Dziwne losy Jane EyreTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Roz­dział I

2  Roz­dział II

3  Roz­dział III

4  Roz­dział IV

5  Roz­dział V

6  Roz­dział VI

7  Roz­dział VII

8  Roz­dział VIII

9  Roz­dział IX

10  Roz­dział X

11  Roz­dział XI

12  Roz­dział XII

13  Roz­dział XIII

14  Roz­dział XIV

15  Roz­dział XV

16  Roz­dział XVI

17  Roz­dział XVII

18  Roz­dział XVIII

19  Roz­dział XIX

20  Roz­dział XX

21  Roz­dział XXI

22  Roz­dział XXII

23  Roz­dział XXIII

24  Roz­dział XXIV

25  Roz­dział XXV

26  Roz­dział XXVI

27  Roz­dział XXVII

28  Roz­dział XXVIII

29  Roz­dział XXIX

30  Roz­dział XXX

31  Roz­dział XXXI

32  Roz­dział XXXII

33  Roz­dział XXXIII

34  Roz­dział XXXIV

35  Roz­dział XXXV

36  Roz­dział XXXVI

37  Roz­dział XXXVII

38  Roz­dział XXXVIII

Tytuł ory­gi­nału: JANE EYRE

Wydawca: Mag­da­lena Hil­de­brand Redak­tor pro­wa­dzący: Beata Koło­dziej­ska Korekta: Gra­żyna Henel, Irena Kul­czycka

ISBN 978-83-813-9932-6

War­szawa 2021

Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Teresa Świ­der­ska

Wydaw­nic­two Świat Książki

02-103 War­szawa, ul. Han­kie­wi­cza 2

Księ­gar­nia inter­ne­towa: swiatk­siazki.pl

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin Sp. z o.o.

05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91

e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl

tel. + 48 22 733 50 31/32

www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer firmy Eli­bri

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Roz­dział I

Nie­po­dobna było tego dnia wyjść na spa­cer. Rano, co prawda, błą­ka­li­śmy się z godzinę po bez­list­nym ogro­dzie, ale po obie­dzie (pani Reed jadała wcze­śnie, gdy nie było gości) chłodny wiatr zimowy napę­dził tak ciemne chmury i deszcz tak sie­kący, że dal­sze prze­by­wa­nie na świe­żym powie­trzu stało się nie­moż­liwe.

Rada byłam z tego; ni­gdy nie lubi­łam dłu­gich spa­ce­rów, zwłasz­cza w chłodne popo­łu­dnia, tak się oba­wia­łam tych powro­tów do domu o zmroku ze zmar­z­nię­tymi pal­cami u rąk i nóg, z ser­cem ści­śnię­tym upo­mnie­niami Bes­sie, naszej bony, i upo­ko­rzona świa­do­mo­ścią, że Eliza, John i Geo­r­giana Reed są o tyle zręcz­niejsi i sil­niejsi ode mnie.

Eliza, John i Geo­r­giana sku­pili się teraz dokoła swej mamy w salo­nie. Pani Reed spo­czy­wała na kanapce przy kominku, a mając wokół sie­bie swo­ich piesz­czo­chów (któ­rzy w tej chwili nie kłó­cili się i nie krzy­czeli), robiła wra­że­nie zupeł­nie szczę­śli­wej. Mnie zabro­niła zbli­żyć się do sie­bie. Żałuje – mówiła – iż musi trzy­mać mnie z daleka, lecz dopóki nie usły­szy od Bes­sie i sama nie zauważy, że naprawdę sta­ram się wyro­bić w sobie bar­dziej towa­rzy­skie, odpo­wied­niej­sze dziecku uspo­so­bie­nie, że sta­ram się być natu­ral­niej­sza, żyw­sza i przy­jem­niej­sza w obej­ściu, dopóty będzie musiała odma­wiać mi tych przy­wi­le­jów, jakie się należą tylko zado­wo­lo­nym i weso­łym dzie­ciom.

– O co Bes­sie skar­żyła się na mnie? – zapy­ta­łam.

– Nie zno­szę chwy­ta­nia za słowa i dopy­ty­wań, Jane, a przy tym to doprawdy obu­rza­jące, gdy dziecko w ten spo­sób prze­ma­wia do star­szych. Siądź sobie, gdzie ci się podoba, i bądź cicho, dopóki nie nauczysz się mówić grzecz­nie.

Pokoik, gdzie jadało się śnia­da­nia, przy­le­gał do salonu. Tam się wsu­nę­łam. Stała tu półka z książ­kami; nie­ba­wem wycią­gnę­łam jakiś tom, upew­niw­szy się przed­tem, że jest obfi­cie ilu­stro­wany. Wdra­pa­łam się na kanapkę w zagłę­bie­niu okna, pod­wi­nę­łam nogi i usia­dłam po turecku, a zacią­gnąw­szy pra­wie szczel­nie pąsową zasłonę z weł­nia­nej mory, poczu­łam, że jestem ukryta i odosob­niona.

Fałdy pąso­wej dra­pe­rii zasła­niały mi widok z pra­wej strony; z lewej szyba chro­niła, choć nie odgra­dzała mnie od posęp­no­ści listo­pa­do­wego dnia. Co jakiś czas, obra­ca­jąc karty książki, przy­glą­da­łam się natu­rze. Daleko na hory­zon­cie roz­po­ście­rała się blada pustka mgieł i chmur; bli­żej widać było mokry traw­nik i krzew szar­pany wia­trem oraz nie­usta­jące potoki desz­czu, gwał­tow­nie gnane wichrem.

Powró­ci­łam do książki. Była to Histo­ria pta­ków bry­tyj­skich Bewicka. O tekst dru­ko­wany mało, natu­ral­nie, dba­łam; jed­nakże były tam pewne wstępne stro­nice, które zaj­mo­wały mnie mimo mych lat dzie­cin­nych. Była w nich mowa o sie­dzi­bach i gniaz­dach pta­ków mor­skich, „o samot­nych ska­łach i przy­ląd­kach”, które tylko one zamiesz­kują, i o wybrze­żach Nor­we­gii z sze­re­giem wyse­pek bie­gną­cych od połu­dnio­wego krańca – od Lindesnäs czy Naze – aż do przy­lądka pół­noc­nego.

Tam gdzie Ark­tyku wartka, chłodna fala

Tuli samotną wysepkę, okala;

Tam gdzie do Hebryd wody Atlan­tyku

Szturm pona­wiają wśród bał­wa­nów ryku.

Nie mogłam też pomi­nąć wzmianki o zim­nych wybrze­żach Lapo­nii, Sybe­rii, Spits­ber­genu, Nowej Ziemi, Islan­dii, Gren­lan­dii z ich olbrzy­mią prze­strze­nią strefy ark­tycz­nej, tym strasz­nym bez­lud­nym prze­stwo­rem, zbior­ni­kiem mrozu i śniegu, gdzie stward­niałe pola lodowe, przez całe wieki nara­sta­jąc do wyżyn alpej­skich, ota­czają bie­gun i są sie­dzibą naj­sroż­szego zimna. O tej śmier­tel­nie bia­łej kra­inie wytwo­rzy­łam sobie wła­sne poję­cia: mgli­ste jak wszyst­kie na wpół zro­zu­miane wyobra­że­nia, nie­ja­sno two­rzące się w umy­słach dzieci, ale dziw­nie przej­mu­jące. Tekst tych stro­nic wstęp­nych nawią­zy­wał do nastę­pu­ją­cych dalej obraz­ków i nada­wał zna­cze­nie to skale, ster­czą­cej samot­nie wśród morza bał­wa­nów i piany, to zdru­zgo­ta­nej łodzi, wyrzu­co­nej na opusz­czone wybrzeża, to zim­nej, wid­mo­wej twa­rzy księ­życa, spo­glą­da­ją­cego spoza zwa­łów chmur na tonący wła­śnie okręt.

Nie umiem powie­dzieć, jaki nastrój wiał ze spo­koj­nego, opusz­czo­nego cmen­ta­rza z wid­nie­ją­cym na nim nagrob­kiem, furtką, dwoma drze­wami na tle niskiego hory­zontu, cmen­ta­rza oko­lo­nego wyszczer­bio­nym murem, nad któ­rym uno­sił się cienki sierp księ­życa, zwia­stu­jący nadej­ście wie­czoru. Dwa statki leżące bez ruchu na spo­koj­nym morzu wydały mi się nie­rze­czy­wi­ste. Szybko odwró­ci­łam oczy od potwora cią­gną­cego za sobą straszną sforę; był to widok zbyt okropny. Rów­nie okropny był widok czar­nego, roga­tego stwora sie­dzą­cego wysoko na skale i przy­glą­da­ją­cego się dale­kiemu tłu­mowi, zebra­nemu wokół jakiejś szu­bie­nicy.

 

Każdy obra­zek coś opo­wia­dał, czę­sto coś zagad­ko­wego dla mojego dzie­cin­nego umy­słu i nie­do­kształ­co­nych uczuć, ale zawsze coś głę­boko zaj­mu­ją­cego: jak te bajki, które nam nie­kiedy w zimowe wie­czory opo­wia­dała Bes­sie, gdy była w dobrym humo­rze. Wtedy to, przy­su­nąw­szy stół do pra­so­wa­nia przed komi­nek w dzie­cin­nym pokoju, pozwa­lała nam usiąść dokoła i pra­su­jąc koron­kowe fal­banki pani Reed albo rur­ku­jąc brzegi jej noc­nych czep­ków, kar­miła naszą cie­ka­wość opo­wia­da­niami o miło­ści i przy­go­dach, zaczerp­nię­tymi ze sta­rych bajek i jesz­cze star­szych bal­lad lub też (jak póź­niej odkry­łam) z kart Pameli i Hen­ryka, hra­biego More­land.

Z Bewic­kiem na kola­nach czu­łam się w owej chwili szczę­śliwa, a przy­naj­mniej po swo­jemu szczę­śliwa. Bałam się tylko, żeby mi nie prze­szko­dzono; nie­stety, stało się to aż nazbyt prędko. Otwo­rzyły się drzwi od salonu.

– Hę! Panno mru­kliwa! – usły­sza­łam krzyk Johna Reeda, lecz nagle umilkł; pokój widocz­nie wydał mu się pusty. – Gdzie, u licha, ona może być?! – wołał dalej. – Lizzy, Geo­r­giano – wołał na sio­stry – Jane tu nie ma; powiedz­cie mamie, że wyle­ciała na deszcz, nie­zno­śne zwie­rzątko!

„Dobrze zro­bi­łam, że zacią­gnę­łam zasłonę” – pomy­śla­łam, gorąco pra­gnąc, by nie odkrył mojej kry­jówki. John Reed nie byłby jej odkrył samo­dziel­nie; nie był on ani bystry, ani pomy­słowy, ale Eliza w tejże chwili wysu­nęła głowę przez drzwi i od razu powie­działa:

– Sie­dzi prze­cież we fra­mu­dze okien­nej, John!

Natych­miast wyszłam z ukry­cia, gdyż drża­łam na myśl, że mnie John stam­tąd wycią­gnie.

– Czego chcesz? – zapy­ta­łam bar­dzo zalęk­niona.

– Powiedz raczej: „Czego panicz chce?” – odpo­wie­dział. – Chcę, żebyś tu przy­szła!

I zasiadł­szy w fotelu, wska­zał mi gestem, że mam się przy­bli­żyć i sta­nąć przed nim.

John Reed był czter­na­sto­let­nim uczniem, o cztery lata star­szym ode mnie, gdyż mia­łam wtedy dzie­sięć lat. Był duży i tęgi na swój wiek, o nie­czy­stej i nie­zdro­wej cerze, gru­bych rysach roz­la­nej twa­rzy, cięż­kiej budo­wie i wiel­kich rękach i nogach. Obja­dał się zawsze przy stole, co wpły­wało źle na jego wątrobę, powo­do­wało męt­ność oczu i obwi­słość policz­ków. Powi­nien był znaj­do­wać się w szkole; jed­nakże matka zabrała go do domu na mie­siąc lub dwa „z powodu deli­kat­nego zdro­wia”. Pan Miles, nauczy­ciel, utrzy­my­wał, że John byłby naj­zu­peł­niej zdrów, gdyby mu nie przy­sy­łano z domu tyle ciast i sło­dy­czy. Serce matki jed­nakże nie podzie­lało tak suro­wego sądu i pani Reed przy­pi­sy­wała zły wygląd Johna raczej prze­pra­co­wa­niu, a może tęsk­no­cie za domem.

John nie był zbyt przy­wią­zany do matki i sióstr, a mnie po pro­stu nie cier­piał. Obcho­dził się ze mną bru­tal­nie i bił mnie, i to nie dwa lub trzy razy na tydzień albo raz lub dwa razy na dzień, ale stale. Bałam się go każ­dym ner­wem, drża­łam na całym ciele, gdy się do mnie zbli­żał. Były chwile, gdy tra­ci­łam wprost przy­tom­ność, takim przej­mo­wał mnie stra­chem, gdyż nie mia­łam zni­kąd ochrony przed jego groź­bami i sztur­chań­cami; służba nie miała ochoty ujmo­wać się za mną, by nie nara­żać się mło­demu panu, a pani Reed była głu­cha i ślepa na jego zacho­wa­nie: ni­gdy nie widziała, aby John mnie bił, ni­gdy nie sły­szała, aby mi wymy­ślał, choć nie­raz to czy­nił w jej obec­no­ści, jak­kol­wiek czę­ściej za jej ple­cami.

Jak zwy­kle posłuszna mu, zbli­ży­łam się do jego fotela; naj­pierw poka­zał mi język w całej oka­za­ło­ści, trzy­ma­jąc go tak wycią­gnię­tym przez jakieś trzy minuty; wie­dzia­łam, że za chwilę mnie ude­rzy, a choć lęka­łam się ciosu, to patrząc na Johna, nie mogłam się opę­dzić myśli, że jest brzydki i wstrętny. Może wyczy­tał te myśli z mojej twa­rzy, gdyż nic nie mówiąc, nagle ude­rzył mnie z całej siły. Zachwia­łam się, a odzy­skaw­szy rów­no­wagę, cof­nę­łam się parę kro­ków.

– To za twoje zuchwałe odpo­wia­da­nie mamie – powie­dział – i za twoje skra­da­nie się, i cho­wa­nie za firan­kami, i za to spoj­rze­nie przed chwilą, ty szelmo!

Przy­zwy­cza­jona do besz­ta­nia ze strony Johna, nie pomy­śla­łam nawet, by mu odpo­wie­dzieć; zasta­na­wia­łam się tylko, jak znieść sztur­cha­niec, który z pew­no­ścią nastąpi po obe­ldze.

– Coś ty robiła za zasłoną? – zapy­tał.

– Czy­ta­łam.

– Pokaż książkę.

Poszłam do okna i przy­nio­słam ją stam­tąd.

– Nie masz prawa brać naszych ksią­żek; mama powie­działa, że jesteś tutaj na łasce; nie masz pie­nię­dzy; twój ojciec nic ci nie zosta­wił; powinna byś żebrać, a nie miesz­kać z pań­skimi dziećmi, takimi jak my, jadać to samo, co my jadamy, i nosić suk­nie, za które nasza mama płaci. A teraz ja cię nauczę, co to zna­czy grze­bać na moich pół­kach z książ­kami; bo one są moje; cały dom do mnie należy albo będzie nale­żał za kilka lat. Idź i stań przy drzwiach, z daleka od lustra i od okien.

Uczy­ni­łam to, nie zorien­to­waw­szy się od razu w jego zamia­rze, ale gdy zoba­czy­łam, że John pod­nosi, waży w ręku książkę i wstaje, chcąc nią we mnie cisnąć, instynk­tow­nie usko­czy­łam w bok z krzy­kiem prze­stra­chu; nie dość jed­nak szybko; tom został rzu­cony, tra­fił mnie, a ja upa­dłam, ude­rza­jąc głową o drzwi i roz­ci­na­jąc ją sobie. Rana krwa­wiła, ból był bar­dzo ostry, strach prze­si­lił się we mnie, nato­miast obu­dziły się inne uczu­cia.

– Nie­go­dziwy, okrutny chło­paku! – zawo­ła­łam. – Nie jesteś lep­szy od roz­bój­nika… od poga­nia­cza nie­wol­ni­ków… od rzym­skich cesa­rzy!

Prze­czy­ta­łam wła­śnie Histo­rię Rzymu Gold­smi­tha i mia­łam wyro­bione zda­nie o Kali­guli, Nero­nie i ich następ­cach. Robi­łam nie­raz porów­na­nia w mil­cze­niu, ni­gdy nie przy­pusz­cza­jąc, że je w ten spo­sób gło­śno wypo­wiem.

– Co? Co? – krzyk­nął. – Czy ona to do mnie powie­działa? Sły­sza­ły­ście, Elizo, Geo­r­giano? Jeżeli ja tego mamie nie powiem! Ale naj­pierw…

Rzu­cił się ku mnie: poczu­łam, że chwyta mnie za włosy i za ramię; ale tym razem wal­czył ze zroz­pa­czo­nym stwo­rze­niem. Ja rze­czy­wi­ście widzia­łam w nim tyrana, mor­dercę. Czu­łam, że kilka kro­pel krwi ścieka mi z głowy po karku, przej­mo­wał mnie ból pie­kący, który zagłu­szył we mnie strach; opa­no­wała mnie wście­kłość. Nie wiem dobrze, co moje ręce uczy­niły, dość, że John wrza­snął: „Ty szelmo! Ty szelmo!”, i zawył na głos. Zaraz też nade­szła pomoc: dziew­częta pobie­gły po panią Reed, która była na górze; sta­nęła teraz wobec tego, co się działo, a za nią Bes­sie i panna słu­żąca, Abbot. Roz­łą­czono nas; usły­sza­łam słowa:

– Rany boskie! A cóż to za zło­śnica, żeby tak się rzu­cać na pani­cza Johna!

– Czy widział kto kiedy taką ucie­le­śnioną wście­kłość?

A pani Reed dorzu­ciła:

– Zabierz­cie ją do czer­wo­nego pokoju i tam ją zamknij­cie! Czworo rąk pochwy­ciło mnie natych­miast i zanio­sło na górę.

Roz­dział II

Sta­wia­łam opór przez całą drogę; był to objaw nowy zupeł­nie i wielce pogłę­bia­jący złe wyobra­że­nie, jakie Bes­sie i Abbot skłonne były mieć o mnie. Fak­tycz­nie stra­ci­łam pano­wa­nie nad sobą; wie­dzia­łam, że chwi­lo­wym bun­tem ścią­gnę­łam już na sie­bie dawne kary, lecz, jak każdy zbun­to­wany nie­wol­nik, w roz­pa­czy posta­no­wi­łam iść do końca.

– Pro­szę trzy­mać jej ręce, panno Abbot! Rzuca się jak wście­kła kotka.

– Wstyd! Wstyd! – wołała panna słu­żąca. – Jakie to nie­przy­zwo­ite zacho­wa­nie, panno Eyre, bić mło­dego pani­cza, syna swo­jej dobro­dziejki! Swo­jego mło­dego pana!

– Pana! Jakim spo­so­bem jest on moim panem? Czyż ja jestem słu­żąca?

– Nie; panienka jest mniej niż słu­żąca, gdyż nie pra­cuje na swe utrzy­ma­nie. No, pro­szę usiąść i zasta­no­wić się nad swoją nie­go­dzi­wo­ścią.

Wnio­sły mnie tym­cza­sem do wska­za­nego przez panią Reed pokoju i rzu­ciły na oto­manę; natych­mia­sto­wym odru­chem chcia­łam zesko­czyć jak sprę­żyna; dwie pary rąk powstrzy­mały mnie w tej chwili.

– Jeżeli panienka nie będzie sie­dzieć spo­koj­nie, będziemy ją musiały przy­wią­zać – rze­kła Bes­sie. – Panno Abbot, niech mi panna poży­czy swo­ich pod­wią­zek; moje zerwa­łaby od razu.

Panna Abbot odwró­ciła się, by zdjąć z gru­bej nogi potrzebne tasiemki. To przy­go­to­wy­wa­nie wię­zów i dodat­kowa hańba z tym złą­czona uspo­ko­iły mnie nieco.

– Pro­szę nie zdej­mo­wać pod­wią­zek! – zawo­ła­łam. – Będę sie­działa spo­koj­nie.

I na popar­cie tych słów chwy­ci­łam się rękami sie­dze­nia.

– No, więc pro­szę pamię­tać – rze­kła Bes­sie; a prze­ko­naw­szy się, że się rze­czy­wi­ście uspo­ka­jam, prze­stała mnie przy­trzy­my­wać; teraz stały oby­dwie, zało­żyw­szy ręce, patrząc chmur­nie i podejrz­li­wie w moją twarz, jak gdyby nie­pewne, czy jestem przy zdro­wych zmy­słach.

– Nic podob­nego ni­gdy przed­tem nie zro­biła – rze­kła w końcu Bes­sie, zwra­ca­jąc się do poko­jo­wej.

– Ale to zawsze w niej tkwiło – brzmiała odpo­wiedź. – Czę­sto mówi­łam pani, co sądzę o tym dziecku, a pani zga­dzała się ze mną. To chy­tre małe stwo­rze­nie; ni­gdy nie widzia­łam dziecka w jej wieku tak bar­dzo skry­tego.

Bes­sie nie odpo­wie­działa. Po chwili jed­nak, zwra­ca­jąc się do mnie, rze­kła:

– Panienka powinna rozu­mieć, że ma obo­wiązki wdzięcz­no­ści wzglę­dem pani Reed; pani Reed panienkę utrzy­muje; gdyby panienkę wygnała, musia­łaby panienka iść do przy­tułku.

Mil­cza­łam, gdyż słowa te nie były dla mnie nowiną. Od czasu jak się­gam pamię­cią, sły­sza­łam już nie­raz podobne napo­mknie­nia. To wyma­wia­nie mi, że jestem na łasce, obi­jało się o moje uszy jak nie­ja­sna zwrotka; bar­dzo było przy­kre i upo­ka­rza­jące, ale tylko na pół zro­zu­miałe. Abbot dorzu­ciła:

– I nie powinna się panienka uwa­żać za równą z pan­nami Reed i pani­czem dla­tego, że pani łaska­wie pozwala, by się panienka cho­wała razem z nimi. Oni będą mieli dużo pie­nię­dzy, a panienka nie będzie miała nic; panience przy­stoi być pokorną i sta­rać się im podo­bać.

– To, co panience mówimy, to tylko dla jej dobra – dodała Bes­sie łagod­niej­szym gło­sem. – Panienka powinna sta­rać się być poży­teczna i miła, a wtedy może będzie panienka miała tutaj swój dom; ale jeśli panienka będzie gwał­towna i szorstka, to jestem pewna, że pani wyśle stąd panienkę.

– A przy tym – wtrą­ciła Abbot – Pan Bóg może panienkę poka­rać. Może jej zesłać nagłą śmierć w chwili, gdy wypra­wiać będzie hece, a wtedy dokąd pój­dzie? Chodźmy, Bes­sie, zostawmy ją tu. Nie chcia­ła­bym za nic mieć takiego serca jak ona. Niech się panienka pomo­dli, gdy zosta­nie sama, bo jeżeli panienka nie okaże skru­chy, to coś złego może tu przyjść przez komin i porwać panienkę.

Wyszły, zamy­ka­jąc drzwi za sobą i prze­krę­ca­jąc klucz w zamku.

Czer­wony pokój był to pokój zapa­sowy, w któ­rym bar­dzo rzadko sypiano, chyba że nie­spo­dzie­wany napływ gości do Gate­shead Hall zmu­szał gospo­da­rzy do uży­cia wszyst­kich pokoi. A jed­nak był to jeden z naj­więk­szych i naj­oka­zal­szych pokoi we dwo­rze. Na środku, podob­nie jak taber­na­ku­lum, stało łoże, wsparte na masyw­nych maho­nio­wych fila­rach, z kotarą z ciem­no­pą­so­wego ada­maszku; dwa wiel­kie okna z zapusz­czo­nymi stale żalu­zjami udra­po­wane były w festony i fałdy z podob­nej mate­rii; dywan był czer­wony; stół w nogach łoża nakryty był kar­ma­zy­no­wym suk­nem; ściany miały deli­katny beżowy kolor z odcie­niem różo­wym; szafa, toa­letka, krze­sła były z ciemno poli­tu­ro­wa­nego sta­rego maho­niu. Na tle tych ciem­nych barw wzno­sił się wysoko i jaśniał bia­ło­ścią stos mate­ra­ców i podu­szek na łożu nakry­tym śnież­no­białą pikową kapą. Nie mniej zwra­cał uwagę sze­roki wyście­łany fotel, sto­jący u wez­gło­wia łoża, rów­nież biały, z usta­wio­nym przed nim pod­nóż­kiem; pomy­śla­łam, patrząc nań, że wygląda jak jakiś biały tron.

W pokoju tym było chłodno, gdyż rzadko w nim palono; cicho, gdyż leżał daleko od dzie­cin­nego pokoju i od kuchni; uro­czy­ście, gdyż było wia­domo, że tak rzadko go uży­wano. Słu­żąca tylko cho­dziła tam co sobota zetrzeć tygo­dniowy kurz z luster i z mebli; sama zaś pani Reed odwie­dzała go cza­sami, by przej­rzeć zawar­tość pew­nej tajem­nej szu­flady w sza­fie, gdzie były zło­żone różne per­ga­miny, jej szka­tułka z klej­no­tami i minia­tura jej nie­bosz­czyka męża. Tu leży tajem­nica czer­wo­nego pokoju, tajem­nica jego opusz­cze­nia mimo oka­za­ło­ści.

Pan Reed nie żył już od lat dzie­wię­ciu; w tym pokoju wydał ostat­nie tchnie­nie; tutaj leżał wysta­wiony na parad­nym kata­falku; stąd ludzie z przed­się­bior­stwa pogrze­bo­wego wynie­śli jego trumnę – i od tego dnia uczu­cie uświę­ca­ją­cej grozy chro­niło ten pokój od czę­stych odwie­dzin.

 

Niska oto­mana, na któ­rej zosta­wiły mnie jak przy­kutą Bes­sie i zło­śliwa Abbot, stała bli­sko mar­mu­ro­wego kominka; łóżko wzno­siło się przede mną; po pra­wej ręce umiesz­czona była wysoka ciemna szafa, któ­rej błysz­cząca powierzch­nia zała­my­wała odbla­ski świa­tła; po lewej znaj­do­wały się udra­po­wane okna; wiel­kie lustro pomię­dzy oknami odbi­jało opusz­czony maje­stat łóżka i pokoju. Nie byłam zupeł­nie pewna, czy one zamknęły drzwi na klucz, i gdy odwa­ży­łam się poru­szyć, wsta­łam i poszłam się prze­ko­nać. Nie­stety, tak; żadne wię­zie­nie nie mogło być pew­niej­sze. Wra­ca­jąc, musia­łam przejść obok lustra; mój wzrok, jakby urze­czony, spo­czął na nim bez­wied­nie. Wszystko wyglą­dało w lustrze zim­niej­sze niż w rze­czy­wi­sto­ści, a dziwna mała figurka patrząca stam­tąd na mnie, z białą twa­rzą i bia­łymi rękami, jak plamy w ciem­no­ści, i błysz­czą­cymi, wystra­szo­nymi oczami, poru­sza­jąca się nie­śmiało tam, gdzie wszystko tonęło w nie­ru­cho­mo­ści, zro­biła na mnie wra­że­nie praw­dzi­wego ducha; pomy­śla­łam, że podobna jest do tych zjaw, co to są niby boginki, niby cho­chliki, które wedle wie­czor­nych opo­wia­dań Bes­sie wycho­dzą z odlud­nych, papro­cią zaro­słych zakąt­ków wśród wrzo­so­wisk i jawią się spóź­nio­nym podróż­nym. Powró­ci­łam na swoje miej­sce.

Strach zabo­bonny już w tej chwili zaczy­nał mnie ogar­niać, ale nie była to jesz­cze godzina jego zupeł­nego zwy­cię­stwa: czu­łam jesz­cze cie­płą krew w sobie; nastrój zbun­to­wa­nego nie­wol­nika krze­pił mnie gorzką mocą; musia­łam wpierw zata­mo­wać szybki pęd myśli bie­gną­cej wstecz, zanim­bym się ugięła przed straszną chwilą obecną.

Cała bru­talna tyra­nia Johna Reeda, dumna obo­jęt­ność jego sióstr, odraza ich matki, stron­ni­czość służby, wszystko to burzyło się w mojej zanie­po­ko­jo­nej duszy jak brudny osad w zamą­co­nej studni. Dla­czego ja mam zawsze cier­pieć, zawsze być upo­ka­rzana, zawsze oskar­żana, na zawsze potę­piona? Dla­czego nie mogłam ni­gdy nikomu dogo­dzić? Dla­czego darem­nie sta­ra­łam się pozy­skać czy­je­kol­wiek względy? Elizę, która była uparta i samo­lubna, sza­no­wano. Geo­r­gia­nie, roz­piesz­czo­nej, kapry­śnej, skwa­szo­nej, kłó­tli­wej i aro­ganc­kiej w obej­ściu, ogól­nie pobła­żano. Jej uroda, różowe policzki i złote loki naj­wi­docz­niej zachwy­cały każ­dego, kto na nią patrzył, i zapew­niały bez­kar­ność. Joh­nowi nikt się nie sprze­ci­wiał, tym bar­dziej nikt go nie karał, cho­ciaż ukrę­cał główki gołę­biom, zabi­jał małe pawięta, szczuł owce psami, wino­grona w cie­plarni ogo­ła­cał z owo­ców, obła­my­wał pączki naj­rzad­szych roślin w oran­że­rii; mówił do matki „moja stara”, nie­kiedy urą­gał jej, że ma brzydką, ciemną cerę, taką, jak on sam miał; szorstko opie­rał się wszel­kim jej życze­niom, nie­raz roz­darł lub spla­mił jej jedwabną suk­nię, a jed­nak był zawsze jej „naj­droż­szym kocha­niem”. Ja nie ośmie­la­łam się w niczym zawi­nić, usi­ło­wa­łam speł­niać wszyst­kie swoje obo­wiązki, a jed­nak od rana do połu­dnia i od połu­dnia do wie­czora nazy­wano mnie nie­grzeczną i nudną, kwa­śną i skrytą.

Głowa wciąż mnie jesz­cze bolała i krwa­wiła od ude­rze­nia i upadku. Nikt nawet nie zga­nił Johna za to, że mnie nie­słusz­nie ude­rzył, lecz gdy w obro­nie przed dal­szym bez­pod­staw­nym gwał­tem zwró­ci­łam się prze­ciw niemu, spa­dło na mnie ogólne potę­pie­nie.

„Co za nie­spra­wie­dli­wość! Co za nie­spra­wie­dli­wość!” – wołał mój rozum, pobu­dzony przez ból do przed­wcze­snej, choć przej­ścio­wej prze­ni­kli­wo­ści, i pod­nie­cona doznaną krzywdą szu­ka­łam w myśli jakichś nie­zwy­kłych spo­so­bów wydo­by­cia się z tego nie­zno­śnego uci­sku. Prze­my­śli­wa­łam, czyby nie uciec, a gdyby to oka­zało się nie­moż­liwe, czyby nie prze­stać jeść i pić i w ten spo­sób umrzeć.

Jakaż roz­terka tar­gała moją duszą tego okrop­nego popo­łu­dnia! Jak mózg mój wrzał nie­po­ko­jem, a serce bun­tem! A jed­nak w jakiej ciem­nicy i głę­bo­kiej nie­świa­do­mo­ści toczyła się ta walka duchowa! Nie mogłam zna­leźć odpo­wie­dzi na wciąż powra­ca­jące pyta­nie: dla­czego ja tak cier­pię; teraz z odle­gło­ści tylu lat znaj­duję ją łatwo.

Byłam dyso­nan­sem w Gate­shead Hall; do nikogo tam nie byłam podobna; nie mia­łam nic wspól­nego z panią Reed, jej dziećmi i dobra­nymi przez nią domow­ni­kami. Jeżeli oni mnie nie kochali, to i ja rów­nież ich nie kocha­łam. Nie mieli obo­wiązku kochać stwo­rze­nia, które nie mogło myśleć tak jak oni; stwo­rze­nia tak odręb­nego, tak krań­cowo róż­nią­cego się od nich tem­pe­ra­men­tem, zdol­no­ściami, skłon­no­ściami; stwo­rze­nia nie­po­trzeb­nego, nie­mo­gą­cego słu­żyć ich inte­re­som lub przy­spa­rzać im przy­jem­no­ści; szko­dli­wego stwo­rze­nia, noszą­cego w duszy zarodki obu­rze­nia za ich trak­to­wa­nie, pogardę dla ich sądu. Wiem, że gdy­bym była dziec­kiem żwa­wym, weso­łym, nie­dba­łym, wyma­ga­ją­cym, ład­nym, roz­pusz­czo­nym, choć rów­nie zależ­nym i rów­nie bez przy­ja­ciół, pani Reed chęt­niej zno­si­łaby moją obec­ność, dzieci jej oka­zy­wa­łyby mi wię­cej ser­decz­no­ści, kole­żeń­skich uczuć, a służba mniej byłaby skłonna robić ze mnie kozła ofiar­nego w dzie­cin­nym pokoju.

Świa­tło dzienne w czer­wo­nym pokoju zaczy­nało zani­kać. Było już po czwar­tej, a chmurne popo­łu­dnie chy­liło się ku posęp­nemu zmro­kowi. Sły­sza­łam, jak kro­ple desz­czu bez­u­stan­nie biją w okno nad scho­dami, jak wiatr wyje pośród klom­bów za domem; czu­łam, że stop­niowo ziębnę na kość, a wtedy opu­ściła mnie odwaga. Zwy­kły mój nastrój upo­ko­rze­nia, powąt­pie­wa­nia we wła­sne siły, smut­nej depre­sji opadł jak wil­gotna mgła na doga­sa­jące ogni­sko mojego gniewu. Wszy­scy mówią, że jestem zła, a może to rze­czy­wi­ście prawda? Jakiż to pomysł mia­łam przed chwilą? Zagło­dzić się na śmierć? Prze­cież to z pew­no­ścią byłaby zbrod­nia; a czy jestem przy­go­to­wana na śmierć? I czy krypta pod amboną w kościele w Gate­shead jest ponęt­nym schro­nie­niem? Mówiono mi, że w takiej kryp­cie pocho­wano pana Reeda. Ta myśl przy­wio­dła mi go na pamięć; z coraz więk­szym lękiem roz­my­śla­łam teraz o nim. Nie mogłam go pamię­tać, ale wie­dzia­łam, że był moim rodzo­nym wujem, bra­tem mojej matki, że wziął mnie do swo­jego domu, gdy byłam małym dziec­kiem, sie­rotą zupełną; że na łożu śmierci wymógł na pani Reed obiet­nicę, że będzie mnie cho­wała i utrzy­my­wała jak wła­sne dziecko. Pani Reed praw­do­po­dob­nie uwa­żała, że dotrzy­muje obiet­nicy; i dotrzy­my­wała jej nie­za­wod­nie tak, jak na to pozwa­lała jej natura; ale w isto­cie jakże mogła lubić narzu­cone sobie dziecko nie z jej rodu, nie­zwią­zane z nią po śmierci męża żad­nymi wię­zami? Musiało jej być ciężko czuć się znie­wo­loną wymu­szo­nym przy­rze­cze­niem do zastę­po­wa­nia matki obcemu dziecku, któ­rego kochać nie mogła, i widzieć to tak odmienne, obce stwo­rze­nie sta­łym uczest­ni­kiem jej rodzin­nego kółka.

Szcze­gólna myśl zaczęła we mnie świ­tać. Nie wąt­pi­łam, tak, nie wąt­pi­łam ni­gdy, że gdyby pan Reed żył, obcho­dziłby się ze mną dobro­tli­wie; a teraz, gdym tak sie­działa, patrząc na białe łóżko i ciem­nie­jące ściany – raz po raz jak urze­czona spo­glą­da­jąc ku nie­ja­sno poły­sku­ją­cemu zwier­cia­dłu – zaczę­łam sobie przy­po­mi­nać, co sły­sza­łam o umar­łych, nie­mo­gą­cych zaznać spo­koju w gro­bach, kiedy się pogwałca ich ostat­nie życze­nia, i odwie­dza­ją­cych ten świat, ażeby uka­rać wia­ro­łom­nych i pomścić uci­śnio­nych. Pomy­śla­łam, że duch pana Reeda, drę­czony krzywdą dziecka jego sio­stry, mógłby opu­ścić swoją sie­dzibę – czy to w kryp­cie kościel­nej, czy gdzieś w nie­zna­nym świe­cie umar­łych – i sta­nąć przede mną w tym oto pokoju. Otar­łam łzy i powstrzy­ma­łam łka­nie w oba­wie, by ten objaw gwał­tow­nego żalu nie zbu­dził jakie­goś nad­na­tu­ral­nego głosu ku memu pocie­sze­niu albo nie wywo­łał z mroku twa­rzy w aure­oli, schy­la­ją­cej się nade mną z dziwną lito­ścią. Czu­łam, że przy­pusz­cze­nie to, pocie­sza­jące teo­re­tycz­nie, byłoby straszne, gdyby się ziściło; całą mocą sta­ra­łam się je ode­gnać, sta­ra­łam się być odważna. Odgar­nąw­szy włosy z oczu, pod­nio­słam głowę i usi­ło­wa­łam śmiało rozej­rzeć się po ciem­nym pokoju. W tej chwili jakieś świa­tło zaja­śniało na ścia­nie. „Czy to pro­mień księ­życa – zada­łam sobie pyta­nie – prze­dziera się przez szparę w żalu­zji?” Nie; świa­tło księ­życa byłoby nie­ru­chome, a to się poru­sza; gdym na nie patrzyła, prze­su­nęło się na sufit i zadrżało nad moją głową. Łatwo dziś mogę zro­zu­mieć, że ta smuga świa­tła naj­praw­do­po­dob­niej pocho­dziła z latarni nie­sio­nej przez kogoś, kto prze­cho­dził pod oknami; wtedy jed­nak, ocze­ku­jąc rze­czy strasz­nych, mając nerwy roz­bite z powodu wstrząsu, wyobra­zi­łam sobie, iż ten nagły błysk świa­tła to zwia­stun nad­cią­ga­ją­cej zjawy z dru­giego świata. Serce zabiło we mnie mocno, krew ude­rzyła mi do głowy, w uszach poczu­łam szum, który wzię­łam za szum skrzy­deł; wydało mi się, że coś się do mnie zbliża; tchu nie mogłam zła­pać, nie star­czyło mi wytrzy­ma­ło­ści; rzu­ci­łam się do drzwi i zaczę­łam roz­pacz­li­wym wysił­kiem szar­pać klamkę. Wzdłuż kory­ta­rza usły­sza­łam kroki; obró­cono klucz w zamku i weszła Bes­sie z Abbot.

– Panno Eyre, czy panienka chora? – zapy­tała Bes­sie.

– Co za straszny hałas! Aż mną zatrząsł – zawo­łała Abbot.

– Wypuść­cie mnie! Pozwól­cie mi pójść do dzie­cin­nego pokoju! – krzy­cza­łam.

– Dla­czego? Czy się panience co stało? Czy panienka co zoba­czyła? – znowu zapy­tała Bes­sie.

– Ach! Zoba­czy­łam świa­tło i myśla­łam, że to duch przy­cho­dzi! – chwy­ci­łam teraz rękę Bes­sie, któ­rej mi nie cof­nęła.

– Ona umyśl­nie wrzesz­czała – oświad­czyła, krzy­wiąc się Abbot. – A co to był za wrzask! Gdyby ją coś bar­dzo bolało, można by to jesz­cze daro­wać, ale ona tylko chciała ścią­gnąć nas wszyst­kich tutaj; już ja znam jej miłe sztuczki!

– Co się tutaj dzieje? – zapy­tał inny głos wład­czo; to pani Reed nade­szła kory­ta­rzem w roz­wią­za­nym cze­peczku, groź­nie szu­miąc jedwa­biami. – Abbot, Bes­sie, zdaje się, że wyda­łam roz­kaz, aby Jane pozo­stała w czer­wo­nym pokoju, dopóki ja sama do niej nie przyjdę.

– Panna Jane krzy­czała tak gło­śno, pro­szę pani – tłu­ma­czyła się Bes­sie.

– Puść ją – brzmiała odpo­wiedź. – Puść rękę Bes­sie, dziecko; nie uda ci się wydo­stać stąd tym spo­so­bem, bądź pewna. Nie zno­szę chy­tro­ści, zwłasz­cza u dzieci. Mam obo­wią­zek poka­zać ci, że pod­stępne sztuczki na nic się nie zda­dzą; zosta­niesz tu jesz­cze o godzinę dłu­żej, a wypusz­czę cię tylko wtedy, kiedy będziesz ule­gła i cicha.