WdowaTekst

Autor:CJ Lyons
Z serii: Jericho and Wright #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dedykuję tę powieść Debrze i Toni,

dwóm najmądrzejszym, najmilszym i najodważniejszym kobietom, które miałam przywilej nazywać przyjaciółkami. Nie zrobiłabym tego bez was!

Głęboka zemsta jest córką głębokiej ciszy.

Vittorio Alfieri

ROZDZIAŁ 1

Doktor Leah Wright obejmowała dłońmi serce chłopca.

Zerknęła na twarz operowanego. Taki młody, taki spokojny. Niektórzy mogliby powiedzieć, że już był martwy, ale Leah nie należała do tych, którzy poddają się tak łatwo. Co on, u diabła, robił na ulicy, że został dźgnięty w serce w walentynkową noc?

– Niech pani doktor odpuści – powiedział jej gliniarz. Swoim radiowozem przywiózł chłopca do izby przyjęć Centrum Medycznego Dobrego Samarytanina Cambria City. Mimo szybkiego transportu z miejsca zdarzenia dzieciak nie wykazywał żadnych oznak życia, kiedy dotarli do Dobrego Sama. – Właśnie rozmawiałem z moim partnerem. – Pokręcił głową, zdejmując zakrwawione rękawiczki nitrylowe. – Niektórych ludzi nie warto próbować ratować.

Rezydent anestezjologii trzymał jedną rękę na tętnicy szyjnej chłopca, a drugą wtłaczał tlen do jego płuc. Jego grymas odzwierciedlał lęki Leah – serce dzieciaka zatrzymało się na zbyt długo; możliwe, że w chłopaku nie ma już nic do ożywienia.

– Nadal brak pulsu.

– Chwila. Zaczekaj. O tutaj. Znalazłam. – Palcem w rękawiczce Leah zatkała dziurę w prawej komorze serca chłopca. Pod maseczką, którą miała na twarzy, jej usta wygięły się w determinacji. Zignorowała dźwięki wokół siebie: alarmy monitora, rozmawiających ludzi, sapanie resuscytatora, który ściskał anestezjolog, i skupiła się na słuchaniu opuszkami palców, wytężając wszystkie zmysły, żeby odnaleźć choć odrobinę życia w zniszczonym sercu chłopca.

– Cewnik Foleya. Przygotuj krew zero minus, kiedy tylko nadmucham ten balonik.

Nakierowała cienki cewnik na ranę tylko przy użyciu dotyku. Było to dziwne uczucie, jej dłonie wewnątrz klatki piersiowej, pracujące na ślepo. Doświadczenie poza ciałem – naprawdę ciężkie przypadki wszystkie były takie. Czas zwalniał, zmysły się wyostrzały, cały świat zawężał się do surrealistycznej wizji tunelu absolutnego skupienia.

– Teraz. Nadmuchuj balon. Powoli. – Delikatnie wetknęła cewnik w mięsień serca, balon zatykał ranę od wnętrza komory. – Wtłocz krew. – To była ta trudna część: czekanie, aż uszkodzony narząd podejmie pracę. Wszyscy w pomieszczeniu zamilkli.

No dalej, popędziła nieruchome serce. Leah nie była przesądna ani zbytnio religijna, ale poczuła, że coś przeszło przez jej własne ciało – ktoś chodził po jej grobie, jak powiedziałaby ciocia Nellie.

– Elektrody wewnętrzne – zarządziła, gotowa użyć prądu, żeby przywrócić serce do życia. Kiedy pielęgniarka je podawała, Leah poczuła delikatny skurcz pod palcem. Pierwszy, potem kolejny. Wstrzymała oddech w nadziei, modląc się. – Czekaj. Mam coś.

Wszystkie oczy zwróciły się w stronę monitora. Krótki sygnał aktywności. A potem kolejne. Powolne i nieregularne, ale zdecydowanie widoczne. Czy to wystarczy?

– Masz cokolwiek? – zapytała anestezjologa.

Początkowo pokręcił głową, ale potem nagle uniósł podbródek i spojrzał jej w oczy.

– Mam puls!

Przybył zespół urazowy. Leah przekazała rezydentowi chirurgii wszystkie informacje na temat tego, co zrobili, by przywrócić chłopca do życia – nadal nie znała jego imienia.

– Zajmiemy się już wszystkim – powiedział rezydent, wychodząc. – Oby nadal zostało mu choć trochę mózgu, skoro trwało to tak długo.

To nie wina Leah, że przybył bez oznak życia. Czas jej zespołu od wejścia do przywrócenia krążenia oscylował w granicach rekordu.

– Dobra robota – pochwaliła ich, gdy wychodzili, zostawiając ją samą w nagle cichym pomieszczeniu.

Kiedy zmywała krew, która przesączyła się przez brzeg rękawiczek, zerknęła na zegar na ścianie. Prawie ósma, nadal może zdążyć. Dzwonienie do domu, zanim Emily pójdzie spać, to rytuał, którego starała się nigdy nie przegapić. Uśmiechnęła się do siebie. Jeśli dzisiaj Emily zapyta, czy kogoś uratowała, będzie mogła szczerze odpowiedzieć, że tak.

Drzwi otworzyły się z impetem.

– Kiedy się nauczysz, że zabawa w Boga nie należy do twoich obowiązków? – dobiegło ją ostre warknięcie z akcentem z Bronxu, z lekką naleciałością z Haiti. André Toussaint, ordynator oddziału urazowego i ratunkowego, a także szef szefów Leah, był niskim mężczyzną, niewiele wyższym od niej, z krótkimi siwymi włosami. Nawet kiedy był w dobrym nastroju, zachowywał się opryskliwie i dominująco – a po trzydziestu siedmiu latach pracy i z utwierdzoną pozycją w hierarchii szpitala uchodziło mu to na sucho.

Obrzuciła go gniewnym spojrzeniem.

– Dzieciak miał umrzeć w drodze na blok?

– Tu nie chodzi o jednego dzieciaka, ale o to, że traktujesz każdego pacjenta, jakbyś osobiście siłowała się na rękę z Bogiem. To rażący brak szacunku dla potrzeb szpitala i wszystkich jego pacjentów, że nie wspomnę o społeczności, której służymy. Przez twojego niedoszłego gwałciciela teraz urazówka jest zamknięta. Opustoszy nasz bank krwi, a opieka nad nim zajmie wiele godzin pielęgniarkom i ekipie sali operacyjnej, a ponieważ mój zespół jest aż tak dobry, uda mu się opuścić blok i zajmie nasze ostatnie łóżko na OIOM-ie, i to zapewne na wiele dni. A wszystko to na nic. Bo wiesz tak dobrze jak ja, że brak akcji serca trwał zbyt długo.

Leah ledwo usłyszała drugą połowę jego tyrady; zatrzymała się na jednym słowie. Gwałciciel? Gwałciciel? Policjant wspominał coś, że niektórym należy dać umrzeć, ale Leah była zbyt zajęta ratowaniem chłopakowi życia, żeby słuchać.

– Myślałam, że był ofiarą…

– Jestem zaskoczony, że miałaś czas myśleć, skoro byłaś tak zajęta wskrzeszaniem Łazarza. Gliniarze powiedzieli ci, w jakich okolicznościach został dźgnięty? Zaatakował dziewczynę na parkingu… groził jej nożem, ale jakiś człowiek wkroczył do akcji.

– Ja… nie wiedziałam. – Leah nadal nie mogła pojąć, że taki dzieciak mógł być gwałcicielem. Był cholernie młody. Pamiętała, że kiedy rozcięli jego ubrania, odkryli wałeczki dziecięcego tłuszczu, a jego bladą skórę znaczył trądzik. Boże, co za strata. Euforia z triumfu nad śmiercią została zastąpiona przez okropną sensację głęboko w trzewiach. Przełknęła z trudem ślinę, po czym zwróciła się do Toussainta z wysoko uniesioną głową, nie zamierzała dać się zastraszyć. Zrobiła tylko to, co słuszne. – Nie ma znaczenia, kim był ani co robił, kiedy został ranny. Moim zadaniem jest zająć się każdym pacjentem najlepiej, jak…

– Wiesz, jaki jest twój problem? – wszedł jej w słowo. – Myślisz wąskotorowo. Nie dostrzegasz szerszego obrazu. Powinnaś była pomyśleć, co przywrócenie go do życia przyniesie wszystkim. Trzeba było stwierdzić zgon, wtedy może uratowalibyśmy kilka istnień dzięki jego narządom. Przynajmniej życie tego dzieciaka byłoby coś warte. – Toussaint pochodził ze starszego pokolenia chirurgów i wydawał się sądzić, że jego trudna droga z południowego Bronxu dawała mu prawo zachowywania się jak sędzia i ława przysięgłych w stosunku do pacjenta… oraz wszystkich, którzy go leczyli.

Leah zesztywniała, słysząc to jawne wyzwanie.

– Pozwoliłbyś mu po prostu umrzeć? Ze względu na to, o co go oskarżają?

– Nie. Nie przez jego przewinienia. – Pokręcił głową. – Dlatego że muszę myśleć o najlepszym interesie wszystkich. W tym tego dzieciaka i jego rodziny – jakości życia, jakie będzie wiódł. Albo nie. Wiesz to równie dobrze jak ja. Młody ma zerowe szanse na wyzdrowienie. Nie mamy takich zasobów do zmarnowania.

– Nie jestem księgową…

– Marne pocieszenie dla następnego biedaka, którego odeślemy, bo będziemy zbyt zajęci utrzymywaniem przy życiu twojego cudu. – Zadzwonił jego telefon. – Tak, już idę. – Rozłączył się. – Muszę iść na blok, dokończyć to, co zaczęłaś. Widzimy się w przyszłym tygodniu na konferencji Zachorowalność i Śmiertelność, na której uzasadnisz swoje decyzje. – Otworzył drzwi. – Naprawdę powinnaś pomyśleć nad przyjęciem pracy w Centrum Interwencji Kryzysowej. Mnóstwo beznadziejnych przypadków, o które można walczyć, nie ryzykując niewinnych istnień. – Usatysfakcjonowany, że miał ostatnie słowo, zarzucił połą fartucha, odwracając się, i odmaszerował jak miniaturowy kogut.

Leah patrzyła za nim. Cotygodniowa konferencja Zachorowalność i Śmiertelność gromadziła całą ekipę medyczną, omawiano na niej przypadki, w których coś poszło nie tak, żeby w przyszłości zapobiec takim sytuacjom. Z założenia miała charakter edukacyjny, ale czasem zmieniała się w publiczny lincz.

Opuściła urazówkę, nie nawiązując z nikim kontaktu wzrokowego, pewna, że policzki jej płonęły po oskarżeniach Toussainta. Dotarła do stanowiska pielęgniarek i zobaczyła kolejkę do badania. Nie tak źle jak na walentynki – ktokolwiek wymyślił święto obowiązkowych randek w środku lutego, nie spędził nigdy zimy w górach środkowej Pensylwanii. Na szczęście pogoda była dzisiaj dobra, żadnego śniegu w prognozie na najbliższy dzień lub dwa. Zerknęła na zegarek: siedem po ósmej.

– Nancy, biorę pięć minut przerwy.

– Pozdrów ode mnie Emily – odparła oddziałowa. Ekipa oddziału ratunkowego zawsze starała się zwalniać Leah na jej wieczorną rozmowę z Emily – jej własną receptę na przetrwanie dwunastogodzinnego dyżuru. – Co Ian przygotował dla ciebie na walentynki?

 

– Nie mam pojęcia. Powiedział, że to będzie niespodzianka.

Nancy i Jamil, recepcjonistka oddziałowa, wymieniły spojrzenia.

– Wymiana oleju. Jak w zeszłym roku.

– Mam nadzieję – powiedziała Leah. – Nie cierpię tego robić, zwłaszcza zimą.

Ruszyła w stronę tylnych drzwi oddziału i użyła identyfikatora, by dostać się do pokoju, który dzieliła z trzema innymi lekarzami. Szybko wybrała numer Iana.

– Nadal nie śpi?

– To ja, mamusiu! – Emily krzyknęła tak głośno, że Leah musiała odsunąć słuchawkę od ucha. – Nabrałam cię. Tatuś pozwolił mi odebrać.

– Nabrałaś mnie. Jak ci minął dzień?

– Dostałam walentynki od każdego z klasy. A do tego specjalną od tatusia. I zrobiłam jedną dla ciebie. Wisi na lodówce.

– A oto specjalny walentynkowy buziak ode mnie. – Leah cmoknęła głośno do słuchawki. – Złapałaś?

– Tak. Och, tatuś pozwolił mi zrobić nową grę – grające krzesła. Układasz je w wysoką wieżę, ale czasem możesz użyć tylko dwóch nóg albo jednej i musisz właściwie je ułożyć i uważać na te na dole, bo przesuwają się, kiedy Ziemia się obraca, ale jeśli jesteś naprawdę dobra, możesz dojść aż do Księżyca!

– Wiesz, dzisiaj była ładna pogoda, mogłaś pobawić się na dworze, zamiast siedzieć przed komputerem. – Leah zanotowała sobie w pamięci, żeby porozmawiać o tym z Ianem – jego sposób na „zabawę” przeważnie sprowadzał się do uczenia Emily nowych komputerowych umiejętności zamiast robienia tego, co normalne sześciolatki uważają za zabawę. Ta dwójka potrafiła odpłynąć na całe godziny, z głowami pochylonymi nad ekranem, mówiąc w swoim własnym języku – niezrozumiałym dla Leah – tworząc własny wirtualny świat, pozostawiając ją za sobą, zakotwiczoną w rzeczywistości.

– Kiedy wrócisz do domu? – zapytała Emily.

– Będziesz już spała. Jaką piżamkę masz dzisiaj na sobie?

– Fioletową w kropki! Ale o której?

– Kończę pracę o północy. Więc jakoś potem, nie jestem pewna. Dlaczego pytasz?

Leah praktycznie usłyszała jej grymas przez telefon.

– Północ to znaczy jutro. Przegapisz walentynki.

– Coś ci powiem. Bądź grzeczną dziewczynką i idź do łóżeczka po dwóch historyjkach…

– Jedna dla mnie i jedna dla Misia Tulisia?

– Właśnie. A ja wstanę rano i urządzę ci specjalny walentynkowy dzień po śniadaniu, dobrze?

– Tak! Dobrze, masz tatusia. Dobranoc.

Usłyszałam szelest, kiedy podawała telefon Ianowi.

– Dobry dzień? – zapytał.

– W kwestii pacjentów, w porządku. Jednak z Toussaintem znowu jestem na wojennej ścieżce. Chce, żebym ponownie rozważyła pracę dla Centrum Kryzysowego. – Wzięła głęboki oddech, próbując odsunąć myśli o Toussaincie; w żadnym razie nie chciała zniszczyć tych kilku minut czasu dla rodziny rozmową o szefie idiocie.

– To oznaczałoby mniej nocnych zmian – przypomniał jej Ian. Wykładał cyberochronę w college’u i przejął większość opieki nad Emily. Opanował przy tym wiele umiejętności, o których Leah nawet nie mogła marzyć: robienie fryzur Emily, przebieranie jej za księżniczkę czy pieczenie babeczek bez alergenów na szkolne urodziny. Nie było dnia, w którym Leah nie zastanawiałaby się, co takiego zrobiła, żeby na niego zasłużyć – albo na ich piękną, genialną córkę.

– Tak, ale również mniej pieniędzy. – Pomijając kredyt studencki, pieniądze nie stanowiły problemu. Centrum Interwencji Kryzysowej to część izby przyjęć, która zajmowała się ofiarami; przeprowadzają oceny kryminalistyczne – badanie ofiar przemocy seksualnej, specjalistyczne wywiady dla policji – a potem przedstawiają te dowody w sądzie. Na tę chwilę ludzie z izby przyjęć na zmianę nadzorowali w CIK pracę pielęgniarki przepytującej ofiary przemocy seksualnej oraz pracowników socjalnych. Ale Toussaint chciał, żeby jedna osoba zajęła się tym wszystkim jako dyrektor medyczny. Leah była najnowszym pracownikiem izby przyjęć – pracowała w Dobrym Samie dopiero od czterech lat – i miała wszystkie wymagane kwalifikacje, których część ze starszych pracowników nie uzyskała, więc to na nią wywierano presję, żeby przyjęła tę pracę. Nikt nie chciał tej roboty. Nie ratowało się życia w CIK.

– Poczekasz na mnie? – zapytała Iana.

– Oczywiście. Chcę widzieć twoją minę, kiedy zobaczysz moją niespodziankę. – Zawahał się. – A potem musimy porozmawiać.

– Co się stało? Piec znowu się zepsuł? – Ostatni raz już i tak nadszarpnął ich budżet. Leah podniosła wzrok, kiedy Nancy zastukała w drzwi gabinetu. – Muszę iść. Możemy porozmawiać później? Ale nie dzisiaj, musisz jeszcze rozpakować mój prezent dla ciebie – powiedziała uwodzicielskim tonem, zadowolona, że znalazła czas, by zrobić zamówienie w Victoria’s Secret.

– Jasne. Tak – odparł bezbarwnym tonem, jak nieobecny duchem.

– Co się dzieje? Wszystko w porządku? – Milczał przez długi czas. Leah potarła dłonią o udo, delikatna bawełna jej fartucha działała kojąco. Ona i Ian byli razem od ośmiu lat, ale czasami – zwykle bez dobrego powodu – nawiedzała ją nagła fala lęku, sprawiając, że stawała się podenerwowana jak na pierwszej randce. Bała się, że jedno małe potknięcie i straci go na zawsze. – Nic ci nie jest?

– Co? Oczywiście, że nie. To tylko praca. – Jego ton stał się pogodniejszy. – I masz rację. Dzisiejszy wieczór jest dla nas, dla ciebie i dla mnie. Potem poradzimy sobie z resztą świata. Kocham cię.

Rozłączył się. Leah wpatrywała się w telefon, biorąc kilka głębokich oddechów. Nie miała powodów, żeby wątpić w Iana – był dla niej skałą, opoką, dodawał jej otuchy przy niezliczonych głupich, wymyślonych lękach i obawach, które nawiedzały ją od dziecka. Nic nie mog­ła na to poradzić; dzieciństwo spowodowało, że zawsze dochodziła do najgorszych możliwych wniosków.

– Maniaczka kontroli – zrugała samą siebie, wracając na ostry dyżur. Pesymizm czynił z niej lepszego lekarza pierwszej pomocy, nigdy nie przyjmowała niczego za pewnik, ale wiedziała, że to czasami sprawiało, iż nie była najlepszą żoną i matką. Zamiast wyobrażać sobie każdą możliwą katastrofę, do której Ian mógł się odnosić, zmusiła się, by skoncentrować się na uśmiechu, którym ją powita, kiedy wróci do domu.

Reszta nocy minęła szybko, aż wreszcie skończyła badać ostatniego pacjenta, wypełniła dokumenty i przekazała wszystko następnemu dyżurującemu. Było dwadzieścia minut po północy, szła przez oddział w stronę swojego samochodu, kiedy recepcjonistka, trzymając telefon przy uchu, zawołała ją ze swojego miejsca przy kontuarze. Wskazała na bukiet czerwonych róż owiniętych w celofan i zielony papier, które leżały na blacie.

– To przyszło dla ciebie.

– Od Iana? – Ian nigdy nie wysyłał jej kwiatów na walentynki.

– Przepraszam, nie widziałam. Ktoś je tu po prostu zostawił, nie jestem pewna kiedy.

Leah przeszukała kwiaty, aż znalazła karteczkę. Na kopercie było nadrukowane jej imię. Karteczka w środku również zawierała nadruk: W domu czeka na ciebie niespodzianka.

Żadnego podpisu, ale jeśli Ian zamówiłby to w szpitalnym sklepie z podarunkami, nie byłoby żadnego. Zaciągnęła się delikatną wonią kwiatów. Musiał usłyszeć jej frustrację podczas wcześniejszej rozmowy i zamówił kwiaty, żeby wywołać jej uśmiech.

Skierowała się do podziemnego garażu, nagle poczuła się wykończona, chciała tylko znaleźć się w ramionach Iana. Jej subaru forester był zaparkowany na zarezerwowanym miejscu, ale nie tak, jak go zostawiła, tyłem, tylko przodem. Był też wyczyszczony na błysk, bez zimowych śladów soli.

Leah uśmiechnęła się szeroko. Zdecydowanie Ian tu był. I dał jej dokładnie to, czego chciała. Wsiadła do

SUV-a i położyła kwiaty na siedzeniu pasażera, gdzie czekał już na nią rachunek od mechanika. Olej wymieniony, koła wyważone, wszystkie zaległe roboty konserwacyjne wykonane, załatwiony przegląd oraz mycie. Odchyliła się na oparcie i zaciągnęła zapachem prawie nowego samochodu. Najlepszy możliwy prezent walentynkowy.

Ian zawsze wiedział, jak wywołać uśmiech na jej twarzy. Dobry nastrój nie opuszczał jej przez całą drogę z Dobrego Sama do ich miejskiego domu w przerobionym wiktoriańskim stylu przy Jefferson Street. Wjechała na wąski podjazd, wyłożony zabytkową kostką, która za nic nie dawała się przykryć nowoczesnym materiałem. Chodnik prowadzący ze starej powozowni, która obecnie służyła im za garaż, został świeżo odśnieżony i posypany solą.

Leah nuciła pod nosem, niosąc róże przez maleńki ogród z pozostałościami śniegu, który spadł w ostatnich dniach. Światło księżyca przesączało się przez chmury, dając uśpionym kwiatom niebieskawą poświatę, kiedy cienie tańczyły, odbijając się od śniegu.

Wspięła się na schodki do tylnego wejścia, otrzepała buty, żeby pozbyć się soli, która mogła na nich pozostać, i wyciągnęła rękę, by włożyć klucz w zamek drzwi kuchennych. Nie były zamknięte na klucz. Co więcej, pozostawały lekko uchylone, jakby ktoś chciał je zamknąć, ale nie popchnął wystarczająco mocno, żeby zamek załapał. Może Ian wynosił śmieci?

Niespodziewany dreszcz przebiegł jej ciało, zimowy sztylet przebił się przez wełnianą kurtkę. Otworzyła drzwi. Światła w kuchni były wyłączone – również niezwykłe zjawisko. Ian zawsze zostawiał dla niej światło. Nacisnęła włącznik.

I wtedy zobaczyła krew.

ROZDZIAŁ 2

Leah przebiegła wzrokiem niewielką staromodną kuchnię.

– Ian?

Na blacie kuchennym znajdowała się maleńka smuga krwi. Jedno z krzeseł leżało na podłodze pod stołem z metalowymi nogami i blatem z czerwonej płyty winylowej. Kropelki krwi odbijały się czerwienią od stosu serwetek latających w przeciągu wywołanym przez wciąż otwarte drzwi. Obok kuchenki leżał przewrócony stojak na noże, które błyszczały w świetle lampy fluorescencyjnej, ponieważ częściowo się wysunęły. Żadnego nie brakowało.

Czy Ian się zaciął? Ale w takim razie dlaczego odłożył nóż? Dlaczego nie wziął apteczki, którą trzymała w szafce obok zlewu? Myśli przelatywały przez głowę Leah, a ona odsuwała te, których nie chciała do siebie dopuścić. Zrobiła krok do przodu, ale pozostawiła drzwi otwarte na nocny chłód, praktycznie nie czuła twarzy ani stóp. Nie powinna marnować ciepła – rachunek za prąd zwali z nóg. Powinna zamknąć drzwi… Dlaczego tego nie zrobiła?

– Ian?! – zawołała, tym razem głośniej. Dotknęła drzwi za sobą, jakby chciała je zamknąć, i zamarła z jedną dłonią na klamce, w drugiej wciąż trzymając róże, poziom adrenaliny w jej organizmie rósł, wszystko jej mówiło, żeby wyszła. Zmusiła się do odsunięcia prymitywnych emocji, skupiając się na tym, co wydarzyło się tutaj. Emily? Czy to właśnie ona została ranna? Nie. Ian zadzwoniłby do Leah albo przywiózł Em na ostry dyżur. Więc… gdzie on był? Czy z Emily wszystko w porządku?

Wtedy zauważyła więcej smug krwi na powierzchni lodówki. Nie przypominały za bardzo odcisków palców Emily, kiedy ta robiła pracę plastyczną do szkoły na walentynki. Leah zamarła, wsłuchując się w dom. Tonął w ciszy. A jednak można było wyczuć jakieś zakłócenie, słabą wibrację, zbyt długo wstrzymywany oddech przed westchnieniem. Kiedy nabrała powietrza, jej nozdrza wypełnił swąd czegoś bardziej prymitywnego niż krew. Strach. Nawet coś więcej. Przerażenie.

Dlaczego nie zamknęłaś drzwi, Leah? Wewnątrz domu przebywała chwilę i walczyła z potrzebą wybiegnięcia. Ucieczki. Właśnie dlatego zostawiła otwarte drzwi.

– Ian! – krzyknęła, czując ucisk w krtani. Żadnej odpowiedzi. Zrobiła kolejny krok w głąb kuchni, wyciągając z kieszeni telefon.

Musiała się zmusić, żeby zajrzeć do jadalni. Pusta. I ciemna. Nie było nawet poświaty ze schodów. Nigdy w nocy nie wyłączali tego światła – na wypadek gdyby Emily musiała wstać do toalety.

Ręce jej drżały, gdy włączała światło w jadalni.

Krew znaczyła ściany aż po sam sufit. Kryształki żyrandola odbijały szkarłat na kremowych ścianach, krwistoczerwone światełka tańczyły na obrusie. Jedno z krzeseł było roztrzaskane, nogi leżały między kryształową wazą a świecznikami.

Emily. Musiała dostać się do Emily.

– Dziewięćset jedenaście, co się stało?

Leah spojrzała na telefon, nie pamiętała nawet, że wybrała numer. Było tak, jakby jej mózg podzielił się na dwie części: jedna odbierała wszystkie szczegóły wokół niej, świadomość była zaburzona przez szok i zdumienie; druga podążała za dobrze wytrenowanymi instynktami, przejmując kontrolę.

– Myślę, że ktoś włamał się do mojego domu – powiedziała operatorce, gdy już podała adres i nazwisko, w razie gdyby przerwano połączenie. – Wróciłam do domu i tylne drzwi były otwarte. W kuchni jest krew, a mój mąż nie odpowiada. Nie mogę go znaleźć. – Gardło zacisnęło się jej ze strachu. Zmusiła się do oddechu. Skup się, Leah. – Są ślady walki.

 

– Proszę pani. – Głos operatorki przebił się przez panikę. – Proszę opuścić dom. Teraz. Pomoc jest już w drodze.

– Nie mogę – szepnęła. Nawet kiedy mówiła, szła powoli w kierunku schodów prowadzących na piętro, do ich sypialni… i Emily. Chciała zawołać jej imię, ale powietrze nie mogło przedrzeć się przez gulę, którą miała w gardle. – Moja córka. Muszę znaleźć…

– Nie. Proszę pani. Leah. Posłuchaj mnie. Musisz opuścić dom. Zaczekaj na policję. Będą tam za kilka minut.

Leah kroczyła po schodach, nie dbając o to, ile robi hałasu ani kogo obudzi, modliła się, żeby obudzić kogokolwiek, żeby to wszystko okazało się pomyłką, snem albo jakimś chorym żartem. Czeka na ciebie niespodzianka, głosił napis na bileciku. Zerknęła w dół, na bukiet w wolnej ręce. Upuściła go, z odrętwieniem patrząc, jak kwiaty turlają się po schodach, krwistoczerwone płatki znaczyły stopnie.

– Wyjdź z domu, Leah – nakazała operatorka.

– Nie mogę. – Było to zarówno błaganie o pomoc, jak i stwierdzenie faktu.

Przycisnęła telefon do ucha, chwyciła balustradę i obróciła się w stronę korytarza. Drzwi były otwarte. Żadnego światła poza upiorną poświatą telefonu. Powietrze cuchnęło krwią.

Włączyła światło w korytarzu. Nastąpiła na coś, co przyciągnęło jej uwagę. Ciemna lepka krew utworzyła niewielką kałużę. Więcej smug i kropli znaczyło drewnianą podłogę korytarza, która nagle wydała się jakaś inna, rozciągnięta na nienaturalną długość. Widzenie tunelowe. Wpływ adrenaliny, wraz z hukiem, który wypełniał jej mózg. Jednak znajomość przyczyny nie pomogła jej falującej piersi i trzęsącym się dłoniom. Podniosła wzrok. Rozmazane ślady dłoni, jeden tak blisko, że widziała starą bliznę w kształcie półksiężyca u podstawy prawego kciuka Iana. Zakrztusiła się, powstrzymując krzyk.

– Leah? – odezwała się operatorka. – Zostań ze mną. Wyszłaś z domu?

Leah ledwo rejestrowała bezcielesny głos dobiegający z telefonu. Gładź na ścianach korytarza była popękana w kilku miejscach – zbyt dużych jak na cios pięścią, może uderzyła czyjaś głowa? Z niektórych wgnieceń wystawało stare okablowanie albo kawałki izolacji. Jak lunatyk w transie, podążała za śladami zniszczeń. Emily. Musiała dostać się do Emily.

Miała wrażenie, że wszystko rozgrywa się w zwolnionym tempie, a zarazem była świadoma, że porusza się za szybko, by dobrze ocenić zagrożenie, które mogło pojawić się za nią. Każda komórka jej ciała krzyczała, żeby szła szybciej, szybciej. Czy intruz nadal tu był? Czy czekał na nią w pokoju Emily? Czy znajdował się tuż za nią gotowy, żeby zaatakować? Gdzie był Ian? Emily… proszę, Boże… Emily.

Ślady krwi prowadziły do drzwi pokoju Emily na samym końcu korytarza. Tak dużo krwi. Drzwi były uchylone, lampka Emily z Wesołym Hipciem oświetlała różowy dywanik jasnymi czerwonymi i żółtymi gwiazdkami.

– Leah – powiedziała operatorka. – Już prawie tam są. Gdzie jesteś? Muszę wiedzieć, gdzie jesteś, żeby poinformować funkcjonariuszy.

Leah nie odpowiedziała, skupiła całą uwagę na dywaniku w kolorze gumy balonowej i ciemnoczerwonych plamach na jego powierzchni. Otworzyła drzwi szeroko, trzymając jedną rękę na klamce, drugą uchwyciła kilka świecących gwiazdek i sapnęła. Na łóżku Emily leżał stos jej pluszowych zabawek, pościel była w nieładzie. Pusto. Ani śladu Emily.

Ale nie to sprawiło, że zatoczyła się do tyłu, uderzając w futrynę. Zamrugała, jakby prosty refleks mógł wymazać to, na co patrzyła, i zresetować rzeczywistość.

Ian siedział na podłodze oparty o łóżko Emily. Miał na sobie piżamę w Ciekawskiego George’a, którą córka dała mu na gwiazdkę, jasnożółta flanela poznaczona była plamami krwi. Głowa spoczywała na jednym ramieniu, wykręcona pod nienaturalnym kątem, twarz miał posiniaczoną i opuchniętą, wyglądała jak groteskowa maska. Jedną dłoń przyciskał do brzucha, jego obrączka mieniła się w świetle lampki nocnej.

Leah opadła na kolana i podczołgała się do niego. Puls, czy miał puls? Ale wiedziała, zanim jeszcze go dotknęła, że będzie zimny i martwy.

– Emily! – Jej głos odbijał się od ścian i wracał jako głuche dudnienie, ledwo przebijające się przez łomotanie serca. Odwróciła się. Poza okaleczonym ciałem Iana nie było tam żadnych oznak walki. Biblioteczka Emily, jej skrzynia na zabawki, komoda, wszystko wyglądało na nietknięte, drwiąc z Leah.

Potem usłyszała delikatny dźwięk, jak szelest zwierzątka ukrywającego się przed drapieżnikiem, dobiegający spod łóżka. Leah położyła się płasko na podłodze, ignorując krew, której musiała dotknąć, skierowała telefon w stronę ciemności. Emily zwinęła się w kłębek, starając się być jak najmniejszym celem, ukryła się w najdalszym rogu. Poza zasięgiem Leah.

– Jestem tutaj – szepnęła Leah. – Emily, spójrz na mnie. Wszystko w porządku.

Emily mocno zaciskała powieki, dłonie zwinęła w piąstki, które przykładała do ust. Nie poruszała się.

– Emily – spróbowała ponownie. – To mamusia. – Leah usłyszała odległy dźwięk syren. Zignorowała je. W tej chwili córka jej potrzebowała i znajdowała się za daleko.

Zrobiła to, co uczyniłaby każda matka. Popełzła przez krew martwego męża do swojej córki.

Przestrzeń pod łóżkiem Emily była tak zabałaganiona, że Leah ledwo mogła się ruszyć. Nie pomagał fakt, że musiała łapczywie chwytać powietrze, pierś zacisnęła się, a każdy oddech był jak tykająca bomba gotowa do eksplozji.

Emily nie wyciągnęła do niej rączek, nie odpowiedziała w żaden sposób, kiedy złapała ją za kostkę. Spróbowała raz jeszcze, wyciągając się mocniej, aż udało jej się chwycić łokieć Emily. Dziewczynka nadal miała zamknięte oczy, rączki przyciskała do twarzy, całe jej ciało drżało od cichych, zduszonych, ledwo słyszalnych szlochów.

– Jestem tutaj, maleńka – powiedziała łagodnie Leah. Odór krwi mieszał się z niewielką ilością powietrza, które znajdowało się w tej przestrzeni. Walczyła, by kontrolować oddech, zapomnieć o ciele leżącym obok nich i skupić się na córce. – Skrzywdził cię? Jakiś zły człowiek? – Boże, jeśli to zrobił, jeśli zwierzę, które zrobiło to Ianowi, dotknęło choćby jednego włoska na głowie jej małej dziewczynki – furia przyćmiła cały lęk. Podczołgała się na brzuchu kilka centymetrów bliżej Emily, odsuwając na bok pudełka po butach, porzucone zabawki, książki i trampki.

W świetle obejrzała skuloną Emily. Żadnej krwi. Żadnych oczywistych urazów. W końcu udało jej się wcisnąć pod łóżko na tyle głęboko, że zdołała objąć córkę. Leah leżała skurczona i wykrzywiona, głowę miała wciśniętą w szczebelki łóżka, jedno ramię unosiło materac, a nogi leżały szeroko rozłożone.

– Leah. – Operatorka numeru alarmowego jeszcze się nie poddała. – Policjanci już tam są. Wejdą od tyłu domu. Zostań tam, gdzie jesteś. Upewnij się, że nie masz niczego w dłoniach i że będą mogli je dobrze widzieć. Odłóż telefon, nic się nie stanie, nadal tutaj będę, aż upewnię się, że jesteś z nimi.

Fala histerycznego śmiechu napłynęła do gardła Leah, ale ją powstrzymała.

– Nie mogę im pokazać rąk – powiedziała anonimowemu operatorowi. – Jestem pod łóżkiem córki. Ona też tu jest. Nie zostawię jej.

– Który pokój? – Dźwięk klawiszy komputera przebił się przez głos kobiety.

– Na końcu korytarza. Tam gdzie Ian… – Leah przełknęła ślinę i ściszyła głos. Emily wiedziała o Ianie więcej niż Leah, ale nie mogła wypowiedzieć tych słów i ryzykować, że przebiją się przez obronny kokon zaprzeczenia Emily. – Tam gdzie jest mój mąż. Leży na podłodze.

– Zabezpieczają dom. Prawdopodobnie usłyszysz, jak sprawdzają wszystkie pokoje. Jesteś już bezpieczna. Możesz wyjść. Ty i twoja córka. Po prostu pokaż im ręce, zostaw telefon.

Leah ledwo słyszała operatorkę przez hałas, jaki robili dwaj mężczyźni krzyczący na dole i wbiegający na piętro. Te dźwięki nie sprawiły, że poczuła się bezpiecznie – w zasadzie były przerażające. Pewnie by pomogło, gdyby ukrywała się przed złodziejem.

– Nie zostawię Emily.

– Dobrze, zaczekaj. Powiem im, gdzie jesteś. Czy twoja córka jest ranna?

– Jest w szoku. Ale nie widzę żadnych zewnętrznych obrażeń.

Kroki zadudniły na schodach, a potem otworzyły się drzwi. W końcu usłyszała pstryknięcie światła w pokoju Emily. Mężczyzna wydał z siebie gardłowy odgłos i zaklął, wszedł do środka tylko na tyle daleko, żeby zajrzeć za drzwi i do szafy Emily.