crayon

Opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki: Piotr Chy­liń­ski

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer firmy Eli­bri

Wydawca:

Wydaw­nic­two MAG

ul. Kryp­ska 21 m. 63

04-082 War­szawa

tel./fax 22 813 47 43

www.mag.com.pl

Wyda­nie II

ISBN 978-83-66712-58-4

Wyłączny dys­try­bu­tor:

Dres­sler Dublin sp. z o. o.

ul. Poznań­ska 91

05-850 Oża­rów Maz.

tel. 22 733 50 10

www.dres­sler.com.pl

Dla mojej matki i ojca

Podzię­ko­wa­nia

Jestem winien wdzięcz­ność wielu ludziom. Nauczy­cie­lowi angiel­skiego z Liver­po­olu, Nor­ma­nowi Rus­sel­lowi, za wcze­sne zachęty; Pete’owi Atkin­sowi, Julie Blake, Dougowi Bra­dley­owi i Oli­ve­rowi Par­ke­rowi za dobre rady; Bil­lowi Henry’emu za oko zawo­dowca; Ram­sey­owi Cam­bel­lowi za szczo­drość i entu­zjazm; Mary Roscoe za misterne prze­tłu­ma­cze­nie moich hie­ro­gli­fów i Marie’Noelle Dada za to samo; Ver­no­novi Con­way­owi i Bry­nowi New­to­nowi za wiarę, nadzieję i łaska­wość; oraz Nan­ndu Sau­toy i Bar­ba­rze Boote ze Sphere Books.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Wstęp

„Stwór chwy­cił go za wargę i ode­rwał mię­śnie od czaszki, jakby ścią­gał komi­niarkę”. Na­dal tu jeste­ście?

Oto kolejny przed­smak tego, czego może­cie ocze­ki­wać od Clive’a Bar­kera: „Wszy­scy męż­czyźni, kobiety i dzieci w tej roz­wście­czo­nej wieży byli ślepi. Widzieli tylko oczami mia­sta. Bez­myślni, znali tylko myśli mia­sta. I w swej ogrom­nej, bez­względ­nej sile uwa­żali się za nie­śmier­tel­nych. Olbrzy­mich, sza­lo­nych i nie­śmier­tel­nych”.

Jak widzi­cie, Bar­ker to nie tylko nie­zwy­kle prze­ko­nu­jący, ale też upiorny wizjo­ner. Jesz­cze jeden cytat, z innego opo­wia­da­nia: „Czymże byłoby Zmar­twych­wsta­nie bez odro­biny śmie­chu?”.

Zacy­to­wa­łem to z roz­my­słem, jako ostrze­że­nie dla ludzi sła­bego serca. Jeśli lubi­cie hor­rory, które dodają otu­chy, dosta­tecz­nie nie­rze­czy­wi­ste, by nie dało się ich trak­to­wać poważ­nie, i dosta­tecz­nie zna­jome, by nie ryzy­ko­wać nad­we­rę­że­nia wyobraźni i prze­bu­dze­nia kosz­ma­rów, które, jak sądzi­cie, zdo­ła­li­ście bez­piecz­nie uśpić, książki te nie są dla was. Jeśli nato­miast zmę­czyły was histo­rie, które opa­tu­lają czy­tel­nika koł­derką i nim odejdą, spraw­dzają trzy razy, czy nocna lampka się pali, nie mówiąc już o dłu­giej para­dzie Dobrych Histo­rii Nie­źle Opo­wie­dzia­nych, mają­cych do zaofe­ro­wa­nia jedy­nie ele­menty wypo­ży­czone od lep­szych auto­rów grozy, o któ­rych czy­tel­nicy best­sel­le­rów ni­gdy nie sły­szeli, zapewne ura­du­je­cie się rów­nie mocno jak ja, odkry­wa­jąc, iż Clive Bar­ker to naj­ory­gi­nal­niej­szy autor grozy, jaki od lat poja­wił się na rynku, a także, w naj­lep­szym zna­cze­niu tych słów, naj­bar­dziej szo­ku­jący z obec­nie aktyw­nych pisa­rzy.

Opo­wie­ści grozy czę­sto uważa się za dogłęb­nie kon­ser­wa­tywne. I ow­szem, część naj­lep­szych przed­sta­wi­cieli tego gatunku można tak nazwać, ale podobne ten­den­cje dopro­wa­dziły także do powsta­nia mnó­stwa nie­od­po­wie­dzial­nych bzde­tów, i nie ma powo­dów, dla któ­rych cały gatu­nek miałby stale oglą­dać się za sie­bie. Kiedy w grę wcho­dzi wyobraź­nia, jedyną zasadą powi­nien być instynkt autora, a instynkt Clive’a Bar­kera ni­gdy nie zawo­dzi. Mówiąc (jak nie­któ­rzy auto­rzy grozy, według mnie w wyraź­nej defen­sy­wie), iż lite­ra­tura grozy w grun­cie rze­czy zaj­muje się przy­po­mi­na­niem nam o tym, co nor­malne, poprzez uświa­da­mia­nie, iż to, co nad­przy­ro­dzone i obce, wykra­cza poza normę, zbli­żamy się nie­bez­piecz­nie do stwier­dze­nia (poja­wia­ją­cego się w ustach kilku zna­nych wydaw­ców), iż musi ona trak­to­wać o zwy­kłych, prze­cięt­nych ludziach, sta­ją­cych w obli­czu obco­ści. Nie­bio­som dzięki, że nikt nie zdo­łał wmó­wić tego Poemu, i nie­bio­som dzięki za pisa­rzy rów­nie rady­kal­nych jak Clive Bar­ker.

Nie żeby Bar­ker z góry odrzu­cał wszyst­kie tra­dy­cyjne tematy, lecz kiedy z nimi koń­czy, ule­gają one grun­tow­nej prze­mia­nie. Seks, śmierć i świa­tło gwiazd to szczy­towe osią­gnię­cie w dzie­dzi­nie opo­wie­ści o nawie­dzo­nych teatrach, Ludz­kie szczątki są bły­sko­tli­wie ory­gi­nalną waria­cją na temat złego sobo­wtóra, lecz w obu tych opo­wia­da­niach autor roz­wija zna­jome tematy głę­biej i dalej niż kto­kol­wiek przed nim, docho­dząc do wnio­sków jed­no­cze­śnie mrocz­nie zabaw­nych i oso­bli­wie opty­mi­stycz­nych. To samo można rzec o Nowych zabój­stwach przy Rue Mor­gue, onie­śmie­la­jąco opty­mi­stycz­nej kome­dio-maka­bre­sce. Teraz jed­nak zapusz­czamy się na bar­dziej ryzy­kowne tery­to­rium rady­kal­nej, sek­su­al­nej otwar­to­ści Bar­kera. Sami osądź­cie, co dokład­nie ta i inne histo­rie mówią na temat róż­nych moż­li­wo­ści.

Uprze­dza­łem, że książki te nie są raczej prze­zna­czone dla osób sła­bych duchem i wyobraź­nią, i lepiej o tym pamię­tać, gdy pró­bu­jemy zmie­rzyć się z histo­riami takimi jak Nocny pociąg z mię­sem, opi­sana w tech­ni­ko­lo­rze opo­wieść zako­rze­niona głę­boko w tra­dy­cji krwa­wych fil­mów grozy, tyle że inte­li­gent­niej­sza i znacz­nie barw­niej­sza od nich. Kozły ofiarne, wyspiar­ska opo­wieść grozy, wyko­rzy­stuje banalny, zdub­bin­go­wany film grozy i kasetę wideo oraz pod­wod­nych zom­bie, a Syn celu­lo­idu bez ogró­dek mówi o bio­lo­gicz­nym tabu, z bez­po­śred­nio­ścią godną fil­mów Davida Cro­nen­berga. Należy jed­nak zauwa­żyć, że praw­dziwa moc tej opo­wie­ści to pobu­dze­nie wyobraźni. Podob­nie ma się rzecz z opo­wia­da­niami takimi jak Mia­sta wśród wzgórz (które zadaje kłam stwier­dze­niu powta­rza­nemu przez wielu auto­rów hor­ro­rów, że nie ist­nieją już ory­gi­nalne histo­rie grozy) i Skóry naszych ojców. Płodna wyobraź­nia autora przy­po­mina tu wiel­kich mala­rzy fan­ta­stów i w isto­cie nie potra­fię przy­wo­łać żad­nego współ­cze­snego pisa­rza naszego gatunku, któ­rego dzieła gło­śniej doma­ga­łyby się ilu­stra­cji. A to prze­cież nie wszystko: prze­ra­ża­jący Blues świń­skiej krwi; Lęk, balan­su­jący na cien­kiej linie pomię­dzy trzeźwą myślą i pod­glą­dac­twem, wła­ści­wym wszyst­kim dzie­łom poru­sza­ją­cym temat sady­zmu. Jest ich jesz­cze wię­cej, ale czas już, bym zszedł wam z drogi.

Przed wami leży nie­mal ćwierć miliona słów (bo mam nadzieję, że kupi­li­ście wszyst­kie trzy tomy; autor zapla­no­wał je jako jedną książkę), doko­nany przez autora wybór naj­lep­szych opo­wia­dań powsta­łych w prze­ciągu pół roku wie­czo­rami, pod­czas gdy za dnia zaj­mo­wał się pisa­niem sztuk teatral­nych (dodam, że wysta­wia­nych przy peł­nej widowni). Oso­bi­ście uwa­żam to za zdu­mie­wa­jące osią­gnię­cie i naj­bar­dziej od wielu lat eks­cy­tu­jący debiut w dzie­dzi­nie lite­ra­tury grozy.

 

Ram­sey Camp­bell Mer­sey­side, 5 maja 1983

Wszyst­kie nasze ciała to księgi krwi: Gdy nas otwo­rzyć, widać czer­wień.

Tom I

Księga Krwi

Zmarli mają auto­strady.

Owe bez­błędne szlaki pocią­gów duchów, sen­nych dyli­żan­sów prze­ci­nają pust­ko­wie poza naszym życiem, nio­sąc nie­koń­czące się tłumy bez­cie­le­snych dusz. W zła­ma­niach naszego świata, szcze­li­nach zro­bio­nych przez czyny pełne prze­mocy, gwałtu i okru­cień­stwa, sły­chać ich szum i pul­so­wa­nie. Wędru­ją­cych po nich nie­spo­koj­nych zmar­łych można dostrzec, gdy serce nie­mal nam pęka, wów­czas uka­zują się obrazy zwy­kle ukryte przed naszymi oczami.

Na owych auto­stra­dach nie brak dro­go­wska­zów, mostów i zato­czek. Są tam ronda i skrzy­żo­wa­nia.

I wła­śnie na tych skrzy­żo­wa­niach, gdy tłumy zmar­łych mie­szają się i łączą, zaka­zane auto­strady naj­bar­dziej zbli­żają się do naszego świata. Ruch na roz­sta­jach jest zawsze bar­dzo inten­sywny, a głosy umar­łych dźwię­czą naj­do­no­śniej. Kroki nie­zli­czo­nych stóp nie­mal zupeł­nie zatarły tutej­sze bariery oddzie­la­jące jedną rze­czy­wi­stość.

Jedno z owych skrzy­żo­wań na auto­stra­dzie zmar­łych leżało pod nume­rem 65 na Tor­ling­ton Place. Numer 65, zwy­czajna pseu­do­ge­or­giań­ska kamie­nica o cegla­nym fron­cie, pod żad­nym innym wzglę­dem nie wyróż­niał się spo­śród innych budyn­ków. Stary, nie­cie­kawy dom, pozba­wiony tanich wspa­nia­ło­ści, któ­rymi kie­dyś się szczy­cił, od ponad dzie­się­ciu lat stał pusty.

Lecz to nie wil­goć prze­pło­szyła loka­to­rów spod sześć­dzie­siątki piątki. Nie grzyb w piw­ni­cach ani osia­da­nie budynku, w wyniku któ­rego fron­towa ściana domu od progu aż po dach pękła, tylko odgłosy przej­ścia. Na gór­nym pię­trze hałas owej drogi ni­gdy nie usta­wał. Pękał od niego tynk na ścia­nach i paczyły się belki. Okna trzę­sły się w ramach. Umy­sły także się trzę­sły. Numer 65 przy Tor­ling­ton Place był nawie­dzony i nikt nie mógł dys­po­no­wać nim długo bez nara­ża­nia się na obłęd.

W jakimś momen­cie histo­rii w domu tym wyda­rzyło się coś strasz­nego. Nikt nie wie­dział dokład­nie kiedy ani co. Lecz nawet nie­wy­szko­lony obser­wa­tor natych­miast wyczu­wał dła­wiącą atmos­ferę tego domu, zwłasz­cza gór­nego pię­tra. W powie­trzu pod nume­rem 65 snuły się wspo­mnie­nia i zapo­wiedź krwi, woń, która zale­gała w zato­kach i poru­szała nawet naj­moc­niej­sze żołądki. Budynku i jego oto­cze­nia uni­kały szczury, ptaki, nawet muchy. W kuchni nikt nie natknął się na sto­nogę, na stry­chu nie gnieź­dził się żaden szpak. Cokol­wiek się tu stało, otwo­rzyło dom, tak jak nóż otwiera rybi brzuch, i przez owe cię­cie, ową ranę w świe­cie wyglą­dali zmarli i mówili co chcieli.

Tak przy­naj­mniej gło­siła pogło­ska.

* * *

Działo się to w trze­cim tygo­dniu docho­dze­nia pod sześć­dzie­siątką piątką przy Tor­ling­ton Place, po trzech tygo­dniach nie­wia­ry­god­nych suk­ce­sów w dzie­dzi­nie badań para­nor­mal­nych. Wyko­rzy­stu­jąc w roli medium nowi­cju­sza w tej dzie­dzi­nie, dwu­dzie­sto­latka Simona McNe­ala, wydział parap­sy­cho­lo­gii Uni­wer­sy­tetu Essex zare­je­stro­wał prak­tycz­nie nie­od­parte dowody ist­nie­nia życia po śmierci.

Młody McNeal, zamknięty w przy­po­mi­na­ją­cym kory­tarz klau­stro­fo­bicz­nym szczy­to­wym pokoju domu, naj­wy­raź­niej zdo­łał wezwać zmar­łych, a jego goście pozo­sta­wili ślady swo­ich wizyt, notatki spo­rzą­dzone setką róż­nych cha­rak­te­rów pisma na ścia­nach barwy jasnej ochry. Wyglą­dało na to, że zapi­sy­wali wszystko, cokol­wiek przy­szło im do głowy. Oczy­wi­ście swoje imiona i nazwi­ska, a także daty uro­dze­nia i śmierci. Urywki wspo­mnień, życze­nia dla żyją­cych potom­ków, dziwne, dwu­znaczne frazy, suge­ru­jące obecne cier­pie­nia i opła­ku­jące utra­cone roz­ko­sze. Nie­które litery były kan­cia­ste i brzyd­kie, inne deli­katne i kobiece. Mię­dzy uryw­kami poezji roman­tycz­nej poja­wiały się obsce­niczne rysunki i nie­do­koń­czone dow­cipy. Kiep­sko nakre­ślona róża. Gra w kółko i krzy­żyk. Lista zaku­pów.

Sławni zmarli także odwie­dzali ową ścianę pła­czu – był tam Mus­so­lini, Len­non i Janis Joplin – a także mnó­stwo nie­waż­nych, zapo­mnia­nych ludzi, któ­rzy pozo­sta­wili swe auto­grafy obok wiel­kich. Ów apel powszechny zmar­łych roz­ra­stał się z dnia na dzień, jakby wśród zagu­bio­nych ple­mion roz­cho­dziły się wie­ści wywa­bia­jące ich z ciszy, by pozo­sta­wili w tym pustym pokoju znak swej uświę­co­nej obec­no­ści.

* * *

Po całym życiu pracy w dzie­dzi­nie badań parap­sy­chicz­nych dok­tor Flo­re­scu aż za bar­dzo przy­wy­kła do bez­względ­nych fak­tów klę­ski. Czuła się nie­mal kom­for­towo w prze­ko­na­niu, iż ni­gdy nie zdo­bę­dzie twar­dych dowo­dów. Teraz w obli­czu nagłego, spek­ta­ku­lar­nego suk­cesu czuła jed­no­cze­śnie zachwyt i zamęt.

Sie­działa, tak jak wcze­śniej przez trzy nie­wia­ry­godne tygo­dnie, w głów­nym salo­nie środ­ko­wego pię­tra, który od pokoju napi­sów dzie­lił tylko jeden ciąg scho­dów, i nie­mal z naboż­nym podzi­wem słu­chała hała­sów dobie­ga­ją­cych z góry, led­wie śmie­jąc wie­rzyć, że wolno jej być świad­kiem tego cudu. Wcze­śniej zda­rzało się, że coś chwy­tało przy­nętę, że jej uszy wychwy­ty­wały fascy­nu­jące suge­stie gło­sów z innego świata, lecz teraz po raz pierw­szy kra­ina ta chciała, by ją usły­szano.

Na górze wszyst­kie dźwięki umil­kły.

Mary spoj­rzała na zega­rek: była 18.17.

Z jakichś przy­czyn, naj­le­piej zna­nych przy­by­szom, kon­takt zawsze koń­czył się nie­długo po szó­stej. Mary cze­kała do wpół do, po czym szła na górę. Co wyda­rzyło się dzi­siaj? Kto odwie­dził ów ponury pokoik i pozo­sta­wił swój ślad?

– Mam roz­sta­wić kamery? – spy­tał Reg Ful­ler, jej asy­stent.

– Pro­szę – mruk­nęła ode­rwana od roz­wa­żań.

– Zasta­na­wiasz się, co dziś znaj­dziemy?

– Dajmy mu dzie­sięć minut.

– Jasne.

Na górze McNeal przy­siadł ciężko w kącie pokoju, wyglą­da­jąc przez małe okienko na paź­dzier­ni­kowe słońce. Czuł się nieco odcięty, sam w tym prze­klę­tym miej­scu, lecz mimo to na­dal uśmie­chał się do sie­bie owym cie­płym, bło­gim, aniel­skim uśmie­chem, który potra­fił sto­pić nawet naj­bar­dziej aka­de­mic­kie serce. Zwłasz­cza serce dok­tor Flo­re­scu: o tak, ta kobieta zadu­rzyła się w jego uśmie­chu, oczach, zagu­bio­nej minie, jaką dla niej przy­bie­rał.

Dosko­nale się bawił.

W isto­cie od tego się wła­śnie zaczęło – od zabawy. Teraz Simon wie­dział, że to gra o więk­szą stawkę: coś, co z początku miało być swo­istym wykry­wa­czem kłam­stwa, zamie­niło się w nader poważne star­cie: McNeal prze­ciw Praw­dzie. Prawda bowiem była pro­sta: oszu­ki­wał. Zapi­sy­wał wszyst­kie wia­do­mo­ści od duchów na ścia­nie małymi kawał­kami gra­fitu, które ukry­wał pod języ­kiem, łosko­tał, walił i krzy­czał bez żad­nej pro­wo­ka­cji, jedy­nie z czy­stej, nie­ska­la­nej, łobu­zer­skiej zło­śli­wo­ści, a nie­znane nazwi­ska – to dopiero zabawa, za każ­dym razem śmiał się, gdy o nich myślał – nazwi­ska te znaj­do­wał w książ­kach tele­fo­nicz­nych.

O tak, to była naprawdę świetna zabawa.

Obie­cała mu tak wiele, kusiła sławą, zachę­cała do każ­dego kolej­nego wymy­ślo­nego kłam­stwa. Obiet­nice bogac­twa, sławy, wystę­pów w tele­wi­zji, podziwu, któ­rego wcze­śniej nie zaznał. Jeśli tylko zdoła wezwać duchy.

Znów się uśmiech­nął. Nazy­wała go swoim pośred­ni­kiem: nie­win­nym prze­kaź­ni­kiem wia­do­mo­ści. Wkrótce wdra­pie się po scho­dach – wbi­ja­jąc wzrok w jego ciało, słu­cha­jąc z żało­snym pod­nie­ce­niem jego bli­skiego łez głosu i zachwy­ca­jąc się kolejną serią naba­zgra­nych nazwisk i non­sen­sów.

Lubił, kiedy oglą­dała jego nagość, czy raczej nie­mal nagość: wszyst­kie sesje odby­wał ubrany jedy­nie w slipy, by wyklu­czyć podej­rze­nie, że ukrywa coś przy sobie. Idio­tyczne środki ostroż­no­ści. Wystar­czyły mu tylko kawałki gra­fitu pod języ­kiem i dość ener­gii, by mio­tać się dokoła przez pół godziny, rycząc ile sił w płu­cach.

Pocił się. Zagłę­bie­nie mostka lśniło od potu, włosy lepiły się do bla­dego czoła. Ciężko dziś haro­wał: nie mógł się już docze­kać chwili, gdy stąd wyj­dzie, opłu­cze się i przez jakiś czas będzie się napa­wał ich podzi­wem. Pośred­nik wsu­nął dłoń pod slipy i zaczął bez­myśl­nie zaba­wiać się sobą. Gdzieś w pokoju tkwiła uwię­ziona mucha, może nawet kilka much. Choć to późna pora roku na muchy, sły­szał je bli­sko. Brzę­czały i tłu­kły się o okno albo może o żarówkę. Sły­szał ich słabe musze gło­siki, ale nie zasta­na­wiał się nad nimi, zbyt zato­piony w myślach o roz­grywce i w pro­stej roz­ko­szy maso­wa­nia członka.

O, jakże brzę­czały owe bez­radne owa­dzie głosy, brzę­czały, śpie­wały, skar­żyły się. Jak bar­dzo się skar­żyły.

Mary Flo­re­scu zabęb­niła o stół dłu­gimi pal­cami. Jej ślubna obrączka tkwiła dziś luźno na palcu, czuła, jak poru­sza się w rytm ude­rzeń. Cza­sami była cia­sna, cza­sem luźna: jedna z tajem­nic, któ­rych ni­gdy do końca nie zana­li­zo­wała, a jedy­nie przyj­mo­wała jako coś oczy­wi­stego. W isto­cie dziś bar­dzo się polu­zo­wała, mogła nawet spaść. Mary pomy­ślała o twa­rzy Alana. Kocha­nej twa­rzy Alana. Myślała o niej, patrząc przez dziurę w obrączce, jakby spo­glą­dała w głąb tunelu. Czy tak wła­śnie wyglą­dała jego śmierć: odda­la­nie się coraz bar­dziej w głąb tunelu wio­dą­cego w mrok? Wsu­nęła obrączkę głę­biej na palec. Opusz­kami kciuka i palca wska­zu­ją­cego nie­mal czuła kwa­śny smak metalu, gdy jej dotknęła, co za nie­zwy­kłe, dziwne złu­dze­nie.

Aby prze­pę­dzić gorycz, pomy­ślała o chłopcu. Z łatwo­ścią, zbyt wielką łatwo­ścią przy­wo­łała jego twarz, która roz­lała się w świa­do­mo­ści swoim uśmie­chem i prze­cięt­nym wyglą­dem, wciąż nie­mę­skim. W isto­cie przy­po­mi­nał dziew­czynę, jego krą­gło­ści, słodka czy­stość cery – nie­win­ność.

Pal­cami wciąż doty­kała obrączki i kwa­śny posmak stał się wyraź­niej­szy, unio­sła wzrok, Ful­ler roz­sta­wiał sprzęt, jego łysie­jącą głowę ota­czał nimb falu­ją­cego, migo­tli­wego, zie­lon­ka­wego świa­tła, a Mary nagle zakrę­ciło się w gło­wie.

Ful­ler niczego nie widział, niczego nie sły­szał, pochy­lał się w sku­pie­niu nad swą pracą, Mary wpa­try­wała się w niego, widząc ota­cza­jącą go aure­olę, czu­jąc, jak budzą się w niej nowe wra­że­nia prze­pły­wa­jące przez całe ciało, powie­trze nagle wydało jej się żywe: same cząstki tlenu, wodoru, azotu tło­czyły się dokoła, przy­trzy­mu­jąc ją w czu­łym uści­sku. Nimb wokół głowy Ful­lera roz­ra­stał się, odnaj­du­jąc podobną świa­tłość w każ­dym przed­mio­cie w pokoju, nie­na­tu­ralne uczu­cie w jej opusz­kach także się roz­sze­rzało. Widziała kolor wła­snego odde­chu: …poma­rań­czowy błysk w bul­go­czą­cym powie­trzu. Sły­szała wyraź­nie głos biurka, przy któ­rym sie­działa: cichy jęk solid­nej, nama­cal­nej obec­no­ści.

Świat otwie­rał się przed nią, budząc w jej zmy­słach eks­tazę, wabiąc je w sza­leń­czy wir pomy­lo­nych ról, nagle umiała poznać świat jako sys­tem, nie poli­tyczny czy reli­gijny, lecz sys­tem zmy­słów, sys­tem, który roz­cho­dził się od żyją­cych ciał ku nie­oży­wio­nemu drewnu biurka, zasta­łemu złotu obrączki.

I dalej. Poza drewno, poza złoto. Przed nią otwarła się szcze­lina wio­dąca na auto­stradę, Mary sły­szała w gło­wie głosy nie­po­cho­dzące z żywych ust.

Unio­sła wzrok, czy raczej jakaś nie­znana siła bru­tal­nie odchy­liła jej głowę i Mary odkryła, że patrzy w sufit. Pokry­wały go robaki. Nie, to prze­cież absurd. Wyda­wał się jed­nak żywy, rojący się życiem – pul­su­jący, tań­czący.

Przez sufit widziała chłopca. Sie­dział na pod­ło­dze, ści­ska­jąc w dłoni swój ster­czący czło­nek. Głowę odchy­lił tak samo jak ona, podob­nie zagu­biony we wła­snej eks­ta­zie. Nowy wzrok Mary dostrzegł pul­su­jące w nim i dookoła jego ciała świa­tło – wyśle­dził namięt­ność przy­cza­joną w wąt­piach i roz­kosz roz­pły­wa­jącą się w gło­wie.

I dostrzegł w nim coś jesz­cze: kłam­stwo, brak mocy tam, gdzie – jak dotąd sądziła – kryło się coś cudow­nego. Nie miał zdol­no­ści roz­mowy z duchami i ni­gdy jej nie posia­dał, widziała to wyraź­nie. Był małym kłam­czu­chem, chłop­cem kłam­czu­chem, słod­kim, bia­łym chłop­cem kłam­czu­chem, pozba­wio­nym jakie­go­kol­wiek współ­czu­cia czy mądro­ści, które pozwo­li­łyby mu zro­zu­mieć, co ośmie­lił się uczy­nić.

 

Teraz nad­szedł koniec. Kłam­stwa już padły, sztuczki zostały ograne i ludzie na auto­stra­dzie, zbrzy­dzeni do szczętu tym, że ktoś drwi z nich i kła­mie w ich imie­niu, brzę­czeli w szcze­li­nie w ścia­nie, doma­ga­jąc się zadość­uczy­nie­nia.

Tę szcze­linę otwarła ona sama: nie­świa­do­mie gła­dziła ją i pod­wa­żała, odblo­ko­wu­jąc kawa­łek po kawałku. Uczy­niła to żądza, jaką czuła wobec chłopca: nie­koń­czące się myśli o nim, fru­stra­cja, pod­nie­ce­nie i nie­smak, jakie budziło, to one roz­sze­rzyły szcze­linę. Ze wszyst­kich mocy, które uka­zują ów sys­tem, miłość i jej towa­rzyszka namięt­ność, a także ich towa­rzyszka strata, oka­zały się naj­po­tęż­niej­sze. A ona sie­działa tu, uoso­bie­nie całej trójki, kocha­jąca, pra­gnąca i bole­śnie świa­doma nie­moż­no­ści owych uczuć, opa­tu­lona w cier­pie­nie uczu­cia, któ­rego sobie odma­wiała, wie­rząc, że kocha chłopca jedy­nie jako swego Pośred­nika.

Ale to nie była prawda! Nie! Pra­gnęła go, pra­gnęła teraz, głę­boko wewnątrz sie­bie. Tyle że było już za późno.

Dłu­żej nie dało się blo­ko­wać masze­ru­ją­cej masy: żądała ona, tak, wła­śnie żądała dostępu do małego sza­chraja.

A ona nie mogła temu zapo­biec, lecz jedy­nie jęk­nąć cicho ze zgrozą na widok otwie­ra­ją­cej się przed nią auto­strady i pojąć, że nie stoją by­naj­mniej na zwy­kłym skrzy­żo­wa­niu.

Ful­ler usły­szał jakiś dźwięk.

– Pani dok­tor? – Uniósł głowę znad sprzętu i jego twarz – zalana błę­kit­nym świa­tłem, którą dostrze­gała kątem oka – przy­brała pyta­jący wyraz. – Mówiła pani coś?

Ze ści­śnię­tym żołąd­kiem Mary pomy­ślała o tym, jak to się skoń­czy.

Ete­ryczne obli­cza umar­łych ryso­wały się wyraź­nie tuż przed nią. Widziała głę­bię ich cier­pie­nia i ze współ­czu­ciem rozu­miała, czemu tak bar­dzo chcą, by ich usły­szano.

Widziała wyraź­nie, że auto­strady krzy­żu­jące się przy Tor­ling­ton Place to nie zwy­kłe drogi. Nie oglą­dała pogod­nej, leni­wej wędrówki prze­cięt­nych umar­łych. Nie, dom otwie­rał się na szlak dostępny jedy­nie dla ofiar i spraw­ców prze­mocy. Dla męż­czyzn, kobiet i dzieci, któ­rzy umarli w męczar­niach prze­kra­cza­ją­cych wytrzy­ma­łość ner­wów, na ich umy­słach odci­snęły się pięt­nem oko­licz­no­ści wła­snej śmierci. Wymowne oczy bez słów mówiły o męczar­niach, na wid­mo­wych cia­łach wciąż pozo­sta­wały rany, które ich zabiły. Mary dostrze­gała także krą­żą­cych swo­bod­nie wśród nie­win­nych ich opraw­ców i rzeź­ni­ków. Te potwory, osza­leli, zacza­dzeni krwią mor­dercy, wyglą­dały na ten świat: stwory nie­ma­jące sobie rów­nych, nie­wy­po­wie­dziane, zaka­zane cuda naszego gatunku, gawę­dzące i zawo­dzące w swej wła­snej mowie niczym Żabro­łaki.

Teraz chło­pak nad nią też ich wyczuł. Zoba­czyła, jak obraca się lekko w mil­czą­cym pokoju, wie­dząc, że głosy, które sły­szy, to nie brzęk much, że skargi to nie skargi owa­dów. Nagle uświa­do­mił sobie, że żył w maleń­kim zakątku świata, a jego reszta, Trzeci, Czwarty i Piąty Świat, napie­rała na jego kłam­liwe plecy, nie­wzru­szona, wygłod­niała. Widok jego paniki miał dla niej także smak i zapach. O tak, czuła jego smak, tak jak pra­gnęła, ale ich zmy­sły połą­czył nie poca­łu­nek, lecz nara­sta­jąca panika. Wypeł­niła ją, jej empa­tia oka­zała się cał­ko­wita. Zalęk­nione spoj­rze­nie nale­żało tak do niego, jak i do niej – z ich zaschnię­tych gar­deł wyrwało się to samo ochry­płe, słabe słowo: „Pro­szę…”, któ­rego uczy się dziecko, „Pro­szę…”, które zapew­nia mu opiekę i podarki, „Pro­szę…”, które z pew­no­ścią muszą znać nawet duchy i nawet duchy muszą go posłu­chać.

Pro­szę…

Wie­działa jed­nak na pewno, że dziś nie znajdą podob­nej lito­ści. Te duchy całe wieki roz­pa­czały na swej auto­stra­dzie, nosząc rany, od któ­rych umarły, i obłęd, który je zamor­do­wał. Zbyt długo zno­siły jego bez­czel­ność i brak powagi, jego głup­stwa, wymy­sły, któ­rymi zaba­wiał się ich męczar­niami. Teraz chciały powie­dzieć prawdę.

Ful­ler przy­glą­dał się jej uważ­nie, jego twarz pły­wała teraz w morzu pul­su­ją­cego poma­rań­czo­wego świa­tła. Mary poczuła na skó­rze jego dło­nie, sma­ko­wały octem.

– Dobrze się pani czuje? – spy­tał, oddech miał jak żelazo.

Pokrę­ciła głową.

Nie, nie czuła się dobrze, nic nie było dobre.

Szcze­lina posze­rzała się z każdą sekundą: przez nią Mary widziała inne niebo, sza­ro­nie­bie­skie niebo zni­ża­jące się nad auto­stradą. Widok ten przy­tła­czał codzienną rze­czy­wi­stość domu.

– Pro­szę – rze­kła, uno­sząc wzrok ku bled­ną­cej mate­rii sufitu.

Sze­rzej. Sze­rzej. Kru­chy świat, w któ­rym miesz­kała, roz­cią­gnął się, prze­kra­cza­jąc gra­nice wytrzy­ma­ło­ści.

I nagle pękł niczym tama i czarne wody runęły przez wyrwę, zale­wa­jąc pokój.

Ful­ler wie­dział, że coś jest nie tak (dostrze­gła to w bar­wie jego aury, odbił się w niej nagły strach), ale nie rozu­miał, co się dzieje. Czuła, jak jego krę­go­słup drga, jak umysł pra­cuje gwał­tow­nie.

– Co się dzieje? – zapy­tał i żałość tego pyta­nia wzbu­dziła w Mary prze­możną chęć śmie­chu.

Na górze w pokoju słów dzba­nek z wodą pękł z trza­skiem.

Ful­ler puścił ją i pobiegł do drzwi. Gdy się zbli­żył, zaczęły trząść się i dygo­tać, jak gdyby z dru­giej strony dobi­jali się do nich wszy­scy miesz­kańcy pie­kieł. Gałka obra­cała się, obra­cała, obra­cała. Pod farbą two­rzyły się bąble powie­trza. Klucz roz­ża­rzył się do czer­wo­no­ści.

Ful­ler obej­rzał się na panią dok­tor, wciąż znie­ru­cho­miałą w gro­te­sko­wej pozie, z odchy­loną głową i okrą­głymi oczami.

Się­gnął do klamki, lecz drzwi otwarły się, nim zdą­żył jej dotknąć. Kory­tarz za nimi znik­nął bez śladu. Zamiast zna­jo­mego wnę­trza ujrzał auto­stradę cią­gnącą się aż po hory­zont. Widok ten w jed­nej chwili zabił Ful­lera. Jego umy­słowi zabra­kło sił, by ogar­nąć pano­ramę – nie potra­fił zapa­no­wać nad prze­ła­do­wa­niem wszyst­kich ner­wów ciała. Serce sta­nęło; rewo­lu­cja oba­liła porzą­dek orga­ni­zmu; pęcherz i zwie­ra­cze nie wytrzy­mały, koń­czyny, dygo­cząc, ugięły się pod nim. Gdy runął na pod­łogę, twarz pokryły mu pęche­rze, tak samo jak drzwi, a trup drżał niczym klamka. Już stał się obiek­tem nie­oży­wio­nym, rów­nie zasłu­gu­ją­cym na to upo­ko­rze­nie jak drewno czy stal.

Gdzieś na wscho­dzie jego dusza dołą­czyła do auto­strady ran­nych, zmie­rza­jąc w stronę skrzy­żo­wa­nia, gdzie chwilę temu zgi­nął.

Mary Flo­re­scu wie­działa, że została sama; nad nią jej cudowny chło­piec, jej piękne, kłam­liwe dziecko, zwi­jał się i wrzesz­czał, czu­jąc na ciele mściwe dło­nie umar­łych. Znała ich zamiary: widziała to w ich oczach – nie było w nich niczego nowego. W każ­dej histo­rii poja­wia się ta tra­dy­cyjna tor­tura. Miał posłu­żyć do zapi­sa­nia ich testa­men­tów. Miał stać się ich kartą, ich księgą, naczy­niem ich auto­bio­gra­fii. Księgą krwi. Księgą zro­bioną z krwi. Księgą zapi­saną krwią. Pomy­ślała o gri­mo­irach robio­nych ze skóry mar­twych ludzi: oglą­dała je, doty­kała. Pomy­ślała o tatu­ażach: nie­któ­rych oglą­da­nych na wysta­wach dzi­wo­lą­gów, innych u roze­bra­nych do pasa robot­ni­ków na ulicy, na któ­rych ple­cach wydzier­gano wia­do­mość prze­zna­czoną dla matek. Pisa­nie księgi krwi to nic nowego.

Ale na takiej skó­rze, tak wspa­nia­łej, lśnią­cej skó­rze – o Boże, co za zbrod­nia. Wrzesz­czał, gdy mor­der­cze igły ze strza­ska­nego szkla­nego dzbanka tań­czyły po jego ciele, orząc je niczym pługi. Mary czuła jego cier­pie­nia, jakby doświad­czała ich sama, i nie były aż tak straszne.

A jed­nak krzy­czał. I wal­czył, zasy­pu­jąc napast­ni­ków obsce­nicz­nymi wyzwi­skami. Nie zwra­cali na niego uwagi. Roili się dokoła, głusi na wszel­kie bła­ga­nia czy modli­twy, i pra­co­wali nad nim z entu­zja­zmem istot zbyt długo zmu­sza­nych do mil­cze­nia. Mary słu­chała, jak jego głos, zmę­czony cią­głymi skar­gami, słab­nie, i wal­czyła z cię­ża­rem stra­chu we wła­snych rękach i nogach. Czuła, że powinna dostać się do tego pokoju. Nie­ważne, co znaj­do­wało się za drzwiami bądź na scho­dach – on jej potrze­bo­wał i to wystar­czyło.

Wstała i poczuła, jak włosy uno­szą jej się z głowy, szar­piąc się i koły­sząc dokoła niczym węże Gor­gony Meduzy. Rze­czy­wi­stość falo­wała, płynna – Mary pra­wie nie widziała pod sobą pod­łogi. Deski domu zamie­niły się w wid­mowe drewno, zza nich roz­wie­rała się ku niej kipiąca zło­ścią ciem­ność. Spoj­rzała na drzwi, cały czas wal­cząc z letar­giem i sen­no­ścią, z któ­rych tak trudno było się otrzą­snąć.

Wyraź­nie nie życzyli sobie jej odwie­dzin. „Może – pomy­ślała – nawet odro­binę się mnie boją”. I myśl ta zmo­ty­wo­wała ją: czemu bowiem mie­liby pró­bo­wać ją zastra­szyć, jeśli nie dla­tego, że sama jej obec­ność po tym, jak otwo­rzyła dziurę w świe­cie, teraz mogła im zagro­zić?

Pokryte bąblami drzwi stały otwo­rem. Za nimi rze­czy­wi­stość domu pod­dała się cał­ko­wi­cie sko­wy­czą­cemu cha­osowi auto­strady. Mary prze­kro­czyła próg, sku­pia­jąc się na tym, jak jej stopy wciąż doty­kają solid­nej pod­łogi, choć oczy już jej nie widzą. Niebo nad jej głową miało barwę pru­skiego błę­kitu, auto­strada była sze­roka i wietrzna, ze wszyst­kich stron napie­rali na nią zmarli. Wal­czyła z nimi, prze­py­cha­jąc się naprzód niczym przez tłum żywych ludzi, a ich wyszcze­rzone, idio­tyczne twa­rze gapiły się na nią, nie­na­wi­dząc jej za to, że wtar­gnęła pośród nich.

„Pro­szę, pro­szę” już uci­chły. Teraz mil­czała, jedy­nie zaci­skała zęby i, mru­żąc oczy, wal­czyła z auto­stradą, uno­sząc przed sie­bie stopy, by odna­leźć rze­czy­wi­stość scho­dów, które tak dobrze znała. Gdy ich dotknęła, potknęła się i tłum ryk­nął. Nie wie­działa, czy śmieją się z jej nie­zgrab­no­ści, czy też ostrze­gają, jak daleko zaszła.