Dziwne losy Jane EyreTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Adres J.E., poste restante, Low­ton”.

Doku­ment ten prze­cze­kał cały dzień, zamknięty w mojej szu­fla­dzie; po her­ba­cie popro­si­łam nową prze­ło­żoną o pozwo­le­nie pój­ścia do Low­ton dla zała­twie­nia kilku małych spra­wun­ków; udzie­lono mi go chęt­nie i poszłam; odle­głość wyno­siła dwie mile; wie­czór był wil­gotny, dni jed­nakże były jesz­cze dłu­gie; zaszłam do paru skle­pów, wrzu­ci­łam list na poczcie i powró­ci­łam w rzę­si­sty deszcz, w ubra­niu prze­mo­czo­nym, ale z lek­kim ser­cem.

Następny tydzień wydał mi się długi; dobiegł naresz­cie końca, jak wszystko na świe­cie, i znowu ku schył­kowi miłego jesien­nego dnia zna­la­złam się pie­szo na dro­dze ku Low­ton. Malow­ni­cza to była droga, bie­gła brze­giem stru­mie­nia i poprzez uro­cze zakręty doliny; tego dnia jed­nak wię­cej myśla­łam o tym, czy będą dla mnie listy w mia­steczku, niż o pięk­no­ści łąk i wody.

Za ofi­cjalny powód niniej­szej wędrówki poda­łam tym razem zamó­wie­nie pary trze­wi­ków; ten spra­wu­nek przeto zała­twi­łam naj­pierw, po czym spo­kojną, czy­stą uliczką prze­szłam od szewca na pocztę. Poczmi­strzy­nią była leciwa dama w rogo­wych oku­la­rach na nosie i w czar­nych miten­kach.

– Czy są jakie listy dla J.E.? – zapy­ta­łam.

Poczmi­strzyni przyj­rzała mi się przez oku­lary, a potem otwo­rzyw­szy szu­fladę, długo prze­glą­dała jej zawar­tość, tak długo, że zaczy­na­łam tra­cić nadzieję. Naresz­cie, pod­nió­sł­szy do oczu jakąś kopertę, trzy­mała ją w ten spo­sób z pięć minut może, aż w końcu podała mi ją przez kon­tuar z jesz­cze jed­nym badaw­czym i nie­uf­nym spoj­rze­niem. List był dla J.E.

– Czy ten jeden tylko? – zapy­ta­łam.

– Nie ma nic wię­cej – odpo­wie­działa.

Wsu­nę­łam list do kie­szeni i zawró­ci­łam ku domowi. Nie mogłam go teraz otwo­rzyć; regu­la­min wyma­gał, abym była z powro­tem o ósmej, a już było wpół do ósmej.

Różne obo­wiązki cze­kały mnie po powro­cie: musia­łam sie­dzieć z dziew­czę­tami w cza­sie godziny odra­bia­nia lek­cji; na mnie wypa­dała kolej odczy­ta­nia modlitw, dopil­no­wa­nia, żeby się dziew­częta spać pokła­dły; potem jadłam kola­cję z innymi nauczy­ciel­kami. Nawet po osta­tecz­nym rozej­ściu się na noc mia­łam za towa­rzyszkę nie­od­stępną pannę Gryce; mia­ły­śmy mały tylko kawa­łek świecy w lich­ta­rzu i drża­łam, że się wypali, zanim ona prze­sta­nie mówić. Na szczę­ście ciężka kola­cja wywarła sku­tek usy­pia­jący; tym razem chra­pała już, zanim ja zdą­ży­łam się roze­brać. W lich­ta­rzu był jesz­cze kawa­łek świeczki; wycią­gnę­łam list; na pie­czątce wid­niał odcisk litery F.; roze­rwa­łam pie­czątkę, list był nie­długi.

„Jeżeli J.E., która dała ogło­sze­nie w czwart­ko­wym nume­rze «Heralda», posiada wspo­mniane warunki i jeżeli może podać zado­wa­la­jące refe­ren­cje o swym cha­rak­te­rze i uzdol­nie­niu, mogła­bym jej ofia­ro­wać posadę nauczy­cielki do jed­nej uczen­nicy, małej dziew­czynki poni­żej lat dzie­się­ciu; pen­sja wyno­si­łaby trzy­dzie­ści fun­tów rocz­nie. Pro­szę J.E. o przy­sła­nie refe­ren­cji, nazwi­ska, adresu i wszyst­kich szcze­gó­łów pod adre­sem: Pani Fair­fax, Thorn­field koło Mil­l­cote”.

Długo przy­glą­da­łam się listowi: pismo było sta­ro­świec­kie i nie­pewne, jak pismo star­szej kobiety. Byłam z tego rada; pota­jemny lęk mnie przej­mo­wał, aże­bym, dzia­ła­jąc tak samo­dziel­nie, nie zgo­to­wała sobie jakiej nie­przy­jem­nej nie­spo­dzianki. Przede wszyst­kim pra­gnę­łam, ażeby wyni­kiem moich sta­rań było coś przy­zwo­itego, wła­ści­wego, coś en règle1. Udział star­szej pani wydał mi się czyn­ni­kiem wcale dodat­nim w inte­re­sie, który przed­się­wzię­łam. Pani Fair­fax! Wyobra­zi­łam ją sobie w czar­nej sukni i wdo­wim cze­peczku, zimną, być może, ale nie pozba­wioną uprzej­mo­ści – taką, jaką być musi sza­nowna matrona angiel­ska. Thorn­field! To nie­wąt­pli­wie nazwa jej domu; byłam pewna, że jest porząd­nie i ład­nie urzą­dzony, darem­nie jed­nak pró­bo­wa­łam wyobra­zić sobie jego wygląd. Mil­l­cote, w hrab­stwie X.; się­gnę­łam pamię­cią do mapy Anglii; tak, tak – to hrab­stwo i to mia­sto leżały o sie­dem­dzie­siąt mil bli­żej Lon­dynu niż odle­głe hrab­stwo, w któ­rym obec­nie prze­by­wa­łam – to w moich oczach prze­ma­wiało za nimi korzyst­nie. Pra­gnę­łam udać się gdzieś, gdzie wre życie i ruch; Mil­l­cote to duże mia­sto fabryczne nad brze­giem rzeki A.; wcale ruchliwe zapewne; tym lepiej, zmiana będzie zupełna. Co prawda, nie bar­dzo przy­pa­dała mi do smaku myśl o wyso­kich komi­nach i chmu­rach dymu, „ale – pomy­śla­łam – Thorn­field praw­do­po­dob­nie leży dosyć daleko od mia­sta”.

Tu świeczka się wypa­liła i knot zagasł.

Naza­jutrz musia­łam przed­się­wziąć nowe kroki; nie mogłam dłu­żej ukry­wać swo­ich pla­nów. Chcąc im zapew­nić powo­dze­nie, musia­łam je wyja­wić. Posta­raw­szy się o posłu­cha­nie u prze­ło­żo­nej pod­czas prze­rwy połu­dnio­wej, powie­dzia­łam jej, że mam widoki otrzy­ma­nia posady z pen­sją dwa razy więk­szą niż moja obecna (w Lowood bowiem dosta­wa­łam 15 fun­tów rocz­nie), i popro­si­łam ją, ażeby sprawę moją przed­sta­wiła panu Broc­kle­hur­stowi albo któ­re­muś z panów komi­te­to­wych, a zara­zem dowie­działa się, czy wolno mi powo­łać się na nich. Prze­ło­żona zgo­dziła się uprzej­mie być moją pośred­niczką w tej spra­wie. Na drugi dzień przed­sta­wiła rzecz panu Broc­kle­hur­stowi, który powie­dział, że należy napi­sać do pani Reed jako do mojej natu­ral­nej opie­kunki. W odpo­wie­dzi na list wysłany w tej spra­wie pani Reed oświad­czyła, że mogę „robić, co mi się podoba, bo od dawna prze­stała mie­szać się do moich spraw”. List ten obszedł kolejno wszyst­kich człon­ków komi­tetu i naresz­cie po tej tak dla mnie nud­nej zwłoce otrzy­ma­łam for­malne pozwo­le­nie na popra­wie­nie sobie warun­ków bytu; zapew­niono mnie przy tym, że ponie­waż w Lowood, jako nauczy­cielka i jako uczen­nica, zacho­wy­wa­łam się zawsze dobrze, otrzy­mam świa­dec­two o cha­rak­te­rze i uzdol­nie­niach moich, pod­pi­sane przez inspek­to­rów zakładu.

To świa­dec­two otrzy­ma­łam po mie­siącu mniej wię­cej; posła­łam kopię pani Fair­fax i dosta­łam od niej odpo­wiedź wyra­ża­jącą zado­wo­le­nie i ozna­cza­jącą mi ter­min obję­cia obo­wiąz­ków nauczy­cielki w jej domu w dwa tygo­dnie od daty listu.

Zaję­łam się teraz przy­go­to­wa­niami; dwa tygo­dnie zbie­gły szybko. Nie­ob­fitą mia­łam gar­de­robę, ale dla potrzeb moich wystar­cza­jącą; ostat­niego dnia spa­ko­wa­łam walizkę – tę samą, którą przed ośmiu laty przy­wio­złam z Gate­shead.

Walizka została zwią­zana, karta na niej przy­bita. Za pół godziny woź­nica miał po nią wstą­pić i zabrać ją do Low­ton, dokąd mia­łam się udać naza­jutrz rano bar­dzo wcze­śnie, by zdą­żyć na dyli­żans. Wyszczot­ko­wa­łam czarną, weł­nianą podróżną suk­nię, przy­go­to­wa­łam kape­lusz, ręka­wiczki, mufkę; przej­rza­łam wszyst­kie szu­flady, czy cza­sem nie zosta­wi­łam czego, a teraz, nie mając nic wię­cej do roboty, usia­dłam, chcąc odpo­cząć. Nie mogłam jed­nak; cho­ciaż cały dzień byłam na nogach, nie mogłam ani chwili spo­cząć; nazbyt byłam pod­nie­cona. Tego wie­czoru jeden okres mojego życia dobie­gał końca. Nowy miał się roz­po­cząć jutro – czyż podobna drze­mać w prze­rwie? Musia­łam czu­wać gorącz­kowo, pod­czas gdy doko­ny­wała się zmiana.

– Pro­szę pani – rze­kła słu­żąca, widząc mnie na kory­ta­rzu, po któ­rym snu­łam się jak dusza poku­tu­jąca – jest ktoś na dole, kto się z panią chce zoba­czyć.

„Woź­nica nie­za­wod­nie” – pomy­śla­łam i zbie­głam ze scho­dów, nie pyta­jąc. Mija­łam wła­śnie pokój bawialny nauczy­cie­lek, któ­rego drzwi były uchy­lone, i zmie­rza­łam w stronę kuchni, gdy ktoś wybiegł z tego pokoju…

– To ona, jestem pewna…! Pozna­ła­bym ją wszę­dzie! – zawo­łała osoba, która mnie zatrzy­mała i pochwy­ciła moją rękę.

Spoj­rza­łam: mia­łam przed sobą kobietę ubraną jak dobrze ubrana słu­żąca, matro­no­watą, ale jesz­cze młodą, bar­dzo przy­stojną bru­netkę o czar­nych oczach, świe­żej cerze i żywych rysach.

– No, pro­szę, kto ja jestem? – zapy­tała mnie gło­sem i z uśmie­chem, które mi się wydały zna­jome. – Nie zapo­mniała mnie chyba panienka zupeł­nie, panno Jane?

W jed­nej chwili ści­ska­łam ją już i cało­wa­łam z rado­ścią.

– Bes­sie! Bes­sie! Bes­sie! – tyle tylko mogłam wymó­wić, a ona, na wpół śmie­jąc się, na wpół pła­cząc, weszła ze mną do bawialni. Przy kominku stał mały chłop­czyk, trzy­letni, w kra­cia­stym ubranku.

– To jest mój synek – przed­sta­wiła Bes­sie od razu.

– A więc wyszłaś za mąż, Bes­sie?

– Tak; już pra­wie pięć lat temu, za Roberta Leavena, stan­greta; i oprócz tego oto Bobu­sia mam małą córeczkę, któ­rej na chrzcie świę­tym dałam imię Jane.

– I miesz­kasz w Gate­shead?

– Miesz­kamy w por­tierni; stary odźwierny odszedł.

– No i cóż tam u nich wszyst­kich sły­chać? Opo­wiedz mi wszystko o nich, Bes­sie, ale przede wszyst­kim usiądź, a ty, Bobu­siu, chodź tu, wezmę cię na kolana, chcesz? – ale Bobuś wolał przy­gar­nąć się do matki.

– Nie bar­dzo panienka wyro­sła, panno Jane, ani też nie jest pani tęga – mówiła dalej pani Leaven. – Przy­pusz­czam, że nie­zbyt dobrze kar­miono panienkę w tej szkole; panna Eliza będzie o głowę wyż­sza od panienki, a panienka Geo­r­giana ze dwa razy tak sze­roka w ramio­nach.

– Geo­r­giana musi być ładna.

– Bar­dzo ładna. Prze­szłej zimy poje­chała z mamą do Lon­dynu i tam wszy­scy się nią zachwy­cali i jeden młody lord zako­chał się w niej; ale rodzina jego sprze­ci­wiała się temu mał­żeń­stwu; no i… co panienka na to powie…? On i panna Geo­r­giana posta­no­wili uciec razem, ale wykryto ich i zatrzy­mano. To panna Eliza ich wykryła; ja myślę, że przez zazdrość; a teraz obie sio­stry żyją ze sobą jak pies z kotem; cią­gle się kłócą.

– No dobrze, a co sły­chać z Joh­nem Reedem?

 

– Ach, on się nie spra­wuje tak dobrze, jak by sobie matka mogła życzyć. Poszedł do wyż­szych szkół, ale się obciął, tak to się chyba nazywa; a wtedy wujo­wie jego chcieli, żeby stu­dio­wał prawo, by potem zostać adwo­ka­tem; ale to taki roz­pusz­czony mło­dzie­niec, ni­gdy z niego nic porząd­nego nie zro­bią, ja tak myślę.

– A jak­żeż on wygląda?

– Jest bar­dzo wysoki; nie­któ­rzy mówią, że to przy­stojny młody czło­wiek; ale on ma takie grube wargi!

– A pani Reed?

– Pani jest tęga i na twa­rzy dobrze wygląda, ale myślę, że nie bar­dzo lekko jej na duszy; postę­po­wa­nie pana Johna nie może jej się podo­bać; on wydaje tyle pie­nię­dzy.

– Czy to ona cie­bie tu przy­słała, Bes­sie?

– O nie! Ja od dawna pra­gnę­łam panienkę zoba­czyć, a gdy posły­sza­łam, że był list od panienki i że się panienka prze­nosi w inne strony, pomy­śla­łam, że się wypra­wię i zoba­czę ją, zanim mi zbyt daleko uciek­nie.

– Boję się, żeś na mój widok doznała roz­cza­ro­wa­nia, Bes­sie – powie­dzia­łam to ze śmie­chem; zauwa­ży­łam, że spoj­rze­nia Bes­sie, choć wyra­żały uzna­nie, wcale nie wyra­żały zachwytu.

– Nie, panno Jane, tego nie mogę powie­dzieć; jest panienka dys­tyn­go­wana, wygląda jak praw­dziwa dama i tego się wła­śnie po panience spo­dzie­wa­łam; pięk­no­ścią panienka nie była jako dziecko.

Uśmiech­nę­łam się, sły­sząc szczerą odpo­wiedź Bes­sie; czu­łam, że powie­działa prawdę, ale przy­znaję, że ta prawda nie była mi zupeł­nie obo­jętna. Gdy panna ma lat osiem­na­ście, pra­gnę­łaby się móc podo­bać, a prze­ko­na­nie, że nie ma po temu warun­ków, by­naj­mniej przy­jem­no­ści nie spra­wia.

– Ale za to z pew­no­ścią jest panienka mądra – mówiła dalej Bes­sie tonem pocie­sze­nia. – Co panienka umie? Umie panienka grać na for­te­pia­nie?

– Tro­chę.

W pokoju znaj­do­wał się for­te­pian; Bes­sie pode­szła i otwo­rzyła go, a potem popro­siła mnie, żebym jej coś zagrała. Zagra­łam dwa walce. Była zachwy­cona.

– Panny Reed nie umieją tak dobrze grać! – zawo­łała rado­śnie. – Ja zawsze mówi­łam, że panienka prze­wyż­szy je uczo­no­ścią. A ryso­wać umie panienka?

– Oto jeden z moich obraz­ków, ten nad komin­kiem.

Był to pej­za­żyk malo­wany akwa­relą, który ofia­ro­wa­łam prze­ło­żo­nej z podzię­ko­wa­niem za jej uprzejme pośred­ni­cze­nie w mojej spra­wie. Kazała go opra­wić i oszklić.

– Ależ to jest piękne, panno Jane! Takiego pięk­nego obrazka żaden z nauczy­cieli rysun­ków panien Reed nie potra­fiłby nama­lo­wać, a cóż dopiero one! Nie umy­wają się do panienki. A fran­cu­skiego uczyła się panienka?

– Tak, Bes­sie, umiem czy­tać i mówić po fran­cu­sku.

– A hafto­wać na muśli­nie i na kan­wie?

– Umiem.

– O, ależ z panienki to praw­dziwa dama, panno Jane! Wie­dzia­łam, że panienka na taką wyro­śnie; zaj­dzie panienka daleko w życiu, czy tam krewni znać panienkę będą, czy nie będą. Ale o coś chcia­łam się panienkę zapy­tać. Czy sły­szała panienka kiedy coś o krew­nych swo­ich ze strony ojca, nazwi­skiem Eyre?

– Ni­gdy w życiu.

– Otóż panienka wie, pani zawsze mówiła, że oni są biedni i że to hołota: może być, że są biedni, ale ja myślę, że to taka sama szlachta jak rodzina Reed; bo nie­gdyś, będzie temu pra­wie sie­dem lat, nie­jaki pan Eyre przy­był do Gate­shead i chciał się widzieć z panienką. Pani powie­działa, że panienka jest w szkole o pięć­dzie­siąt mil stam­tąd. Widoczne było, że spra­wiło mu to zawód, gdyż, jak mówił, nie mógł się dłu­żej zatrzy­mać: wyjeż­dżał w podróż do obcego kraju i okręt jego miał odpły­nąć z Lon­dynu za dzień czy dwa dni. Wyglą­dał jak praw­dziwy dżen­tel­men i zdaje mi się, że był to brat ojca panienki.

– Do jakiego kraju wybie­rał się, Bes­sie?

– To jakaś wyspa o tysiące mil stąd, gdzie wyra­biają wino; mówił mi kamer­dy­ner.

– Może Madera? – pod­da­łam.

– Tak, tak wła­śnie, tak powie­dział.

– A więc poje­chał?

– Poje­chał; zale­d­wie kilka minut zatrzy­mał się w domu; pani potrak­to­wała go z góry, a potem nazwała „mar­nym kup­czy­kiem”. Mój Robert przy­pusz­cza, że był kup­cem win­nym.

– Bar­dzo moż­liwe – odpo­wie­dzia­łam. – Albo może agen­tem kupca win­nego.

Roz­ma­wia­ły­śmy z Bes­sie o daw­nych cza­sach jesz­cze z godzinę, po czym musiała się ze mną poże­gnać; zoba­czy­łam ją jesz­cze raz naza­jutrz rano w Low­ton, kiedy cze­ka­łam na dyli­żans. Poże­gna­ły­śmy się osta­tecz­nie przed drzwiami hotelu i każda udała się w swoją drogę; ona poszła odszu­kać fur­mankę, która miała ją zabrać z powro­tem do Gate­shead, ja wsia­dłam do dyli­żansu mają­cego mnie zawieźć ku nowym obo­wiąz­kom i nowemu życiu w nie­zna­nych oko­li­cach Mil­l­cote.

1 W porządku (fr.). [wróć]

Roz­dział XI

Nowy # Roz­dział w powie­ści to coś takiego jak nowa scena w sztuce teatral­nej, a gdy teraz pod­no­szę kur­tynę, wyobraź sobie, czy­tel­niku, że widzisz pokój w hotelu „Pod Kró­lem Jerzym” w Mil­l­cote, z takim obi­ciem w duży deseń na ścia­nach, jakie bywają w poko­jach hote­lo­wych; z takim dywa­nem, takimi meblami, ozdo­bami nad komin­kiem i szty­chami, wśród któ­rych widzisz por­tret Jerzego III oraz por­tret księ­cia Walii i scenę śmierci Wolfe’a. Wszystko to widzisz przy świe­tle lampy olej­nej, zwie­sza­ją­cej się od sufitu, i sutego ognia, przy któ­rym sie­dzę w płasz­czu i kape­lu­szu: mufka i para­sol leżą na stole, a ja roz­grze­wam zzię­błe i ścier­płe członki nasią­kłe chło­dem po szes­na­stu godzi­nach podróży w ostrym paź­dzier­ni­ko­wym powie­trzu. Wyje­cha­łam z Low­ton o czwar­tej godzi­nie rano, a zegar ratu­szowy w Mil­l­cote wła­śnie bije ósmą wie­czór.

Cho­ciaż sie­dzę tu względ­nie wygod­nie, nie odczu­wam zupeł­nego spo­koju. Myśla­łam, gdy kareta pocz­towa sta­nęła, że ktoś będzie tu na mnie cze­kał. Nie­spo­koj­nie roz­glą­da­łam się, scho­dząc po drew­nia­nych schod­kach, które posłu­gacz przy­sta­wił dla mojej wygody; spo­dzie­wa­łam się usły­szeć swoje nazwi­sko, zoba­czyć jakiś powóz przy­słany po mnie z Thorn­field. Tym­cza­sem nic podob­nego nie było widać, a kel­ner zapy­tany, czy kto nie dowia­dy­wał się o pannę Eyre, odpo­wie­dział prze­cząco. Toteż nie mia­łam innego wyboru, jak popro­sić o pokój w hotelu, i tutaj oto cze­kam prze­jęta róż­nymi wąt­pli­wo­ściami i obawą.

Bar­dzo dziw­nego uczu­cia doznaje nie­do­świad­czona młoda istota, zda­jąc sobie sprawę, że jest zupeł­nie sama na świe­cie, odcięta od wszel­kich sto­sun­ków z ludźmi, nie­pewna, czy dotrze do portu, do któ­rego zmie­rza, a świa­doma, że wiele prze­szkód nie pozwoli jej zawró­cić do tego, który opu­ściła. Urok przy­gody osła­dza to wra­że­nie, duma się nim cie­szy, ale lęk rzuca nań cień, we mnie zaś lęk zapa­no­wał prze­moż­nie, gdy minęło pół godziny, a samot­no­ści mej nic nie prze­ry­wało. Posta­no­wi­łam zadzwo­nić.

– Czy jest tu w sąsiedz­twie posia­dłość zwana Thorn­field? – zapy­ta­łam słu­żą­cego, gdy sta­wił się na dzwo­nek.

– Thorn­field? Nie wiem, pro­szę pani, zapy­tam przy bufe­cie. Znik­nął, ale wnet powró­cił.

– Czy nazwi­sko pani panna Eyre? – zapy­tał.

– Tak.

– Jakiś czło­wiek czeka tu na panią.

Sko­czy­łam na równe nogi, pochwy­ci­łam mufkę i para­sol i wybie­głam na kory­tarz. Przy otwar­tych drzwiach stał jakiś męż­czy­zna, a na nie­ja­sno oświe­tlo­nej ulicy doj­rza­łam jed­no­konny powóz.

– To będzie zapewne bagaż pani – prze­mó­wił, zoba­czyw­szy mnie i wska­zał walizkę sto­jącą na kory­ta­rzu.

– Tak.

Wyniósł walizkę i umie­ścił ją na powo­ziku, po czym ja wsia­dłam; zanim zatrza­snął drzwiczki, zapy­ta­łam, jak daleko do Thorn­field.

– Będzie ze sześć mil.

– Jak długo potrwa nasza jazda?

– Może z pół­to­rej godziny.

Zamknął drzwiczki, wsiadł na kozioł i ruszy­li­śmy. Jecha­li­śmy powoli, mia­łam dość czasu na roz­my­śla­nia. Rada byłam, że naresz­cie zbli­żam się do celu podróży. Oparta w wygod­nym, choć nie­ele­ganc­kim powo­ziku, puści­łam wodze duma­niu.

„Wyobra­żam sobie – myśla­łam – sądząc po pro­sto­cie słu­żą­cego i ekwi­pażu, że pani Fair­fax nie musi być tak wielce świetną damą; tym lepiej; raz tylko w życiu miesz­ka­łam w domu wiel­kich pań­stwa i bar­dzo się wśród nich czu­łam nie­szczę­śliwa. Cie­kawa jestem, czy mieszka sama z tą małą dziew­czynką tylko; jeżeli tak i jeżeli jest dosyć miła, potra­fię z pew­no­ścią żyć z nią dobrze; będę się o to sta­rała; w tym tylko bieda, że cho­ciaż się czło­wiek naj­usil­niej stara, nie zawsze mu się udaje. W Lowood, to prawda, posta­no­wi­łam być jak naj­lep­sza, dotrzy­ma­łam posta­no­wie­nia i udało mi się zyskać sym­pa­tię i uzna­nie; ale pamię­tam, że u pani Reed naj­lep­sze chęci moje roz­bi­jały się o szorstką i wzgar­dliwą odprawę. Dałby Bóg, by pani Fair­fax nie oka­zała się drugą panią Reed; a zresztą, gdyby nawet tak było, nic mnie nie zmu­sza, żebym pozo­stała u niej! W naj­gor­szym razie mogę zawsze dać nowe ogło­sze­nie. Cie­kawa jestem, czy to jesz­cze daleko”.

Spu­ści­łam okno i wyj­rza­łam; Mil­l­cote pozo­stało za nami: sądząc po licz­bie świa­teł, mia­sto to było dość wiel­kie, o wiele więk­sze niż Low­ton. Prze­jeż­dża­li­śmy teraz, o ile mogłam doj­rzeć, przez rodzaj pastwi­ska, wszę­dzie jed­nak widziało się roz­siane domo­stwa. Czu­łam, że znaj­duję się w oko­licy odmien­nej od Lowood, lud­niej­szej, mniej malow­ni­czej, ruchliw­szej, mniej roman­tycz­nej.

Droga była ciężka, noc mgli­sta; woź­nica mój pozwo­lił koni­kowi przez cały czas iść stępa i pół­to­rej godziny prze­cią­gnęło się bodaj do dwóch; na koniec odwró­cił się na koźle i powie­dział:

– A teraz to już dojeż­dżamy do Thorn­field!

Wyj­rza­łam znowu: mija­li­śmy kościół; zoba­czy­łam niską, przy­sa­dzi­stą wieżę, a zegar na niej wybi­jał wła­śnie kwa­drans; zoba­czy­łam rząd gęstych świa­teł na skło­nie pagórka, ozna­cza­jący wieś czy osie­dle. W dzie­sięć minut potem woź­nica zsiadł z kozła i otwo­rzył bramę na oścież; prze­je­cha­li­śmy, a wrota zatrza­snęły się za nami. Posu­wa­li­śmy się teraz powoli pod­jaz­dem, aż zaje­cha­li­śmy przed długi front domu. Świa­tło świec błysz­czało w jed­nym łuko­wym oknie; wszyst­kie inne były ciemne. Powo­zik zatrzy­mał się przed drzwiami fron­to­wymi; otwo­rzyła je słu­żąca, wysia­dłam i weszłam.

– Pro­szę panią tędy – rze­kła dziew­czyna. Prze­szłam za nią przez kwa­dra­towy hall o wyso­kich drzwiach dokoła; wpu­ściła mnie do pokoju, mocno oświe­tlo­nego bucha­ją­cym na kominku ogniem i świe­cami. Świa­tło olśniło mnie na razie po ciem­no­ściach, do jakich przez dwie godziny oczy moje nawy­kły; gdy jed­nak wzrok mi powró­cił, miły obraz uka­zał się moim oczom.

Zaciszny, mały pokój; stół przed weso­łym ogniem na kominku; fotel o wyso­kim opar­ciu, sta­ro­świecki, a w nim sie­dząca naj­mil­sza na świe­cie sta­ruszka we wdo­wim cze­peczku, czar­nej jedwab­nej sukni i śnież­no­bia­łym muśli­no­wym far­tuszku; zupeł­nie taka, jak sobie wyobra­zi­łam panią Fair­fax, tylko mniej oka­zała i z pozoru łagod­niej­sza. Zajęta była robotą na dru­tach; duży kot poważ­nie sie­dział u jej nóg; niczego, jed­nym sło­wem, nie bra­kło ku wytwo­rze­niu ide­al­nego domo­wego nastroju. Jak na pierw­sze kroki począt­ku­ją­cej nauczy­cielki trudno by wyma­rzyć pomyśl­niej­szą atmos­ferę; nie było tu przy­gnia­ta­ją­cej wiel­ko­ści, krę­pu­ją­cej wynio­sło­ści; zale­d­wie też weszłam, sta­ruszka wstała i szybko a uprzej­mie pode­szła do mnie.

– Jak się droga pani miewa? Boję się, że pani nudną miała drogę; John jeź­dzi tak wolno; musiała pani zzięb­nąć, niech się pani zbliży do ognia.

– Mam przy­jem­ność mówić z panią Fair­fax, nie­praw­daż? – prze­mó­wi­łam.

– Tak, niech pani siada.

Zapro­wa­dziła mnie do wła­snego fotela, a potem zaczęła zdej­mo­wać ze mnie szal i roz­wią­zy­wać mi wstążki kape­lu­sza; pro­si­łam ją, żeby sobie nie zada­wała tyle trudu.

– O, to żaden trud, a pani ręce zapewne zgra­biały z zimna. Lea, przy­rządź tro­chę gorą­cego wina i podaj kilka kana­pek; masz tu klu­cze od spi­żarni.

I wycią­gnąw­szy z kie­szeni praw­dzi­wie gospo­dar­ski pęk klu­czy, wrę­czyła je słu­żą­cej.

– Niech­że się pani zbliży do ognia – mówiła dalej. – Rze­czy swoje, moja droga, przy­wio­zła pani zapewne teraz?

– Tak, pro­szę pani.

– Każę je wnieść do pani pokoju – rze­kła i wyszła drob­nym krocz­kiem.

„Trak­tuje mnie jak gościa – pomy­śla­łam. – Nie spo­dzie­wa­łam się takiego przy­ję­cia; spo­dzie­wa­łam się chłodu i ofi­cjal­nej uprzej­mo­ści; co innego opo­wia­dano mi o trak­to­wa­niu nauczy­cielki; ale nie trzeba cie­szyć się za wcze­śnie”.

 

Pani Fair­fax powró­ciła; usu­nęła ze stołu swoją robotę i parę ksią­żek, robiąc miej­sce na tacę, którą teraz wnio­sła Lea; sama też podała mi posi­łek. Czu­łam się skrę­po­wana taką uprzej­mo­ścią, jakiej dotąd ni­gdy nie zazna­łam, i to ze strony mojej pra­co­daw­czyni i zwierzch­niczki; ponie­waż jed­nak ona widocz­nie uwa­żała, że to, co robi, jest słuszne, więc pomy­śla­łam, że naj­le­piej będzie przyj­mo­wać jej grzecz­no­ści spo­koj­nie.

– Czy będę miała przy­jem­ność dziś jesz­cze zoba­czyć pannę Fair­fax? – zapy­ta­łam po zje­dze­niu tego, czym mnie czę­sto­wała.

– Co pani powie­działa, moja droga? Jestem tro­chę przy­głu­cha – odpowie­działa dobra pani, przy­su­wa­jąc ucho do moich ust.

Powtó­rzy­łam wyraź­nie pyta­nie.

– Pannę Fair­fax? Ach, pani chce powie­dzieć: pannę Varens. Przy­szła pani uczen­niczka nazywa się Varens.

– Ach, tak! Więc to nie pani córeczka?

– Nie, ja nie mam dzieci.

Mia­łam ochotę dopy­ty­wać dalej, dowie­dzieć się, kim jest dla niej mała Varens, ale przy­po­mnia­łam sobie, że to nie­grzecz­nie zada­wać zbyt wiele pytań i że prze­cież dowiem się o tym z cza­sem.

– Taka jestem zado­wo­lona – mówiła dalej, siadł­szy naprze­ciw mnie i bio­rąc kota na kolana – że pani przy­je­chała. Przy­jemne teraz będzie życie w towa­rzy­stwie pani. Natu­ral­nie, tutaj jest zawsze przy­jem­nie, bo Thorn­field to piękny stary dwór, może tro­chę zanie­dbany w ostat­nich latach, ale zawsze bar­dzo to godna sie­dziba. A jed­nak, pani rozu­mie, że zimą smutno, gdy się jest zupeł­nie samą, choćby w naj­lep­szym miesz­ka­niu. Powie­dzia­łam „samą” – prawda, że Lea to miła dziew­czyna, a John i jego żona – ludzie bar­dzo przy­zwo­ici, ale, widzi pani, to tylko służba i nie można roz­ma­wiać z nimi jak z rów­nymi sobie – trzeba ich trzy­mać tro­chę z daleka, żeby nie stra­cić na powa­dze. Minio­nej zimy (a była to bar­dzo surowa zima, jeśli pani pamięta; o ile śnieg nie padał, to lało i wiało), otóż minio­nej zimy, od listo­pada do lutego, oprócz rzeź­nika i listo­no­sza żywa dusza nie poka­zała się tutaj. Toteż naprawdę wpa­da­łam w melan­cho­lię, wie­czór po wie­czo­rze wysia­du­jąc tak sama, nie­kiedy wzy­wa­łam do sie­bie Leę, żeby mi poczy­tała tro­chę; ale zdaje mi się, że bied­nej dziew­czy­nie nie bar­dzo to sma­ko­wało, ten obo­wią­zek był dla niej zbyt uciąż­liwy. Wio­sną i latem to już czło­wie­kowi raź­niej: słońce i dłu­gie dni tyle zmian przy­no­szą; a wła­śnie na początku tej jesieni mała Adelka Varens przy­była tu z boną; dziecko od razu oży­wia cały dom; a teraz z panią będzie mi zupeł­nie wesoło!

Praw­dzi­wie cie­płym uczu­ciem zabiło we mnie serce ku zacnej sta­ruszce, gdym słu­chała jej gawę­dze­nia. Przy­su­nę­łam swoje krze­sło bli­żej ku niej i powie­dzia­łam, że ser­decz­nie pra­gnę, ażeby zna­la­zła we mnie towa­rzy­stwo tak miłe, jak to sobie obie­cuje.

– Ale nie będę już pani dłu­żej zatrzy­my­wać – rze­kła. – Docho­dzi dwu­na­sta, jechała pani cały dzień i musi być zmę­czona. Jeżeli pani dobrze roz­grzała sobie nogi, to zapro­wa­dzę panią do jej pokoju. Kaza­łam dla pani przy­go­to­wać pokój obok mojego; to tylko pokoik, ale pomy­śla­łam, że będzie go pani wolała niż który z wiel­kich fron­to­wych; to prawda, że tam są meble pięk­niej­sze, ale wiel­kie pokoje są takie smutne i opusz­czone, ja sama ni­gdy w nich nie sypiam.

Podzię­ko­wa­łam za życz­li­wość przy wybo­rze, a że istot­nie zmę­czyła mnie długa podróż, oświad­czy­łam, że gotowa jestem poło­żyć się. Pani Fair­fax wzięła świecę i wyszła z pokoju, a ja w ślad za nią. Naj­pierw poszła prze­ko­nać się, czy drzwi od hallu są zamknięte; wycią­gnąw­szy klucz z zamka, popro­wa­dziła mnie na górę. Schody i porę­cze były dębowe, okna nad scho­dami wyso­kie, z gotyc­kimi kra­tami. Zarówno okna, jak i długa gale­ria, na którą wycho­dziły drzwi sypial­nych pokoi, robiły wra­że­nie jakiejś kościel­nej, a nie miesz­kal­nej budowli. Nawet chłód i powie­trze jakby skle­pień pod­ziem­nych pano­wały na scho­dach i gale­rii, nasu­wa­jąc nie­miłe wra­że­nie pustki i samot­no­ści. Toteż rada byłam, gdy wszedł­szy osta­tecz­nie do mojego pokoju, prze­ko­na­łam się, że jest miły i ume­blo­wany w zwy­kłym, nowo­cze­snym stylu.

Gdy pani Fair­fax powie­działa mi życz­li­wie dobra­noc, zamknę­łam drzwi i rozej­rza­łam się spo­koj­nie dokoła. Wesoły wygląd mojego poko­iku zatarł we mnie nie­sa­mo­wite wra­że­nie ciem­nych, obszer­nych scho­dów i dłu­giej, zim­nej gale­rii. Uprzy­tom­ni­łam sobie, że po całej dobie fizycz­nego trudu i ducho­wego nie­po­koju znaj­duję się naresz­cie w bez­piecz­nym por­cie. Wdzięcz­no­ścią wez­brało we mnie serce, uklę­kłam przy łóżku i zanio­słam dzięk­czynną modli­twę, nie zapo­mi­na­jąc bła­gać o dal­szą pomoc i moż­ność zasłu­że­nia na tę dobroć, którą mi tak szcze­rze ofia­ro­wano, zanim na nią zapra­co­wa­łam. Posła­nie moje było mięk­kie, a w pustym pokoju nie cza­iły się stra­chy. Zmę­czona i rów­no­cze­śnie zado­wo­lona zasnę­łam nie­ba­wem mocno. Jasny był dzień, gdym się obu­dziła.

Tak weso­łym wydał mi się pokoik, gdy słońce zaświe­ciło przez nie­bie­skie per­ka­lowe firanki, uka­zu­jąc ściany tape­to­wane i dywan na pod­ło­dze; tak się to róż­niło od pro­stych desek i wypla­mio­nych tyn­ków w Lowood, że na ten widok wpa­dłam w dobry humor. Zewnętrzne rze­czy mają wielki wpływ na mło­dych; pomy­śla­łam, że jaśniej­szy okres życia otwiera się przede mną – okres, który będzie miał i kwiaty, i przy­jem­no­ści obok cierni i tru­dów. Wszystko we mnie, pobu­dzone zmianą oto­cze­nia wobec nowego pola otwar­tego nadzie­jom, drgnęło nowym życiem. Nie wiem dokład­nie, czego się spo­dzie­wa­łam, ale w każ­dym razie cze­goś miłego; może nie dzi­siaj, nie za mie­siąc, ale w nie­okre­ślo­nej przy­szło­ści.

Wsta­łam, ubra­łam się sta­ran­nie, cho­ciaż jak naj­skrom­niej, gdyż w całej swo­jej gar­de­ro­bie nie mia­łam niczego, co by nie było jak naj­pro­ściej uszyte; lubi­łam jed­nak schlud­ność i sta­ran­ność w ubio­rze. Nie leżało w mej natu­rze zanie­dby­wać powierz­chow­ność, nie dbać o wra­że­nie; prze­ciw­nie, pra­gnę­łam zawsze wyglą­dać moż­li­wie naj­le­piej i podo­bać się o tyle, o ile mogłam, nie będąc uro­dziwa. Żało­wa­łam nie­kiedy, że nie jestem ład­niej­sza; pra­gnę­łam nie­kiedy mieć żyw­szą cerę, pro­sty nos, drobne kora­lowe usta; pra­gnę­łam być wysoka, postawna i dobrze zbu­do­wana; odczu­wa­łam to jako nie­szczę­ście, że jestem taka mała i blada, że mam rysy tak nie­re­gu­larne i wydatne. I skąd się brały we mnie te pra­gnie­nia i żale? Trudno by odpo­wie­dzieć; ja sama wtedy nie umia­łam dać sobie na to jasnej odpo­wie­dzi, a prze­cież był po temu powód, logiczny i natu­ralny. Bądź co bądź, gdy wyszczot­ko­wa­łam włosy bar­dzo gładko i wło­ży­łam czarną sukienkę – która, choć skromna na modłę kwa­krów, miała przy­naj­mniej tę zaletę, iż dosko­nale leżała, gdy przy­pię­łam czy­sty biały koł­nie­rzyk, pomy­śla­łam, że wyglą­dam dosyć przy­zwo­icie, by móc się poka­zać pani Fair­fax i nie wywo­łać anty­pa­tii w mojej nowej uczen­nicy. Otwo­rzy­łam tedy okno, uło­ży­łam wszystko w porządku na toa­le­cie i wyszłam.

Minąw­szy długą, matą zasłaną gale­rię, zeszłam po śli­skich dębo­wych scho­dach i weszłam do hallu; tam zatrzy­ma­łam się chwilę; przy­glą­da­łam się obra­zom na ścia­nach (jeden, pamię­tam, przed­sta­wiał męż­czy­znę z mar­sową miną, w zbroi, a drugi damę w upu­dro­wa­nej peruce i naszyj­niku z pereł), brą­zo­wej lam­pie zwie­sza­ją­cej się z sufitu, wiel­kiemu zega­rowi, któ­rego pudło było z kunsz­tow­nie rzeź­bio­nego dębu i czarne jak heban od czysz­cze­nia. Wszystko wyda­wało mi się wielce oka­załe i wszystko mi impo­no­wało, bo też tak mało byłam przy­zwy­cza­jona do wszel­kich wspa­nia­ło­ści! Drzwi hallu, do połowy oszklone, były otwarte; sta­nę­łam w progu. Piękny był pora­nek jesienny; wcze­sne słońce świe­ciło pogod­nie nad żółk­ną­cymi gajami i jesz­cze zie­lo­nymi polami; wyszedł­szy na traw­nik, pod­nio­słam wzrok i obej­rza­łam front domu. Dom był na trzy pię­tra wysoki, nie­wiel­kich roz­mia­rów, ale dość oka­zały: dwór szla­checki, nie wiel­ko­pań­ska sie­dziba. Bie­gnące dokoła dachu blanki nada­wały mu wygląd malow­ni­czy. Szary front dworu odbi­jał od zie­lo­nego tła drzew, dźwi­ga­ją­cych mnó­stwo gniazd wro­nich. Kra­czące ich miesz­kanki uno­siły się teraz w powie­trzu, prze­la­tu­jąc ponad traw­nikiem i ogro­dem, by opaść na wiel­kiej łące poza niskim pło­tem, gdzie rząd potęż­nych sta­rych drzew cier­nio­wych, sil­nych, sęka­tych i sze­ro­kich jak dęby, od razu wyja­śnił mi ety­mo­lo­gię nazwy miej­sco­wo­ści1. Dalej wid­niały pagórki; nie były one tak wynio­słe jak te, które ota­czały Lowood, ani tak ska­li­ste i nie two­rzyły takiej zapory odgra­ni­cza­ją­cej od żyją­cego świata, lecz ciche, spo­kojne, a jed­nak zamy­ka­jące Thorn­field w jakimś odosob­nie­niu, jakiego nie była­bym przy­pusz­czała w pobliżu tak ruchli­wej miej­sco­wo­ści jak Mil­l­cote. Małe osie­dle, któ­rego dachy wyglą­dały spo­śród drzew, roz­po­starło się na pochy­ło­ści jed­nego pagórka; kościół miej­scowy wzno­sił się bli­żej Thorn­field; szczyt jego sta­rej wieży ster­czał nad kępą drzew pomię­dzy domem a bramą.