OpętaniTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Opętani
Tekst
Opętani
E-book
36  26,64 
Szczegóły
Opętani
Opętani
E-book
34,90  24,43 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału

Haunted

Copyright © 2005 by Chuck Palahniuk

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Sojka & Sojka spółka jawna,

Warszawa 2020

Projekt okładki i opracowanie graficzne

Paweł Jońca

Redakcja

Hanna Koźmińska

W książce wykorzystano fragment utworu Maska śmierci szkarłatnej Edgara Allana Poe w przekładzie Bolesława Leśmiana [w:] tegoż autora Opowieści niesamowite, przeł. Bolesław Leśmian i Stanisław Wyrzykowski, Kraków 1974, s. 381–382.

ISBN 978-83-66324-17-6

niebieskastudnia.pl

facebook.com/niebieskastudnia/

instagram.com/niebieskastudnia/

redakcja@niebieskastudnia.pl

Było tam pod dostatkiem czaru, rozpusty i wybryków – źdźbło zgrozy i obfitość szkarady.

Edgar Allan Poe, Maska śmierci szkarłatnej

(tłum. Bolesław Leśmian)

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Króliki doświadczalne

To miały być warsztaty dla pisarzy. Miało być bezpiecznie.

Odludna literacka kolonia, gdzie mogliśmy pracować

pod okiem bardzo starego, umierającego Pana Whittiera,

przynajmniej do czasu.

Mieliśmy pisać poezje. Piękne poezje.

Grupa jego utalentowanych uczniów

na trzy miesiące odcięła się od świata.

Nadaliśmy sobie przezwiska – Swat i Brakujące Ogniwo.

Albo Matka Natura. Głupie etykietki. Swobodne skojarzenia.

Tak jak wtedy, gdy w dzieciństwie wymyślaliście imiona roślinom

i zwierzętom, które zaludniały wasz świat. Piwonie – lepkie od nektaru

i drżące od

mrówek – nazywaliście „mrówkokwiatami”. Każdy collie nazywał się

Lassie.

Ale nawet teraz mówicie o kimś „ten facet bez nogi”.

Albo „wiesz, ta czarna dziewczyna…”.

Każdy z nas miał przydomek:

Hrabia Potwarzy,

Siostra Strażniczka.

Zasłużyliśmy na nie dzięki swoim opowieściom. Przezwiska, które sobie nadaliśmy,

wzięły się z codziennego życia, a nie z genealogii:

Dama Żebraczka,

Agent Kapuś.

Wzięły się one z naszych słabości, a nie od wykonywanych zawodów:

Święty Bez Kiszki

i Książę Wandali.

Nazywały nasze wady i występki. Były przeciwieństwem imion

bohaterów.

Głupie imiona prawdziwych ludzi. Tak, jakbyś rozpruł szmacianą lalkę

i w środku znalazł:

prawdziwe jelita, prawdziwe płuca, bijące serce, krew. Dużo gorącej,

lepkiej krwi.

Mieliśmy pisać opowiadania. Zabawne, krótkie opowiadania.

Zbyt wielu nas było, zamkniętych na klucz przed światem przez całą

wiosnę, lato, zimę, jesień – przez całą jedną porę roku.

Nieważne, kim byliśmy, to nie miało znaczenia, przynajmniej dla

starego Pana Whittiera.

Ale nie powiedział nam tego od razu.

Dla Pana Whittiera byliśmy królikami doświadczalnymi. Obiektem

badań.

Ale o tym nie wiedzieliśmy.

Nie, to było tylko literackie ustronie, a potem już było za późno na

cokolwiek,

staliśmy się jego ofiarami.

1.

Autobus zatrzymuje się na rogu ulic, gdzie umówiliśmy się z Towarzyszką Porywczą, a ona już tam jest – stoi w ciemnooliwkowej kamizelce kuloodpornej z demobilu i spodniach moro z podwiniętymi nogawkami, spod których wystają wysokie wojskowe buty. W obu rękach trzyma walizki. W czarnym berecie ciasno nasuniętym na czoło niczym się nie wyróżnia.

– Nasza główna zasada głosi… – mówi Święty Bez Kiszki do mikrofonu, wiszącego nad kierownicą.

– W porządku – wtrąca Towarzyszka Porywcza i pochyla się, żeby zerwać z bagażu naklejkę z nazwiskiem. Wkłada ją do oliwkowej kieszeni, potem podnosi drugą walizkę i wchodzi po stopniach do autobusu. Tamta walizka nadal stoi na chodniku – opuszczona, osierocona, bezpańska – ale Towarzyszka Porywcza siada na fotelu i mówi: – Dobra, jedź.

Tego dnia wszyscy zostawiliśmy krótkie liściki. Przed świtem. Wzięliśmy walizki i na palcach wymknęliśmy się tonącymi w mroku schodami, a potem szliśmy ciemnymi ulicami. Odprowadzały nas tylko śmieciarki. Nie widzieliśmy, jak wschodzi słońce.

Hrabia Potwarzy, siedzący koło Towarzyszki Porywczej, pisał coś w kieszonkowym notesie, ale od czasu do czasu rzucał w jej stronę ukradkowe spojrzenia.

Towarzyszka Porywcza odwraca się, żeby zerknąć na jego zapiski.

– Moje oczy są zielone, a nie brązowe, a włosy mają naturalny odcień kasztanowy – mówi. Patrzy, jak on pisze „zielone”, potem dodaje: – Na pośladku kazałam sobie wytatuować małą czerwoną różę. – Na chwilę jej wzrok zatrzymuje się na srebrzystym dyktafonie, wystającym z kieszeni jego koszuli. Towarzyszka Porywcza przygląda się drobnej siateczce mikrofonu. – Nie pisz „farbowane” – mówi. – Kobiety albo rozjaśniają, albo przyciemniają kolor włosów.

Niedaleko siedzi Pan Whittier. Drżące dłonie usiane plamami wątrobowymi zaciska na chromowanej ramie złożonego wózka inwalidzkiego. Obok niego usiadła Pani Clark, której obfite piersi prawie rozlały się jej na kolanach.

Patrząc na nie, Towarzyszka Porywcza pochyla się nad szarym, flanelowym rękawem Hrabiego Potwarzy.

– To tylko dekoracja. Nie mają żadnych wartości odżywczych… – szepcze.

Tego dnia ominął nas ostatni wschód słońca.

Na następnym ciemnym rogu ulic czeka Siostra Strażniczka. Unosi rękę z ciężkim, czarnym zegarkiem na nadgarstku i mówi:

– Mieliście przyjechać o czwartej trzydzieści pięć. – Stuka palcem w cyferblat. – Teraz jest czwarta trzydzieści dziewięć…

Siostra Strażniczka ściska torebkę z imitacji skóry, z długim paskiem i klapą zapinaną na zatrzask, pod którą bezpiecznie schowała Biblię. To zrobiony ręcznie na specjalne zamówienie pojemnik na Słowo Boże.

Czekaliśmy rozsiani po całym mieście – staliśmy na narożnikach ulic, na przystankach autobusowych, aż podjechał po nas Święty Bez Kiszki. Pan Whittier blisko przedniego wejścia z Panią Clark u boku. Hrabia Potwarzy. Towarzyszka Porywcza i Siostra Strażniczka.

Święty Bez Kiszki pociąga dźwignię, żeby otworzyć drzwi. Na chodniku stoi Panna Kichawka. Z rękawów jej swetra wystają brudne chusteczki. Podnosi walizkę, w której coś grzechocze i strzela głośno jak popcorn w mikrofalówce. Z każdym krokiem nowej pasażerki po schodach autobusu jej walizka wydaje dźwięki przypominające odległy łoskot karabinu maszynowego. Panna Kichawka spogląda na nas i mówi:

– Moje pigułki. – Głośno potrząsa walizką, po czym dodaje: – Zapas na trzy miesiące.

Właśnie dlatego ustalono, że możemy wziąć tylko niewielki bagaż. Żebyśmy się wszyscy zmieścili.

Główna zasada to jedna torba na jednego uczestnika, ale Pan Whittier nie uściślił, jaka duża ani jakiego rodzaju.

Kiedy Dama Żebraczka weszła do autobusu, miała na palcu pierścień z diamentem wielkim jak ziarno popcornu, w ręce trzymała smycz, a na końcu smyczy toczyła się skórzana walizka na kółkach. Prostując palce, żeby błysnąć pierścieniem, Dama Żebraczka mówi:

– To mój zmarły mąż, przerobiony po kremacji na trzykaratowy brylant…

Towarzyszka Porywcza spogląda na notes Hrabiego Potwarzy.

– Face lifting pisze się osobno – zauważa.

Parę przecznic dalej, za drugimi światłami i kilkoma zakrętami czeka Kucharz Zabójca z aluminiową walizką pełną białych, elastycznych slipek, T-shirtów i skarpet, poskładanych starannie w kwadraty niczym origami. Oprócz tego zabrał zestaw kuchennych noży. Dno aluminiowej walizki ciasno wyłożył zwitkami banknotów – samymi studolarówkami. Jego bagaż jest taki ciężki, że musi użyć obydwu rąk, by wtaszczyć go na pokład.

Na kolejnej ulicy autobus zatrzymał się pod mostem za parkiem, chociaż nikt na nas nie czekał. Dopiero po chwili z krzaków wyszedł mężczyzna, którego nazwaliśmy Brakującym Ogniwem. Pod ręką niósł zwiniętą wielką, czarną torbę na śmieci. Z pękniętego worka wysypywały się flanelowe koszule w kratę.

Patrząc na Brakujące Ogniwo, Towarzyszka Porywcza zwróciła się półgłosem do Hrabiego Potwarzy:

– Jego broda wygląda jak ścierwo czegoś, co mógł ustrzelić Hemingway…

Śpiący świat mógłby nas wziąć za szaleńców. Ludzie leżeli w łóżkach i mieli w nich zostać jeszcze co najmniej godzinę. Potem wstaną, umyją twarze, umyją się pod pachami i między nogami, aż wreszcie pójdą do tej samej pracy, co zawsze. Będą żyć tym samym życiem.

Ci ludzie będą płakać, kiedy się zorientują, że odeszliśmy, ale płakaliby tak samo, gdybyśmy wsiedli na statek, żeby zacząć nowe życie za oceanem. Emigranci. Pionierzy.

Tego ranka byliśmy astronautami. Badaczami. Przebudziliś­my się, gdy oni jeszcze śnili.

Ci ludzie będą płakać, ale potem wrócą do obsługiwania stołów w restauracjach, malowania domów i programowania komputerów.

Kiedy Święty Bez Kiszki otworzył drzwi na następnym przystanku, po schodach wbiegł kocur i po chwili przechadzał się w przejściu między fotelami. Za nim weszła Dyrektorka Negacja.

– Ma na imię Cora – powiedziała Dyrektorka Negacja. Kot wabił się Cora Reynolds. – Ale ja nie wymyśliłam mu tego imienia – dodała czym prędzej. Jej tweedowa marynarka i spódnica były pokryte kocią sierścią jak szronem. Jedna klapa marynarki odstawała nad piersią.

 

– Kabura – mówi Towarzyszka Porywcza, pochylając się nad dyktafonem w kieszeni Hrabiego Potwarzy.

To właśnie – szepty w ciemności, liściki, tajemnice – to była nasza przygoda.

Co byście ze sobą wzięli, gdybyście pozwolili się wywieźć na trzy miesiące na bezludną wyspę?

Załóżmy, że jedzenie i woda będą dostępne na miejscu, a przynajmniej tak wam się zdaje.

Załóżmy, że możecie zabrać tylko jedną walizkę, bo będzie was dużo, a bezludna wyspa, na którą wiezie was autobus, jest niewielka.

Co byście spakowali do swojej walizki?

Święty Bez Kiszki wziął zapas suszonych skwarek i chrupek serowych. Od słonego proszku jego palce i broda zabarwiły się na pomarańczowo. Jedną kościstą ręką przytrzymywał kierownicę, a drugą przechylał kolejne paczki, wsypując sobie chrupki prosto do ust.

Siostra Strażniczka wzięła reklamówkę pełną ubrań, a na wierzchu położyła mniejszą torbę z paskiem na ramię.

Pani Clark pochyliła się nad swoimi gigantycznymi piersiami, tuląc je jak dziecko w ramionach, i zapytała Siostrę Strażniczkę, czy trzyma w bagażu ludzką głowę.

Siostra Strażniczka dyskretnie uchyliła klapę torby, pod którą ukazały się trzy otwory kuli do gry w kręgle.

– To moje hobby… – wyjaśniła.

Towarzyszka Porywcza odwraca się od Hrabiego Potwarzy, nadal bazgrzącego w notatniku. Spogląda na ciasno związany, czarny warkocz Siostry Strażniczki, z którego nie wystaje ani jeden luźny kosmyk.

– Właśnie tak wyglądają przyciemnione włosy – mówi.

Na naszym następnym przystanku stał Agent Kapuś z kamerą. Ani na chwilę nie oderwał jej od oka, filmując autobus, który zatrzymał się przy krawężniku. Miał przy sobie plik wizytówek, które od razu rozdał, by poświadczyć, że jest prywatnym detektywem. Kamera niczym maska zasłaniała mu pół twarzy, gdy filmował nas, idąc między siedzeniami do wolnego miejsca na końcu autobusu. Oślepił wszystkich po kolei światłem lampy wideo.

Przecznicę dalej do autobusu wsiadł Swat, jego kowbojskie buty zostawiły na podłodze ślady końskiego łajna. W rękach trzymał słomkowy, kowbojski kapelusz, a przez ramię przewiesił żeglarski worek. Usiadł, otworzył okno i wypluł brązową prymkę tytoniu, brudząc zmatowiały, srebrzysty bok autobusu.

To wszystko wzięliśmy na trzymiesięczny pobyt na krańcu świata. Agent Kapuś miał swoją kamerę. Siostra Strażniczka miała kulę do kręgli. Dama Żebraczka miała pierścień z brylantem. Właśnie tego potrzebowaliśmy, by napisać wybitne dzieła. Panna Kichawka potrzebowała tabletek i chusteczek. Święty Bez Kiszki – chrupek i skwarków. Hrabia Potwarzy – notesu i dyktafonu.

Kucharz Zabójca potrzebował zestawu noży.

W mdłym autobusowym świetle wszyscy ukradkiem przyglądaliśmy się Panu Whittierowi, organizatorowi warsztatów. Naszemu mentorowi. Widzieliśmy pokrytą cętkami kopułę jego czaszki z rzadkimi, siwymi włosami, które zaczesał na bok. Kołnierzyk z zagiętymi rogami sterczał sztywno jak nakrochmalony biały parkan wokół chudej, usianej plamami szyi.

– Ludzi, od których uciekliście, nie interesuje wasze oświecenie – powiedział Pan Whittier. – Zawsze chcą wiedzieć, czego mogą się spodziewać.

Pan Whittier powiedział:

– Nie możecie być ludźmi, których dotychczas znali, a jednocześnie wielkimi, znakomitymi osobistościami, którymi chcecie zostać.

Gdyby naprawdę darzyli nas miłością, przekonywał Pan Whittier, błagaliby nas, żebyśmy wyjechali. Żebyśmy spełnili swoje marzenia. Rozwinęli umiejętności. A po powrocie nadal by nas kochali.

Za trzy miesiące.

Niewielki fragment życia, który każde z nas położyło na szali.

Zaryzykowaliśmy.

Przez ten czas mogliśmy wykorzystać swój talent, by stworzyć arcydzieło. Opowiadanie, wiersz, scenariusz albo pamiętnik, który nada sens naszemu istnieniu. Arcydzieło, które pozwoli nam się wykupić spod władzy małżonka, rodzica lub korporacji. Które otworzy nam drogę do wolności.

W ciemności jedziemy razem pustymi ulicami. Panna Kichawka wyciąga z rękawa mokrą chusteczkę, wydmuchuje nos. Siąka i mówi:

– Tak bardzo się bałam, że mnie złapią, gdy wymykałam się w ten sposób. – Wsuwając chusteczkę z powrotem do rękawa, Panna Kichawka mówi: – Czuję się zupełnie jak… Anne Frank.

Towarzyszka Porywcza wyjmuje z kieszeni kurtki naklejkę z nazwiskiem, pozostałość po porzuconej walizce. Po porzuconym życiu. Obraca ją w palcach, patrzy na nią.

– Moim zdaniem… Anne Frank miała całkiem niezłe życie – stwierdza Towarzyszka Porywcza.

Święty Bez Kiszki z ustami pełnymi chrupek kukurydzianych spogląda na nas we wstecznym lusterku i żując sól z tłuszczem, pyta:

– Jak to?

Dyrektorka Negacja głaszcze kota. Pani Clark głaszcze się po piersiach. Pan Whittier głaszcze chromowaną ramę wózka.

Przed nami, na narożniku pod latarnią, widzimy ciemną postać kolejnego kandydata na pisarza.

– Anne Frank przynajmniej nigdy nie musiała promować swojej książki na spotkaniach autorskich… – tłumaczy Towarzyszka Porywcza.

Święty Bez Kiszki wciska pedał pneumatycznego hamulca i skręca, żeby zatrzymać się przy krawężniku.

Atrakcje turystyczne

Poemat o Świętym Bez Kiszki

– Oto praca, którą porzuciłem, żeby trafić tutaj – mówi Święty. –

I życie, z którego zrezygnowałem.

Był kierowcą autobusu wycieczkowego.

Święty Bez Kiszki stoi na scenie, ręce skrzyżował na piersi – ale jest

taki chudy,

że obejmując się, splótł dłonie za plecami.

Oto Święty Bez Kiszki z pojedynczą warstwą skóry namalowaną na

szkielecie.

Obojczyk sterczy z ciała jak wielka kierownica motocykla.

Żebra prześwitują przez biały T-shirt, pasek – a nie pośladki –

podtrzymuje niebieskie dżinsy.

Zamiast jupiterów scenę oświetla fragment filmu:

barwy domów, chodników, znaków drogowych i zaparkowanych

samochodów

prześlizgują się po jego twarzy. Maska ruchu ulicznego. Furgonetki,

ciężarówki.

– Ta praca, jazda autobusem… – mówi.

Sami Japończycy, Niemcy, Koreańczycy, dla których angielski nie był

ojczystym językiem,

ze słownikami w rękach kiwali głowami i uśmiechali się; nieważne, co

mówił

do mikrofonu, gdy jego autobus ścinał zakręty albo jechał ulicą,

mijając posesje

aktorów i miejsca krwawych zbrodni, mieszkania, gdzie zaćpali się na

śmierć rockowi idole.

Co dzień ta sama trasa, ta sama mantra morderstw, aktorów,

wypadków. Miejsc,

gdzie podpisano traktaty pokojowe. Gdzie spali prezydenci.

Pewnego dnia Święty Bez Kiszki parkuje przed płotem rancza, bo

zboczył z trasy,

żeby sprawdzić, czy buick rodziców nadal tam stoi, czy jeszcze tam

mieszkają.

Na podwórku przed domem mężczyzna kosi trawnik.

Święty Bez Kiszki przez mikrofon informuje swój klimatyzowany

ładunek:

– Tu widzą państwo Świętego Mela.

Ojciec podejrzliwie patrzy na ciemne szyby autobusu.

– Patrona wściekłości i wstydu – mówi Święty Bez Kiszki.

Od tej pory trasa co dzień obejmuje „Kaplicę Świętego Mela i Świętej

Betty”.

Święta Betty to patronka publicznego upokorzenia.

Parkując przed blokiem swojej siostry, Święty Bez Kiszki wskazuje

okno na jednym z najwyższych pięter. Tam jest kaplica Świętej Wendy.

– Patronki aborcji terapeutycznej.

Parkując przed własnym mieszkaniem,

mówi w głąb autobusu: – A oto kaplica Świętego Bez Kiszki.

Święty we własnej osobie – ramiona jak kurze udka, usta jak z gumy,

obwisła koszula –

odbija się we wstecznym lusterku, jeszcze drobniejszy niż zwykle.

– Patrona masturbacji.

Pasażerowie kiwają głowami, wyciągają szyje, chcą się lepiej

przyjrzeć, by zobaczyć

coś boskiego.

Flaki

Historia Świętego Bez Kiszki

Weźcie głęboki wdech.

Nabierzcie do płuc tyle powietrza, ile zdołacie zmieścić.

Ta opowieść powinna trwać tak długo, jak długo potraficie wstrzymać oddech, a właściwie nieco dłużej. Słuchajcie więc tak szybko, jak to możliwe.

Kiedy jeden z moich kumpli skończył trzynaście lat, pierwszy raz usłyszał o peggingu. Pegging polega na tym, że gość jest rypany w tyłek za pomocą wibratora. W ten sposób intensywnie stymuluje się prostatę i podobno można dostać orgazmu jak petarda – i to bez użycia rąk. Mój kumpel wszedł w taki wiek, w którym chłopcy stają się małymi zboczeńcami. Wciąż szuka nowych sposobów, by się spuścić. Idzie więc do sklepu po marchew i wazelinę. Chce przeprowadzić drobny eksperyment. Nagle zdaje sobie sprawę, jak to będzie wyglądać przy kasie, kiedy położy na taśmie jedną marchewkę i słoik wazeliny. Wszyscy ludzie w kolejce na pewno będą się gapić. Na pewno się domyślą, że zaplanował na wieczór wielką przygodę.

Tak więc mój kumpel kupuje mleko, jajka, cukier i marchew – wszystkie składniki na ciasto marchewkowe. I wazelinę.

Tak, jakby miał zamiar wsadzić sobie marchew w dupę.

W domu struga z marchewki tępe narzędzie, smaruje mazid­łem, siada na nim i… nic się nie dzieje. Żadnego orgazmu. Nie czuje nic oprócz bólu.

Nagle mama woła go na kolację. Każe mu natychmiast zejść na dół.

Wyciąga więc marchew z odbytu i wrzuca to śliskie, obsceniczne narzędzie pod łóżko, gdzie leżą brudne ubrania.

Po kolacji wraca, żeby pozbyć się marchewki, ale jej już nie ma. Kiedy jadł, mama zaniosła wszystkie brudy do pralni. Nie ma szans, żeby nie zauważyła marchewki starannie wyrzeźbionej kuchennym nożem do warzyw, nadal lśniącej od mazi i śmierdzącej.

Ten kumpel, o którym wam opowiadam, przez wiele miesięcy kuli się pod burzowymi chmurami, czeka na konfrontację ze swoimi starymi. Ale nigdy do niej nie dochodzi. Nigdy. Nawet teraz, kiedy już jest dorosły, ta niewidzialna marchewka nadal wisi nad każdą kolacją wigilijną, nad każdą urodzinową imprezą. Za każdym razem, kiedy w czasie Wielkanocy szuka ukrytych jajek ze swoimi dziećmi, wnukami swoich rodziców, wciąż unosi się nad nimi duch tamtej marchewki.

Ta rzecz – zbyt ohydna, by nazwać ją po imieniu.

We Francji mają powiedzenie: „duch schodów”. Po francusku esprit d’escalier. To moment, kiedy do głowy przychodzi ci błyskotliwa riposta, ale jest już za późno. Na przykład, jesteś na przyjęciu, na którym ktoś cię obraził. Musisz zareagować. Tak więc – pod presją, bo wszyscy na ciebie patrzą – mówisz coś beznadziejnie nudnego. Ale gdy tylko wyjdziesz z przyjęcia…

Schodzisz po schodach i nagle – hokus-pokus. Wymyślasz idealny argument, którego powinieneś był użyć. Doskonały, miażdżący przytyk.

Właśnie to jest duch schodów.

Problem w tym, że nawet Francuzi nie wynaleźli nazwy dla głupich uwag, które wypowiadasz pod presją. Dla tych idiotycznych, rozpaczliwych rzeczy, o których właśnie myślisz lub które robisz.

Niektóre postępki są takie prymitywne, że nawet nie zasługują na nazwę. Są zbyt prostackie, by w ogóle o nich mówić.

Z doświadczenia szkolnych pedagogów i specjalistów w dziedzinie psychologii dziecięcej wynika, że większość samobójstw wśród nastoletniej młodzieży, których liczba ostatnio dramatycznie wzrosła, stanowią przypadki uduszenia podczas masturbacji. Rodzice znajdowali swoje pociechy z ręcznikiem zasupłanym dookoła szyi. Drugi koniec ręcznika był przywiązany do wieszaka w garderobie, a dzieciak nie żył. Wszystko dookoła spryskane martwą spermą. Oczywiście rodzice wszystko posprzątali. Nałożyli dziecku slipy. Sprawili, że wszystko wyglądało… lepiej. A przynajmniej tak, jakby było zamierzone. Zwyczajne, smutne samobójstwo nastolatka.

Mój inny kolega, kumpel ze szkoły, powiedział, że jego starszy brat, który służył w marynarce wojennej, zdradził mu, że faceci na Bliskim Wschodzie walą konia inaczej niż my. Jego brat stacjonował w którymś z pustynnych krajów, gdzie bez problemu można kupić przyrząd przypominający wymyślny sztylet do rozcinania kopert. Ten przyrząd to długi, cienki pręt z polerowanego brązu albo srebra, długi mniej więcej tak jak ludzka dłoń. Na jednym końcu ma dużą skuwkę – metalową kulę albo ozdobnie rzeźbiony uchwyt, który wygląda jak rękojeść miecza. No i ten brat opowiada, że Arabowie doprowadzają do wzwodu, a potem wsuwają sobie ten pręt do fiuta. Trzepią konia z drutem w środku i mają o wiele lepszy orgazm. Bardziej intensywny.

 

Starszy brat podróżuje po świecie i wciąż podsyła przydatne francuskie słówka, rosyjskie słówka, fajne rady, jak sobie ulżyć.

Pewnego dnia młodszy brat nie przychodzi do szkoły. Wieczorem dzwoni do mnie i prosi, żebym przez dwa tygodnie przynosił mu zeszyty, bo trafił do szpitala.

Musi leżeć na sali ze starcami, którym lekarze kroją flaki. Mówi, że muszą razem oglądać telewizję. Odrobinę prywatności daje mu tylko parawan. Rodzice go nie odwiedzają. Przez telefon żali się, że jego starzy chcą zamordować brata z wojska.

Opowiada mi przez telefon, jak poprzedniego dnia trochę się ujarał trawą. Leżał na łóżku w swojej sypialni. Zapalił świecę i przeglądał stare magazyny pornograficzne, chcąc sobie zwalić gruchę. Wcześniej rozmawiał ze starszym bratem, tym z wojska. Usłyszał od niego nowinki o Arabach i o tym, jak oni to robią. Rozgląda się, szukając narzędzia, które mogłoby załatwić sprawę. Długopis jest za gruby. Ołówek jest za gruby i wystają z niego drzazgi. Ale z boku świeczki spłynęła wąska, gładka strużka wos­ku, która może się nadać. Czubkiem palca odłamuje ten kawałek wosku. Toczy go w palcach, aż będzie zupełnie gładki. Długi, gładki i wąski.

Ujarany, napalony, wsuwa go do środka, coraz głębiej zanurza go w cewce. Z fiuta jeszcze wystaje długi kawałek wosku, ale on już zabiera się do roboty.

Nawet teraz, po wszystkim twierdzi, że Arabowie to mają łeb. Zupełnie zrewolucjonizowali walenie konia. Tymczasem leży płasko na plecach i robi mu się tak dobrze, że zupełnie zapomina o woskowej igle. Jeszcze tylko jeden ruch, jedno mocne ściś­nięcie i wystrzeli swój ładunek, ale nagle widzi, że wosk już nie wystaje.

Wąski, woskowy szpikulec wśliznął się do środka. Cały się schował. Tak głęboko, że nie czuć go nawet w cewce.

Z dołu dobiega głos mamy. Woła, że czas na kolację. Każe mu zejść do jadalni, natychmiast. Ten gość od wosku i tamten od marchewki to zupełnie obcy sobie ludzie, ale wszyscy żyjemy według podobnych schematów.

Po kolacji chłopak zaczyna czuć ból. To tylko wosk, więc myślał, że szpikulec się rozpuści i będzie mógł go wysikać. Ale zamiast tego bolą go całe plecy. Nerki. Nie może się wyprostować.

Teraz rozmawia ze mną przez telefon, leżąc na szpitalnym łóżku, a w tle słychać brzęk dzwonka, krzyki. Teleturnieje.

Zdjęcie rentgenowskie ukazuje całą prawdę – coś cienkiego, długiego, zgiętego wpół w pęcherzu moczowym. To długie, cienkie V w bebechach gromadzi wszystkie minerały z moczu. Rośnie i staje się chropowate, pokrywa się kryształkami wapnia, dryfuje i rozpruwa miękkie ścianki pęcherza, a na domiar złego blokuje drogę sikom. W nerkach robi się zator. Z fiuta kapie odrobina moczu, czerwonego od krwi.

Rodzice, cała rodzina, wszyscy patrzą na zdjęcie, lekarze i pielęgniarki kręcą się po sali, wielkie, woskowe V widać jak na dłoni, każdy je widzi, więc chłopak musi powiedzieć prawdę. O sposobie, w jaki spuszczają się Arabowie. O tym, co napisał mu starszy brat z wojska.

Zaczyna płakać do słuchawki.

Rodzice wzięli pieniądze na operację z jego oszczędności na studia. Przez jedną głupią pomyłkę nigdy nie zostanie prawnikiem.

Nieważne, czy wsadzasz coś w siebie. Nieważne, czy sam w coś wsadzasz części swojego ciała. Świeca w kutasie czy głowa w pęt­li – nieważne. Wiedzieliśmy, że pakujemy się w kłopoty.

Moje kłopoty zaczęły się od „poławiania pereł”. Marszczyłem freda pod wodą, siedząc na dnie basenu moich rodziców, w najgłębszej części. Brałem głęboki wdech, płynąłem na dno i zdejmowałem kąpielówki. Siedziałem tam dwie, trzy, czasami cztery minuty.

Ten sposób trzepania kapucyna sprawił, że miałem niezwykle pojemne płuca. Gdybym mieszkał sam, robiłbym to cały dzień. Gdy w końcu wypompowałem z siebie wszystko, sperma zawisła w wodzie wielkimi, tłustymi, mlecznymi grudami.

Potem musiałem nurkować, żeby ją wyłowić. Zebrać wszystkie gluty swojego skrzeku i po kolei wetrzeć je w ręcznik. Dlatego nazywałem to „poławianiem pereł”. Mimo wysokiej zawartości chloru w wodzie bałem się o siostrę. I, Boże, o mamę.

To był mój najgorszy koszmar: że moja nastoletnia siostra, dziewica, będzie myśleć, iż utyła, a potem nagle urodzi dwugłowe, debilne dziecko. Obydwie główki będą wyglądać zupełnie jak ja. Będę ich ojcem i jednocześnie wujkiem.

Przecież nigdy nie spotykają nas tylko te nieszczęścia, których się spodziewamy.

Najlepszym miejscem „poławiania pereł” był odpływ wody z basenu do filtra i pompy cyrkulacyjnej. Najfajniej było zdjąć kąpielówki i usiąść na nim.

Francuzi by powiedzieli: „Kto by nie chciał, żeby mu wyssać odbyt?”.

Tak więc w jednej chwili jesteś tylko dzieciakiem, który marszczy freda, a po minucie okazuje się, że nigdy nie zostaniesz prawnikiem.

W jednej chwili sadowię się na dnie basenu, a niebo faluje, widzę jego błękit przez osiem stóp wody nad głową. Świat milczy, w uszach słyszę tylko pulsowanie własnego serca. Kąpielówki w żółte paski nałożyłem sobie na szyję, żeby mieć je pod ręką, gdyby nagle stanął przede mną kolega, sąsiad, ktokolwiek, i zapytał, dlaczego opuściłem trening drużyny futbolowej. Filtr równomiernie zasysa wodę, chlupocze pode mną, więc wygodniej moszczę swoje chude, blade dupsko, żeby dać się ponieść przyjemnościom.

W jednej chwili mam dosyć powietrza, a w ręce ściskam fiuta. Rodzice są w pracy, siostra poszła na zajęcia z baletu. Przez parę godzin nikt nie wróci do domu.

Ręka sama zaczyna trzepać konia, ale na chwilę przerywam. Płynę na powierzchnię, żeby zaczerpnąć tchu. Znów nurkuję i siadam na dnie.

Powtarzam to co chwila.

Chyba właśnie dlatego dziewczyny lubią siadać facetom na twarzy. Zasysanie jest jak sranie, które nigdy się nie kończy. Mam sztywną pałę, filtr ssie mi rowa, normalnie nie potrzebuję powietrza. Tętno huczy w uszach, zostaję pod wodą tak długo, aż przed oczami migoczą mi gwiazdy. Siedzę na betonowej podłodze ze sztywno wyprostowanymi nogami, zgięcia pod kolanami otarłem do żywego mięsa. Palce stóp zaczynają sinieć, skóra na nich jest pomarszczona od długiego przebywania w wodzie.

Nagle nadchodzi orgazm. Wytryskuję dużymi, białymi glutami. Perły.

Czuję, że muszę nabrać powietrza. Ale kiedy odpycham się od dna, nie mogę się ruszyć. Nie mogę podkurczyć nóg. Dupa mi się przykleiła.

Sanitariusze i ratownicy mogą potwierdzić, że co rok mniej więcej stu pięćdziesięciu osobom zdarza się taki wypadek – zasysa ich pompa. Możecie utonąć, jeśli wciągnie wam długie włosy albo dupsko. I wielu tonie każdego roku. Najwięcej na Florydzie.

Ludzie po prostu o tym nie mówią. Nawet Francuzi nie mówią o wszystkim.

Podciągam kolano, stawiam stopę płasko i prawie udaje mi się wstać, ale nagle czuję, że coś mnie szarpie za tyłek. Podciągam drugą nogę i odpycham się od dna. Uwalniam się, już nie dotykam gruntu… lecz nie zbliżam się do powierzchni.

Wściekle kopię, wymachuję rękami, ale wcale się nie wznoszę. Tętno w mojej głowie staje się głośniejsze i szybsze.

Jaskrawe błyski migoczą i wirują mi przed oczami, odwracam się, żeby spojrzeć… Przecież to bez sensu… Z odpływu basenu wystaje gruba rura, wygląda jak sinobiały wąż opleciony siatką żył, który uczepił się mojego odbytu. Z niektórych żył sączy się krew, czerwona krew, która pod wodą wygląda, jakby była czarna. Wycieka z małych pęknięć na bladej skórze węża. Krew rozpływa się, znika w wodzie, a spod cienkiej, sinobiałej skóry prześwitują resztki na wpół strawionego posiłku.

Istnieje tylko jedno sensowne wytłumaczenie. Jakiś straszny potwór, wąż morski, który nigdy nie widział światła dziennego, zaczaił się w ciemnym zakamarku odpływu w basenie i czyhał, by mnie pożreć.

Tak więc… kopię w tę jego śliską, rozciągliwą, gruzłowatą skórę poprzecinaną żyłami i zdaje mi się, że jeszcze bardziej wysunął się z odpływu. Jest już długi jak moja noga, ale nadal mocno trzyma za odbyt. Kopię jeszcze raz i przybliżam się o cal do następnego oddechu. Nadal czuję, jak wąż ssie moją dupę, ale wyzwolenie jest nieco bliżej.

W brzuchu węża widzę kukurydzę i orzeszki ziemne. Jest tam też podłużny, jaskrawy, pomarańczowy kształt. Wygląda jak te witaminy w pigułkach, które tata każe mi łykać, żebym nabrał ciała. Żebym dostał stypendium sportowe. Z żelazem i kwasami tłuszczowymi Omega-3.

To właśnie ta witamina ratuje mi życie.

To nie żaden wąż, tylko moje jelito grube, okrężnica wywleczona na zewnątrz. „Wypadnięta”, jak mówią lekarze. Moje flaki wessane przez pompę.

Ratownicy z pogotowia powiedzą wam, że pompa w basenie zasysa osiemdziesiąt galonów wody na minutę. To mniej więcej czterysta funtów na cal kwadratowy czyli ponad dwadzieścia siedem atmosfer. Problem w tym, że wszystkie części ludzkiego ciała są połączone. Odbyt jest tylko drugim końcem ust. Jeśli pozwolę, żeby pompa dalej wyciągała ze mnie wnętrzności, to nie przestanie, aż wyrwie mi język. Wyobraźcie sobie, jakby to było, postawić czterystufuntowego kloca, a zrozumiecie, że takie coś może was wywrócić na drugą stronę.

Inne książki tego autora