Przejdź przez wodę, krocz przez ogień

Tekst
Z serii: Tekla Berg #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Przejdź przez wodę, krocz przez ogień
Przejdź przez wodę, krocz przez ogień
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 65,80  52,64 
Przejdź przez wodę, krocz przez ogień
Przejdź przez wodę, krocz przez ogień
Audiobook
32,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Prolog

Czwartek, 6 czerwca, wieczór

SZPITAL IM. ALFREDA NOBLA, SZTOKHOLM

Monica Carlsson powoli przysunęła miseczkę i wzięła kawałek solonej lukrecji. Słony smak wbił się głęboko w podniebienie, co ją na chwilę rozproszyło. Na monitorze przed nią leciał właśnie z wyłączonym dźwiękiem program telewizji internetowej. Monica przeniosła spojrzenie z ulizanych platynowych włosów prowadzącego na oddalony o kilometr słup dymu, któremu przyglądała się uważnie już od pół godziny. W jej ogromnym gabinecie panowała przyjemna cisza, zakłócana tylko przez coraz bardziej rozgorączkowanego Fredrika, który rozmawiał za drzwiami przez telefon.

Monica uniosła wzrok kilka centymetrów nad skrzyżowane na biurku nogi i dostrzegła na horyzoncie dwie nowe wieże: szczyt głupoty w Europie Północnej. Dach szpitala wieńczyły aż dwa lądowiska dla helikopterów. Dwa! Budżet remontowy jej własnego szpitala – Szpitala im. Alfreda Nobla – obcięto tym samym o połowę.

Sięgnęła po jeszcze jednego cukierka, zdrapała lukrecję z górnych zębów i doszła do wniosku, że dym przybrał jaśniejszą barwę. Wzięła z biurka długopis i rozkojarzona zaczęła nim mazać po żółtej karteczce samoprzylepnej.

Po raz trzeci w ciągu ostatniej pół godziny Fredrik zapukał i zajrzał do środka.

– Jeszcze nie pora?

Monica zdjęła nogi z biurka i wsunęła stopy w pantofle. Położyła złoty długopis równo przy klawiaturze.

– A słyszałeś, żebym cię wzywała?

Fredrik przejechał dłonią po zaczynającej się tworzyć łysinie.

– Ale Göran dzwonił już trzy razy. Panuje chaos. Co mam...

– Który lekarz zajmował się raną zadaną nożem? – przerwała mu spokojnym głosem.

Jej asystent zamilkł. Opuścił drżącą rękę. Wyciągnął z kieszeni karteczkę i przeczytał.

– Tekla Berg. Ale...

Wzrok Moniki znów padł na monitor. Zegar w górnym rogu wskazywał dwudziestą pierwszą czterdzieści trzy.

Wyjrzała przez okno. Wielki Boże, co tu się wyrabia? Najpierw gangsterzy z wyciągniętą bronią na SOR-ze, potem jeszcze to. Kierowanie szpitalem to parszywa robota.

Przesunęła palcami po złotym łańcuszku na szyi, próbując rozważyć możliwości. Nowy oddział leczenia oparzeń kosztował podatników sto dwadzieścia milionów koron. Mimo to państwowy ośrodek referencyjny utworzono w Uppsali. To tak, jakby mieć luksusową restaurację pełną drogich produktów i uwijających się najwybitniejszych kucharzy i patrzeć, jak lokal świeci pustkami. Monica znała rozwiązanie, orientowała się, kto pociąga za sznurki, nie wiedziała tylko, jak zwrócić uwagę tego kogoś. Ale miała pewien pomysł.

Wzięła jeszcze jeden kawałek lukrecji i wstała zza biurka. Bolały ją kolana, ale nie chciała tego dnia łykać więcej efferalganu codeine. Po powrocie do domu zamierzała wypić z Gregorem po kieliszku chablis. Poprawiła pasek u spodni i zapięła marynarkę. Powlokła się do wysokiego owalnego okna. Czy z dołu, z budynków przy Ringvägen, wyglądało ono jak czuwające nad wszystkim oko? Oko, które nigdy się nie zamyka?

Jej komórka pokazywała dwudziestą pierwszą czterdzieści osiem. Pięć dodatkowych minut oznaczało prawdopodobnie co najmniej jednego dodatkowego pacjenta na oddziale leczenia oparzeń.

Monica Carlsson odwróciła się i zawołała:

– Już możesz ogłosić stan kryzysowy. I dopilnuj, żeby wysłano tam Teklę Berg.

I

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Czwartek, 6 czerwca, wieczór

SOR, SZPITAL IM. ALFREDA NOBLA, SZTOKHOLM

– Pchnięcie nożem w pierwszym zabiegowym. Za pięć minut – oświadczył Emil, uchyliwszy drzwi. – Mężczyzna, dwadzieścia trzy lata. Nieustabilizowany.

Tekla obróciła się na taborecie i zobaczyła przejętą twarz pielęgniarza.

– Daliście znać anestezjologom?

– Już idą.

Ból głowy eksplodował między jej płatami czołowymi jak mała paskudna bomba.

Odłożyła skalpel, ściągnęła lateksowe rękawiczki i poprosiła pacjenta, żeby się ubrał.

– Już pani skończyła? – spytał zdziwiony mężczyzna.

– Trzeba ponownie odbarczyć ropień okołoodbytniczy. Załatwię, żeby przyjęli pana w poradni.

– A tak po ludzku?

– Wrzód w pańskim odbycie trzeba jeszcze raz wycisnąć.

Mężczyzna dźwignął się z miejsca, unikając przy tym wzroku Tekli, ta jednak z mowy jego ciała wyczytała, że musiał to być cios dla jego męskości.

Wyszła z gabinetu i pobiegła w kierunku zabiegowego. Jej ręce lepiły się do stetoskopu, który wyciągnęła z kieszeni. Tętno przyspieszyło. Od razu się domyśliła, co ją tak stresuje – wcale nie jadący tu właśnie pacjent z obrażeniami po dźgnięciu nożem.

Weszła do zabiegowego numer jeden.

Zastała tam Cassandrę, energiczną młodszą pielęgniarkę z krótko przystrzyżonymi białymi włosami i wytatuowaną pajęczą siecią na skroni.

– Zapewne stracił sporo krwi.

Tekla spostrzegła, że Cassandra na coś czeka, potem dotarło do niej na co. Wkładając plastikowy fartuch i rękawiczki, rozważała różne możliwości.

– Okej, ściągnij tu starszego specjalistę.

– Hampusa też?

Pozer Hampus starał się ją wygryźć od ich pierwszego nocnego dyżuru przed rokiem.

– Nie, obejdzie się bez niego.

Anki, inna pielęgniarka, przyprowadziła wózek do pobierania próbek i otworzyła lodówkę z lekarstwami. Wylało się z niej miętowe światło. W pokoju od razu zrobiło się trochę chłodniej.

– Przygotować coś zawczasu? – spytała Anki.

– Trochę morfiny byłoby chyba w sam raz – odparła Tekla.

Cisza. Tekla się wyprostowała.

– Poproszę dziesięć miligramów morfiny.

Ból głowy przyprawiał ją o mdłości.

Wyjęła pomadkę ochronną Lypsyl i upewniwszy się, że stoi tyłem do personelu, odkręciła sztyft i wytrząsnęła małą kulkę z bibuły, mniejszą niż mrożone ziarnko grochu, szybko wrzuciła ją do ust i popiła odrobiną wody. Minęło kilka sekund i poczuła efekt. Dreszcz przeszedł ją po kręgosłupie. Smak gorzkich migdałów jak zawsze był duszący. Schowała pomadkę.

Po jakiejś minucie rozsunęły się drzwi i do zabiegowego wszedł główny powód jej obaw: specjalista z dłuższym stażem Tariq Moussawi. Szedł ociężale, niemal powłóczył nogami, jakby miał u stóp worki piasku. W bujnej czuprynie jaśniało kilka siwych włosów. Zarost pokrywał jego twarz niczym onyksowoczarny dywan. Nic nie powiedział, stanął z rękami za plecami i czekał, aż Tekla włoży przyłbicę ochronną. Jej plastikowy fartuch powiewał swobodnie.

– Chodź – rzekł leniwie Tariq i dał jej znak, żeby się odwróciła. Niechętnie zrobiła to, co kazał. Poczuła na karku oddech mężczyzny: ciepły, wilgotny, z delikatną nutą czosnku. Powstrzymała mdłości.

Tariq starannie zawiązał jej fartuch, a później cofnął się o krok.

– Co jest? – spytał szorstko.

Tekla unikała jego wzroku w obawie, że się wyda, jak bardzo się stresuje tą sytuacją.

– Nic.

– Z pacjentem? – doprecyzował kolega.

– Ach tak. Mężczyzna z raną ciętą we wstrząsie hipowolemicznym.

Tariq Moussawi ledwie zauważalnie kiwnął głową.

– Pomyślałam, że może mi się przydać pomoc – dodała.

– Nie sądzę.

Tekla nie była pewna, co ten samiec alfa z Bagdadu ma na myśli. Pewnie to, że przejmuje pacjenta, bo ranami zadanymi nożem powinni, co oczywiste, zajmować się doświadczeni chirurdzy. Najlepiej mężczyźni, ponieważ kobiety nie radzą sobie ze stresem w zabiegowym. I może jeszcze coś o tym, że podczas wojny operował, używając wyłącznie scyzoryka i czołówki.

– Daj znać, jak się poddasz – powiedział.

Czyżby zamierzał po prostu stać i się na nią gapić, licząc, że się zbłaźni, a on będzie mógł opowiedzieć Göranowi i innym, jaki z niej zakuty łeb?

– Słucham?

– Zacznij, zobaczymy, jak ci pójdzie.

Wiedziała, że Tariq tak zwykle postępuje. Dzieli i rządzi. Żadna nowość u facetów w tej branży. Trzeba to przełknąć. Zacisnąć zęby. Zignorować. Już miała go poprosić, żeby wyszedł z gabinetu, ale przeszkodził jej w tym Emil.

– Kolejne zgłoszenie.

– Jeszcze jedno? – spytała.

– Trzylatek z drgawkami.

Ssanie w żołądku. Poczucie bezpieczeństwa dawały jej w tej chwili jedynie serdeczne oczy Emila, więc przez moment się na nich skupiła. Spróbowała zapomnieć o gorylu przy aparacie EKG.

– Kiedy?

– Już! Mamy go w dwójce.

Emil rozsunął drzwi między gabinetami zabiegowymi.

Tekla odwróciła się i zobaczyła, jak ratownicy wwożą na noszach dziecko.

Nie miała wyjścia, musiała zwrócić się do Tariqa.

– Mógłbyś...?

Rozłożył ręce i nonszalancko wzruszył ramionami.

– Mnie tu nie ma.

– Okej. Trzeba ściągnąć Hampusa! – zawołała do Cassandry ze słabo ukrywaną agresją w głosie. Nie miała siły zastanawiać się nad niekonwencjonalnymi metodami Tariqa. Włączy się, ale tylko wtedy, gdy będzie to absolutnie konieczne.

Na drżących nogach weszła do drugiego zabiegowego. Czuła się jak pisklak, który wypadł z gniazda i wylądował pośród wygłodniałych lisów.

Przy noszach stała ratowniczka i przykładając trzy palce do miękkiej klatki piersiowej dziecka, robiła mu masaż serca. Inni ratownicy przyprowadzili spanikowanych rodziców. Pikał pulsoksymetr, który nie dostawał dobrego sygnału z płatka ucha chłopca.

 

Ojciec, sto dziesięć kilogramów testosteronu z rzadkim zarostem, krzyczał:

– No zróbcie coś! Przecież on umiera!

Tekla stwierdziła, że masaż serca przebiega prawidłowo, a rurka ustno-gardłowa została umieszczona właściwie. Palce dziecka były zimne i pozbawione życia. Wokół majtek ściekał musztardowożółty kał.

– Jak ma na imię? – spytała spokojnym głosem.

– Oscar – wyszlochała matka i podeszła do noszy. – On... ma chorobę Gauchera typu drugiego, ciężkie zaburzenia neurologiczne od urodzenia. Tak żeby pani wiedziała.

Wyglądała, jakby za chwilę miała zemdleć.

– Proszę usiąść – powiedziała Tekla i wskazała krzesło. Z pomocą przyszła młodsza pielęgniarka, ale kobieta odprawiła ją ruchem ręki.

Ojciec chłopca jak wojskowy wyciągnął palec w stronę Tekli.

– Ma go pani uratować!

Matka chłopca chwyciła męża za rękę i owinęła się wokół niego jak koala.

Tekla omiotła wzrokiem skupione twarze ratowników i rodziców o zaczerwienionych oczach, po czym skoncentrowała się na żółtej planszy na ścianie w rogu. Cztery długie sekundy wizualizowała prawą kolumnę na tysiąc trzysta sześćdziesiątej czwartej stronie podręcznika Textbooks of Pediatrics Gupty.

– Halo! – krzyknął ojciec dziecka. – Czym się pani, do cholery, zajmuje. Niech pani coś zrobi!

Oderwała wzrok od ściany i przesunęła rękami po ciele chłopca. Cały się trząsł. Ostrożnie uniosła mu powieki i stwierdziła, że źrenice ledwie reagują na światło.

– Jak długo reanimujecie?

– Dwadzieścia pięć minut – odpowiedziała za jej plecami ratowniczka.

Inna kucała i próbowała założyć chłopcu jeszcze jeden wenflon w nadgarstku.

Z drugiego gabinetu dobiegł Teklę głos Anki.

– Pacjent z raną ciętą zaraz tu będzie!

Tekla obmacała brzuch chłopca i znalazła ranę pooperacyjną. Zwróciła się do matki:

– Usunięto mu śledzionę, tak?

Matka przytaknęła zaskoczona.

– A co?

– I ostatnio często miał drgawki?

– Od kilku miesięcy. Byliśmy tu ze dwadzieścia razy.

Zdawało się, że ojciec doznał nagłego przebłysku i kurczowo ścisnął żonę.

– Ale chyba pani tego tak nie zostawi. – Popatrzył na plakietkę z nazwiskiem. – Słyszy pani, pani... pani Berg! Nie ręczę za siebie...

– Pani doktor! – zawołała Anki z zabiegowego obok. Syreny kolejnej karetki ucichły na podjeździe na SOR.

– Zaraz wracam – obiecała Tekla i wskazała na dwa krzesła pod ścianą. Młodsza pielęgniarka odprowadziła tam rodziców. Potem Tekla zwróciła się do reszty personelu: – Reanimujcie dalej. I jeszcze jedna osoba do wkłucia. Róbcie, co możecie.

Przeszła do drugiego zabiegowego.

Anestezjolog miał polskie nazwisko, woskową twarz bez wyrazu i słynął z małomówności. Tekla poinformowała go o sytuacji.

– Zajmę się drogami oddechowymi. Ty rób resztę – oświadczył.

Zastanowiła się, czy żartuje, ale nic więcej nie wyszło z jego wydatnych ust. Przyniósł rurki, sprzęt do intubowania i teraz nabierał białej cieczy do strzykawki. Pomagała mu pielęgniarka w niebieskim czepku. Jakby przygotowywali się do rutynowego uśpienia przed operacją. Tekla dostrzegła kącikiem oka, że Tariq ciągle stoi przy aluminiowej szafce. Uważnie śledził każdy jej ruch.

Drzwi automatycznie się rozsunęły. Tekla podeszła do ratowników z karetki, mężczyzny i kobiety. Blondwłosa ratowniczka zdała jej raport.

– Dwudziestotrzyletni mężczyzna z raną ciętą na lewym boku. Dotarliśmy na miejsce przed restauracją jakąś minutę po zdarzeniu. Stracił dużo krwi i jest w szoku. Ciśnienie osiemdziesiąt na czterdzieści. Puls sto dwadzieścia. Założyliśmy opatrunek uciskowy, ale się ześliznął, bo ranny cały czas krwawi. Dostęp na prawej ręce i podane płyny.

Ratownik z wychudzoną twarzą, Reza, podał Tekli portfel.

Rzuciła okiem na prawo jazdy. Fińsko brzmiące nazwisko. Dwadzieścia trzy lata.

Pacjent na noszach miał krótkie, jasne włosy i tatuaże na ramieniu wystające spod ciemnego T-shirtu. Tekla widziała, jak sapie i krzywi się z bólu.

– Może pan powiedzieć „a”? – spytała.

Mężczyzna był osłabiony, ale powoli otworzył usta. Tekla upewniła się, że ma wolne drogi oddechowe. Szybko i płytko nabierał powietrza. Jego palce były lodowato zimne. Na monitorze funkcji życiowych saturacja wynosiła dziewięćdziesiąt dwa procent. Anestezjolog przytrzymał maskę i włączył tlen. Tekla osłuchała płuca pacjenta. Z lewej strony nie było słychać oddechu.

Jej pole widzenia się zawęziło. W myślach miotała się między dwoma gabinetami. Starała się teraz skupić na mężczyźnie przed sobą. Może to porachunki gangsterskie? Albo napad? Sceny zazdrości lub pijacka bójka? Przed oczami stanęły jej obrazy z garażu nad rzeką w Östersundzie, wieki temu. Wspomnienia krążyły wokół różnych używek. Simona. Ich ojca. Innego życia, a zarazem fragmentów, które nigdy nie znikną z jej mózgu.

Pacjent jęknął z bólu. Wzdęty brzuch. Poza masą tatuaży i kilkoma dobrze wygojonymi ranami na przedramieniu jego skóra była nietknięta. Tekla poszukała miejsca, w którym pierwotnie był założony opatrunek, i spojrzała na ranę: poprzeczne cięcie na szerokość około dwóch centymetrów, zadane idealnie między szóstym a siódmym żebrem po lewej stronie klatki piersiowej. Nóż z perforowanym ostrzem, jama opłucnej całkowicie wypełniona krwią, przez co spadła saturacja. Ranny stracił prawdopodobnie jeden, dwa litry krwi. Stan krytyczny, lada chwila może zejść, serce może nie wytrzymać.

Ale coś się nie zgadzało. Rana znajdowała się wysoko na klatce piersiowej, nie na brzuchu. Skąd więc to wzdęcie? Tekla spróbowała przekartkować w myślach podręcznik traumatologii Moore’a, chociaż wiedziała, że akurat z tych zajęć nie opuściła ani jednego wykładu. Pamiętała dlaczego: z powodu tego pierwszego razu, gdy jej brat przedawkował. Już otworzyła usta, żeby poprosić Tariqa o pomoc, jednak nie mogła się przełamać.

Z drugiego gabinetu dobiegły podenerwowane głosy. Szybko tam poszła i usiadła koło matki trzylatka. Ojciec chodził wte i wewte, rozmawiając podenerwowany przez telefon.

– Jak pani na imię? – zapytała Tekla.

– Sophia.

– Pani Sophio, czy rozmawialiście o stosowaniu uporczywej terapii?

Matka chłopca skinęła głową i popatrzyła lekarce w oczy.

– Spisaliśmy oświadczenie, że nie zgadzamy się na podłączanie go do respiratora. Ale Janne jest... On się z tym nie pogodził. Cały czas pracuje... Jest strażakiem, ma dyżury w nocy i w weekendy. A Oscar tak długo był chory... Nie dajemy już rady...

Zamknęła oczy i ukryła twarz w dłoniach. Potem złapała Teklę za ramię i wyszeptała:

– Proszę tylko, żeby nie cierpiał.

Przez głowę przeleciała Tekli myśl o sekundzie, w której wszystko się zatrzymuje, gdy zapada decyzja: czy Paul Tibbets lecący Enola Gay nad Hiroszimą zwlekał ze zrzuceniem bomby?

– Podwyższyć diazepam do dziesięciu miligramów – poleciła pielęgniarce, na co ta popatrzyła na nią pytająco. – Okej, daj pięć.

– Ale przecież...

– Sama podam. A ty przynieś claforan. Darujemy sobie posiew, po prostu szybko podamy antybiotyk.

Pielęgniarka poszła po strzykawkę i wróciła z lekiem.

Tekla otworzyła zatyczkę małego wenflonu, który znajdował się na wierzchu dłoni chłopca, i wcisnęła pięć miligramów diazepamu, po czym wróciła do pacjenta z raną ciętą i powiedziała do zespołu ratunkowego:

– Musimy go przekręcić na bok.

Wtedy to zobaczyła: jeszcze jedna krwawiąca rana, niżej, z tyłu, tuż nad pośladkiem.

– A więc dwie rany – podsumowała głośno. – Jedna w klatce, druga w okolicach lewej nerki. Trzeba wziąć go na blok.

– Pięćdziesiąt na nieczytelne – powiedział polski anestezjolog, przytrzymując maskę z tlenem na twarzy pacjenta. Nagle do zabiegowego weszło dwóch mężczyzn, a tuż za nimi usiłująca ich powstrzymać pielęgniarka:

– Halo, tutaj nie wolno wchodzić...

Mężczyźni ją ignorowali, jakby była niespokojnym szczeniakiem kręcącym się pod nogami.

Tekla zdążyła zarejestrować, że mają na sobie skórzane kamizelki z identycznym znaczkiem i białe koszulki. Do tego jeden był ubrany w czekoladowe skórzane spodnie, drugi w fabrycznie poprzecierane dżinsy. Obaj solidnie zbudowani jak byli ciężarowcy, których mięśnie zmieniły się w tłuszcz. Ręce i szyje wytatuowane. Jeden miał ogoloną na łyso głowę i kozią bródkę, drugi ostrzyżone na jeża kremowożółte włosy. Stanęli w nogach noszy. Za paskiem jednego z nich Tekla dostrzegła pistolet.

– Przeżyje? – spytał ten nieco wyższy z wyraźnym fińskim akcentem.

Tekla dostrzegła, jak przerażona pielęgniarka ruszyła do telefonu i podniosła słuchawkę. Niższy z mężczyzn odwrócił się i pokręcił głową. Pielęgniarka odłożyła słuchawkę i cofnęła się. Wlepiła wzrok w pistolet, który nagle znalazł się w ręce mężczyzny.

– Stracił dużo krwi i trzeba go operować.

Potężniejszy z mężczyzn podszedł do Tekli i położył rękę na jej ramieniu. Poczuła na obojczyku jego pierścienie i spróbowała zignorować pistolet, który widziała kątem oka.

– Ufamy pani... – popatrzył znacząco na jej identyfikator – ...Teklo Berg.

Potem cofnął się i stanął koło swojego kompana.

Z gabinetu obok wpadł ojciec chłopca i krzyknął:

– On nie oddycha!

Tekla odwróciła się i chwyciła napełnioną przez anestezjologa strzykawkę. Trzymając ją blisko siebie, podeszła do mężczyzny.

– Oscar jest śmiertelnie chory, przecież dobrze pan wie. Gaucher typu drugiego jest w zasadzie nieuleczalny. Co więcej, zdecydowaliście się państwo, że syn nie powinien cierpieć. Ale może to być sepsa, dlatego podajemy antybiotyki. Musiałam go porządnie uśpić, nie mam teraz niestety czasu wyjaśniać...

– Ale on, kurwa, nie oddycha! – Oczy taty strażaka wyglądały, jakby z tej złości miały wyskoczyć mu z orbit.

Tekla pochyliła się ku niemu.

– Musi się pan uspokoić, żebyśmy mogli wykonać swoją pracę.

Wbiła igłę w jego muskularne udo i wstrzyknęła zawartość strzykawki.

Ojciec chłopca zawył z bólu, nie rozumiał jednak, skąd on się wziął. Wyciągnął ręce, żeby złapać Teklę za szyję, ale jeden z motocyklistów z łatwością go powstrzymał i wypchnął naszprycowanego mężczyznę z powrotem do drugiego gabinetu. Facet się zachwiał i w końcu Tekla zobaczyła, jak opada na krzesło.

Odwróciła się do Tariqa i cała scena jakby nagle się zatrzymała. Tekla zorientowała się od razu, że starszy kolega wszystko widział. Była kompletnie spalona.

Czwartek, 6 czerwca, wieczór

SZPITAL IM. ALFREDA NOBLA, SZTOKHOLM

– Tętno nitkowate! – zawołał anestezjolog.

Cały gabinet się zakołysał. Tekla źle się czuła, pot lał się jej po plecach. Zastanowiła się, czy wyjść z pomieszczenia lub powiedzieć Tariqowi, żeby ją zastąpił. Usłyszała jednak głos Emila dobiegający od drzwi – przypominał głos dyrektora cyrku:

– Hampus idzie!

Wzięła głęboki oddech, zmrużyła oczy i przeniosła się do Jämtlandii. Pod dąb nad jeziorem. Do Simona i taty, którzy czekali, aż naleje im gorącej kawy z termosu. Szafranowożółte jesienne liście tworzyły pokrywę na skraju wody. Simon powiedział, żeby uważała na swoje palce pianistki. Tekla odparła: „Sam sobie graj na pianinie, idioto. Jeśli będzie trzeba, zagram na perkusji choćby stopami”. Tata uśmiechał się z papierosem w ustach. „Cicho, bo mama w domu zdąży zasnąć, zanim coś złowimy”. Jakby kiedykolwiek na nas czekała, pomyślała Tekla.

Pam! Anki zatrzasnęła szafkę z lekami.

Tekla otworzyła oczy. Zrobiła trzy szybkie kroki w stronę ugodzonego nożem członka gangu.

– Załóżcie dren. Najgrubszy jaki się da.

Uniosła koniec noszy.

– Intubuję – usłyszała w tle anestezjologa. Jego głos brzmiał, jakby przechodził przez metalową rurę.

Motocykliści obserwowali dramat w skupieniu. Ściskali broń. Tekla słyszała, jak jeden z nich rozmawiał z kimś przez telefon.

Właśnie wkładała sterylne rękawiczki, gdy do sali wszedł Hampus Nordensköld w towarzystwie jeszcze jednej pielęgniarki. Miał potargane włosy.

– Co się dzieje?

Tekla nie widziała dotąd, żeby był aż tak podniecony.

Niższy motocyklista z ogoloną głową podniósł rękę i nie pozwolił Hampusowi podejść do noszy.

– Jeden lekarz wystarczy. Sytuacja jest pod kontrolą.

 

Tekla z radością zauważyła, jak na twarzy Hampusa pojawia się wściekłość.

– Mógłbyś pójść do drugiego zabiegowego? – poprosiła. – Chłopiec z gaucherem ma sepsę. Załatw mu miejsce na OIOM-ie i znajdź ojcu jakąś leżankę. – Wyjrzała znad ramienia Hampusa i zobaczyła, że ojciec chłopca siedzi oparty o ramię swojej całkowicie zdezorientowanej żony. – Będzie spał cztery i pół godziny.

Jakby miał choć odrobinę pojęcia, czym jest choroba Gauchera, pomyślała o Hampusie. Ale mężczyźni wolą kłamać w żywe oczy, niż przyznać się do niewiedzy.

Urażony Hampus przeczesał włosy palcami i poszedł do drugiego gabinetu.

– Skalpel – poprosiła Tekla, kiedy rana została oczyszczona.

– Brak pulsu! – zawołała pielęgniarka anestezjologiczna lekko zdesperowanym głosem.

– Zatrzymanie akcji serca – oznajmił polski anestezjolog nieco bardziej lakonicznie.

Tekla już miała powiedzieć: „Zacznijcie uciskać”, gdy dostrzegła kątem oka, jak potężniejszy motocyklista zrobił trzy kroki i zaczął masaż serca. Idealny, w równym rytmie, na odpowiednią głębokość.

– Kontynuuj – wydyszał gangster.

Tekla wyjęła Cassandrze z ręki skalpel i zrobiła długie nacięcie wzdłuż żebra po lewej stronie klatki piersiowej. Potem przebiła się palcem nad kością do jamy opłucnej. Na brzuch pacjenta spłynęła krew i ściekła na jasnozielone linoleum na podłodze.

– Krew – powiedziała, jakby ktoś nie zauważył ciemnoczerwonej fontanny tryskającej z boku pacjenta.

Znów otworzyły się drzwi i do gabinetu weszła pielęgniarka oddziałowa.

– Przyjechało więcej harleyowców.

Dwóch motocyklistów popatrzyło na siebie ze zdziwieniem. Tekla miała wrażenie, jakby znalazła się na planie serialu Synowie Anarchii.

– Zastąp mnie! – krzyknął umięśniony motocyklista. Cassandra zostawiła kompresy i rzuciła się w stronę noszy, żeby kontynuować uciskanie. Niższy mężczyzna schował ręce za plecy, a potem wyciągnął pistolet. Wymierzył nim w wejście na oddział.

Kiedy wkroczyło kolejnych czterech mężczyzn, obaj obecni w gabinecie motocykliści wyluzowali. Jeszcze kilku z tego samego gangu. Rozmawiali gorączkowo, Tekla słyszała coś o Albańczykach i szczurach.

Stała z palcem w ciepłej klatce piersiowej, wyczuwając delikatne pulsowanie spowodowane masażem serca. Starała się skupić, chociaż pot ściekał jej do oczu i piekł jak ocet.

– Dren.

Hałas się nasilał.

Wzięła od Anki gruby gumowy wężyk i rotacyjnymi ruchami wprowadziła go do jamy opłucnej. Do worka, który Anki przed chwilą podpięła, popłynęła krew.

– Przywieźli krew zero minus?! – zawołała do pielęgniarki oddziałowej, która stała przyklejona do jednej ze ścian.

– Tak, mam ją.

– Zawieś i podłącz.

Tekla zerknęła przez ramię – Tariq Moussawi wciąż tkwił na posterunku. Ręce miał skrzyżowane. Wyraz twarzy mu się zmienił.

Po upływie minuty usłyszała, jak anestezjolog mówi do Cassandry:

– Przerwij na chwilę.

Przez kilka sekund w sali panowała głucha cisza. Członkowie gangu czekali w napięciu.

– Słaby puls – zakomunikował anestezjolog.

Tekla na moment zamknęła oczy. Zobaczyła przed sobą wilcze zęby szczęśliwego Simona i jego figlarne oczy.

Nagle usłyszała szczęk dobiegający z oddziału ratunkowego: metal trafiający na drewno, skrzypiąca guma. Potem do środka wpadli antyterroryści z bronią gotową do strzału.

*

Kątem oka widziała, jak policjanci powalają na ziemię motocyklistów i zakuwają ich w kajdanki. Starała się skoncentrować na przyszywaniu grubego drenu do klatki piersiowej pacjenta, w końcu założyła kilka nierównych szwów. Jeden z policjantów – dwa metry wzrostu i nieprawdopodobnie szerokie bary – podszedł do Tekli i ściągnął maskę z twarzy. Z powodu zamontowanej na hełmie kamery kojarzył się jej ze snowboardzistą. Zatrzymał się przy monitorze pokazującym pracę serca pacjenta – sto dwadzieścia uderzeń na minutę.

– Wszystko w porządku, pani doktor?

Tekla wzdrygnęła się na widok dużej broni automatycznej wiszącej na szyi policjanta, ale kiedy napotkała jego empatyczny wzrok, uspokoiła się. Spróbowała się uśmiechnąć.

– Przeżyje.

– Świetna robota. Zaraz zrobimy tu porządek i wszystko wróci do normy.

Między antyterrorystami przecisnęła się młodsza pielęgniarka i krzyknęła na całe gardło:

– Ogłoszono stan kryzysowy! Wieżowiec Söder torn eksplodował.

Tekla odłożyła kleszczyki chirurgiczne i igłotrzymacz na niebieską sterylną ściereczkę i popatrzyła, jak policjanci najpierw rozmawiają przez krótkofalówki, a potem między sobą. Atmosfera natychmiast zrobiła się gorączkowa. Tekla słyszała słowa „eksplozja” i „pożar”.

Postawny policjant znów do niej podszedł.

– Doszło do eksplozji w Söder torn i wybuchł gwałtowny pożar. Wzywają nasz oddział.

– A co z gangsterami? – spytała, przyklejając na drenie duży kryjący opatrunek. Anestezjolog podłączył drugą jednostkę krwi, ciśnienie ustabilizowało się na poziomie osiemdziesiąt na sześćdziesiąt.

– Patrol policji zabierze ich na komisariat na Torkel Knutssonsgatan.

– Teklo! – W tym chaosie rozległ się głos Cassandry. Trzymała w ręce telefon. – Ordynator chce z tobą rozmawiać.

Tekla ściągnęła zakrwawione rękawiczki i fartuch. Szybko upewniła się u anestezjologa, czy stan pacjenta jest pod kontrolą.

– Jest stabilny. Pojedziemy przez rentgen na OIOM.

Z drugiego gabinetu zespół anestezjologiczny zabierał właśnie chłopca na dziecięcy oddział intensywnej terapii.

Tekla wzięła telefon i przedstawiła się.

– Otrzymałem instrukcje, że koleżanka ma pokierować pierwszą grupą pomocy medycznej w związku z pożarem – oświadczył ordynator Leif Törblom głosem, który wydał się Tekli bełkotliwy. – Przygotowujemy sztab kryzysowy, ale musimy natychmiast oddelegować większą liczbę lekarzy na miejsce zdarzenia.

Tekla się rozejrzała. Nie pozostawało jej nic innego jak zrobić to, co kazał ordynator: włożyć kurtkę ratownika i pędzić do wieżowca na Södermalmie.

Opuściła gabinet zabiegowy, zatrzymała się przy umywalce i połknęła jeszcze jedną bombę, którą popiła letnią wodą. Na podjeździe dla karetek spotkała pielęgniarzy, Johana i Jessicę, którzy również zostali wysłani z pierwszą grupą pomocy medycznej.

– No to jedziemy – zarządziła.

Dostrzegła, że antyterrorysta o niebieskich oczach odwraca się i szuka jej spojrzenia, a potem wskakuje do srebrnej furgonetki i znika, udając się na miejsce pożaru. Męczyło ją jakieś dziwne uczucie. Kto udzielił ordynatorowi „instrukcji”, że to ona ma pokierować pierwszą grupą pomocy medycznej?