Dziwne losy Jane EyreTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Roz­dział V

Było to dzie­więt­na­stego stycz­nia. Zale­d­wie wybiła piąta rano, kiedy Bes­sie wnio­sła świecę do mojej komórki i zastała mnie już na nogach, pra­wie ubraną. Wsta­łam na pół godziny przed jej przyj­ściem, umy­łam twarz i ubra­łam się przy świe­tle bled­ną­cego wła­śnie księ­życa, któ­rego pro­mie­nie wpa­dały przez wąskie okno w pobliżu mego łóżka. Mia­łam opu­ścić Gate­shead tego dnia dyli­żan­sem prze­jeż­dża­ją­cym obok por­tierni o szó­stej rano. Bes­sie była jedyną osobą, która dotych­czas wstała; roz­pa­liła ogień w dzie­cin­nym pokoju, a teraz zaczęła przy­rzą­dzać mi śnia­da­nie. Dzieci rzadko kiedy potra­fią jeść, gdy je pod­nieca myśl o cze­ka­ją­cej podróży, i ja też jeść nie mogłam. Bes­sie, która na próżno usi­ło­wała wmu­sić we mnie tro­chę mleka i bułki, zawi­nęła w papier kilka bisz­kop­tów i wsu­nęła do mojej torebki; następ­nie pomo­gła mi wło­żyć płaszcz i kape­lusz i zawi­nąw­szy się w szal, wyszła ze mną z dzie­cin­nego pokoju. Prze­cho­dząc koło sypialni pani Reed, zapy­tała:

– Czy panienka wej­dzie poże­gnać się z panią?

– Nie, Bes­sie – odpo­wie­dzia­łam. – Pani Reed przy­szła wczo­raj wie­czo­rem do mojego łóżka, pod­czas gdy ty jadłaś na dole kola­cję, i powie­działa mi, że nie potrze­buję budzić rano ani jej, ani moich kuzy­nek i mam pamię­tać, iż zawsze była moją naj­lep­szą przy­ja­ciółką, tak mam mówić o niej i być jej wdzięczna.

– A panienka co na to odpo­wie­działa?

– Nic; zakry­łam twarz koł­drą i obró­ci­łam się do ściany.

– To zupeł­nie nie­słusz­nie, panno Jane.

– To było zupeł­nie słusz­nie, Bes­sie. Twoja pani nie była moją przy­ja­ciółką, ona była moim wro­giem.

– O, panno Jane! Niech panienka tego nie mówi!

– Żegnam cię, Gate­shead! – zawo­ła­łam, gdy minąw­szy hall, wycho­dzi­ły­śmy fron­to­wymi drzwiami.

Księ­życ już zaszedł i było bar­dzo ciemno; świa­tło latarni, którą Bes­sie nio­sła, migało po mokrych stop­niach i żwi­rze drogi roz­mię­kłej w świe­żej odwilży. Ostry i chłodny był ten zimowy ranek, szczę­ka­łam zębami, idąc szybko aleją. Świe­ciło się w por­tierni: doszedł­szy tam, zasta­ły­śmy odźwierną roz­pa­la­jącą wła­śnie ogień. Walizka moja, przy­nie­siona tu poprzed­niego wie­czoru, stała przy drzwiach obwią­zana sznu­rami. Bra­kło tylko kilku minut do szó­stej, a zale­d­wie godzina ta wybiła, daleki tur­kot kół zwia­sto­wał, że dyli­żans nad­jeż­dża. Sta­nę­łam w drzwiach i śle­dzi­łam jego latar­nie zbli­ża­jące się szybko w ciem­no­ści.

– Czy ona jedzie sama? – zapy­tała odźwierna.

– Tak, sama.

– A jak daleko?

– Pięć­dzie­siąt mil.

– Taka długa droga! Dzi­wię się, że pani Reed nie boi się tak daleko puścić dziecka samego.

Dyli­żans pod­je­chał; oto stał przed bramą, zaprzę­żony w cztery konie, nała­do­wany pasa­że­rami. Kon­duk­tor i woź­nica gło­śno nawo­ły­wali do pośpie­chu. Wwin­do­wano moją walizkę, zabrano mnie z objęć Bes­sie, do któ­rej tuli­łam się, obsy­pu­jąc ją poca­łun­kami.

– Niech się pan nią dobrze opie­kuje! – zawo­łała Bes­sie, gdy kon­duk­tor wsa­dzał mnie do środka.

– Dobrze, dobrze – odpo­wie­dział; drzwiczki zatrza­śnięto, jakiś głos zawo­łał: „Wszystko w porządku!”, i ruszy­li­śmy.

W ten spo­sób roz­sta­łam się z Bes­sie i z Gate­shead; w ten spo­sób dyli­żans uno­sił mnie w świat nie­znany, a jak mi się wtedy wyda­wało, w jakieś odle­głe i tajem­ni­cze regiony.

Z tej podróży nie­wiele pamię­tam. Wiem tylko, że dzień ten wydał mi się nie­na­tu­ral­nie długi, i myśla­łam, że prze­by­wamy setki mil. Prze­jeż­dża­li­śmy przez wiele miast, a w jed­nym, bar­dzo dużym, dyli­żans się zatrzy­mał. Wyprzę­żono konie i pasa­że­ro­wie wysie­dli na obiad. Zanie­siono mnie do zajazdu, gdzie kon­duk­tor nama­wiał mnie, żebym coś na obiad zja­dła. Ponie­waż jed­nak nie mia­łam ape­tytu, zosta­wił mnie w ogrom­nym pokoju, na któ­rego dwu koń­cach znaj­do­wały się dwa kominki, świecz­nik zwi­sał z sufitu, a wysoko na ścia­nie bie­gła mała czer­wona gale­ryjka pełna instru­men­tów muzycz­nych. W tej sali spa­ce­ro­wa­łam dłuż­szy czas i było mi dziw­nie i strasz­nie; śmier­tel­nie się bałam, że może ktoś wejść i porwać mnie, bo wie­rzy­łam „w pory­wa­nie”, nasłu­chaw­szy się o tym w wie­czor­nych opo­wie­ściach Bes­sie. Naresz­cie kon­duk­tor powró­cił, wpa­ko­wał mnie znów do dyli­żansu, zajął swoje miej­sce, zatrą­bił i tur­ko­cząc, ruszy­li­śmy „kamie­ni­stą drogą”, pro­wa­dzącą do Lowood.

Popo­łu­dnie było wil­gotne i tro­chę mgli­ste. Gdy zmierzch zaczął zapa­dać, ogar­nęło mnie wra­że­nie, że Gate­shead zostało rze­czy­wi­ście bar­dzo daleko za nami; już nie prze­jeż­dża­li­śmy przez mia­sta; zmie­nił się widok oko­licy; wiel­kie szare wzgó­rza wyło­niły się na hory­zon­cie. Gdy mrok gęst­niał, zje­cha­li­śmy w dolinę ciemną, zale­sioną, a cho­ciaż już ciemny wie­czór zasło­nił wszelki widok, sły­sza­łam, jak wiatr szumi pośród drzew.

Uko­ły­sana tym szu­mem, zapa­dłam w końcu w sen. Nie­długo spa­łam, gdy mnie zbu­dziło nagłe usta­nie ruchu; drzwiczki dyli­żansu były otwarte i jakaś osoba, wyglą­da­jąca na słu­żącą, stała przy nich. Zoba­czy­łam jej twarz i ubra­nie przy świe­tle latarni.

– Czy jest tu mała dziew­czynka nazwi­skiem Jane Eyre? – zapy­tała. Odpo­wie­dzia­łam „tak!” i wtedy mnie wysa­dzono, oddano moją walizkę i dyli­żans natych­miast ruszył w dal­szą drogę.

Zesztyw­niała byłam od dłu­giego sie­dze­nia i oszo­ło­miona tur­ko­tem i ruchem dyli­żansu. Zbie­ra­jąc myśli, rozej­rza­łam się dokoła. Deszcz, wiatr, ciem­no­ści wypeł­niały powie­trze. Pomimo to roz­po­zna­łam przed sobą mur i otwarte w nim drzwi; tymi drzwiami weszłam za moją prze­wod­niczką, która je za sobą zamknęła na klucz. Teraz doj­rzeć mogłam dom – czy też domy, gdyż budy­nek roz­siadł się sze­roko – o wielu oknach; nie­które z nich były oświe­tlone. Szły­śmy po sze­ro­kiej ścieżce, chla­pią­cej wil­go­cią, przez jakieś drzwi weszły­śmy do środka, a wtedy słu­żąca prze­pro­wa­dziła mnie przez kory­tarz do pokoju, gdzie palił się ogień, i tam zosta­wiła mnie samą.

Sta­łam, grze­jąc zgra­białe palce nad pło­mie­niem, a potem obej­rza­łam się. Nie było świecy, w chwiej­nym bla­sku ognia pło­ną­cego na kominku migały tapety, dywan, firanki, błysz­czące meble maho­niowe. Był to salo­nik, nie tak obszerny ani wspa­niały jak salon w Gate­shead, ale wcale przy­zwo­ity. Zasta­na­wia­łam się, chcąc zro­zu­mieć, co przed­sta­wia obraz wiszący na ścia­nie, gdy otwo­rzyły się drzwi i weszła do pokoju osoba nio­sąca świecę, a tuż za nią druga.

Pierw­szą była wysoka dama o ciem­nych wło­sach, ciem­nych oczach i bla­dym, sze­ro­kim czole. Postać jej czę­ściowo okry­wał szal, twarz jej wyra­żała powagę, trzy­mała się pro­sto.

– Dziecko jest zbyt małe, żeby je wysy­łać samo – zauwa­żyła, sta­wia­jąc świecę na stole. Przy­pa­try­wała mi się uważ­nie przez dłuż­szą chwilę, a potem dodała: – Naj­le­piej byłoby poło­żyć ją prędko do łóżka, wydaje się zmę­czona. Czy jesteś zmę­czona? – zapy­tała, kła­dąc mi rękę na ramie­niu.

– Tro­chę, pro­szę pani.

– I głodna zapewne także. Niech jej pani każe dać coś do zje­dze­nia, zanim się położy, panno Mil­ler. Czy po raz pierw­szy opu­ści­łaś rodzi­ców, jadąc do szkoły, moje dziecko?

Odpo­wie­dzia­łam jej, że nie mam rodzi­ców. Zapy­tała, od jak dawna nie żyją, a potem, ile mam lat, jak się nazy­wam, czy umiem czy­tać, pisać i szyć tro­chę; a w końcu, łagod­nie pogła­skaw­szy mnie po twa­rzy, powie­działa, że „spo­dziewa się, że będę dobrym dziec­kiem”, i poże­gnała mnie i pannę Mil­ler.

Pani, którą poże­gna­łam, mogła mieć jakie dwa­dzie­ścia dzie­więć lat. Ta, która ze mną poszła, wyda­wała się o kilka lat młod­sza; pierw­sza wywarła na mnie silne wra­że­nie gło­sem, wyglą­dem i obej­ściem. Panna Mil­ler miała powierz­chow­ność pospo­lit­szą, czer­wo­nawą cerę i wyraz twa­rzy zatro­skany; śpie­szyła się, gdy cho­dziła czy cokol­wiek robiła, jak ktoś, kto ma zawsze mnó­stwo spraw do zała­twie­nia: spra­wiała wra­że­nie nauczy­cielki niż­szych klas i tą też, jak się póź­niej dowie­dzia­łam, była. Idąc za nią, przecho­dziłam z oddziału do oddziału, z kory­ta­rza do kory­ta­rza wiel­kiego i nie­re­gu­lar­nego budynku, aż wydo­staw­szy się z cał­ko­wi­tej i dość przy­krej ciszy, panu­ją­cej w prze­by­tej przez nas czę­ści domu, usły­sza­ły­śmy gwar wielu gło­sów i weszły­śmy do obszer­nego, dłu­giego pokoju. Po dwa wiel­kie sosnowe stoły stały w każ­dym końcu tego pokoju; po dwie świece paliły się na każ­dym stole, a na ław­kach dokoła nich sie­działa cała gro­mada dziew­cząt róż­nego wieku, od dzie­wię­ciu lub dzie­się­ciu lat do dwu­dzie­stu. Widziane przy ciem­nym świe­tle lichych świe­czek wyda­wały mi się nie­zli­czone, cho­ciaż w rze­czy­wi­sto­ści nie było ich wię­cej niż osiem­dzie­siąt i były wszyst­kie jed­na­kowo ubrane w brą­zowe weł­niane suk­nie dziw­nego fasonu i dłu­gie płó­cienne far­tu­chy. Była to godzina nauki, obku­wały jutrzej­sze zada­nie, a brzę­cze­nie, które sły­sza­łam, był to łączny rezul­tat ich szep­ta­nego powta­rza­nia.

Panna Mil­ler dała mi znak, że mam usiąść na ławce przy drzwiach, po czym poszedł­szy na front dłu­giego pokoju, zawo­łała gło­śno:

– Dyżurne, zebrać i odło­żyć książki!

Cztery wyso­kie dziew­czynki pod­nio­sły się od sto­łów, zebrały książki i odło­żyły je. Panna Mil­ler znowu wygło­siła słowa komendy:

– Dyżurne, przy­nie­ście tace z kola­cją!

Wyso­kie dziew­czynki wyszły i wró­ciły zaraz, nio­sąc każda tacę z usta­wio­nymi na niej por­cjami cze­goś (nie mogłam na razie roz­po­znać, co to jest), dzban­kiem i gar­nusz­kiem. Por­cje roz­da­wały wokoło; kto chciał, brał łyk wody; gar­nu­szek był wspólny dla wszyst­kich. Gdy kolej przy­szła na mnie, napi­łam się, bo mia­łam pra­gnie­nie, ale nie tknę­łam jedze­nia; pod­nie­ce­nie i zmę­cze­nie podróżą zagłu­szyły we mnie ape­tyt; teraz jed­nak zoba­czy­łam, że był to jakiś cienki owsiany pla­cek, podzie­lony na kawałki.

 

Po skoń­czo­nej wie­cze­rzy panna Mil­ler odczy­tała modli­twy i klasy wyszły rzę­dem, parami na górę. Wyczer­pana doszczęt­nie, led­wie zauwa­ży­łam, jak wygląda sypial­nia, spo­strze­głam tylko, że podob­nie jak pokój szkolny była bar­dzo długa. Tej nocy mia­łam dzie­lić łóżko z panną Mil­ler; ona mi pomo­gła roze­brać się; leżąc już, popa­trzy­łam na dłu­gie rzędy łóżek, w któ­rych szybko ukła­dały się dziew­częta, w każ­dym po dwie. W dzie­sięć minut potem zga­szono jedyną świecę, a ja wśród mil­cze­nia i zupeł­nej ciem­no­ści zasnę­łam.

Noc minęła szybko; zanadto byłam zmę­czona, ażeby śnić. Raz się tylko obu­dzi­łam, sły­sząc, jak wiatr sza­leje wście­kłymi podmu­chami i deszcz leje stru­mie­niem, poczu­łam też, że panna Mil­ler zajęła miej­sce przy mnie. Gdy znów otwo­rzy­łam oczy, dzwo­nił gło­śny dzwo­nek; dziew­częta wsta­wały i ubie­rały się; dzień jesz­cze nie świ­tał; jedna czy dwie świeczki paliły się w pokoju. I ja nie­chęt­nie wsta­łam, gdyż okrop­nie było zimno; trzę­sąc się cała, ubra­łam się, jak mogłam, i umy­łam, gdy się docze­ka­łam wol­nej mied­nicy, co nastą­piło nie­prędko, gdyż jedna mied­nica wypa­dała na sześć dziew­cząt. Mied­nice były usta­wione pośrodku sypialni. Znowu ode­zwał się dzwo­nek i wszyst­kie usta­wiły się rzę­dem, parami, i w tym porządku zeszły ze scho­dów i weszły do zim­nego, słabo oświe­tlo­nego szkol­nego pokoju. Tutaj panna Mil­ler odczy­tała modli­twy, po czym zawo­łała:

– Ufor­mo­wać się w klasy!

Wielki gwar zapa­no­wał na kilka minut. Panna Mil­ler kil­ka­krot­nie wołała: „Cicho!” „Utrzy­mać porzą­dek!” Gdy się uci­szyło, zoba­czy­łam, że dziew­czynki usta­wiły się pół­ko­lem przy czte­rech sto­łach. Wszyst­kie trzy­mały w ręku książki, a wielka książka, podobna do Biblii, leżała na każ­dym stole przed pustym krze­słem. Nastą­piło teraz kilka sekund pauzy, wypeł­nio­nej szme­rem pół­gło­śnych szep­tów dziew­cząt. Panna Mil­ler prze­cho­dziła od klasy do klasy i uci­szała te nie­okre­ślone odgłosy.

Z daleka ode­zwał się dzwo­nek; natych­miast weszły trzy nauczy­cielki, z któ­rych każda zajęła miej­sce przy stole; czwarte krze­sło zajęła panna Mil­ler. Krze­sło to stało naj­bli­żej drzwi i dokoła niego zgro­ma­dziły się naj­mniej­sze dzieci; do tego naj­niż­szego oddziału zali­czono mnie i umiesz­czono na końcu.

Zaczęła się teraz praca. Powta­rzano kolektę dnia, następ­nie prze­po­wia­dano pewne tek­sty Pisma Świę­tego, po czym nastą­piło dłuż­sze odczy­ty­wa­nie Roz­dział ów z Biblii, a wszystko to trwało godzinę. Gdy zaję­cie to ukoń­czono, już i dzień pełny nastał. Nie­zmor­do­wany dzwo­nek ode­zwał się po raz czwarty. Dziew­częta usta­wiły się kla­sami i poma­sze­ro­wały do innego pokoju na śnia­da­nie. Jakże mnie ucie­szyła nadzieja, że dostanę coś do zje­dze­nia! Słabo mi się robiło z czczo­ści, tak mało prze­cież jadłam poprzed­niego dnia.

Refek­tarz był wielki, niski i posępny: na dwóch dłu­gich sto­łach dymiły miseczki cze­goś gorą­cego, co jed­nak, ku memu nie­mi­łemu zdzi­wie­niu, wyda­wało woń wcale nie­za­chę­ca­jącą. Zauwa­ży­łam ogólne objawy nie­za­do­wo­le­nia, gdy woń potrawy ude­rzyła w nos dziew­cząt; od pierw­szych par pro­ce­sji dziew­czy­nek z naj­star­szej klasy pobie­gły szep­tem słowa:

– Obrzy­dli­wość! Owsianka znowu przy­pa­lona!

– Cicho! – wykrzyk­nął jakiś głos; nie głos panny Mil­ler, lecz jed­nej z nauczy­cie­lek wyż­szych klas, małej, ciem­nej osoby, ele­gancko ubra­nej, ale nieco suro­wego wyglądu, która zajęła miej­sce na czele jed­nego stołu, pod­czas gdy przy dru­gim pre­zy­do­wała peł­niej­sza i przy­stoj­niej­sza osoba. Na próżno roz­glą­da­łam się za tą, którą zoba­czy­łam wczo­raj wie­czo­rem, nie było jej tu. Panna Mil­ler sie­działa na końcu stołu, przy któ­rym i ja sie­działam, a naprze­ciw niej dziwna, z cudzo­ziem­ska wyglą­da­jąca star­sza dama, nauczy­cielka Fran­cuzka, jak się póź­niej dowie­dzia­łam. Zmó­wiono długą modli­twę i odśpie­wano hymn, następ­nie słu­żąca przy­nio­sła her­batę dla nauczy­cie­lek i zaczęło się śnia­da­nie.

Zgłod­niała i już w tej chwili bar­dzo osła­biona, pochło­nę­łam łyżkę czy dwie swej por­cji, nie zasta­na­wia­jąc się nad sma­kiem; po zaspo­ko­je­niu jed­nak pierw­szego głodu spo­strze­głam, że dosta­łam jakąś wstrętną potrawę; przy­pa­lona kasza owsiana nie lep­sza jest pra­wie od zgni­łych kar­to­fli, nawet głód przed nią się cofa. Łyżki poru­szały się powoli: widzia­łam, że każda dziew­czynka pró­buje poży­wie­nia i stara się je prze­łknąć, ale więk­szość dawała za wygraną. Skoń­czyło się śnia­da­nie, a nikt nic nie jadł. Po odmó­wie­niu dzięk­czyn­nej modli­twy za to, czego nie dosta­ły­śmy, i po odśpie­wa­niu dru­giego hymnu opu­ści­ły­śmy refek­tarz i prze­szły do pokoju szkol­nego. Prze­cho­dząc pra­wie na końcu orszaku koło sto­łów, zoba­czy­łam, że jedna z nauczy­cie­lek wzięła miseczkę z kaszą i spró­bo­wała jej; popa­trzyła na dru­gie; wszyst­kie miały twa­rze nie­za­do­wo­lone, a ta tęga szep­nęła:

– Wstrętne jadło! To wstyd doprawdy!

Minął kwa­drans, zanim się znów roz­po­częły lek­cje, a w cza­sie tego kwa­dransa zapa­no­wała w pokoju szkol­nym wspa­niała wrzawa; wolno było w tym cza­sie gło­śno i swo­bod­nie roz­ma­wiać, toteż dziew­częta korzy­stały z tego przy­wi­leju. Cała roz­mowa toczyła się dokoła śnia­da­nia, na które wszyst­kie bez wyjątku wymy­ślały co się zowie. Bie­daczki! Była to ich jedyna pocie­cha. Panna Mil­ler była jedyną nauczy­cielką obecną w pokoju. Kilka star­szych dziew­cząt ota­cza­ją­cych ją roz­pra­wiało z poważ­nymi i chmur­nymi minami. Sły­sza­łam kilka razy powtó­rzone nazwi­sko pana Broc­kle­hur­sta; na to panna Mil­ler potrzą­sała głową z naganą, ale nie zada­wała sobie wiele trudu, by powstrzy­mać ogólne obu­rze­nie; naj­praw­do­po­dob­niej sama je podzie­lała.

Zegar w pokoju szkol­nym wybił dzie­wiątą. Panna Mil­ler opu­ściła swoje kółko i sta­nąw­szy pośrodku pokoju, zawo­łała:

– Cicho! Na miej­sca!

Rygor zro­bił swoje: w pięć minut cha­otyczna gro­madka roz­dzie­liła się w porządku i względna cisza zapa­no­wała w tej chwi­lo­wej wieży Babel. Nauczy­cielki wyż­szych klas wró­ciły teraz punk­tu­al­nie na swoje miej­sca; wszy­scy jed­nakże zda­wali się cze­kać. Rzę­dami na ław­kach w czte­rech rogach pokoju sie­działo osiem­dzie­siąt dziew­cząt pro­sto i bez ruchu; dziw­nym się wyda­wały zbio­ro­wi­skiem, wszyst­kie ze scze­sa­nymi gładko z czoła wło­sami, bez jed­nego widocz­nego loczka, w brą­zo­wych, wysoko zapię­tych suk­niach z wąskimi, bia­łymi koł­nie­rzy­kami przy szyi i płó­cien­nymi kie­szon­kami (kształ­tem podob­nymi do góral­skich sakie­wek), przy­wią­za­nymi z przodu u paska, a mają­cymi słu­żyć za torebki do roboty; wszyst­kie też nosiły weł­niane poń­czo­chy i na wsi fabry­ko­wane trze­wiki, zapięte na mosiężne kla­merki. Ze dwa­dzie­ścia z nich, w ten spo­sób ubra­nych, były to dziew­częta doro­słe; nie­ład­nie im było w tym stroju i nawet naj­ład­niej­sze wyglą­dały dzi­wacz­nie.

Wciąż jesz­cze przy­glą­da­łam się im, w prze­rwach także obser­wo­wa­łam nauczy­cielki, z któ­rych żadna mi się zbyt­nio nie podo­bała; tęga bowiem wyglą­dała nieco ordy­nar­nie, ciemna – ostro i surowo, cudzo­ziemka – szorstko i dzi­wacz­nie, a panna Mil­ler, bie­daczka, czer­wona, z wypie­kami, miała wygląd prze­pra­co­wa­nej. Jesz­cze im się przy­glą­da­łam, prze­su­wa­jąc wzrok od jed­nej twa­rzy do dru­giej, gdy cała szkoła, jak gdyby sprę­żyną poru­szona, pod­nio­sła się rów­no­cze­śnie.

Co się stało? Nie sły­sza­łam, by wydano jakiś roz­kaz – byłam zdzi­wiona. Zanim się opa­mię­ta­łam, klasy zasia­dły z powro­tem. Ale ponie­waż teraz wszyst­kie oczy zwró­ciły się w jeden punkt, więc moje poszły w tym kie­runku i napo­tkały osobę, która mnie przyj­mo­wała poprzed­niego wie­czoru. Stała na końcu dłu­giego pokoju przed komin­kiem, w obu bowiem koń­cach pokoju palił się ogień, i lustro­wała oby­dwa rzędy dziew­cząt mil­cząco i poważ­nie. Panna Mil­ler przy­bli­żyła się do niej, zapy­tała o coś, a dostaw­szy odpo­wiedź, wró­ciła na swoje miej­sce i powie­działa:

– Dyżurna naj­star­szej klasy niech przy­nie­sie glo­busy!

Pod­czas gdy ten roz­kaz wyko­ny­wano, pani prze­szła powoli przez pokój. Przy­pusz­czam, że muszę mieć dosyć silny zmysł uwiel­bie­nia, gdyż dziś jesz­cze odczu­wam wra­że­nie podziwu i czci, z jaką oczy moje bie­gły za jej kro­kami. Widziana teraz w jasnym świe­tle dnia, wydała mi się wysoka, ładna i kształtna; piwne oczy pełne dobro­tli­wego wyrazu i bla­sku, przy dłu­gich rzę­sach i pięk­nie zary­so­wa­nych brwiach, pod­no­siły bia­łość jej sze­ro­kiego czoła; włosy bar­dzo ciemne zwi­jały się na skro­niach w okrą­głe, krót­kie pukle, według ówcze­snej mody, kiedy to nie noszono ani gład­kich nio­bów, ani dłu­gich loków; suk­nię miała na sobie także wedle panu­ją­cej mody, z pąso­wego sukna, przy­stro­joną czar­nym aksa­mi­tem; złoty zega­rek (zegarki nie były wtedy w tak powszech­nym uży­ciu jak teraz) błysz­czał u jej paska. Niech czy­tel­nik doda dla uzu­peł­nie­nia obrazu deli­katne rysy, cerę jasną, cho­ciaż bladą, pełną god­no­ści postać i ruchy, a będzie miał o tyle dokładne, o ile słowa oddać je mogą, poję­cie o powierz­chow­no­ści panny Tem­ple, Marii Tem­ple, jak kie­dyś póź­niej wyczy­ta­łam na jej książce do nabo­żeń­stwa, którą dała mi do nie­sie­nia, idąc do kościoła.

Prze­ło­żona szkoły w Lowood (gdyż nią była ta pani), zasiadł­szy przed parą glo­bu­sów, wezwała pierw­szą klasę ku sobie i zaczęła z nią lek­cję geo­gra­fii. Niż­szymi kla­sami zajęły się inne nauczy­cielki; przez godzinę powta­rzano histo­rię, gra­ma­tykę itp., następ­nie przy­szło pisa­nie i aryt­me­tyka, a nie­któ­rym star­szym dziew­czę­tom udzie­lała panna Tem­ple lek­cji muzyki. Zegar odmie­rzał czas trwa­nia każ­dej lek­cji; naresz­cie wybiła dwu­na­sta. Prze­ło­żona wstała.

– Mam słowo do powie­dze­nia uczen­ni­com – rze­kła. Roz­po­czy­nał się już hałas po skoń­czo­nej lek­cji, ale umilkł uci­szony jej gło­sem. Mówiła dalej:

– Dosta­ły­ście dzi­siaj śnia­da­nie, któ­rego nie mogły­ście jeść; musi­cie być głodne. Zarzą­dzi­łam, żeby dru­gie śnia­da­nie, chleb z serem, zostało podane dla wszyst­kich.

Nauczy­cielki popa­trzyły na nią zdzi­wione.

– Kaza­łam to zro­bić na wła­sną odpo­wie­dzial­ność – zwró­ciła się do nich z wyja­śnie­niem, po czym natych­miast wyszła z pokoju.

Zaraz też wnie­siono i roz­dzie­lono chleb z serem ku pokrze­pie­niu i wiel­kiej rado­ści całej szkoły. Teraz padło słowo komendy: „Do ogrodu!”. Dziew­częta wło­żyły kape­lu­sze z gru­bej słomy wią­zane na szarfy z kolo­ro­wego per­kalu i płasz­cze z sza­rej sybe­ryny. Mnie ubrano podob­nie i w ślad za innymi wyszłam na świeże powie­trze.

Ogród sta­no­wiła obszerna prze­strzeń oto­czona tak wyso­kim murem, że wyklu­czał wszelką moż­li­wość wyj­rze­nia dalej. Wzdłuż jed­nego jego boku cią­gnęła się kryta weranda, a sze­ro­kie ścieżki ota­czały prze­strzeń środ­kową, roz­dzie­loną na cały sze­reg małych grzą­dek; te grządki wyzna­czone były dla uczen­nic jako ogródki do upra­wia­nia i każda grządka miała swoją wła­ści­cielkę. Latem pełne kwia­tów grządki musiały nie­wąt­pli­wie ład­nie wyglą­dać, ale teraz, w dru­giej poło­wie stycz­nia, wszystko było po zimo­wemu puste i sczer­niałe. Drża­łam, sto­jąc i roz­glą­da­jąc się dokoła; przy­kry to był dzień, nie­za­chę­ca­jący do ruchu na świe­żym powie­trzu; nie był dżdży­sty, lecz przy­ćmiony żółtą mgłą; zie­mia pod sto­pami nasią­kła wil­go­cią po wczo­raj­szej ule­wie. Sil­niej­sze dziew­częta bie­gały i upra­wiały jakieś oży­wione gry, ale nie­które, blade i szczu­płe, sku­piały się w gro­madki, szu­ka­jąc osłony i cie­pła na weran­dzie; wśród tych, w miarę jak gęsta mgła prze­ni­kała drżące ich posta­cie, sły­sza­łam czę­sty odgłos głu­chego kaszlu.

Dotych­czas jesz­cze nie prze­mó­wi­łam do nikogo i nikt też nie zda­wał się zwra­cać na mnie uwagi. Sta­łam sobie samotna na boku; do tego uczu­cia osa­mot­nie­nia byłam przy­zwy­cza­jona; nie doku­czało mi ono zbyt­nio. Oparta o filar werandy, otu­li­łam się jak naj­szczel­niej w fałdy płasz­cza i sta­ra­jąc się zapo­mnieć o zim­nie i gło­dzie, odda­łam się przy­glą­da­niu i roz­my­śla­niom. Moje roz­my­śla­nia zbyt były nie­okre­ślone i nie­po­wią­zane, żeby je warto wspo­mi­nać. Zale­d­wie wie­dzia­łam, gdzie się znaj­duję; Gate­shead i moje dotych­cza­sowe życie ule­ciały gdzieś strasz­nie daleko, teraź­niej­szość była nie­ja­sna i dziwna, a przy­szło­ści nie umia­łam sobie wyobra­zić. Roz­glą­da­łam się po tym, jakby klasz­tor­nym, ogro­dzie, a potem spoj­rza­łam na dom, obszerny budy­nek, któ­rego jedna połowa wyda­wała się posza­rzała i stara, druga zaś zupeł­nie nowa. Nowa część, obej­mu­jąca pokój szkolny i sypial­nie, miała gotyc­kie okna, co nada­wało jej wygląd kościelny; kamienna tablica nad drzwiami nosiła napis:

 

„Zakład Lowood. – Ta część została prze­bu­do­wana A.D. …przez Naomi Broc­kle­hurst z Broc­kle­hurst Hall w tym hrab­stwie. Tak nie­chaj świeci świa­tłość wasza przed ludźmi, aby widzieli uczynki wasze dobre i chwa­lili Ojca waszego, który jest w nie­bio­sach. Św. Mate­usz V, 16”.

Odczy­ty­wa­łam raz po raz te słowa; czu­łam, że wyma­gają jakie­goś wyja­śnie­nia, gdyż nie potra­fi­łam zna­cze­nia ich w pełni zro­zu­mieć. Gdy tak roz­my­śla­łam nad zna­cze­niem słowa „zakład” i usi­ło­wa­łam zna­leźć zwią­zek mię­dzy tym sło­wem a począt­kiem wer­setu biblij­nego, odgłos czy­je­goś kaszlu tuż za mną spra­wił, że odwró­ci­łam głowę. W pobliżu na kamien­nej ławce sie­działa młoda dziew­czyna pochy­lona nad książką, którą czy­tała z zaję­ciem.

Z miej­sca, gdzie sta­łam, mogłam prze­czy­tać tytuł Ras­se­las. Imię to wydało mi się dziwne, więc tym bar­dziej pocią­ga­jące. Obra­ca­jąc kartę, pod­nio­sła oczy, ja zaś zagad­nę­łam ją w tej chwili.

– Czy to zaj­mu­jąca książka? – już posta­no­wi­łam popro­sić ją, by mi tę książkę kiedy poży­czyła.

– Mnie się podoba – odpo­wie­działa po chwilce, przyj­rzaw­szy mi się uważ­nie.

– O czym tam jest mowa? – zapy­ta­łam znowu. Nie wiem, skąd mi się wzięła ta śmia­łość wsz­czy­na­nia roz­mowy z kimś obcym; taki krok prze­ciwny był mojej natu­rze i przy­zwy­cza­je­niom. Myślę, że jej zaję­cie dotknęło jakiejś struny sym­pa­tii we mnie, gdyż i ja lubi­łam czy­tać, choć tylko rze­czy lek­kie i dzie­cinne; nie mogłam stra­wić ani zro­zu­mieć lek­tury poważ­nej.

– Możesz ją obej­rzeć – odpo­wie­działa dziew­czynka, poda­jąc mi książkę.

Przej­rza­łam ją. Krótki ten prze­gląd wystar­czył, by mnie prze­ko­nać, że zawar­tość jej była mniej pory­wa­jąca niż tytuł. Ras­se­las, jak na mój gust dzie­cinny, wydał mi się nudny; nic tam nie zna­la­złam o wróż­bach, nic o cza­ro­dzie­jach, żadna barwna roz­ma­itość nie snuła się po gęsto zadru­ko­wa­nych stro­ni­cach. Odda­łam jej książkę; wzięła ją spo­koj­nie i nic nie mówiąc, zabie­rała się znów do uważ­nego czy­ta­nia, gdy po raz wtóry odwa­ży­łam się jej prze­szko­dzić.

– Czy możesz mi powie­dzieć, co zna­czy napis na tym kamie­niu nad drzwiami? Co to jest Zakład Lowood?

– Ten dom, w któ­rym zamiesz­kasz.

– A dla­czego nazy­wają go zakła­dem? Czy różni się pod jakimś wzglę­dem od innych szkół?

– Jest to czę­ściowo szkoła dobro­czyn­no­ści publicz­nej; ty i ja, i my wszyst­kie jeste­śmy dziećmi korzy­sta­ją­cymi z dobro­czyn­no­ści publicz­nej. Przy­pusz­czam, że jesteś sie­rotą; czy nie stra­ci­łaś ojca albo matki?

– Oboje umarli, gdy byłam maleńka, tak że ich wcale nie pamię­tam.

– Otóż wszyst­kie dziew­częta tutaj stra­ciły albo jedno z rodzi­ców, albo oboje, a ten dom nazywa się zakła­dem wycho­waw­czym sie­rot.

– A więc my tutaj nic nie pła­cimy? Czy oni nas utrzy­mują za darmo?

– Pła­cimy, albo ktoś za nas płaci, pięt­na­ście fun­tów rocz­nie za każdą.

– A więc dla­czego nazy­wają nas dziećmi korzy­sta­ją­cymi z dobro­czyn­no­ści publicz­nej?

– Ponie­waż pięt­na­ście fun­tów nie wystar­cza na utrzy­ma­nie i na naukę, a bra­ku­jące pie­nią­dze dopeł­nia się ze skła­dek.

– A kto się składa?

– Roz­ma­ici dobro­czynni pano­wie i panie z tej oko­licy i Lon­dynu.

– Kto to była Naomi Broc­kle­hurst?

– Ta pani, która zbu­do­wała nową część tego domu, jak o tym napi­sano na tablicy, i któ­rej syn kie­ruje i rzą­dzi wszyst­kim tutaj.

– Dla­czego?

– Ponie­waż jest skarb­ni­kiem i dyrek­to­rem zakładu.

– Ach, więc ten dom nie należy do tej wyso­kiej pani, która nosi zega­rek i która powie­działa, że mamy dostać chleb z serem?

– Do panny Tem­ple? O, nie! Dobrze by było, gdyby nale­żał! Ona odpo­wiada przed panem Broc­kle­hur­stem za wszystko, co robi. Pan Broc­kle­hurst kupuje całe nasze poży­wie­nie i wszyst­kie ubra­nia dla nas.

– Czy on tutaj mieszka?

– Nie, dwie mile stąd w dużym dwo­rze.

– Czy to dobry czło­wiek?

– Jest duchow­nym i mówią, że robi wiele dobrego.

– Czy powie­dzia­łaś, że ta wysoka pani nazywa się panna Tem­ple?

– Tak.

– A inne nauczy­cielki jak się nazy­wają?

– Ta, która ma rumiane policzki, nazywa się panna Smith; ona uczy robót i kroju, gdyż my same szy­jemy sobie ubra­nia, płasz­cze i wszystko; ta mała z czar­nymi wło­sami to panna Scat­cherd; ona uczy histo­rii i gra­ma­tyki i prze­słu­chuje drugą klasę; a ta, która cho­dzi w szalu i chustkę do nosa przy­wią­zuje do paska żółtą wstążką, to madame Pier­rot; pocho­dzi z Lisle we Fran­cji i uczy fran­cu­skiego.

– Czy ty lubisz nauczy­cielki?

– Dosyć.

– A tę małą, czarną i madame?… Nie umiem wymó­wić jej nazwi­ska tak jak ty.

– Panna Scat­cherd jest prędka… uwa­żaj, żebyś jej się nie nara­ziła; madame Pier­rot to wcale nie­zła osoba.

– Ale panna Tem­ple jest naj­lep­sza, prawda?

– Panna Tem­ple jest bar­dzo dobra i bar­dzo mądra; ona prze­wyż­sza tamte, gdyż umie o wiele wię­cej niż one.

– Czy od dawna jesteś tutaj?

– Od dwóch lat.

– Czy jesteś sie­rotą?

– Matka moja nie żyje.

– Czy czu­jesz się tutaj szczę­śliwa?

– Tro­chę za wiele pytasz. Dałam ci na razie dosyć odpo­wie­dzi, teraz chcia­ła­bym poczy­tać.

W tejże chwili ode­zwał się dzwo­nek wzy­wa­jący nas na obiad; wró­ci­ły­śmy do domu.

Zapach uno­szący się teraz w refek­ta­rzu nie o wiele był ponęt­niej­szy od tego, który ura­czył nasze nosy przy śnia­da­niu. Podano obiad w dwóch dużych bla­sza­nych naczy­niach, z któ­rych uno­siła się para wonie­jąca zjeł­cza­łym tłusz­czem. Potrawa skła­dała się z nie­smacz­nych kar­to­fli i dziw­nych obrzyn­ków nie pierw­szej świe­żo­ści mięsa, a wszystko to było wymie­szane i ugo­to­wane razem. Tej papki wydzie­lono po dość peł­nym tale­rzu każ­dej uczen­nicy. Jadłam, ile mogłam zjeść, zada­jąc sobie pyta­nie, czy też jedze­nie będzie co dzień takie.

Po obie­dzie prze­szły­śmy natych­miast do pokoju szkol­nego. Lek­cje roz­po­częły się znowu i trwały do godziny pią­tej.

Po połu­dniu zoba­czy­łam, i to był jedyny waż­niej­szy wypa­dek, jak dziew­czynkę, z którą roz­ma­wia­łam na weran­dzie, panna Scat­cherd odpra­wiła za karę z lek­cji histo­rii i kazała jej sta­nąć na środku wiel­kiego pokoju. Kara ta wyda­wała mi się wielce zawsty­dza­jąca, zwłasz­cza dla tak dużej dziew­czynki, wyglą­dała ona na trzy­na­ście lat co naj­mniej. Myśla­łam, że okaże, jak ją to mar­twi albo zawsty­dza, ale ku mojemu zdzi­wie­niu ani nie pła­kała, ani się nie zaru­mie­niła; spo­kojna, cho­ciaż poważna, stała na oczach wszyst­kich. „Jak ona może tak spo­koj­nie, tak męż­nie to zno­sić? – zada­wa­łam sobie pyta­nie. – Gdyby mnie to miało spo­tkać, życzy­ła­bym sobie, żeby się zie­mia pode mną roz­stą­piła. Ona zaś jakby myśli o czymś, co jest dale­kie od jej kary, od tego, co się z nią dzieje, o czymś, co nie jest ani dokoła niej, ani przed nią. Sły­sza­łam o śnią­cych na jawie, może ona teraz śni na jawie? Oczy jej patrzą w zie­mię, ale jestem pewna, że nie widzą ziemi, wzrok jej wydaje się skie­ro­wany gdzieś do głębi serca: patrzy, zdaje mi się, w to, co pamięta, a nie w to, co jest rze­czy­wi­ście obecne. Cie­kawa jestem, co to za dziew­czyna, dobra czy nie­do­bra…?

Wkrótce po pią­tej dosta­ły­śmy jesz­cze jeden posi­łek skła­da­jący się z małego gar­nuszka kawy i pół kromki ciem­nego chleba. Połknę­łam chleb i wypi­łam kawę ze sma­kiem i z przy­jem­no­ścią, ale była­bym rada, gdyby mi dano dru­gie tyle – wciąż byłam głodna. Mia­ły­śmy pół godziny rekre­acji, a potem odra­bia­nie lek­cji. Następ­nie przy­szła pora na szklankę wody i kawa­łek owsia­nego placka, na modli­twy i spo­czy­nek. Taki był mój pierw­szy dzień w Lowood.