Jeżeli będę miał zły dzień, ktoś dziś umrzeTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Jeżeli będę miał zły dzień, ktoś dziś umrze
Jeżeli będę miał zły dzień, ktoś dziś umrze
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,80  47,84 
Jeżeli będę miał zły dzień, ktoś dziś umrze
Jeżeli będę miał zły dzień, ktoś dziś umrze
Audiobook
Czyta Filip Kosior
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Wszystkie opisane w tej książce wydarzenia są związane z moją pracą jako lekarza. Zmieniłem jednak imiona, płeć, wiek i cechy charakterystyczne pacjentów oraz inne okoliczności towarzyszące spotkaniom z nimi. Niekiedy przedstawiłem jako jednego chorego dwóch pacjentów, którzy prezentowali ten sam przypadek, innym razem opisałem całą grupę chorych. Ale moje uczucia, reakcje oraz dylematy są prawdziwe i przedstawiłem je zgodnie z prawdą. Osoby mi bliskie, o których mowa w tej książce, wyraziły na to zgodę.

WSTĘP

Klasa mojego siedmioletniego syna zaprosiła mnie na spotkanie o udzielaniu pierwszej pomocy. Dzieci były podniecone i początkowo najbardziej zainteresowane tym, jak wygląda praca lekarza na oddziale ratunkowym.

– Czy często się pan denerwuje w pracy?

– Czasami.

– Ma pan czas zjeść obiad?

– Najczęściej tak. Ale nie zawsze mam czas na dłuższą przerwę obiadową.

– Czy szyje pan pacjentów?

– Nie tak często, nie jestem chirurgiem. Ale zdarza się.

– Czy ludzie są bardzo chorzy?

– Tak, jest dużo chorych. Niektórzy są zdrowi i mogą iść do domu, a inni są bardzo chorzy. Najczęściej starsi ludzie.

– Widziałeś, jak ktoś umiera?

– Tak. Wiele razy. To bardzo trudne.

Jedna dziewczynka na końcu klasy dusiła w sobie pytanie. W końcu nie wytrzymała i podniosła rękę.

– Czy pomyliłeś się kiedyś?

– Tak, nie raz.

Podekscytowane głosy i zaniepokojenie w rzędach ławek.

Inny chłopiec dopowiedział, patrząc szeroko otwartymi oczami:

– Dużo razy się pomyliłeś?

– Tak. Niestety. Jeżeli lekarz pracuje długo i miał wielu pacjentów, to w końcu popełni jakiś błąd. Nawet jeżeli jest dokładny i robi wszystko najlepiej, jak umie. Każdy może się pomylić.

– Ale chyba nikt nie umarł?

– Niestety, zdarzyło mi się popełnić taką pomyłkę, że ktoś umarł.

W klasie zapanowała cisza.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

JAK WSZYSTKO SIĘ ZACZĘŁO

Jako dziecko byłem w stu procentach pewny, że nie zostanę lekarzem.

W szkole nie lubiłem przedmiotów ścisłych: matematyki, fizyki, chemii. Nie miałem wrodzonych zdolności do liczenia ani logicznego myślenia. Cyfry, atomy węgla i zawiłe eksperymenty fizyczne napełniały mnie grozą. Udawało mi się przetrwać lekcje algebry i doświadczenia chemiczne w dużej mierze dzięki pomocy uprzejmych kolegów, którym w zamian pomagałem we francuskim, kiedy mieli spore kłopoty. Interesowały mnie natomiast nauki społeczne, humanistyczne i języki. Pełen entuzjazmu nauczyciel wiedzy o społeczeństwie w gimnazjum otworzył mi oczy na ekscytujący świat polityki, a dzięki nauce języków obcych zdobyłem dostęp do świata poza granicami własnego kraju. Ale tak naprawdę wszystko zaczęło się od noża.

Moja mama była archeologiem i dużo podróżowała. W naszym domu regularnie rozbrzmiewały nazwy egzotycznych miejsc, jak Palmira, Syrakuzy czy Luksor. W Muzeum Archeologii Śródziemnomorskiej patrzyłem na groźne posągi, a potem śniłem koszmary o mumiach, które się budzą i gonią mnie w ciemnościach nocy. Kiedy miałem siedem lat, mama dała mi w prezencie mały scyzoryk z napisem „Oslo”. To był trochę niecodzienny podarunek dla siedmiolatka, ale przyjąłem go z radością i poprosiłem o następne scyzoryki z jej kolejnych wypraw. Wtedy oczywiście o tym nie myślałem, ale później zawsze wracałem do tamtego scyzoryka oraz uczuć i myśli, które we mnie obudził.

Tata też wyjeżdżał. Dzięki jego kongresom lekarskim i wyjazdom golfowym poznałem także inne części mapy: San Diego, Algarve i St Andrews. Mama i tata ze swoich różnych podróży po świecie zaczęli przywozić mi scyzoryki. Kolekcjonowałem moje nożyki i dbałem o nie, aż w końcu pokryły całą ścianę (tata pozwolił mi powbijać je w ścianę w piwnicy). Te koziki stały się moją mapą świata, przy której mogłem odpływać w marzenia. W myślach podróżowałem po Bliskim Wschodzie, Afryce, Azji i Ameryce. Moi rodzice się rozwiedli, ale nadal wyjeżdżali do różnych krajów i przywozili mi nożyki. Wciąż jednak nie dopuszczałem myśli, że mój bilet w świat mógłby prowadzić przez medycynę.

Lekarze, których spotykałem na Oddziale Chirurgii Klatki Piersiowej w szpitalu w Solnie, gdzie pracował mój tata, wydawali się sztywni i pozbawieni poczucia humoru. Tamtejsze środowisko było sterylne, białe i nudne. Jak ktoś mógłby chcieć spędzać dni w szpitalu? Poza tym w moim otoczeniu było zdecydowanie zbyt wielu lekarzy. „Co za brak wyobraźni, przecież muszą istnieć jakieś inne zawody” – myślałem.

Dziadek, stryjek i tata odnieśli sukces jako lekarze. Dużo pracowali i czuli się mocno związani ze swoim zawodem. Moim zdaniem prowadzili bardzo monotonne życie. Zauważyłem jednak, że wszyscy ludzie dookoła zdawali się podziwiać ich za to, co robią. „Dziwne” – uznałem i nie potrafiłem zrozumieć, co może być tak ekscytującego w białym fartuchu. Wszyscy trzej byli ordynatorami, doktoryzowali się w młodym wieku, sami prawie nigdy nie chorowali, pracowali wieczorami, w weekendy, na urlopie, ale nigdy nie narzekali. Przeciwnie: praca zdawała się sprawiać im przyjemność.

Pamiętam, że jako dziesięciolatek pojechałem kiedyś z tatą do pracy. Na ścianie jego gabinetu wisiał wielki olejny obraz, przedstawiający rannego mężczyznę na szpitalnym łóżku, być może z jakiejś wojny na początku XX wieku. Opiekowało się nim pięć pielęgniarek w białych czepkach z czerwonym krzyżem i długich sukniach. Zapytałem tatę, czy kiedyś pracował w jakimś kraju, gdzie trwała wojna.

– Nie. A tak to wyglądało tylko w przeszłości. Dzisiaj szpitale na całym świecie są nowocześnie wyposażone.

Dużo później miałem zrozumieć, że obraz świata mojego taty był nieco zawężony i prawdopodobnie wynikał z tego, że ojciec nigdy nie pracował w biednych krajach, dysponujących ograniczonymi środkami.

Mimo że sam zawód lekarza nie wydawał mi się interesujący, to fascynację ludzkim ciałem poczułem wcześnie. Moją ciekawość rozbudził dziadek, opowiadając o tym, jak Jezus umarł na krzyżu, a potem zmartwychwstał.

Siedzieliśmy razem na kanapie. Dziadek palił fajkę i pił whisky. Po przejściu na emeryturę wciąż przyjmował pacjentów w domu w Nysund. W jego gabinecie wisiały obrazy z motywami medycznymi: mężczyzna, któremu upuszczają krew, jakiś pacjent na stole operacyjnym otoczony wianuszkiem studentów w garniturach.

Dziadek był bardzo oczytany, sam też pisał i lubił opowiadać.

– Czy słyszałeś historię o zmartwychwstaniu Jezusa?

– Nie – odpowiedziałem, przyglądając się jego beżowemu golfowi pod wełnianą marynarką.

– Wiesz, że Jezus miał na głowie koronę cierniową, a na plecach dźwigał drewniany krzyż, który musiał nieść przez całą drogę na Golgotę?

– Nie...

– Tak to w każdym razie było. Został ukrzyżowany razem z innymi więźniami skazanymi na śmierć i wisiał tam, aż umarł. Rzymianie orzekli o jego śmierci, zdjęto go z krzyża i złożono w grobie wykutym w skale, który przygotował dla siebie Józef z Arymatei. Kiedy Maria Magdalena poszła tam trzeciego dnia, by ciało Jezusa namaścić, okazało się, że zmartwychwstał. Znowu był żywy. Jak to się mogło stać, jak myślisz?

– Nie mam pojęcia. – Wpatrywałem się w usta dziadka.

– Rzymianie byli bardzo dobrzy w krzyżowaniu swoich więźniów. Mieli duże doświadczenie. Więźniów przybijano gwoździami za dłonie i stopy, żeby cierpieli, niektórych przed ukrzyżowaniem biczowano batogiem, czyli biczem z ostrymi przedmiotami na końcach. – Dziadek dostrzegł moje szeroko rozwarte oczy. – Hm... może za dużo szczegółów. No cóż... Potem niejednokrotnie dyskutowano, co było przyczyną śmierci skazańców. Niektórzy naukowcy twierdzili, że ukrzyżowani wykrwawiali się od biczowania albo od ran, które powstawały od gwoździ przebijających dłonie i stopy; według innych dusili się, bo nie byli w stanie utrzymać w pionie ciała wiszącego na gwoździach, więc płuca się ściskały, a głowa opadała, co powodowało niedobór tlenu i w rezultacie śmierć.

Dziadek opowiadał bardzo obrazowo, a ja oczami wyobraźni widziałem potworne widoki.

Ciągnął dalej:

– Innym wytłumaczeniem mogło być odwodnienie: ukrzyżowani byli wystawieni na silne słońce. Tak czy inaczej, ukrzyżowanie oznaczało śmierć w okropnych męczarniach.

Opowiadanie dziadka bez reszty zaprzątnęło moją uwagę. Naprawdę chciałem wiedzieć, jak Jezus zmartwychwstał po tych wszystkich torturach.

Dziadek kontynuował swą opowieść.

– W Biblii jest napisane, że rzymski żołnierz wbił włócznię w bok Jezusa, po czym wypłynęła z niego krew i woda. Dlaczego Rzymianin miałby zrobić coś takiego?

Pokręciłem energicznie głową.

– Otóż Jezus był Żydem, a był to dzień przed szabasem, żydowskim dniem świątecznym. Każdy chciał się przygotować, więc poproszono Rzymian o zdjęcie Jezusa z krzyża. Aby przyspieszyć śmierć ukrzyżowanych, rzymscy żołnierze zazwyczaj jakimś twardym przedmiotem łamali im nogi. Kiedy ci nie byli już w stanie utrzymać w górze ciała na połamanych nogach, wykrwawiali się na śmierć albo dusili. Żołnierze połamali nogi skazańców wiszących obok Jezusa, którzy jeszcze nie umarli, ale kiedy doszli do Jezusa, ten już nie żył. Dlaczego zatem tamten rzymski żołnierz wbił włócznię w jego bok, nie wiadomo. Może tylko chciał się upewnić, że jest już martwy. A może istniała jakaś inna przyczyna.

 

– Ale od czego umarł? Opowiedz!

Dziadek uśmiechnął się.

– Badacze zastanawiali się, dlaczego Jezus umarł po zaledwie sześciu godzinach na krzyżu. Jedna z teorii głosiła, że Jezus był w stanie szoku, wcale nie umarł. Rzymianie pomylili się i złożyli go w grobie, gdzie się ocknął. Dużo później lekarz o nazwisku Gruner stwierdził, że Jezus musiał umrzeć w wyniku pęknięcia mięśnia sercowego, które nastąpiło od ciosów w klatkę piersiową przed ukrzyżowaniem.

Dziadek possał fajkę.

– Mów dalej! – zawołałem podekscytowany.

Odłożył fajkę na popielniczkę.

– Moja teoria jest taka, że Jezus miał tamponadę serca... to znaczy pęknięty mięsień sercowy, co powoduje, że krew zbiera się w osierdziu, które napełnia się jak torebka, serce jest uciskane i nie jest w stanie pompować krwi. Ciśnienie krwi spada i w końcu człowiek traci przytomność. Kiedy rzymski żołnierz przeszył bok Jezusa włócznią, ta przebiła też osierdzie wypełnione krwią. Tym samym nastąpiła tak zwana perikardiocenteza – krew z osierdzia została spuszczona. Wcześniej Jezus na skutek tamponady serca zapadł w śpiączkę. W grobie, kiedy położono go na wznak, powróciło krążenie, ponieważ krew z nóg znów trafiła do krwiobiegu, ciśnienie wzrosło, a on się przebudził.

– O rany! Ale super!

Zapamiętałem w szczegółach tę historię o Jezusie na krzyżu, którą opowiedział mi dziadek – prawdopodobnie dlatego, że później wielokrotnie opowiadałem ją moim kolegom. Wtedy chyba myślałem, że cała ta historia to efekt teoretycznych rozważań dziadka, ale później zrozumiałem, że w większości były to cudze hipotezy, o których czytał. Być może perikardiocenteza była jego własnym pomysłem. W każdym razie ta historia mnie zafascynowała i noszę ją w sobie całe życie. To było moje pierwsze zakochanie się w traumatologii i chirurgii. Dziadek po raz pierwszy otworzył mi oczy na medycynę poza sterylnymi ścianami szpitala.

W szkole walczyłem dalej, nadal byłem słaby z przedmiotów ścisłych. Zacząłem studiować nauki humanistyczne na Uniwersytecie Sztokholmskim. W końcu zdobyłem licencjat z psychologii. Podejmowałem się różnych dorywczych zajęć, ale wciąż nie myślałem o zawodzie lekarza – niezmiennie tkwił na samym dole listy wyobrażalnych profesji.

W czasie studiów, na początku lat dziewięćdziesiątych, usłyszałem o nowej organizacji, która pojawiła się w Szwecji: Lekarze bez Granic, po francusku MSF – Médecins Sans Frontières. Uczestniczyłem w kilku imprezach z udziałem jej członków i poznałem ludzi o otwartych umysłach, wybiegających myślą ku światu poza granicami ojczystego kraju. Wielu z nich naprawdę potrafiło przekraczać wszelkie, nawet najtrudniejsze granice, ale wtedy postrzegałem ich jedynie jako niezwykle inspirujących ludzi. Zacząłem snuć fantazje o wyjeździe do pracy z Lekarzami bez Granic. Problem polegał tylko na tym, że miałem dopiero niewiele ponad dwadzieścia lat i żeby móc z nimi wyjechać, musiałem być lekarzem albo pielęgniarzem.

Długo walczyłem z przeznaczeniem – przecież absolutnie nie miałem zostać lekarzem – ale ta perikardiocenteza Jezusa i Lekarze bez Granic stały się w końcu zbyt kuszące. Moje oceny ze szkoły nie były zbyt dobre, więc aby dostać się na kierunek lekarski, musiałem zdać egzamin i pomyślnie przejść wywiad psychologiczny.

PSYCHOLOG

– No dobrze, na początek proszę powiedzieć, dlaczego chce pan zostać lekarzem.

– Nie wiem.

– Ma pan na myśli, że nie wie, dlaczego chce zostać lekarzem?

– Nie, nie wiem, czy chcę zostać lekarzem.

Pani psycholog w podsztokholmskim Instytucie Karolinska próbowała ukryć zdziwienie. Dwudziestodwuletni chłopak, któremu udało się dostać na rozmowę kwalifikacyjną dzięki zdobyciu wymaganej liczby punktów w testach uczelnianych, nie wie, czego chce? Krecha w protokole?

Opuściła na nos okulary w granatowych oprawkach.

– Czy mógłby pan rozwinąć?

Przez kilka sekund rozważałem, czy powinienem być sprytny, czy szczery. Wybrałem to drugie.

– Lekarz jest na samym dole listy moich preferencji, tak naprawdę nigdy nie chciałem zostać lekarzem. Wydawało mi się to przesądzone z góry.

– Czy pana rodzice są lekarzami?

Spuściłem wzrok.

– Ojciec. I inni w rodzinie. W zasadzie nigdy mnie to nie pociągało. Raczej odstraszało. I zawsze przedmioty ścisłe sprawiały mi trudności.

– A zawód lekarza jest związany z naukami ścisłymi?

– No tak, chyba jest, prawda? Tak mi się wydaje. – Napotkałem jej badawczy wzrok i tym razem nie odwróciłem oczu. – Tak naprawdę chciałem zostać gitarzystą i zająć się muzyką.

– Ale?

– Ale... nie miałem odwagi całkowicie na to postawić. Dużo ćwiczyłem i tak dalej, ale... w końcu zrozumiałem, że nie mam zbyt dużego talentu.

– A czemu nie mógł pan grać po prostu dlatego, że to fajne?

– No bo... albo-albo.

– Co albo-albo?

– Nie wyobrażałem sobie, bym mógł być przeciętnym muzykiem.

– Ma pan na myśli, że chciał mieć poczucie, iż może stać się najlepszym?

– Coś w tym stylu.

Zapisała coś w swoim notesie. Być może „nastawiony na rywalizację”. Albo „niezdecydowana osobowość”.

– Więc dlaczego pan dziś tu siedzi?

– Bo skreśliłem już wszystkie inne możliwości z mojej listy. Zawód lekarza to jedyne, co na niej zostało.

Uśmiechnęła się ostrożnie i położyła dłonie jedną na drugiej na notesie.

– Ma pan... dwadzieścia dwa lata?

Kiwnąłem głową i dotarło do mnie, jak to wszystko głupio wygląda.

– Chodzi mi o to, że wszystko przemyślałem. Dużo eksperymentowałem. Podróżowałem, pracowałem, uczyłem się mnóstwa różnych rzeczy. W sumie uważam, że wszystko jest fajne. Może to jest moim głównym problemem.

– Co? To, że nie potrafi pan wybrać?

Zrobiłem głęboki wdech.

– Kiedy czytam poranną gazetę, ciekawi mnie wszystko. Prawie wszystko. I tak było przez całe życie. W szkole większość rzeczy mnie interesowała. Może nie byłem dobry we wszystkim, ale każdy przedmiot miał w sobie coś pociągającego. Na uniwersytecie mogłem równie dobrze rzucać kostką do gry – wszystkie kursy brzmiały ciekawie. Więc wszystkie wypróbowałem.

– Wszystkie?

– Wiele. I były fajne. Historia religii, politologia, filozofia, psychologia, socjologia... Kiedy mieliśmy drugi semestr psychologii i doszliśmy do psychologii klinicznej, zacząłem się domyślać, co chcę robić.

– W takim razie czemu nie psychologia?

Nie dostrzegłem nawet śladu uśmiechu, ale przeczuwałem, że to pytanie ją bawiło.

– Może byłem zbyt tchórzliwy. Albo jestem po prostu bardziej pragmatyczny. To musi być coś konkretniejszego. Coś, do czego używa się własnych rąk. Lekarz... Wiem, jak wygląda szpital. Jak lekarze pracują. Jak wygląda ich dzień powszedni.

– Ale powiedział pan, że to pana nie pociągało.

– Nie. Początkowo nie. Ale coś podświadomie popychało mnie w tym kierunku.

– Pieniądze?

– Lekarze dobrze zarabiają?

– Uważa się ich chyba za sowicie opłacanych.

– Nie, to nie dlatego. Wiem też, że chcę pracować dla Lekarzy bez Granic.

Pani psycholog podniosła wzrok. Trzy sekundy pauzy.

– Lekarze bez Granic...

– Tak, i dlatego muszę być lekarzem albo pielęgniarzem.

Wtedy nie wiedziałem, że zatrudniają także psychologów, ekonomistów i techników. Mógłbym nawet postawić na karierę klauna i dostać pracę u Lekarzy bez Granic.

Psycholożka odłożyła notes i długopis.

– A więc, jeżeli dobrze pana rozumiem, metodą wykluczania doszedł pan do tego, że zawód lekarza jest najmniej zły ze wszystkich wyobrażalnych zawodów świata?

– Tak można to ująć. I że chcę pracować dla MSF.

– MSF?

– Lekarze bez Granic, po francusku.

Kilka miesięcy później zacząłem studiować medycynę.

HANS ROSLING I ROZWÓJ MEDYCYNY

Nadal nie znosiłem przedmiotów ścisłych, więc chemia i fizjologia na pierwszym roku medycyny były dla mnie męczarnią. Więcej niż raz byłem bliski rzucenia studiów, ale dzięki temu, że wciąż chodziłem na wieczorowe kursy psychologii i nauk humanistycznych, czułem się spełniony. Wszystko się zmieniło, kiedy zaczęliśmy praktyki. Najpierw na anatomii uczyliśmy się budowy ciała i mieliśmy ćwiczenia na szkieletach. Potem przyszły zajęcia na patologii, gdzie mieliśmy do czynienia jedynie ze zwłokami, a nie z żywymi ludźmi. Zainteresowałem się anatomią ludzkiego ciała i patologią, zacząłem dorabiać na patologii, gdzie razem z kolegą wieczorami i w ferie przeprowadzaliśmy obdukcje. Kiedy potem, w czasie trwania semestrów klinicznych, zacząłem pracę z żywymi pacjentami, z którymi na dodatek mogłem porozmawiać, wiedziałem, że dobrze wybrałem. A kilka lat później poznałem kogoś, kto otworzył mi drzwi do świata poza granicami szwedzkiej służby zdrowia.

Podczas wykładu w związku studentów medycyny Instytutu Karolinska spotkałem wyjątkowego człowieka. Stał przed dużą mapą, wymachując wskaźnikiem. Był profesorem, opowiadał o epidemiach w różnych częściach świata, a nazywał się Hans Rosling. Po wykładzie podszedłem do niego i powiedziałem:

– Fantastyczny wykład. Czy jest jakaś szansa, żebym mógł zrobić jakiś... jakiś projekt naukowy dla pana?

Rosling zsunął okulary i patrzył na mnie przez kilka długich sekund. Potem rzekł:

– Proszę iść do domu i nauczyć się wszystkiego, co tylko pan znajdzie, na temat wytycznych dotyczących etyki prowadzenia badań naukowych nad katastrofami humanitarnymi. Dostanie pan ode mnie miesięczne wynagrodzenie.

Ledwo zrozumiałem, co powiedział, ale pokiwałem głową, usiłując zachować poważny wyraz twarzy. Rosling mnie nie znał, nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy, i w tamtej chwili nie miałem pojęcia, dlaczego tak postąpił. Studentowi, którego nigdy nie widział, z miejsca dał dość trudne zadanie. Ale po pewnym czasie pojąłem, że Hans Rosling tak funkcjonował. Dawał zadania ludziom w swoim otoczeniu, a ci mieli możliwość rozwijania się wraz ze wzrostem odpowiedzialności. Chyba w dużej mierze kierował się intuicją i być może miał dobre przeczucia wobec studenta, który tamtego dnia podszedł do niego w Instytucie Karolinska. A może miał kieszeń wypchaną pieniędzmi i długą listę projektów, którymi należało się zająć? Wolę wierzyć w to pierwsze.

Zadanie było, jak wspomniałem, trudne, ale zrobiłem tak, jak polecił: poszedłem do domu, wyuczyłem się i po trzech tygodniach dostarczyłem raport o wytycznych dotyczących etyki badań naukowych nad katastrofami humanitarnymi, z którego profesor Rosling korzystał przy różnych okazjach. Wiele lat później był też drugim promotorem mojego doktoratu, ale najważniejsze było to, że sprawił, iż tamtego dnia urosłem o kilka centymetrów. To Hansowi Roslingowi należą się podziękowania za to, że dziś jestem tym, kim jestem, zarówno jako lekarz, jak i człowiek – być może głównie za to ostatnie.

Dzięki niemu zacząłem patrzeć na świat w nowy sposób. Nie postrzegałem go już w kategoriach podziału na „północ i południe” czy „wschód i zachód” – był bardziej złożony. Rosling dokonał również czegoś innego: sprawił, że zrozumiałem, iż świat nie jest taki straszny, jak mi się chyba wydawało w okresie dorastania. Są wojny i niesprawiedliwość, ale w szerszej perspektywie świat dziś jest dużo lepszym miejscem do życia niż sto lat temu. Oczywiście istnieją wyjątki – miejsca, gdzie procesy rozwojowe uległy zahamowaniu czy wręcz wstrzymaniu.

Gdyby mój dziadek, urodzony w 1902 roku, dostał gorączki w dniu swoich pierwszych urodzin, najprawdopodobniej umarłby, a ja nie mógłbym pisać tych słów. Kiedy w 2007 roku, ponad wiek później, urodziła się moja córka, świat był już radykalnie lepszy.

W XX wieku dokonano kilku największych odkryć w dziedzinie medycyny, które zrewolucjonizowały nasze życie. W dalszym ciągu różnice są duże w zależności od tego, czy urodzisz się w Sztokholmie, czy w Mogadiszu, ale większość mieszkańców Ziemi może budzić się codziennie z nadzieją na długie życie w zdrowiu. W ciągu stu lat liczba zgonów w wyniku katastrof przyrodniczych spadła o ponad 50 procent. W krajach rozwijających się do szkoły chodzi obecnie prawie tyle samo dziewcząt co chłopców, a w ciągu ostatnich dwudziestu lat globalne ubóstwo zostało zredukowane o połowę. Żyjemy w świecie bezpieczniejszym, w którym panuje większa równość społeczna i mniejsza bieda. Ale, zdaniem Hansa Roslinga, jeśli zapytamy losowo wybrane osoby w Szwecji o te sprawy, to okaże się, że wie o tym zaledwie od 10 do 30 procent. Nawet w mediach przekazywany jest głównie obraz niebezpiecznego, groźnego i biednego świata. Wiadomości o tym, że świat staje się coraz lepszy, nie zyskują widzów, nie sprzedają nakładu. Robią to doniesienia o trzęsieniach ziemi, epidemiach eboli i tonących statkach.

 

Przy tym nie jest powiedziane, że mamy na przykład przestać walczyć o równouprawnienie płci albo skończyć ze zwalczaniem malarii, którą ciągle zaraża się 214 milionów ludzi rocznie, z czego 438 000 umiera. Miliard ludzi wciąż żyje w ekstremalnej biedzie (Bank Światowy jako ekstremalną biedę definiuje sytuację, gdy ktoś wydaje mniej niż 1,25 USD dziennie), a w Afryce na południe od Sahary szacowana długość życia mężczyzn wynosi zaledwie 46 lat, głównie na skutek epidemii HIV/AIDS. Ale też zwykłe, proste do wyleczenia choroby, jak zapalenie płuc czy biegunka, zabijają miliony dzieci przed ukończeniem piątego roku życia. Nie przestawajmy więc walczyć o lepszy świat, ale, idąc za wskazaniami Hansa Roslinga, przedstawiajmy prawdziwe fakty i opisujmy świat w bardziej poprawny sposób. Dotyczy to również służby zdrowia w Szwecji.

Mój dziadek mógł się spodziewać, że będzie żył około 39 lat. Nie otrzymał żadnych szczepień i przez pierwsze pięć lat życia musiał zmagać się z odrą, różyczką i ospą wietrzną. Gdyby dostał zapalenia płuc i zapadł na sepsę (wcześniej zwaną zatruciem krwi), lekarze nie byliby w stanie ustalić, jakie bakterie ją spowodowały, nie mieliby także żadnego antybiotyku, który mogliby mu podać, toteż prawdopodobnie mocno by się odwodnił, miał pogłębiające się trudności z oddychaniem, a infekcja w końcu doprowadziłaby do jego śmierci. Gdyby lekarze podejrzewali zapalenie płuc, nie mogliby zrobić badania rentgenowskiego, aby potwierdzić diagnozę, a już na pewno tomografii komputerowej, by sprawdzić, o jaki rodzaj zapalenia płuc chodzi.

Przykład ewentualnego zachorowania mojego dziadka na zapalenie płuc pokazuje, jak wielkie postępy poczyniła medycyna w ciągu ostatniego stulecia, także według listy sporządzonej przez „British Medical Journal” (BMJ) w 2007 roku. W dzieciństwie mojego dziadka nie znano sposobu oznaczania bakterii wywołujących choroby, nie było szczepionek, antybiotyków, preparatów nawadniających, rentgena ani tomografii komputerowej.

Siedem z piętnastu najważniejszych zdobyczy medycyny według BMJ jest powiązanych z chorobami zakaźnymi. Zawsze zazdrościłem moim kolegom specjalistom od chorób zakaźnych. Nie tylko mają ciekawą specjalizację, gdzie często pacjenta da się wyleczyć prostą kuracją antybiotykową, ale mogą też korzystać ze wspaniałych osiągnięć z historii medycyny. Nazywają to „rewolucją higieniczną”, na którą składa się odkrycie, że bakterie wywołują zakażenia, poznanie sposobu ich oznaczania, odkrycie szczepionek, elektrolitów, przeciwciał monoklonalnych, a przede wszystkim antybiotyków przez Alexandra Fleminga w 1929 roku. Miliony ludzi umierałyby każdego roku, gdybyśmy nie mieli dostępu do antybiotyków, by przeciwdziałać infekcjom bakteryjnym.

Moja córka, urodzona w 2007 roku, według przewidywań będzie żyła 84 lata. Zaszczepiono ją w przychodni pediatrycznej; kiedy dostała zapalenia ucha, podaliśmy jej antybiotyk, a kiedy miała biegunkę – preparat nawadniający. Jeżeli zachorowałaby na coś poważniejszego, zostałaby przyjęta do któregoś z naszych szpitali dziecięcych, byłaby diagnozowana i otoczona opieką wysoko wykwalifikowanego personelu medycznego, dysponującego środkami, o których sto lat temu nikt nawet nie mógł marzyć. W tej „rewolucji higienicznej” chciałbym szczególnie podkreślić wagę szczepień i zobrazować to pewnym przykładem.

W Demokratycznej Republice Konga miałem pacjenta, którego nigdy nie zapomnę. Był to chłopiec z okropnymi ranami po oparzeniach. Nie wiem, ile miał lat, myślę, że około dziesięciu. Prawie w ogóle nie miał skóry na głowie, a na czole prześwitywały kości czaszki. Ledwie domykał usta. Zagadką było dla mnie to, jak mógł cokolwiek jeść. Ale najgorsze były oczy: praktycznie bez powiek, zamiast nich straszne blizny, które nie pokrywały wyschniętych gałek ocznych. Nie widział nic. Najczęściej leżał na boku i jęczał. To było dla niego potworne. Ale i personel cierpiał, kiedy trzeba było zmienić mu opatrunki lub poddać jakimś zabiegom. Codziennie usypialiśmy go ketaminą, dzięki czemu nie trzeba go było intubować. Nie mieliśmy żadnego anestezjologa ani pielęgniarki, więc podczas wszystkich operacji musieliśmy ręcznie wentylować pacjentów, używając masek tlenowych.

Usypialiśmy chłopca, żeby zmienić opatrunki pokrywające rany od poparzeń na policzkach, szyi i tułowiu, które nie chciały się goić. Nie wiem tego na pewno, ale podejrzewam, że chłopiec zmarł niedługo po zakończeniu przeze mnie misji. Szczerze mówiąc, mam nadzieję, że nie musiał dłużej cierpieć. A cierpiał cały czas. I nie miał żadnych szans na znośne życie.

Przypadek poparzonego chłopca nie był odosobniony. Zarówno w Kongu, jak i w innym kraju, w którym przyszło mi pracować, Burundi, opowiadano mi tę samą historię o dzieciach, które przywożono albo przynoszono do naszych szpitali. Ludzie mieszkali w prostych chatach, w których na środku izby urządzano palenisko. Patyki i czasami węgiel płonęły przez większą część doby, a nad ogniem podgrzewano jedzenie i wodę do zmywania i prania. Palenisko było centralnym punktem domu. Bawiące się dzieci były świadome niebezpieczeństwa, jakie stwarzał ogień, i go unikały. Ale dzieciom, które dostały konwulsji, nierzadko trudno było uchronić się przed niebezpieczeństwem. Chłopiec z Konga miał długotrwałe ataki drgawek. Dlaczego dzieci dostawały drgawek? Mogliśmy się tylko domyślać. W przypadku chłopca z Konga rodzice opowiedzieli, że jako małe dziecko podczas jakiejś choroby miał wysoką gorączkę, a potem dostał konwulsji. Mogła to być malaria mózgowa albo bakteryjne zapalenie opon mózgowych – nie wiedzieliśmy tego. Ale pobierałem płyn mózgowo-rdzeniowy od wielu dzieci w szpitalu w Kongu i częstokroć stwierdzałem szybki przyrost bakterii. Podawaliśmy antybiotyki i czasami udawało się uratować te dzieci. U innych badanie płynu mózgowo-rdzeniowego wykazywało malarię mózgową. U tych dzieci, które nie były leczone, ale przeżyły, istniało ryzyko, że ich mózg został uszkodzony, czego skutkiem były drgawki, niekiedy występujące do końca życia. A leków rozluźniających nie było.

W takich sytuacjach nieodmiennie myślałem o szczepieniach. Pomyśleć, że gdyby te dzieci zostały zaszczepione przeciwko zapaleniu opon mózgowo-rdzeniowych – meningitis – to nie doszłoby do zachorowania. Na początku XXI wieku w większości krajów afrykańskich, w których wcześniej ta choroba była szeroko rozpowszechniona, udało się zlikwidować ją szczepieniami. Ale w niektórych, między innymi w Kongu i Burundi, proces ten się opóźnia i w dalszym ciągu dochodzi do zachorowań.

W dużej części Afryki wciąż wiele dzieci umiera z powodu chorób, na które są szczepionki. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) szacuje, że sporemu odsetkowi spośród 3 milionów przypadków śmiertelnych rocznie wśród afrykańskich dzieci poniżej piątego roku życia można by zapobiec, gdyby zostały zaszczepione przeciwko takim chorobom jak odra, polio, krztusiec, tężec, błonica, zapalenie opon mózgowych, żółta febra, wirusowe zapalenie wątroby typu B, gruźlica i zapalenie płuc. Mając tego świadomość, nie sposób zrozumieć ludzi w Szwecji rezygnujących ze szczepienia swoich dzieci przeciwko tym chorobom.

W Europie mieliśmy w ciągu ostatnich pięciu lat na przykład epidemię odry, podczas której wiele osób zmarło, gdyż nie były zaszczepione. We Francji w latach 2008–2011 zarejestrowano 22 000 przypadków, z czego dziesięć osób zmarło. W Holandii w latach 2013–2014 niektórzy zrezygnowali ze szczepień z przyczyn religijnych, po czym zachorowało 2800 osób, a jedno dziecko zmarło. Rzekomych argumentów przeciwko szczepieniu dzieci pojawia się wiele, a głosy zwolenników tej opcji bywają silne. W Szwecji na przykład toczyła się dyskusja, czy szczepienia przeciw świńskiej grypie powodują narkolepsję. W 2013 roku szwedzcy naukowcy przeprowadzili zakrojone na szeroką skalę badania, podczas których porównano 3,3 miliona zaszczepionych z 2,5 milionami niezaszczepionych mieszkańców Szwecji. Nie wykryto żadnej różnicy w liczbie przypadków narkolepsji pomiędzy obiema grupami. Trudno jest zatem dowieść związku między szczepieniami a narkolepsją. A mimo to ludzie na różnych forach internetowych i w artykułach prasowych podkreślają ryzyko szczepień. Dlaczego? W wielu przypadkach chodzi na pewno o bezzasadne, choć zrozumiałe obawy, że właśnie u ich dziecka wystąpią któreś z tych ekstremalnie rzadkich skutków ubocznych powiązanych z niektórymi szczepionkami. W innych wynika to z doświadczonych na własnej skórze albo znanych w rodzinie lub wśród znajomych powikłań po szczepieniu. Wszystkie lekarstwa mogą wywołać jakieś skutki uboczne, zawsze jednak trzeba zrównoważyć ryzyko i korzyści.

Inne książki tego autora