Czy słonie boją się myszy? Historyjki dla ciekawskich dzieciTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

HABEN ELEFANTEN

WIRKLICH ANGST VOR MÄUSEN?

VORLESEGESCHICHTEN ZU DEN LUSTIGSTEN

ALLTAGSIRRTÜMERN

Ellermann im Dressler Verlag GmbH, Hamburg

© Dressler Verlag GmbH, Hamburg 2014

All rights reserved

Ilustracje na okładce

Katrin Oertel

Opracowanie graficzne okładki

Zbigniew Larwa

Ilustracje w tekście

Katrin Oertel

Redaktor serii

Anna Godlewska

Korekta

Irma Iwaszko

ISBN 978-83-7961-243-7

Warszawa 2014

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Czy liczba kropek zdradza wiek biedronki?

– Masz tu węgiel, tatusiu – wysapał Tomek, stawiając na drewnianym stole przed domkiem wielką i ciężką torbę węgla drzewnego i ocierając pot z czoła. Od parkingu, na którym zostawili samochód, do ich działki jest spory kawałek, zwłaszcza gdy dźwiga się taki wielki worek z węglem, a z nieba leje się słoneczny żar – jak dzisiaj.

– Świetnie, dziękuję – mruczy tata, nie patrząc na Tomka. Z zawziętą miną próbuje metalowym drapakiem oczyścić ruszt grilla oblepiony resztkami jedzenia. Tomek przygląda mu się z zainteresowaniem i wreszcie stwierdza:

– Najlepiej czyścić to zaraz po grillowaniu.


– Świetna rada, synku – zgadza się tata. – Tyle że teraz kompletnie nieprzydatna. Powiedz mi, co się właściwie dzieje z mamą i Rozalką. Powinny mieć zapasowe czyściki do grilla, prawda?

– Zaraz przyjdą. Po drodze spotkały państwa Godlewskich i poszły obejrzeć ich nową altanę.

Po chwili w furtce pojawiają się mama i siostra obładowane wielką turystyczną lodówką i torbami z prowiantem. Wspólnie wypakowują wszystko na stół i tata dostaje wreszcie upragnione czyściki do grilla. A potem wszyscy popijają zimny sok jabłkowy z wodą mineralną z bąbelkami. No, prawie wszyscy. Mama już ma przygotować napój dla siebie, ale opuszcza nagle szklankę i, pokazując palcem miejsce obok grilla, z rozszerzonymi przerażeniem oczami szepce:


– Och, nie!

Wszyscy spoglądają we wskazanym kierunku, gdzie rosną pnące róże obsypane jaskrawoczerwonymi kwiatami. Są mamy oczkiem w głowie. Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się w porządku. Ale kiedy przyjrzeć się uważniej, widać na kwiatach i listkach niezliczone czarne punkciki. A obok nich dziwnie lśniące miejsca.

– O rany, to są mszyce – wzdycha mama. – Zniszczą mi moje piękne róże.


Tomek, Rozalka i tata podchodzą zaciekawieni do krzaków róż, by przyjrzeć się mszycom dokładniej. Tomek ostrożnie dotyka palcem lśniącego liścia.

– Fuj – krzywi się. – One się lepią. To obrzydliwe!

– Sprawa jest całkiem prosta – mówi tata. – Tu może pomóc tylko trucizna! – Zaraz pojadę do marketu budowlano-ogrodniczego. A po powrocie uruchomię mój nowy automatyczny opryskiwacz. Wreszcie będę miał okazję go użyć. – Twarz taty aż jaśnieje z radości. A Rozalka zauważyła nawet, że tata cieszy się jak Tomek, gdy dostał swój wymarzony pistolet na wodę.

– Nie ma mowy! – mama protestuje głośno. – W moim ogrodzie nie pozwalam na żadne trucizny.

– A czy ktoś ma lepszą propozycję? – Tata jest wyraźnie rozczarowany.

Tomek i Rozalka patrzą na siebie, a następnie uśmiechają się, kiwając głowami.

– Oczywiście, że mamy. Prawda, Rozalko? – mówi Tomek.

– Jasne! – potwierdza dziewczynka i dodaje: – Nazbieramy biedronek.

Mama jest zachwycona.

– Świetny pomysł – woła. Tylko tata patrzy, nie rozumiejąc ani słowa.

– Biedronki uwielbiają mszyce – tłumaczy Tomek. – To ich wielki przysmak. Ostatnio rozmawialiśmy o biedronkach w przedszkolu, jak one żyją, jakie są ich gatunki, że są pożyteczne w ogrodzie i takie tam…

Tata drapie się bezradnie po głowie.

– Aha, a skąd je teraz weźmiemy, tak na zawołanie?

– Poszukamy ich i nazbieramy – wyjaśnia Rozalka. – Mogę się założyć, że znajdziemy ich bardzo dużo. Trzeba się tylko uważnie rozglądać. Możemy też zapytać sąsiadów, czy pozwolą nam zajrzeć do swojego ogródka. U państwa Godlewskich widziałam krzak cały obsypany biedronkami.

– Nie mam nic przeciwko temu. Ogłaszam więc rozpoczęcie akcji pod kryptonimem „Biedronka” – oznajmia tata, a mama przynosi kilka pustych słoiczków i wszyscy wyruszają na poszukiwania: Rozalka i Tomek szukają na sąsiedniej działce, a mama i tata na grządkach warzywnych i kwiatowych w ich ogrodzie.


Po godzinie wszyscy spotykają się ponownie przy krzewach różanych i każdy trzyma słoiczek z kłębiącymi się chrząszczami.

– Ojej, ależ dużo ich mamy! – woła zachwycony Tomek. Ostrożnie odkręca wieczko i delikatnie wysypuje wszystkie owady na liście i kwiaty.

– Dziwne – zauważa tata. – Większość waszych biedronek ma dwie kropki, a moje mają… zaraz… aż siedem.

– To dlatego, że chrząszcze Tomka i Rozalki mają dwa lata, a nasze siedem – wyjaśnia mama. – Bo liczba kropek zdradza wiek biedronki.

Tomek i Rozalka patrzą na siebie zdziwieni i zaczynają chichotać.

– A co w tym takiego śmiesznego? – obrusza się mama.

– O rany, mamo! Przecież kropki nie mają nic wspólnego z wiekiem biedronek! – tłumaczy chłopczyk.

– Jak to? Dlaczego? Przecież zawsze się tak mówiło! – dziwi się mama.

– Ja też o tym słyszałem. – Tata przychodzi mamie z pomocą.

– Tak – przyznaje Rozalka. – Wiele osób tak myśli, ale naprawdę chodzi o różne gatunki tych owadów. Liczba kropek na pokrywach skrzydeł biedronek jest stała przez całe ich życie. Ta z dwiema kropkami nazywa się na przykład biedronka dwukropka.

– A z siedmioma – jak te w waszym słoiku – to są biedronki siedmiokropki – dodaje Tomek.


Tata i mama nie mogą się nadziwić, ile na ten temat wiedzą dzieci. A potem wszyscy wypuszczają swoje owady na krzak róż i obserwują w skupieniu, co się będzie działo.

– Oho, patrzcie, udało się – szepce zadowolony tata. – Spójrzcie, jak biedronki dobierają się do mszyc. Chociaż… – urywa nagle.

– Chociaż co? – dopytuje się mama.

– Chociaż jest tu całe mnóstwo mszyc. Czy biedronki dadzą im radę? – zastanawia się tata głośno.

– Jeśli nawet nie, to i tak dwoje z nas ma już powody do radości! – mówi mama z uśmiechem. – Tata – bo będzie mógł uruchomić swój nowy spryskiwacz – i…

– Ja – przerywa jej Tomek – ponieważ swoim pistoletem na wodę zmiotę wszystko z krzaka. – I całe towarzystwo wybucha gromkim śmiechem.



Czy czytanie przy słabym świetle psuje wzrok?

Maksio patrzy w skupieniu na listę, rzucając od czasu do czasu okiem na stojącą przy łóżku otwartą torbę podróżną. Czy aby na pewno niczego nie zapomniał?

– Komiksy? Check – mruczy zadowolony. Stawia kredką haczyk przy słowie komiksy. Słowo check usłyszał kiedyś w telewizji: pewien pilot sprawdzał przed odlotem, czy urządzenia pokładowe samolotu są gotowe do startu.

Maksio nie jest co prawda pilotem, ale zaraz wyjeżdża po raz pierwszy w życiu na wycieczkę ze swoją klasą. Nie na jakąś wycieczkę przedszkolną, z której wieczorem wraca się do domu, ale taką naprawdę daleką, z noclegiem w schronisku młodzieżowym, które znajduje się w starym rycerskim zamku. Jasna sprawa, że wszystko musi być zapięte na ostatni guzik.

Maksio przesuwa palec do kolejnej pozycji na liście rzeczy, które musi zapakować. MP3? Check i haczyk. I dalej.

Buruś? Check i…

Maksio waha się chwilę. Bo Buruś to jego piesek-przytulanka. Właściwie koniecznie powinien jechać razem z nim, ale co będzie, gdy koledzy go zobaczą i zaczną sobie stroić żarty? „Nieważne” – myśli chłopczyk. Jakby co, zawsze może powiedzieć, że to maskotka, która przynosi mu szczęście. Coś takiego miał w kokpicie nawet ten pilot z telewizji! Zdecydowanym ruchem Maksio stawia haczyk obok Burusia.

Nagle drzwi otwierają się gwałtownie i do pokoju wpada z impetem Nela – starsza siostra Maksia.

– Braciszku, chciałam się z tobą pożegnać! Chodź, uściskam cię!


Maksio ma ochotę zaprotestować, ale na starszą o dziesięć lat siostrę nie ma rady. Nela przytula go z całych sił i głośno cmoka w policzek.

– Fuj – krzywi się Maksio, pocierając twarz.

 

– Ha, ha – śmieje się Nela. – A ja znam wielu chłopaków, którym by się to podobało!

Maksio już ma na końcu języka, że to jakieś ciamajdy. Wtem dostrzega w ręce siostry starą latarkę.

– Po co ci ona? – pyta.

– Co ty byś beze mnie zrobił, braciszku!? – odpowiada Nela. – Założę się, że na twojej liście nie ma latarki.

Maksio przygląda się Neli wielkimi oczami.

– Wycieczka szkolna? Latarka! Halo! – Siostra macha mu dłonią przed oczami. – Latarka jest niezbędna do tego, żeby rozrabiać nocą. Albo żeby czytać pod kołdrą.


– Nasz pan powiedział, że nie będzie miał litości dla tych, którzy będą w nocy rozrabiać.

Nela kręci z niedowierzaniem głową.

– Człowieku, on musi tak mówić, bo to jego praca. Jest waszym wychowawcą. A wasza praca to dobra zabawa. A do tego należą rozrabianie nocą i tajne czytanie pod kołdrą.


Maksio nie jest wcale pewien, czy to prawda. Ale myśl o czytaniu pod kołdrą jest dość ekscytująca, więc bez zastanowienia chowa latarkę do torby. Nela podsuwa mu pod nos złożoną kartkę.

– Masz – mówi. – To na wypadek, gdybyś został przyłapany na czytaniu i musiał wysłuchiwać, że czytanie przy słabym świetle psuje wzrok. Ten artykuł mam z internetu. Pewien okulista udowadnia w nim, że to wcale nieprawda.

Maksio jest pod ogromnym wrażeniem sprytu siostry. Teraz już wszystko musi się udać.

Po trwającej całe wieki podróży autokarem, wycieczce po wspaniałym starym zamczysku i pysznej kolacji nadeszła wreszcie pora na spanie. A przecież nikt nie czuje się zmęczony! Filip, Igor, Mehmed i Maksio, którzy zajmują jeden pokój, też nie. Po krótkiej naradzie wojennej chłopcy postanawiają nastraszyć koleżanki. Po cichutku, na palcach skradają się mrocznym korytarzem. Nagle jedna ze stojących w holu zbroi ożywa i, wyciągając rękę uzbrojoną w wielki topór, zagradza drogę całej czwórce. Chłopcy zastygają w bezruchu.

– Dobry pomysł – odzywa się zbroja głosem, który wydaje się znajomy. Nic dziwnego, bo zaraz unosi się przyłbica hełmu i chłopcom ukazuje się uśmiechnięta twarz wychowawcy.


– A teraz marsz do łóżek i gasimy światło! – komenderuje nauczyciel.

Z kwaśnymi minami chłopcy maszerują do pokoju. Leżąc w łóżkach, rozmawiają jeszcze chwilę o tym, jakie odjazdowe pomysły ma pan Kolski. Ale stopniowo, jeden po drugim milkną i zasypiają. Wszyscy oprócz Maksia, który mości się wygodnie z Burusiem, komiksem i latarką pod kołdrą. Na wszelki wypadek – gdyby jednak pojawił się wychowawca – kładzie jeszcze pod poduszkę kartkę, którą dała mu siostra. Ziewając szeroko, otwiera zeszyt z przygodami Batmana i zaczyna czytać…

Naraz słyszy ciężkie kroki. Zbliżają się coraz bardziej do łóżka. Potem ktoś zrywa z niego kołdrę. Przerażony Maksio patrzy na stojącego przed nim rycerza z wielki toporem.

– Czytanie pod kołdrą psuje wzrok! – krzyczy rycerz, unosząc broń.

– Ale… tutaj jest napisane, że to… że to nie jest niebezpieczne dla oczu – jąka się Maksio, wyciągając rękę z kartką Neli.

– Nieważne! Nie wolno to nie wolno! – wrzeszczy rycerz i robi gwałtowny zamach. Ręka z toporem opada…

– Hej, obudź się! – Ktoś gwałtownie tarmosi chłopca za ramię. Maksio powoli otwiera oczy i spogląda ostrożnie przez palce. Za oknem świeci poranne słońce, groźny rycerz zniknął. A przy łóżku stoją Filip, Igor i Mehmed.

– Ale twardo spałeś! Co ci się śniło? – pytają jeden przez drugiego.

Maksio tylko wzrusza ramionami. Woli nie opowiadać o swoim śnie. Wstając, zauważa, że zniknęła kartka Neli. Ale na szukanie nie ma już czasu, ponieważ wszyscy idą na śniadanie.

Maksio spał w nocy tak krótko, że dzień dłuży mu się niemiłosiernie. Z kwaśną miną i w złym humorze siedzi wreszcie przy kolacji i jest tak zmęczony, że marzy tylko, by pójść do łóżka.

– Bardzo ciekawy artykuł! – słyszy nagle czyjś głos i ktoś kładzie mu na stoliku kartkę Neli. Zdziwiony Maksio podnosi wzrok. Przed nim stoi wychowawca. „Ojej, jeśli trzyma w ręku tę kartkę, to oznacza, że faktycznie przyłapał mnie na czytaniu pod kołdrą” – myśli chłopiec.

– Bo… czytanie pod kołdrą wcale nie… psuje wzroku, prawda? – duka wreszcie.

– Hm – chrząka groźnie wychowawca i patrzy surowo na Maksa. Chłopczyk zaczyna nerwowo kręcić się na krzesełku. – Niby tak, ale psuje humor i dobre samopoczucie następnego dnia – mówi pan Kolski, puszczając oczko, a potem odwraca się i odchodzi.

„Co prawda, to prawda” – myśli Maks, zadowolony, że skończyło się to tak ulgowo. I postanawia: nigdy więcej nie będzie czytać pod kołdrą, a przynajmniej nie na wycieczkach klasowych.


Podobno Ziemia jest kulą

– A ja mogę pokręcić tą kierownicą? – pyta Joasia. Jest tak przejęta, że nie wie, gdzie ma patrzeć. Czy w stronę babci i dziadka na pomoście? Czy taty, który zajmuje się żaglem gdzieś z przodu łódki? Czy może w stronę mamy, która stoi przy tej śmiesznej kierownicy i stara się przeprowadzić łódź przez bardzo wąską gardziel będącą wejściem do portu.


– To się nazywa ster – wyjaśnia mama, nie odrywając wzroku od wąskiego przejścia przed nimi. – Jak znajdziemy się na pełnym morzu, będziesz mogła przejąć na chwilę stery.

Joasia aż pęka z radości i dumy. Pogoda jest piękna, a ona z mamą i tatą płynie sobie po morzu żaglówką na daleką wyprawę. Popłyną do Szwecji, gdzie mieszka Pippi Langstrumpf. A ponieważ droga przed nimi długa, będą nawet na jachcie nocować! Ich łódź ma dużą kabinę z kącikiem kuchennym i wygodnymi miejscami do spania. Tyle tylko, że kącik kuchenny na statku nazywa się kambuz, a miejsca do spania to koje.

Nagle z boku wystrzeliwuje pędząca z ogromną szybkością motorówka i kieruje się prosto na nich. Joasia obserwuje z przerażeniem, że mężczyzna stojący za sterem motorówki wcale nie patrzy w ich stronę, ale pochyla się ku stojącej obok kobiecie.

– Hej, ty tam! Ślepy jesteś? – krzyczy tata, wymachując rękoma.

– Co za głupek – mruczy mama, która w ciągu paru sekund zamienia się w Supermamę: prawą ręką błyskawicznie chwyta za jakiś drążek i ciągnie w swoją stronę. Burczenie silnika motorówki jest mniej donośne, a łódź zaczyna zwalniać. Następnie mama wciska zielony guzik. Rozlega się ogłuszający ryk syreny. Jednocześnie lewą ręką przekręca koło steru i łódź skręca gwałtownie w prawo. A wszystko to robi, nie spuszczając oczu z motorówki.


Wstrzymując oddech, Joasia obserwuje, jak obie łodzie mijają się dosłownie o włos. Widzi jeszcze, jak mężczyzna w motorówce przepraszająco unosi dłoń, i wypływają już z portu na szerokie błękitne morze.

– Mamo, ależ ty jesteś dzielna! – woła zachwycona dziewczynka.

– Manewr godny mistrza świata – dodaje tatuś.

Mama aż pokraśniała z radości.

– Dziękuję, dziękuję – mówi nieco zakłopotana. – Ale teraz już chyba pora na postawienie żagli. Wiatr jest idealny.

Pod pełnymi żaglami łódź pruje fale, a brzeg za nimi oddala się i kurczy, aż wygląda jak wąska kreseczka.

Joasia nie zwraca na to uwagi. Wreszcie może stanąć za sterem. Rozgląda się uważnie dookoła. Tylko od czasu do czasu spogląda na dziwny kulisty przedmiot z kreskami, wskazówkami i literami – na… jak mu tam…

– …kompas! – Wreszcie dziewczynka przypomina sobie nazwę. Tata i mama, którzy stoją obok niej, wytłumaczyli jej, że ma tak sterować jachtem, żeby wskazówka znajdowała się cały czas na literze N. To oznacza po angielsku północ i w tym kierunku powinni płynąć do Szwecji.

– Chyba położę się na chwilę – mówi raptem mama.

„Dziwne – myśli dziewczynka. – Jak teraz można spać? Czy mama jest chora? Rzeczywiście nieco zbladła”.

Ale Joasia jest tak zachwycona żeglowaniem, że szybko zaczyna myśleć o czymś całkiem innym.

– Tato? – pyta po chwili. – Gdyby na drodze nie leżała Szwecja, a my żeglowalibyśmy cały czas przed siebie, chyba przypłynęlibyśmy znowu w to samo miejsce, prawda? Ponieważ Ziemia jest kulą, tak?

– To prawda – odpowiada tata. – Moglibyśmy wtedy żeglować dookoła Ziemi, a właściwie… – Tata milknie na chwilę i zastanawia się nad czymś. – No cóż, właściwie dookoła kartofla – dodaje.

– Dookoła kartofla? – dziwi się dziewczynka. – Co masz na myśli? – Zerka na tatę, żeby sprawdzić, czy nie stroi sobie z niej żartów, ale tata ma całkiem poważną minę.

– Właśnie to, co mówię. Ziemia nie jest idealną kulą – tłumaczy tata. – Na górze i na dole wokół biegunów jest troszkę spłaszczona, a pośrodku, gdzie znajduje się równik, wybrzusza się lekko. A poza tym Ziemia ma mnóstwo wygięć, wgnieceń i guzów, nawet na morzu.

– Guzy i wgniecenia na morzu? Ależ tato, to wcale nieprawda – śmieje się Joasia, ale przygląda się uważnie powierzchni wody, żeby przypadkiem nie skierować łodzi w jakiś dół.

– Nie, to nie żart, słowo! – zapewnia tata. – Zauważyli i opisali to naukowcy, którzy dokonywali superdokładnych pomiarów powierzchni mórz z satelitów. Te wybrzuszenia i wgięcia powstają dlatego, że siła przyciągania nie rozkłada się równomiernie i nie wszędzie ma taką samą wartość. Tylko z bardzo daleka, z kosmosu, Ziemia wygląda jak piękna okrągła kula. Ale dokładnie rzecz biorąc, przypomina raczej kartofel. Albo kotlet mielony mamy.


O rany! Dziewczynka aż zaniemówiła: „Nie do wiary, Ziemia wygląda jak mamy kotlet!”.

– Posterujesz trochę? – pyta Joasia. – Muszę to wszystko opowiedzieć mamie. – I już pędzi do kabiny.

A tam mama leży na koi. I nie wygląda już jak supermama, tylko jak blada kobieta z wiadrem w zasięgu ręki.

– Mamo, wiesz co? – woła Joasia.

– Nie – szepce mama i wpatruje się w sufit.

– Ziemia wygląda jak kartofel!

– Ojej, jedzenie! – mruczy mama, a jej twarz staje się prawie zielona.

– Albo jak twoje pyszne mielone – dodaje szybko dziewczynka, żeby rozbawić mamę. Ale mama zielenieje coraz bardziej i zaczyna gwałtownie machać ręką. Joasia domyśla się, że ma zawołać tatę. Niczym błyskawica wypada z kajuty.

– Tatusiu, tato! – woła. – Mama zrobiła się całkiem zielona. Chyba jest chora.

Tata nie traci spokoju.

– Mama ma chorobę morską, która jest reakcją organizmu na kołysanie łodzi – wyjaśnia. – Ale jak tylko przyzwyczai się do kołysania, choroba minie.

Joasia wcale nie jest tego taka pewna. Ale na szczęście stan mamy poprawia się wieczorem. Na tyle, że Joasia raz jeszcze może jej dokładnie opowiedzieć, co wspólnego mają ze sobą Ziemia, ziemniaki i kotlety mielone.


Czy kruki to wyrodni rodzice1?

– O nie! Ja chyba śnię! – jęczy Borys, przecierając z niedowierzaniem oczy.

Jego przyjaciel Marek po prostu zaniemówił i klapnął na leżący obok pień drzewa. Chłopcy nie mogą uwierzyć własnym oczom, patrząc na swoją tajną kryjówkę. A raczej na to, co z niej zostało. Bo wspaniała stara altanka, którą odkryli, bawiąc się w ogrodzie parę tygodni temu, przez noc zamieniła się w stertę bezładnie porozrzucanych desek.

– O rany! Cała robota na nic – wzdycha rozczarowany Marek.


Ponad dwa tygodnie chłopcy tyrali z całych sił: powycinali porastający altanę bluszcz, wyrwali stare, zmurszałe deski, postarali się o nowe, piłowali je, przybijali, przykręcali śrubami, a na koniec jeszcze pomalowali. A teraz to!

 

Bo nie tylko oni starali się z całych sił. Można by rzec, że postarała się również burza, która szalała w ubiegłą noc. Silny, huraganowy wiatr wyrwał z korzeniami wielką starą sosnę, która upadła na sam środek dachu altanki, niszcząc go doszczętnie.

Borys i Marek oglądają ruiny domku. Nagle drgnęli, słysząc z pobliskich zarośli głośne krakanie i prychanie. Po chwili wszystko ucichło. Marek ostrożnie wstaje z pnia.

– Co to było? – szepce cichutko.

– Nie mam pojęcia – odpowiada Borys. – Sprawdźmy. – I już chce wyruszyć w stronę zarośli, gdy przyjaciel łapie go za koszulkę.

– Poczekaj – mówi. Pospiesznie podchodzi do sterty z drewnem i wyciąga z niej deskę, która jest prawie tak długa jak on. Z groźną miną chwyta za deskę obiema rękoma i zadaje cios niewidzialnemu przeciwnikowi, robiąc przy tym tak silny zamach, że o mało się nie przewraca. Borys śmieje się i kręci głową.

– Hm, przezorny zawsze ubezpieczony – mówi niepewnym głosem Marek, starając się złapać równowagę.

„ Chyba ma rację” – myśli Borys i również wyciąga ze sterty długi kołek. Chłopcy skradają się na palcach w stronę zarośli. W tej samej chwili hałas wybucha ze zdwojoną siłą. Krakanie, prychanie i fukanie są bardzo głośne, można by pomyśleć, że po drugiej stronie zarośli tygrys walczy z orłem olbrzymem. Chłopcy spoglądają na siebie niepewnie. Ale ponieważ w tej okolicy nie żyją ani tygrysy, ani orły olbrzymy, przełamują strach i…

– Na trzy – szepce Marek. – Ty z prawej, ja z lewej. Otoczymy ich.

Borys kiwa głową.

– Raz… – zaczyna liczyć Marek – dwa… i trzy!



Dzierżąc deski w górze, chłopcy ruszają przed siebie, niestety obaj biegną w tym samym kierunku, ponieważ Marek z przejęcia pomylił stronę prawą z lewą. Ich deski zderzają się z głośnym trzaskiem.

Ale teraz nie mogą już zawrócić. A więc potykając się, pędzą razem w stronę krzaków. Kątem oka widzą, jak z zarośli wyskakuje jakiś czarny cień i chowa się w pobliskich chaszczach. Marek zatrzymuje się tak nagle, że Borys wpada na niego i o mało go nie przewraca.

Nagle na ziemi tuż przed sobą dostrzegają kruka. Wygląda jak kupka nieszczęścia – jest mały, a zmierzwione pióra ma mocno nastroszone. Jego krakanie brzmi niczym skarga. Ptaszek przechyla głowę na bok i patrzy na chłopców.

– Ojej, on jest ranny. – Borys pokazuje ranę na skrzydle.

– Na pewno zaatakował go kot – myśli głośno Marek. – Ale co robi tutaj sam na ziemi? Może nie ma rodziców?

– Kruki miały prawdopodobnie gniazdo na tej sośnie – mówi Borys. – Kiedy się przewróciła, pisklę wypadło z legowiska. A rodzice pewnie nie mieli ochoty się nim zajmować. Kiedyś słyszałem, że kruki to wyrodni rodzice.

– Wredne kruczyska! – złości się Marek. Ostrożnie pochyla się nad pisklęciem i mówi: – Nie bój się mały. Zajmiemy się tobą z Borysem, prawda?

– Oczywiście – przytakuje przyjaciel. – Najpierw zaniesiemy go do weterynarza.

Marek ma w kieszeni resztki batonika i chłopcy karmią pisklę kilkoma okruszkami, żeby przestało się bać. Zachwyceni przyglądają się, jak ptak zajada drobinki musli. Borys zawija go delikatnie w kurtkę, a Krakuś – bo tak chłopcy nazwali pisklę – zachowuje się bardzo cicho.

Marek był kiedyś u lekarza ze swoim chomikiem, pamięta dokładnie, dokąd muszą iść. Po półgodzinie siedzą już w gabinecie i czekają na weterynarza.

– A kogo my tu mamy? – pyta pan doktor, odwijając ostrożnie pisklę z kurtki Borysa.

– To jest Krakuś – odpowiadają chłopcy jednocześnie i bardzo przejęci opowiadają lekarzowi, co się wydarzyło.

– Hm – mówi z namysłem weterynarz. – Kruk jest ranny, więc dobrze zrobiliście, że go przynieśliście do mnie. Ale normalnie powinno się młode kruczęta raczej zostawiać w spokoju.

– Jak to, przecież kruki są bardzo złymi rodzicami – protestuje Borys. – Nie dbają wcale o swoje dzieci.

– Wręcz przeciwnie. – Lekarz opatruje ranę Krakusia. – Kruki to najlepsi rodzice, jakich można sobie wyobrazić. Z wielkim oddaniem karmią swoje ślepe na początku pisklęta. Nawet wyrzucają odchody maluchów z gniazda, żeby było w nim czysto. Historie o złych rodzicach biorą się stąd, że po sześciu tygodniach przychodzi pora rozstania i małe muszą opuścić gniazdo. Niektóre z nich rzeczywiście nie umieją jeszcze latać, a my widząc, jak samotnie siedzą na ziemi, mamy wrażenie, że są takie smutne i porzucone. W rzeczywistości jednak ich rodzice przebywają zawsze w pobliżu, pilnują i bronią swoich dzieci, pomagają im znaleźć pożywienie.


– A co teraz będzie z Krakusiem? – pyta Borys.

– Niedługo wyzdrowieje. Zaniosę go do pobliskiego zoo. Tam zajmują się chorymi zwierzętami, a po wyzdrowieniu wypuszczają na wolność.

– Do zoo? – mruczy rozczarowany Marek.

Lekarz uśmiecha się do chłopców.

– Wolelibyście, żeby został z wami, prawda?

Marek i Borys kiwają głowami.

– Rozumiem, ale w ten sposób moglibyście temu maleństwu tylko zaszkodzić. Tak bardzo by się do was przyzwyczaiło, że nie umiałoby już żyć na wolności. I nie mogło znaleźć sobie towarzyszy wśród innych kruków. Chcielibyście tego?

Oczywiście, Marek i Borys nie chcą zrobić małemu krukowi krzywdy i żegnają się ze swoim przyjacielem. Jest im trochę smutno, ale jednocześnie cieszą się, że Krakuś wyrośnie na prawdziwego wolnego kruka.


1 W języku niemieckim słowem Rabenmutter (krucza matka) określa się wyrodną matkę, która nie dba o swoje dzieci (przyp. tłum.).

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?