Miłość na święta

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Epilog

Podziękowania

O autorce

Tytuł oryginału: In a Holidaze

Copyright © 2020 by Christina Hobbs and Lauren Billings

Copyright © for the Polish translation by Aleksandra Dzierżawska

Copyright © for the Polish edition by Poradnia K, 2021

Redaktor prowadząca i redakcja: MODESTIA KATARZYNA SARNA

Korekta: JOLANTA KUCHARSKA, RAFAŁ SARNA

Projekt okładki: ELLA LAYTHAM

Ilustracje na okładce: © Shutterstock: Ann Muse, Getty Images: Ekaterina Skorik, oriolusart

Projekt składu i łamanie, opracowanie polskiej wersji okładki: MARZENA PIŁKO

Wydanie I

ISBN 978-83-66555-86-0

Wydawnictwo Poradnia K Sp. z o.o.

Prezes: Joanna Bażyńska

00-544 Warszawa, ul. Wilcza 25 lok. 6

e-mail: poradniak@poradniak.pl


Poznaj nasze inne książki.

Zapraszamy do księgarni:

www.poradniak.pl facebook.com/poradniak linkedin.com/company.poradniak instagram.com/poradnia_k_wydawnictwo

Konwersja: eLitera s.c.


Rozdział 1

26 grudnia

Można mnie nazwać rozwiązłą. Można powiedzieć, że jestem impulsywna, a na pewno skacowana.

Nigdy wcześniej nie zostałam w ten sposób opisana, ale tego ranka czuję, że właśnie na takie słowa zasługuję.

Poprzedni wieczór był totalną katastrofą.

Najciszej jak potrafię, wyślizguję się z dolnego poziomu piętrowego łóżka, a potem na paluszkach przemykam po lodowatej podłodze. Ostatnią rzeczą, której sobie w tym momencie życzę, jest obudzenie Theo, skutkujące koniecznością spojrzenia mu w oczy, jeszcze zanim mój mózg zdąży na dobre się ocknąć, a bałagan w głowie chociaż trochę uda mi się poukładać.

Drugi stopień od góry wciąż wydaje przerażające trzaski jak w nawiedzonym zamczysku. Od trzech dekad był tratowany przez kolejne pokolenia dziecięcych stóp, wbiegających z łomotem po schodach w drodze na posiłki i spieszących z powrotem do zabawy i snu. Koncentruję się i trafiam nogą na kolejny stopień, omijając feralne miejsce. Oddycham z ulgą – udało się, moich uszu nie dobiegło złowieszcze skrzypienie. Nie każdy umie to zrobić tak zręcznie. Nie zliczę, ile razy Theo zdradził się właśnie niefortunnym postawieniem stopy, kiedy wracał do łóżka zdecydowanie za późno... albo za wcześnie – zależy, jak na to spojrzeć.

Gdy tylko docieram do kuchni, zaczynam mniej przejmować się kwestią hałasu i podkręcam tempo. Jest jeszcze ciemno, brak oznak ruchu, ale wiem, że wujek Ricky niebawem wstanie. Dom pełen jest rannych ptaszków, co oznacza, że moje szanse na poradzenie sobie z tą sytuacją dramatycznie zmniejszają się z każdą minutą.

Czuję, jak wspomnienia wczorajszej nocy nieproszone atakują moją wyobraźnię, są niczym kartkowana wbrew mej woli książka z obrazkami. Wielkimi susami dostaję się na drugie piętro, ignorując zwisającą z sufitu jemiołę. Wsparta dłonią o poręcz mknę niestrudzenie w pasiastych skarpetkach, aż docieram do wąziutkich stopni prowadzących na poddasze. Pokonawszy je, zdecydowanym ruchem otwieram drzwi sypialni Benny’ego.

– Benny! – szepczę gorączkowo w otaczającą mnie chłodną ciemność. – Benny, pobudka! Wstawaj, jest sprawa! – Od strony łóżka dobiega mnie ponure stęknięcie, więc dodaję: – Uprzedzam, że jestem skłonna posunąć się do zapalenia światła!

– Nieee...

– Tak – odpowiadam, po czym naciskam włącznik.

Przyjeżdżające w gości dzieciaki (do których grona i ja się zaliczałam) rozlokowywano na piętrowych łóżkach w piwnicy, ale Benny miał więcej szczęścia – każdego grudnia ten stryszek stawał się jego królestwem. Uważałam to pomieszczenie za jedno z najlepszych w całym domu. Ma wysokie sklepienie i okno z barwionym szkłem, dzięki któremu rozproszone światło sączy się do pokoju w odcieniach błękitu, zieleni, pomarańczu i czerwieni. Nieduże podwójne łóżko stoi wciśnięte między stosy rozmaitych rodzinnych skarbów, takich jak pudła z dekoracjami na przyjęcia okolicznościowe, i szafy pełne dawno nieużywanych ubrań należących do babci i dziadka Hollisów. Te ostatnie pochodzą z czasów, gdy wizja zakupu chatki w Park City przez dyrektora liceum w Salt Lake nie budziła rozbawienia – jako kompletnie, z przyczyn finansowych, niewykonalna. Jako że za czasów mojego dzieciństwa wśród dzieci w żadnej z pozostałych przyjeżdżających tu rodzin nie było innej dziewczynki, bawiłam się tutaj sama w przebieranki. Czasem za widownię służył mi Benny.

Teraz jednak nie potrzebuję go w roli widza. Szukam życzliwego słuchacza i mądrego doradcy, który pomoże mi pojąć powagę sytuacji. Jestem na granicy ataku paniki.

– Benny, obudź się!

Powoli unosi się na łokciu, drugą ręką przecierając zaspane oczy. Pytanie, zadane z charakterystycznym australijskim akcentem, brzmi trochę jak końskie rżenie:

– Która godzina?

Zerkam na telefon, który cały czas trzymam w zaciśniętej, lepkiej od potu dłoni.

– Piąta trzydzieści.

Benny spogląda na mnie z niedowierzaniem w zapuchniętych oczach.

– Czy ktoś umarł?

– Nie.

– Został uznany za zaginionego?

– Nie.

– Wykrwawia się i potrzebuje natychmiastowej pomocy?

– O, jesteś blisko. Mentalnie, owszem, wykrwawia się – potwierdzam. Wchodzę w głębszy zakamarek pokoju, owijam się starym afgańskim kocem i moszczę w wiklinowym fotelu stojącym naprzeciwko łóżka. – A pomocy potrzebuję zdecydowanie. Ratuj.

W wieku pięćdziesięciu pięciu lat Benny ma wciąż tę samą puszystą czuprynkę w kolorze piasku, z której zawsze sobie dworowałam. Aktualnie włosy sięgają mu nieco poniżej podbródka i jak zwykle są lekko pofalowane – ułożyły się tak przed laty i z jakichś względów postanowiły pozostać w takim kształcie do dziś. Kiedyś wyobrażałam sobie, że Benny towarzyszył podstarzałym gwiazdom rocka w trasach koncertowych albo był podróżnikiem i łowcą przygód, który wynurza się z dzikich zarośli, by poprowadzić bogatych turystów ku ich mrocznemu przeznaczeniu. Prawda o jego życiu jest może nieco mniej emocjonująca (pracuje w Portland jako ślusarz), ale za sprawą zdobiących go wisiorów i pobłyskujących bransoletek łatwo mi o niej zapomnieć.

Patrzę na niego i obserwuję przedziwną fryzurę, która układa się niczym puchata aureola okalająca jego twarz.

 

Z pozostałymi dwunastoma osobami przebywającymi w tym domu łączą mnie ważne historie, ale z Bennym... mam naprawdę wyjątkową więź. Jest przyjacielem moich rodziców z czasów studiów. Właściwie wszyscy obecni w tym domu dorośli znają się z moimi rodzicami z czasów nauki na Uniwersytecie Utah. Jedynym wyjątkiem jest Kyle, który wżenił się w tę grupkę. Mimo że Benny jest sporo ode mnie starszy, nigdy nie traktowałam go jak kogoś z pokolenia rodziców, zawsze był dla mnie raczej przyjacielem. Pochodzi z Melbourne, jest zrównoważony i otwarty. Jest też zaprzysięgłym starym kawalerem, mądrym doradcą i jedyną osobą na świecie, która jest w stanie pokazać mi szerszą perspektywę, gdy przestaję panować nad gmatwaniną własnych myśli.

Kiedy byłam dzieckiem, miałam w zwyczaju omawiać z Bennym, który przyjeżdżał do domu latem z okazji Dnia Niepodległości albo zimą na święta Bożego Narodzenia, wszystkie najważniejsze sprawy i plotki. Obdarzał mnie uwagą, a ja zwierzałam mu się z absolutnie każdego szczegółu mojego życia. Miał niesamowitą umiejętność słuchania i wygłaszania życzliwych spostrzeżeń pozbawionych aspektu oceny czy pouczania. Mam nadzieję, że będzie w stanie uratować mnie także teraz.

– Dobra – odpowiada, odchrząkując, by pozbyć się z gardła porannej chrypki, po czym dłonią odsuwa wpadające mu do oczu kosmyki włosów. – Zamieniam się w słuch.

– Okej. A zatem... – Niezależnie od narastającej we mnie paniki i poczucia, że każda minuta jest obecnie na wagę złota, decyduję się wprowadzić Benny’ego w temat w możliwie jak najdelikatniejszy sposób. – Zeszłej nocy razem z Theo, Andrew i Milesem graliśmy w piwnicy w planszówki – zaczynam.

Odpowiada mi niski, wibrujący pomruk.

– Mhm... Typowy wieczór.

– No właśnie... – Gram na zwłokę, odrzucając przez ramię ciemne włosy.

– Aha – mówi spokojnie Benny, a ja po raz kolejny błogosławię jego anielską cierpliwość.

– Miles zasnął na podłodze – kontynuuję. Mój młodszy brat ma siedemnaście lat i podobnie jak większość nastolatków jest w stanie zapaść w kamienny sen w absolutnie dowolnych warunkach. – Andrew poszedł na przystań.

Kolejne „mhm” maskuje rozbawienie. Benny wciąż się trzęsie ze śmiechu na myśl o niezwykłych ustaleniach poczynionych przez Andrew Hollisa (starszego brata Theo) z ich ojcem. Umówili się (by uniknąć infantylnego noclegu na łóżkach piętrowych, pasującego do czasów dzieciństwa, nie zaś do aktualnego stanu rzeczy), że w trakcie świąt Andrew będzie się przenosił do domku na przystani. To nieduży, nieco rozklekotany budynek, położony kilkanaście metrów od głównego domu. Zastanawiający jest fakt, że „przystań” w istocie nie ma nic wspólnego z wodą – latem domek stanowi coś w rodzaju altanki w ogrodzie, zimą natomiast zdecydowanie nie nadaje się jako miejsce noclegu, jako że grudzień w Górach Skalistych nie rozpieszcza.

Mimo że aktualnie byłam wściekła na Andrew Hollisa – z powodu jego nocnej absencji w piwnicy – tak naprawdę nie mogłam go winić.

Właściwie żadna z osób osadzonych w piwnicy nie miała już statusu dziecka. Wszyscy wiedzieli, że Theo może spać dosłownie wszędzie, a mój brat Miles, który jest w niego wpatrzony jak w obrazek, powlecze się za nim w dowolne miejsce. Jeśli chodzi o mnie... to zgodzę na wszystko, bo inaczej moja mama gotowa byłaby zamordować mnie za niedocenianie niezwykłej gościnności rodziny Hollisów. Andrew (który właśnie dobiegał trzydziestki) natomiast nie miał potrzeby nadmiernej dbałości o uczucia swoich rodziców. Po prostu zabrał ze sobą łóżko polowe oraz śpiwór i tak wyposażony ulokował się w domku na przystani już pierwszej nocy, gdy tu przyjechaliśmy.

– Wszyscy trochę wypiliśmy... – mówię, po czym dodaję uspokajająco: – To znaczy wszyscy poza Milesem naturalnie. – Benny uniósł brew w wyrazie niedowierzania. – No dobra, raptem dwie porcje ajerkoniaku – prostuję, krzywiąc się.

Zachodzę w głowę, czy Benny domyśla się, dokąd zmierza moja opowieść. Jestem znana ze słabej głowy, a Theo z tego, że jest wiecznie napalony. Oboje zasłużyliśmy na taką opinię.

– Theo i ja wybraliśmy się na górę po wodę. – Zwilżam wargi językiem i próbuję przełknąć ślinę, nagle czując, jak bardzo zaschło mi w gardle. – No i wpadliśmy na pomysł, żeby po pijaku pójść na nocny spacerek w padającym śniegu, ale zamiast tego... zaczęliśmy obściskiwać się w schowku. – Z trudem wyrzucam z siebie słowa.

Benny nieruchomieje, przypatrując mi się uważnie piwnymi oczami. Wydaje się, że cała senność go odeszła.

– Mówisz o Andrew, prawda? To, co powiedziałaś, dotyczyło ciebie i Andrew?

No i dotarliśmy do punktu kulminacyjnego. Tym pytaniem – zadanym skądinąd w jak najdelikatniejszy sposób – Benny trafia w sedno problemu.

– Nie – mówię stanowczo. – Nie o Andrew. Mówię o Theo.

To właśnie ja: rozpustnica.

Teraz, na trzeźwo, następnego ranka po tych wydarzeniach wszystko zaczyna wydawać się osobliwym, nieco rozmazanym wspomnieniem. Czy to ja zainicjowałam tę akcję, czy prowodyrem był Theo? Jedyne, co wiem na pewno, to to, że ku mojemu zaskoczeniu wszystko było strasznie niezdarne i nieporadne, a nie uwodzicielskie. Zęby uderzały o zęby, obmacywankom towarzyszyły rozgorączkowane niepewne pocałunki, niezręczne westchnienia i pojękiwania. Sposób, w jaki jego dłoń poruszała się po mojej klatce piersiowej, przywodził na myśl badanie lekarskie, a nie szał namiętnych uścisków. Wtedy właśnie odepchnęłam go od siebie i mamrocząc pod nosem przeprosiny, umknęłam do piwnicy.

Mam chęć schować twarz w poduszce Benny’ego. Oto, co się dzieje, gdy w końcu godzę się na degustację ajerkoniaku produkcji Ricky’ego Hollisa.

– Chwileczkę – mówi Benny, po czym pochyla się i sięga do leżącego nieopodal plecaka, z którego wyciąga szklane wydłużone bongo.

– Serio, Benedykcie? Wiesz, że słońce jeszcze nie wzeszło? – pytam na poły karcąco.

– Słuchaj, Mayhem, właśnie podzieliłaś się ze mną rewelacją na temat tego, że wczorajszy wieczór spędziłaś w objęciach Theo Hollisa. Nie masz prawa robić mi uwag. Potrzebuję nieco się znieczulić, zanim usłyszę resztę tej historii.

W sumie Benny ma trochę racji. Zamykam oczy, wzdycham i podnoszę głowę w kierunku sufitu, w myślach zaklinając niebiosa, by usunęły z historii mojego życia minioną feralną noc. Niestety, gdy otwieram oczy, wciąż jestem na stryszku, a Benny właśnie zaciąga się trawką, nie czekając na pierwsze promienie słońca. Czuję, jak gdzieś we mnie rośnie gula żalu i pretensji do samej siebie.

Benny wypuszcza z ust obłoczek, po czym odkłada fifkę na miejsce.

– Dobra – mówi, z powrotem przenosząc na mnie wzrok. – Ty i Theo.

Zdmuchuję wpadającą mi do oczu grzywkę.

– Proszę, nie wymawiaj naszych imion w ten sposób.

Kolejne uniesienie brwi.

– No cóż... Wiesz, że twoja mama i Lisa żartowały przez lata o tym, że...

– Tak, wiem.

– Lubisz spełniać oczekiwania innych ludzi – kontynuuje, obserwując mnie uważnie – ale to już chyba lekka przesada.

– Nie zrobiłam tego, by kogokolwiek uszczęśliwić! – protestuję, po czym milknę na chwilę. – Tak mi się przynajmniej wydaje.

Ten żart ma naprawdę długą historię. Nasi rodzice od czasów, gdy byliśmy dziećmi, opowiadali, jak to cudownie by było, gdybyśmy skończyli jako para, bo wtedy w końcu oficjalnie stalibyśmy się rodziną. Faktycznie – w teorii ma to sens. Urodziliśmy się w zaledwie dwutygodniowym odstępie. Zostaliśmy ochrzczeni tego samego dnia. Spaliśmy razem na piętrowym łóżku od czasu, gdy Theo był na tyle duży, że nauczył się nie skakać z górnego piętra prosto na podłogę. Poza tym jako czterolatek ostrzygł mnie nożyczkami kuchennymi. A ja za każdym razem, gdy dorośli spuścili nas z oczu, zaklejałam mu buzię plasterkami aż do chwili, gdy rodzice przechytrzyli nas i zaczęli je przed nami chować. No i przez lata pomagaliśmy sobie podczas obiadu – by rodzice pozwolili nam odejść od stołu i pójść się bawić, ja zjadałam jego groszek, a on moją porcję gotowanej marchewki.

Tyle że to wszystko były historie z czasów dzieciństwa, a my już dawno nie byliśmy dziećmi. Theo jest świetnym gościem i oczywiście, że go kocham – jesteśmy niemalże rodziną i właściwie to nie mam innego wyjścia. Ale przez lata oboje bardzo się zmieniliśmy. Czasem odnosiłam wrażenie, że wszystko, co nas ze sobą połączyło, przestało być aktualne jakąś dekadę temu.

A poza tym nigdy nie patrzyłam na Theo w ten sposób głównie dlatego, że od zawsze byłam beznadziejnie, tragicznie, do utraty tchu zakochana w jego starszym bracie. Andrew jest dobry, ciepły, piękny i zabawny. Jest też kreatywny, figlarny, pełen pasji. Dodatkowo cechuje go szacunek dla prywatności i umiłowanie zasad, więc jestem prawie pewna, że wiedza, iż pod wpływem alkoholu zaliczyłam macankę z jego bratem kobieciarzem, byłaby dla niego odrażająca.

Benny jest jedyną osobą w tym domu, która wie o moich odwiecznych uczuciach względem Andrew. Teraz wpatruje się we mnie pytającym spojrzeniem i zagaja:

– No więc, co się wydarzyło?

– Byliśmy wstawieni – odpowiadam. – Tym sposobem skończyliśmy w składziku we troje: ja, Theo i jego język. – Przygryzam zębami czubek kciuka i dorzucam: – Powiedz mi, co myślisz.

– Próbuję zrozumieć, co, do licha, zaszło. To zupełnie nie w twoim stylu, Kluseczko.

Już czuję, jak rośnie we mnie chęć obrony i zapierania się rękami i nogami, że nie, to wcale nie tak. Tłumię ją jednak, zdając sobie sprawę, że to przecież Benny. Człowiek, który zawsze był dla mnie mistrzem Yodą, i w związku z tym wiem, że ma rację. Tak, to zupełnie nie w moim stylu.

– Może to motywujący kopniak ze strony mojej podświadomości? No wiesz, że powinnam w końcu dać sobie spokój z Andrew.

– Jesteś pewna, że o to chodzi? – dopytuje łagodnie Benny.

– Nie... Albo tak? – Mam dwadzieścia sześć lat, a Andrew dwadzieścia dziewięć. Nawet otumaniona porywami romantycznych uczuć muszę przyznać, że gdyby coś miało się między nami wydarzyć, to już by nastąpiło.

– Więc uznałaś, że dobrą alternatywą jest Theo? – drąży Benny, niemalże czytając w moich myślach.

– To nie była żadna chłodna kalkulacja, okej? To znaczy, no wiesz... trudno nazwać go szkaradnym.

– Ale czy on cię w ogóle pociąga? – nie odpuszcza Benny, skrobiąc się po nieogolonym podbródku. – Bo to w sumie wydaje się kluczowe.

– Yyy... No, wiele kobiet uważa go za atrakcyjnego...

Benny odpowiada śmiechem na to wymijające stwierdzenie.

– Wiesz, że nie o to pytałem, prawda?

– No, hm... Chyba wczorajszego wieczoru musiałam znaleźć się w tym gronie, skoro...

– I? – rzuca pytająco, robiąc taką minę, jakby nie był wcale pewien, czy chce poznać odpowiedź.

– I... – zaczynam, marszcząc nos w zabawnym grymasie.

– Z twojej twarzy wnioskuję, że było absolutnie fatalnie.

Głośno wypuszczam powietrze, czując specyficzną ulgę.

– O matko. Tak, było tragicznie. Słuchaj, on mi wylizał twarz... w sensie dosłownym. Całą twarz.

Rozbawiony grymas na twarzy Benny’ego przybiera coraz bardziej nieprawdopodobne formy, więc na wszelki wypadek dorzucam, celując w niego palcem wskazującym:

– Pamiętaj, przysięgłeś, że to zostanie między nami!

– A komu miałbym to powiedzieć? Jego rodzicom?

– Myślisz, że wszystko zniszczyłam?

Benny posyła mi w odpowiedzi wyrozumiały uśmieszek.

– Słuchaj. Nie jesteście pierwszymi w historii znajomymi, którzy po pijaku zaczęli się obmacywać. Poza tym faktycznie ta sytuacja może być motorem zmian. Może wszechświat daje ci w ten sposób do zrozumienia, że pora ruszyć z miejsca, udać się w jedną albo w drugą stronę? Mam na myśli sytuację z Andrew.

Wybucham śmiechem, bo to naprawdę wydaje się niewykonalne. Jakim cudem mam pozbyć się uczuć do kogoś obdarzonego tak wielkim sercem i zgrabnym tyłeczkiem? Nie wspominając już o tym, że próbuję wyleczyć się z tej miłości od blisko, bagatela, trzynastu lat.

– Jakieś pomysły, co konkretnie powinnam zrobić?

– Nie mam pojęcia, Kluseczko.

– Mam udawać, że nic się nie stało? Czy, przeciwnie, pogadać o tym z Theo?

– Na pewno nie to pierwsze – stwierdza Benny, a ja wiem, że ma rację, choć po cichu liczyłam, że dostanę od niego pozwolenie na chowanie głowy w piasek.

Unikanie trudnych tematów to zdecydowanie specjalność rodziny Jonesów. Podejrzewam, że mój ojciec na palcach jednej ręki mógłby policzyć sytuacje, w których zdobył się na szczerość i wprost porozmawiał z mamą o swoich uczuciach. Zapewne adwokat rozwodowy skwapliwie potwierdziłby, że tak się sprawy miały.

 

– Leć, obudź go i pogadajcie, zanim wszyscy zdążą wstać. Oczyśćcie atmosferę. – Po tych słowach Benny wygląda przez okno, patrząc na błękit nieba, który z każdą chwilą staje się coraz bardziej intensywny. Odwraca się z powrotem do mnie, a na mojej twarzy maluje się chyba przerażenie, bo uspokajająco kładzie dłoń na mojej ręce i dodaje: – Wiem, że w twojej naturze leży rozwiązywanie problemów poprzez unikanie konfrontacji. Ale pomyśl, to ostatni dzień pobytu tutaj. Chyba nie chcesz, żeby ta sytuacja leżała odłogiem między wami przez następny rok. Wyobraź sobie, jak niezręcznie byłoby wam spędzać razem kolejne święta.

– Boże. Myślę, że na świecie nie ma drugiego ślusarza o tak rozwiniętej intuicji i wyobraźni emocjonalnej.

Benny odpowiada śmiechem.

– Eeee, chyba troszkę przesadzasz.

Potakująco kiwam głową, po czym chowam dłonie między kolana i wlepiam wzrok w sfatygowaną drewnianą podłogę.

– Ostatnie pytanie.

– Mhm? – mruczy zachęcająco, a po melodii tego pomruku wnioskuję, że dokładnie wie, o co zamierzam go zapytać.

– Myślisz, że powinnam powiedzieć o tym Andrew?

Błyskawicznie odbija to pytanie, zadając inne:

– A niby dlaczego Andrew powinien się o tym dowiedzieć?

Przez chwilkę mrugam szybko. Widzę, że mój rozmówca patrzy na mnie z łagodnym współczuciem.

No tak. Faktycznie. Po co Andrew ta wiedza? I tak by go to szczególnie nie obeszło.