Przejdź przez wodę, krocz przez ogieńTekst

Z serii: Tekla Berg #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Przejdź przez wodę, krocz przez ogień
Przejdź przez wodę, krocz przez ogień
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 65,80  52,64 
Przejdź przez wodę, krocz przez ogień
Przejdź przez wodę, krocz przez ogień
Audiobook
32,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Sobota, 8 czerwca

GRÖNVIKSVÄGEN, BROMMA

Wiktor Umarow spoglądał przez okno sypialni na basen, który budził wiele emocji. Głównie poczucie beznadziei i dużo złości. Ale Wiktor nie zamierzał się poddać. Dwa lata w więzieniu na początku lat osiemdziesiątych zadziwiająco dobrze wspominał. Wszystko było czarne albo białe. Przejrzysta struktura. Dzięki temu, że umiał się bić, był szanowany i otrzymał dostęp do nowych struktur społecznych. Sam jednak nigdy nie wszczynał bójek. Zgrywał macho tylko na tyle, żeby wyjść z pierdla z najwyższymi notowaniami w kręgach kryminalnych. To mu się opłaciło wiele lat później, gdy otrzymał zlecenie od rosyjskiej służby bezpieczeństwa w Sztokholmie.

Latami kantował FSB na pieniądze, w końcu go zamknęli i po kuriozalnym procesie został skazany na śmierć. Po sześciu miesiącach pobytu w więzieniu dostał „ostatnią szansę”, jak się wyraził łysy funkcjonariusz FSB. Dwa warunki: miał objąć kontrolę nad rynkiem heroiny w Sztokholmie – heroiny płynącej „północnym szlakiem” z Afganistanu przez Europę Wschodnią – i na bieżąco dokonywać wpłaty na rzecz czwartego departamentu FSB, ponosząc odpowiedzialność za bezpieczeństwo finansowe. Wyrok śmierci został jedynie odroczony. Jeśli nie spełni któregoś z warunków, „kogoś wyślą” – poinformował go sucho funkcjonariusz, po czym podsunął Wiktorowi papier do podpisania. Do tej pory Wiktor dobrze się sprawował i narady z wysłannikiem FSB w różnych irlandzkich pubach w mieście były naprawdę hucznymi zabawami. Rosjanie zdawali się ufać, że dobrze wykonuje swoją robotę jako wor w Sztokholmie.

Przejechał palcem po rzędzie pranych chemicznie koszul. Czarna czy biała? Chyba najłatwiej by było zmieniać je konsekwentnie co drugi dzień. Albo zakładać czarną w ciągu dnia, a białą wieczorami? Czarną na co dzień, białą na przyjęcia? Nie, konsekwentny nigdy nie był. Zorganizowany? Kiedy było trzeba. Biorąc pod uwagę jego dysleksję, na ironię zakrawał fakt, że oficjalnie pracował tu jako tłumacz literatury rosyjskiej. Jego stary przyjaciel Borys pomagał mu czasem w tłumaczeniu dla zachowania pozorów. Był także księgowym rodziny.

Koszula, dwa psiknięcia old spice’em, spodnie i czarne buty ecco. Nina zwykle żartowała z jego doboru obuwia, ale miał to gdzieś. Funkcjonalność przede wszystkim.

Zszedł po krętych schodach do salonu. Nacisnął przycisk, żeby podnieść drewniane żaluzje zakrywające trzydziestometrową szklaną ścianę wysoką na dwa i pół metra. Jak w filmie science fiction statek kosmiczny budzi się do życia i powoli wpuszcza światło wschodzącego słońca, tak teraz ogromny salon z różnymi strefami – sofy, bar, stół bilardowy, kilka foteli – oblało słońce. Ceremonia otwarcia trwała około dwudziestu sekund. Wprawdzie maszyneria miała już dziesięć lat, ale działała jak stary rosyjski T62. Była to ulubiona chwila Wiktora w ciągu dnia, kiedy obserwował, jak jezioro Mälaren budzi się pięćdziesiąt metrów poniżej.

– Dziadku, pobawisz się z nami?

Odwrócił się. Był tak pogrążony we własnych myślach, że nie usłyszał, jak bliźniaczki prześlizgnęły się za nim. Nagle wydało mu się, że stoi zupełnie nagi, ale szybko zorientował się, że zdążył wciągnąć spodnie i buty. Odprężył się.

– Moje małe skarby.

Ukucnął i przyciągnął do siebie córki Niny – Emily i Kate. Miały jednakowe białe flanelowe piżamy w różowe misie. Pachniały malinami.

– Pokażcie dziadkowi cukierki.

Bliźniaczki popatrzyły na siebie i wybałuszając oczy, pokręciły głowami, aż ich ciemne loki się zakołysały.

– Nieeeee, nie mamy cukierków.

Wiktor udał zaskoczonego.

– Nieeee? A więc to nie malinowe żelki trzymacie za plecami?

Bliźniaczki zachichotały, starając się nie otwierać ust.

– Nie mów nic mamie.

Wiktor przyłożył palec do ust.

– Ciii. Słowo dziadka. Będę milczał jak mumia, o której mówiłem wczoraj przy kolacji. Pamiętacie?

Ostrożnie pokiwały głowami i przypomniały sobie wstrząsającą opowieść o piramidach spod Luksoru.

– Teraz pora na śniadanie. Co powiecie na gorącą czekoladę?

– Taaaak! – przekrzykując się, zawołały dziewczynki.

W kuchni ich mama, Nina, właśnie przygotowywała śniadanie. Wiktor pocałował w czoło swoją królewnę.

– Dobrze spałeś, tato?

– Jak ruski niedźwiedź w zimie.

– Dobrze więc, że się wygramoliłeś z tego legowiska – powiedziała, a na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Miała idealny makijaż: ciemnoczerwona pomadka na pełnych ustach, dyskretnie wytuszowane rzęsy i brązowy cień na powiekach, co sprawiało, że jej ciemne włosy uczesane z równym przedziałkiem wydawały się kruczoczarne.

– Nie w każdą sobotę cała rodzina wpada do domu na noc. – Wiktor rozejrzał się po ogromnej kuchni. – Gdzie Joakim?

– Wyszedł wcześnie – odparła Nina i położyła na półmisku małe grube naleśniki. – Poszedł z kolegą na tenisa.

– Wiesz, że Coco może to zrobić – powiedział Wiktor, wskazując na patelnię.

– Moje crumpets są lepsze. – Uśmiechnęła się. – Pamiętasz, że nasza niania w Londynie takie robiła? Najlepiej smakują z miodem. Usiądź, tato, zrobię ci kawy. Tak rzadko mam szansę się tobą zająć. Potrzebujesz tego. Na moje oko wyglądasz na zmęczonego.

– Dziękuję. – Wiktor uśmiechnął się.

Cieszył się, że najstarsza córka jest w dobrym humorze. Żwawa, świeżo po prysznicu, z idealnie ułożonymi krótkimi włosami, ale zarazem coś go niepokoiło, nie umiał tylko określić co. Coś w jej związku? Dostrzegł, że choć ten jeden raz dobrze się czuła w domu. Zawsze przypuszczał, że jej mąż, Jocke, nie poświęca jej wystarczająco dużo uwagi.

Usiadł w jadalni, która wychodziła na tył domu. Przesuwane drzwi były rozsunięte i rześkie czerwcowe powietrze spowijało kamienną podłogę.

Sardor wszedł do kuchni i oparł się o krzesło. Miał na sobie skórzaną kurtkę. W jednej ręce trzymał kubek z kawą, w drugiej książkę.

– Cześć – przywitał się krótko.

– Cześć, braciszku – odparła Nina. – Nieczęsto widuje się ciebie z książką.

Sardor posłał siostrze piorunujące spojrzenie.

Wiktor wstał i przez okno kuchni przyjrzał się brązowobrunatnej wodzie w basenie.

– Woda przypomina nasze podwórze w Taszkiencie jesienią. Glina, kawałki drewna i przerdzewiałe metalowe wiadra. To wszystko, od czego chciałem uciec.

– Ale tato – powiedziała Nina i położyła mu rękę na ramieniu. – To chyba nic strasznego.

– Wczoraj wrzuciliśmy do basenu tabletkę z chlorem, drugą w tym tygodniu. Jak dotąd żadnych rezultatów. Facet z serwisu był obejrzeć filtr i powiedział, że działa „jak moje audi z dwa tysiące pierwszego” – prychnął Wiktor. – Nie chcę tu starego audi. Basen ma wyglądać porządnie do następnego weekendu, kiedy goście zjadą się na coroczne przyjęcie Eleny w ogrodzie. Ja się nie poddam. Kamila i bliźniaczki w końcu dostaną swój idealny basen.

– Ależ one są zadowolone – zaprotestowała Nina.

– Widziałaś, żeby się kąpały w ostatnim tygodniu? – spytał retorycznie Wiktor.

– Wciąż jest za zimno – tłumaczyła Nina, podając córeczkom kanapki z nutellą i gorącą czekoladę z mikrofalówki. Była już w pełni gotowa na pokazywanie mieszkań tego dnia: ciemnogranatowy kostium Zegny i czarna bluzka. Czerwony jedwabny szal wokół szyi.

Wiktor nalał sobie kawy ze srebrnego dzbanka, po czym odstawił go na środek ogromnego szklanego stołu i usiadł koło Kate, a następnie pogładził ją po loczkach. Zwrócił się do Sardora.

– Jak poszło wczoraj z Jensenem i jego chłopakami w skórzanych spodniach ze Skärholmen?

– Zaprosili mnie na grilla.

Nina rozpięła żakiet i zasiadła do rodzinnego śniadania.

– Gadałem z Jensenem – ciągnął Sardor. – W końcu załapał. Mamy tydzień, żeby znaleźć tego, który dźgnął Jarmo.

Wiktor wyjął z kieszeni jedwabnego szlafroka skórzane etui i zapalniczkę. Wytrząsnął papierosa. Srebrna zapalniczka wystrzeliła gazowym płomieniem na dwa centymetry, Wiktor przysuwał ją i odsuwał w stosowanej odległości od papierosa. Potem jak zwykle przytrzymał papierosa przed ustami i się zaciągnął. Chociaż nie pojawił się dym, mógł poczuć w gardle ciepło od tytoniu. Zamknął oczy i położył papierosa na stole.

– A potem zrobiłeś scenę?

Wiktor zaciągnął się na sucho.

Sardor nerwowo przebiegł palcami po książce.

– Sprowokowali mnie.

– A więc to ty uciekłeś się do przemocy? – spytał go ojciec. – Z tego, co pamiętam, prosiłem cię, żebyś zachowywał się dyplomatycznie.

– Czy zawsze musisz drążyć, kto był winien? – westchnął Sardor.

– Kiedy ludzie się sprzeczają, zawsze jest to czyjaś wina.

Nina wstała.

– Idę do biura. Jonna poleciała do Nowego Jorku na weekend i muszę sfinalizować jedną sprawę.

Wiktor zrozumiał, co było nie tak. Nina unikała jego wzroku. Zachowywała się nienaturalnie, mowa jej ciała wskazywała na to, że jest spięta i zestresowana.

– Chodzi o tamtą wyspę? – spytał siostrę Sardor.

– Kaggholmen? Tak. A co?

– Cała wyspa. To musi być sporo kasy.

– Wystawiono ją za trzydzieści trzy miliony. Ma ją kupić pewien Holender. To jakiś problem?

Sardor wstał i zignorował siostrę.

– Muszę się rozmówić z Tatianą – powiedział. – Nie kontroluje sytuacji z dziewczynami.

Wiktor uśmiechnął się do Emily i Kate, które miały całe buzie wysmarowane nutellą.

– Powiedziałem, że załatwię kogoś, kto zajmie się Kolumbijkami. Ale odmawia.

– Cenię to, że myślisz o podwładnych – pochwalił go Wiktor.

– Podwładnych? – zdziwił się Sardor. – Tatiana to przecież ktoś więcej. Była z nami, odkąd się tu sprowadziliśmy.

Nina zerknęła na brata, potem na ojca. Wytarła nutellę z twarzy bliźniaczek.

 

– Mogę pomóc, jeśli potrzeba – zaproponowała.

– Masz się w to nie mieszać – odparł Wiktor i pokręcił głową. – Przecież wiesz.

– Mówię tylko, że...

– Nie! – krzyknął ojciec, głośno waląc dłonią w szklany blat. Bliźniaczki podskoczyły. Wiktor kilka razy szybko zaciągnął się na sucho i odłożył niewypalonego papierosa. – Ile razy mam ci powtarzać, że między tym, co robi Sardor, a tym, co ty robisz, Nino, jest „Wielki” Mur Chiński?

W kuchni zapanowała cisza.

Wiktor bardzo się zdenerwował.

– Jestem w Sztokholmie worem, tłumaczem i niepozornym biznesmenem, który żyje z odsetek ze starego kapitału. Okej? Nikt mnie nie ruszy. Ani gangi. Ani motocykliści. Ani policja. Kurwa, żyję w harmonii nawet z urzędem skarbowym. A ty, Nino, jesteś moim żeńskim odpowiednikiem. Nie wolno ci nawet parkować na zakazie. Rozumiesz?

– Tak, tato – potwierdziła.

– Nigdy, przenigdy nie wolno ci się tykać niczego nielegalnego.

– Wiem, nie musisz mi przypominać.

– Chodź tu – powiedział Wiktor. – Popatrz na mnie. Widzisz coś?

– Co miałabym widzieć? – spytała zaniepokojona Nina.

– Powiesz mi, jeśli coś będzie ci leżeć na sercu, prawda?

– No jasne.

Sardor usiadł na szklanym stoliku.

– Rób swoje, a wszyscy będą zadowoleni – zwrócił się do siostry.

– Nikt ci nie zwinie twojego kawałka tortu – odparła Nina z fałszywym uśmiechem. – Możesz być spokojny.

– Jeszcze nie umarłem – wtrącił się Wiktor.

Czuł się ociężały i wyczerpany, co go przygnębiało. Stało się dokładnie to, czemu chciał zapobiec: dzieci kłóciły się o spadek po nim. Dlaczego poniósł porażkę wychowawczą? Dlaczego tylko Ninę udało mu się ustrzec przed przestępczością? Powinien był mocniej nalegać, żeby Sardor kontynuował naukę.

– Poza tym wszystko jest załatwione. Możecie przestać się kłócić.

– Nie widziałem nic na piśmie – powiedział Sardor.

– Odpuść sobie! – krzyknął Wiktor.

Nina parsknęła grubiańskim śmiechem.

– Jakby Sardor był w stanie cokolwiek przeczytać!

Sardor ruszył do drzwi.

– Musisz więcej sypiać! – zawołała za nim Nina. – Jeśli chcesz, poproszę swojego lekarza, żeby przepisał ci środki nasenne. Coś, co przytłumi na noc ten cały testosteron.

Nie odwracając się, Sardor odpowiedział:

– Ktoś musi się przecież zajmować tą gównianą robotą.

Sobota, 8 czerwca

HALA TARGOWA, ÖSTERMALM

Nina zaparkowała czarnego cadillaca escalade przed wejściem do hali targowej na Östermalmie. Pamiętała zaskoczenie Jockego, kiedy kupiła ten samochód. Argumentem było bezpieczeństwo dzieci. Jej samej podobał się kształt i szerokie siedzenia. I cisza. Ale faktycznie, czasem trudno znaleźć wystarczająco duże miejsce parkingowe.

Weszła do hali i ruszyła w głąb do stoiska rybnego Melanders fisk, gdzie było pełno ludzi. Zadzwoniła jej komórka: Jonna Fredén-Hansson.

– Dlaczego nie odpowiadasz? – spytała Jonna.

– Tak, wiem, dzwoniłaś do mnie ze czternaście razy. Wyluzuj – powiedziała Nina, biorąc numerek do kolejki. Skinęła z uznaniem do właściciela stoiska, który postawił przed nią kieliszek wina musującego. Zamoczyła usta w lodowatej cavie i ugryzła kawałek sera. Manchego. Przypomniał jej się wypad z Joakimem do Oviedo na hiszpańskim wybrzeżu. Wyżłopali tyle cydru, że teraz nie mogli nawet powąchać butelki. Życie przed dziećmi.

– Daj spokój, Nino. Przegapiłaś tę małą katastrofę z pożarem?

Nina wysiliła się, żeby znaleźć ustronne miejsce. Dziwiła się, że kobiety, obok których musiała się przecisnąć, nie odwiesiły jeszcze długich futer na strych. Zbliżał się środek lata. Nigdy wcześniej nie odbierała powiedzenia, że „wiosną trzeba się pocić”, tak dosłownie. Trudno jej było zrozumieć zamiłowanie tutejszych kobiet do futer. Ona wolała czarną skórę.

– Zamierzałam właśnie kupić krewetki dla rodziny i zaszyć się na kilka godzin gdzieś z dala od wrzeszczących kolegów i agresywnych braci.

– Co takiego zrobił Sardor?

– Nie pozwolę, żeby schrzanił mi sobotni wieczór.

– Pokłóciliście się?

– A czy kiedykolwiek się nie kłóciliśmy?

– Powinniście sobie spokojnie wyjaśnić, co komu leży na wątrobie.

Nina uśmiechnęła się pod nosem.

– Sardor nie jest typem, z którym można coś wyjaśnić. On nie ma żadnego kontaktu ze swoim wnętrzem.

– Ale może powinnaś spróbować?

– Mogłabyś sobie choć raz darować analizę moich stosunków rodzinnych? Wydaje mi się, że mamy ważniejsze rzeczy do omówienia.

Nina wypiła duszkiem cavę i gdy uchwyciła wzrok właściciela, wskazała palcem na kieliszek, że prosi o dolewkę.

Tylko ona i siedzący w głębi mężczyzna z kartoflanym nosem popijali. Babska obok kurczowo trzymały przed sobą torebki, które zamierzały wypuścić dopiero, gdy wrócą do swoich mieszkań kilka przecznic stąd, żeby wychylić pierwszą sherry tego dnia.

– Podoba ci się rytm wielkiego miasta? – spytała Nina. – Ja wolałabym chyba umrzeć, niż zamieszkać w Nowym Jorku. Mimo że tutaj ogarnia człowieka panika, bo wszyscy się znają. Trudno nazwać Sztokholm światowym miastem. Nie mówiąc już w ogóle o Wenecji Północy.

– Mogłabyś się trochę skupić?! – zawołała Jonna do słuchawki.

– Mówisz jak mój ojciec. Jeśli jest choć jedna rzecz, którą potrafię, to właśnie się skupić.

Nina pomyślała o Wiktorze i o tym, czego naprawdę ich nauczył: dociskać, kiedy trzeba. Mógł się wydawać hałaśliwy, wręcz nieokrzesany i rozkojarzony, ale Nina niezliczoną liczbę razy widziała, jak partnerzy od interesów, sądząc, że Wiktor się nie zorientuje, próbowali manipulować liczbami, co za każdym razem źle się dla nich kończyło.

– Nino, o czym ty mówisz?

– O sztuce odpoczywania, gdy ma się ku temu okazję.

Nina zawsze zazdrościła ojcu umiejętności zapominania o interesach, kiedy miał wolne. Zajmował się basenem albo pakował się z sąsiadem w kompletnie niepojęty projekt budowlany, który mógł się ciągnąć miesiącami. Nie mówiąc już o obsesji na punkcie zabaw z wnuczkami.

– Czy to uratuje naszą sytuację? Jeśli wsadzimy głowę w piasek? – spytała Jonna.

– Nie zamierzam się niepokoić w czasie wolnym.

Nina napotkała wzrok kartofla i rozpoznała go. Dyrektor jednej z instytucji kredytowych, niedawno rozwiedziony.

– Wszystko wyjdzie na jaw. Jak nikt inny powinnaś się niepokoić.

– Potrzebujemy więcej informacji – zawyrokowała Nina.

– Jak możesz być tak spokojna i zachowywać się, jakby nic się nie stało?

– Już mówiłam: nie zorientujemy się lepiej w sytuacji, krzycząc i panikując.

– A tobie nie udało się go jeszcze złapać? – spytała Jonna.

Wtem nadeszła kolej Niny na złożenie zamówienia. Odstawiła kieliszek.

– Poczekaj – powiedziała do Jonny. – Poproszę dwa kilo świeżych krewetek.

Wróciła do rozmowy.

– Dzwoniłam wiele razy, ale włącza się poczta głosowa.

– Mógł czmychnąć?

– Gorzej.

– Co może być gorszego?

– Na intensywnej terapii w Noblu leży niezidentyfikowany mężczyzna – wyjaśniła Nina. – Z ciężkimi poparzeniami.

– To miałby być on?

– Niewykluczone. Zajmę się tym. Najpierw jednak muszę zrobić sobie małą przerwę, tylko dziś wieczorem, jeśli pozwolisz.

Wyciągnęła platynową kartę i w zamian dostała białą plastikową torbę. Kiedy wyszła z hali i ruszyła do swojego SUV-a, zobaczyła strażnika, który właśnie wsadzał jej żółtą kartkę za wycieraczkę.

– Muszę spróbować się odprężyć – westchnęła Jonna.

– Coś ci to chyba nie idzie.

Nina zignorowała strażnika. Rzuciła mandat na ziemię, wsiadła do samochodu i odpaliła silnik. Potem zadzwoniła do Jockego, żeby mu powiedzieć, że już jedzie na Karlaplan. Stojąc na czerwonym świetle na Karlavägen, przyciszyła muzykę i zapatrzyła się na starszego mężczyznę spacerującego z jamnikiem. Zastanawiała się, jak ma powstrzymać nadciągającą katastrofę. Być może nadszedł czas, żeby umówić się do dentysty.

Sobota, 8 czerwca, godzina 11.00

OIOM, SZPITAL IM. ALFREDA NOBLA, SZTOKHOLM

Eva Elmqvist przejechała ręką po kręconych włosach i podrapała się po głowie.

– W nocy dostał obrzęku płuc.

Teklę dużo trudu kosztowało skupienie się na doniesieniach Evy o poparzonym pacjencie. Wzdrygała się na samą myśl o swojej reakcji, gdy znów zobaczy jego palce. Najwyraźniej w jej mózgu coś się przestawiło i cały czas myślała o Simonie, co było kompletnie niedorzeczne.

– Dokładnie tak, jak mówiłaś – przyznała Tekla.

Stały przed pokojem socjalnym na OIOM-ie, trzymając plastikowe kubeczki z kawą.

– I jest we wstrząsie septycznym – ciągnęła Eva. – Musiał dostać wysoką dawkę substancji obkurczających naczynia. Ale przynajmniej nadal oddaje mocz, to dobrze.

– Będziecie operować? – spytała Tekla.

– A niech to, ale jesteś zorientowana w leczeniu oparzeń.

– Mogę nie pytać.

– Nic podobnego. Chirurdzy plastyczni oglądali go już dwa razy, jeszcze zanim dostał obrzęku płuc. Zaczęli przygotowywać przeszczep skóry od dawcy, ale najpierw trzeba usunąć obumarłe tkanki. Teraz mamy problem z drogami oddechowymi. Trzeba mu zrobić tracheotomię, ale – Surprise, surprise! – chirurdzy laryngolodzy się ociągają. Mam nadzieję, że uda się to zrobić w ciągu dzisiejszego dnia. Poza tym nic więcej z lekarskiego punktu widzenia. Poinformujesz policję?

– Jeszcze jedno – odparła Tekla. – Czy wiemy coś więcej o tym, kto to jest?

– Tym zajmuje się policja. O ile się orientuję, może to trochę potrwać. Starają się zdobyć radiologiczne statusy zębowe z gabinetów stomatologicznych na Södermalmie. Nie ma krajowego rejestru, więc w zasadzie nie wiadomo, gdzie szukać.

– Ach, ta szwedzka biurokracja.

Eva pokręciła głową.

– W innych krajach też nie poszłoby to szybciej.

– O ile nie byłoby jakiejś finansowej zachęty.

– Z czego możemy się chyba bardzo cieszyć.

Eva odeszła, nie żegnając się. Tekla ruszyła do sali, w której leżał poparzony.

W środku zauważyła kolejną zmianę: woń zainfekowanej skóry. Jak na stoisku mięsnym w supermarkecie w ciepły letni dzień.

Rebecka Nilsén dyskutowała z pielęgniarką odpowiedzialną za pacjenta. Rozpromieniła się na widok Tekli.

– Aha! Nasza informatorka.

Tekla zrobiła zdziwioną minę.

Rebecka uśmiechnęła się.

– Mów, proszę!

Tekla starała się nie patrzeć na pacjenta, mimo że leżał przykryty.

– Właśnie się dowiedziałam od lekarki z OIOM-u, że są problemy ze zbilansowaniem płynów. Stan jest krytyczny.

Rebecka wyjęła komórkę i włączyła nagrywanie. Położyła telefon na stoliku obok łóżka.

– Zawsze się asekurujecie, jak zauważyłam.

– To znaczy?

– Problemy. Stan krytyczny. Dlaczego nigdy nie podajecie konkretnych liczb? Na przykład: „Ryzyko, że umrze w ciągu dwóch najbliższych dni, wynosi osiemdziesiąt pięć procent”.

– Mogę kłamać, jeśli wolisz – odparła Tekla.

– Nie trzeba. Mam w naturze to, że analizuję różne rzeczy. Ludzi i zjawiska.

Tekla zerknęła na monitory. Pacjent miał dzisiaj wyraźnie przyspieszoną akcję serca.

– Ale przeżyje? – spytała Rebecka Nilsén.

– To jest na razie bardzo niepewne.

– A kiedy będzie można mu wyjąć... tę rurkę z gardła? A może dałoby się wybudzić go na chwilę z narkozy, żebyśmy mogli spróbować z nim porozmawiać?

Na twarzy Tekli zagościł uśmiech.

– Tak robi się tylko w filmach. Chyba rozumiesz.

– A ja uwielbiam filmy – oświadczyła Rebecka z rozmarzonym wzrokiem.

– Dziś jest w gorszym stanie niż wczoraj – wyjaśniła Tekla.

Rebecka ze wstrętem popatrzyła na respirator, a Tekla podeszła do łóżka i chwyciła za kołdrę, która trochę się zsunęła. Zobaczyła stopy i zadrżała. Ścisnęło ją w piersi, miała problem ze złapaniem oddechu. Ale stan ten szybko minął.

– Naprawdę potrzebowalibyśmy z nim porozmawiać – powiedziała Rebecka do siebie, jakby usiłowała obmyślić sprytny sposób na wybudzenie pacjenta, na który nie wpadli lekarze.

Tekla zwróciła uwagę, że szminka Rebecki Nilsén jest dzisiaj w innym odcieniu różu, podobnym do koloru żelków malinowych. Jej sztywne włosy były równo zaczesane do tyłu. Miała na sobie cienki, luźny kombinezon z ciemnozielonego materiału, spod którego wystawały ramiączka stanika. W talii zawiązany wąski pasek z tego samego materiału. Ręce odsłonięte od ramion. Białe sandały na wysokim obcasie. Wyglądała, jakby wybierała się na wernisaż do galerii Liljevalchs.

 

– Dlaczego to takie ważne, żeby z nim porozmawiać?

– Obowiązuje cię tajemnica lekarska, prawda? – odpowiedziała pytaniem Rebecka.

Tekla przytaknęła.

Rebecka Nilsén wbiła w nią wzrok. Zdawało się, że właśnie podejmuje spontaniczną decyzję.

– Technicy kryminalistyki znaleźli w garażu ślady azotanu potasu, siarki i siarczku amonu. To znaczy materiałów potrzebnych do zbudowania bomby.

– Bomby? – wyrwało się zaskoczonej Tekli.

– Podejrzewamy, że mężczyźni, którzy opuszczali to miejsce furgonetką, przebywali w garażu, i nie możemy wykluczyć, że ten oto nasz drogi pacjent należał do tej samej grupy.

Burza myśli przeleciała Tekli przez głowę.

– Próbowali więc wysadzić wieżowiec?

– To jeden z tropów, które badamy. Nie wyciągając żadnych przedwczesnych wniosków.

Tekla kiwnęła głową i dodała:

– Ale on zareagował na nalokson. Czy nie wskazuje to na fakt, że jest narkomanem, który spał w piwnicy? W tym mieście można chyba znaleźć sporo narkomanów koczujących w piwnicach i garażach?

– Czyli sprawdziliście go na obecność narkotyków?

Tekla westchnęła.

– Niestety przegapiliśmy to.

– Kiedy najpóźniej można wykonać takie badanie?

– Po kilku dniach, ale problem w tym, że już w zabiegowym dostał morfinę i inne leki, więc nie jesteśmy w stanie określić, co jest czym.

– Okej. Nie możemy jednak zamykać żadnych drzwi. Konstruktorzy bomb i terroryści też zażywają narkotyki. Moja grupa bada wszelkie możliwe ślady.

– Dużo was jest w tej grupie? – spytała zaciekawiona Tekla.

Poważna twarz Rebecki niespodziewanie się rozpogodziła.

– Wystarczająco. Szybko rozgryziemy tego małego orzeszka – odpowiedziała, a Tekla jakby usłyszała dźwięk rozłupywanego orzecha włoskiego przed choinką bożonarodzeniową w domu Nilsénów.

– Jak wam idzie z jego tożsamością?

– Dlaczego pytasz?

– Tak z ciekawości.

– Ciekawość, skądś to znam. Pracujemy nad tym.

I Rebecka Nilsén opuściła salę numer jeden na OIOM-ie.

Tekla zerknęła na stopy pacjenta, starając się zachować pozory obojętności. Pielęgniarka była zajęta portem na jego szyi, który chyba się zatykał.

– Będzie siostrze przeszkadzać, jak go zbadam?

– Proszę, niech pani doktor robi, co musi. Próbuję tylko oczyścić wkłucie centralne, które ledwie działa.

Tekla założyła plastikowy fartuch i rękawiczki. Udała, że osłuchuje serce i płuca, chociaż była skupiona wyłącznie na szukaniu nieuszkodzonych partii ciała, którym mogłaby się przyjrzeć. Jedno ramię i fragment poniżej z boku były względnie nienaruszone. Przesunęła palcem po zagłębieniu nad obojczykiem. Czy Simon nie złamał go w dzieciństwie? Nie wywrócił się na rowerze? Obojczyk poparzonego mężczyzny nie miał złamań. Tekla przywołała jasne wspomnienie Simona: siedzi po turecku na plaży nad jeziorem. Małe, granatowe kąpielówki z białym sznurkiem. Buduje otoczony fosą zamek z piasku. Przyrównała obszar wielkości dłoni ze swojego wspomnienia do fragmentu ciała pacjenta przed sobą. Wyglądały podobnie. Tylko jak bardzo różnią się od siebie okolice obojczyków małych chudych chłopców? Skierowała się w stronę lewej dłoni: mały palec był czerwony, ale nie poparzony. Pochyliła się nieco nad nadgarstkiem, przywołując wspomnienie z czasów, kiedy razem z Simonem i jego kumplami szli na imprezę w Umeå. Na zmianę przymierzali pierścionek zaręczynowy, który kupił jego kolega. Dla Tekli był za duży, Simon uśmiechnął się triumfalnie i stwierdził: „Na mnie leży jak ulał, to ja się hajtnę”. Widziała przed sobą jego palec serdeczny. Małego palca nie mogła dojrzeć.

– Jak idzie? – spytała pielęgniarka.

Wyrwana ze wspomnień Tekla popatrzyła na zaciekawioną twarz.

– Pytanie, czy z tego wyjdzie.

– Zdaniem chirurga, który był tu rano, raczej nie. Jak on to powiedział... Coś w stylu: po co marnować czas na bloku na takie beznadziejne przypadki?

Tekla starała się zapanować nad sytuacją. Potrzebowała swojej pomadki, żeby poukładać myśli w odpowiednich przegródkach. Dlaczego nie mogła wyzbyć się szaleńczego przeczucia, że to jej brat leży tutaj przed nią? Czy miało to coś wspólnego z obietnicą złożoną ojcu na łożu śmierci? A może z tym, co powiedział tata o chorobie mamy. To, czego Simon nigdy się nie dowiedział. Przeanalizowała obrazy kości obojczykowej pod innym kątem. Przyjrzała się każdemu cieniowi na skórze Simona. Przez sekundę cieszyła się ze swojej fantastycznej zdolności, która sprawiała jej przez lata wiele kłopotów: mobbing, wyobcowanie, poczucie osaczenia, izolacja. Mimo wszystko zaoszczędziło jej to sporo czasu na studiach.

– Muszę przynieść więcej chlorheksydyny – powiedziała pielęgniarka. – Pobędzie tu pani doktor przez chwilę?

– Oczywiście – odparła Tekla i patrzyła, jak pielęgniarka znika w śluzie powietrznej.

Pochyliła się nad uszkodzoną twarzą i spróbowała dojrzeć coś w oczach poparzonego, ale wciąż miał opuchnięte powieki. Czuć było płyn do dezynfekcji, swąd spalonych włosów. Przed oczami stanęły jej obrazy z sauny nad jeziorem, kiedy ścierali z siebie pot i naskórek i rzucali do agregatu. Nie, nie mogła przywołać tamtego zapachu.

– Fuj, ale wali! – krzyczał Simon.

– Mnie się podoba – odkrzyknęła Tekla, polewając wodą kamienie.

Wzięła poparzonego za rękę i wyszeptała:

– Simon, czy to ty? Daj mi jakiś znak. Możesz ścisnąć moją rękę, jeśli mnie słyszysz.

Nie czuła jednak nic poza bólem w plecach, gdy się pochyliła. Słyszała tylko jednostajne buczenie wentylacji.

– Proszę, porusz chociaż palcem. Simon, jesteś tu? Czy mogę ci jakoś pomóc? Potrzebuję tylko małego, malutkiego znaku, że to ty. Jak wtedy, gdy przedrzeźniałeś moje mlaskanie przy stole, pamiętasz? Nie znosiłeś tego, mówiłeś, że to tak, jakbym siedziała ci w uchu i taplała się w glinie. Nadal mlaszczę. Dużo czasu minęło, odkąd się widzieliśmy, ale nie żartuję, będę mlaskać, aż wpadniesz w szał i się obudzisz. Simon, mógłbyś zamlaskać.

Przyłożyła rękę do zabandażowanego czoła pacjenta.

– Wiesz, że nie umiem pływać. Tata nie zdążył mnie nauczyć. Czy właśnie to miałeś na myśli? I kto ci to zrobił? Skiń głową, porusz nią, jeśli mnie słyszysz. Tak bardzo chciałabym ci pomóc. Nie ma znaczenia, co zrobiłeś, nikt nie powinien tak cierpieć. Wiem, ładujesz się w kółko w kłopoty. Przykro mi, zawsze tak było i zawsze tak będzie. Ale cię kocham takiego, jaki jesteś. Pamiętasz, co mówił tata? Nie można pociągnąć kogoś do odpowiedzialności za to, jakich dostał rodziców w prezencie. Miał świadomość, że był kiepskim ojcem. To pewne. Jednak w przeciwieństwie do mamy przynajmniej zdawał sobie z tego sprawę. Simon, rusz głową, proszę.

Zmieniła pozycję. Czekała na reakcję mężczyzny, ale się nie doczekała. Zerknęła na monitory, zobaczyła, że puls delikatnie przyspieszył. Czy to przypadek, czy jedyny sposób, w jaki mógł się z nią komunikować?

– Jeśli umrzesz, to ja też. Nie wierzę w żadnego boga, więc nie mogę poprosić go lub jej o pomoc. Mogę prosić tylko ciebie, żebyś przeżył. Bo jeśli tego nie zrobisz, sama nie wiem, co wtedy...

– Jak tam?

Wróciła pielęgniarka.

Tekla udała, że mierzy mężczyźnie puls na nadgarstku. Wyglądało to dość nieporadnie.

– Świetnie. To znaczy ze mną... A jeśli chodzi o Si... o niego... o pacjenta...

Puściła rękę poparzonego, która mocno uderzyła w boczne zabezpieczenie, po czym unikając wzroku pielęgniarki, wyszła z sali z lekkim uciskiem w piersi.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?