Opowieść wigilijna

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Opowieść wigilijna
Opowieść wigilijna
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 32,99  26,39 
Opowieść wigilijna
Audio
Opowieść wigilijna
Audiobook
Czyta Michał Klawiter
9,99 
Szczegóły
Audio
Opowieść wigilijna
Audiobook
Czyta Andrzej Blumenfeld, Andrzej Ferenc, Grzegorz Damięcki, Joanna Jużewska, Milena Suszyńska, Monika Węgiel, Robert Kuraś
17,50 
Szczegóły
Opowieść wigilijna
Audiobook
Czyta Zbigniew Zapasiewicz
25 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

W biurze

W domu

Pierwszy z trzech duchów

Drugi z trzech duchów

Duch ostatni

Przebudzenie

Tytuł oryginału:

A Christmas Carol

Projekt okładki: Artur Piątek

© by Siedmioróg, 2021

Żaden fragment książki nie może być powielany ani reprodukowany w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-8279-209-6

Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg

www.siedmiorog.pl

Konwersja: eLitera s.c.

W BIURZE

Scrooge i Marley byli wspólnikami od niepamiętnych czasów. Prowadzili dom handlowy i instytucję finansową pod szyldem „Scrooge & Marley”. Pewnego dnia Marley umarł, co nie zmąciło specjalnie umysłu przykładnego wspólnika – bynajmniej – właśnie podczas pogrzebu Scrooge obmyślił plan doskonałego interesu, który przyniósł mu piękny dochód.


Scrooge zasłynął w Londynie jako skąpiec nad skąpcami, umiał on wyrwać, wykręcić, wydusić, a nigdy nie wypuścić, co raz dostał w swoje pazury. Ostry jak brzytwa, twardy jak krzemień, był przy tym milczący i zamknięty w sobie. Lodowaty chłód serca skurczył mu oblicze, ścisnął spiczasty nos, pomarszczył czoło, zapalił oczy zimnym blaskiem, zacisnął mocno sine usta, a całą jego sylwetkę uczynił podobną do ostrego gwoździa.

Pewnego dnia, a był to najpiękniejszy ze wszystkich dni roku, Wigilia Bożego Narodzenia, stary Scrooge, bardzo zajęty, siedział w swoim biurze. Zimno było dotkliwe i przenikające, czas mglisty; Scrooge mógł wyraźnie słyszeć, jak przechodnie starali się ogrzać, chuchając w palce, rozcierając ręce, przytupując nogami. Na wieży wybiła godzina trzecia, a było już zupełnie ciemno.

Drzwi do pokoju były otwarte, bo Scrooge nie chciał spuścić z oka buchaltera, siedzącego w malutkim sąsiednim pokoiku, w którym przepisywał listy. W pokoju Scrooge’a tlił się maleńki ogień – lecz w izbie księgowego na garstce popiołu żarzył się zaledwie jeden węgielek. Nie śmiał biedak położyć więcej, tym bardziej że kosz z węglami stał w pokoju pryncypała.

– Wesołych świąt, wujaszku, niech cię Bóg błogosławi! – rozległ się nagle młody i dźwięczny głos. Był to głos siostrzeńca Scrooge’a, który wpadł niespodzianie, zacierając ręce.


– Ba – rzekł Scrooge – nie pleć głupstw!

– Święta Bożego Narodzenia, wujaszku, to nie są głupstwa.

– Owszem, są – rzekł Scrooge. – I nie upoważniają cię do tego, żebyś się oddawał rujnującej wesołości! I tak jesteś dosyć ubogi.

– No, no! – odpowiedział siostrzeniec. – A jakim prawem ty, wujaszku, jesteś taki smutny? Dlaczego w taki dzień zajmujesz się nudnymi rachunkami? I tak jesteś dosyć bogaty.

– Znowu pleciesz głupoty – zawołał Scrooge. – Czym jest tak naprawdę to twoje Boże Narodzenie? Chwilą rozrzutności i zaciągania długów, których później nie będziesz umiał spłacić. Idź do licha z twoją wesołością!

– Boli mnie, bardzo mnie boli twoja zaciętość, wuju. Przyszedłem dziś do ciebie dla uczczenia święta Bożego Narodzenia i pomimo przykrości, jaka mnie tu spotkała, będę się cieszył i radował. Tak więc, wuju, życzę ci świąt wesołych!

– Dobranoc! – syknął Scrooge.

Nie mówiąc już ani słowa, siostrzeniec wyszedł z pokoju. Zatrzymał się jeszcze chwilkę przed drzwiami buchaltera, aby powtórzyć mu swoje życzenia, a biedny człowiek, choć do szpiku kości przemarznięty, goręcej je przyjął od starego Scrooge’a i dziękując serdecznie, wyprowadził gościa aż do sieni.

– Następny głupiec! – mruknął Scrooge z gniewem, zabierając się na nowo do pracy. – Mój księgowy, nędzarz, zarabiający 15 szylingów tygodniowo, obarczony żoną i dzieciakami, mówi o wesołych świętach! Dalibóg, w domu wariatów są chyba rozsądniejsi ludzie.

Nadeszła wreszcie chwila zamknięcia biura.

Scrooge podniósł się z krzesła, dając tym samym znak księgowemu, że może już skończyć pracę. Biedak od dawna wyczekiwał tej chwili. Zgasił szybko świecę, owinął szyję długim szalikiem i wziął do ręki kapelusz.

– Pewnie jutro chciałby pan mieć wolne? – rzekł Scrooge z nieukrywaną zgryźliwością.


– Jeżeli nie ma pan nic przeciwko temu…

– Mam bardzo wiele. A pana, widzę, nic nie obchodzi krzywda i strata, jaką ponoszę, płacąc za dzień, w którym nie będę miał z pana żadnego pożytku.

Buchalter ośmielił się zwrócić swojemu pracodawcy uwagę, że to się zdarza tylko raz do roku.

– Wielka mi racja! Dziwne usprawiedliwienie bezkarnego sięgania do cudzej kieszeni, tylko dlatego że jest to 25 grudnia – odpowiedział Scrooge, zapinając surdut pod szyję. – No, cóż robić, muszę darować panu jutrzejszy dzień, proszę tylko wynagrodzić mi tę stratę i następnego dnia przyjść do biura wcześniej niż zwykle.

Księgowy przyrzekł uroczyście, a Scrooge wyszedł, wzruszając ramionami i pomrukując o lenistwie i próżniactwie pracowników. W mgnieniu oka biuro zamknięto, buchalter spiesznie wyszedł i ciągle przyspieszając kroku, zmierzał w kierunku domu, w nadziei, że zdąży jeszcze pobawić się z dziećmi w ciuciubabkę.


W DOMU

Scrooge zjadł lichy obiad w lichej restauracji, w której zwykł się stołować. Po przeczytaniu wszystkich gazet i uprzyjemnieniu sobie wieczoru przeliczeniem w głowie zysków osiągniętych tego dnia tuż przed północą wstał od stołu i poszedł do siebie do domu, aby położyć się spać.

Mieszkał w ponurej kamienicy położonej w zaułku małej, zapuszczonej uliczki. Budynek był stary i złowieszczo ponury, tym bardziej że nikt w nim nie mieszkał, oprócz Scrooge’a. Pozostałe lokale wynajmowano na biura kupieckie i magazyny. Dziedziniec był tak ciemny, że nawet Scrooge, który znał doskonale niemal każdy kamyk, musiał iść po omacku, pomagając sobie rękami. Scrooge dotarł wreszcie do bramy, włożył klucz do zamka, kiedy nagle ujrzał na kołatce nie okrągły młotek, ale… twarz Marleya!


Tak jest – twarz Marleya. Nie był to zamglony cień, jak inne przedmioty znajdujące się na dziedzińcu – przeciwnie, zjawisko okolone było jaskrawym blaskiem. Twarz Marleya nie wyrażała gniewu – widmo patrzało na Scrooge’a, jak to zwykle czynił Marley, spod podniesionych na czoło okularów. Włosy rozrzucone dziwacznie, jak gdyby za podmuchem wiatru, a choć oczy były otwarte, stały słupem, najzupełniej nieruchome. Te oczy, w połączeniu z grobową bladością, czyniły tę twarz straszną. Scrooge z uwagą wpatrywał się w okropne widziadło, aż ujrzał po prostu – kołatkę.

Byłoby kłamstwem twierdzić, że Scrooge się nie przeraził, że nie ogarnęło go bardzo przykre uczucie, jakiego nie doznał już od wielu lat – wkrótce jednak ochłonął, przekręcił klucz i wszedł do sieni.

– Co za głupstwa chodzą mi po głowie! – wykrzyknął i gwałtownie zatrzasnął za sobą drzwi do budynku. Łoskot i stuk wstrząsnął jak grom całym domem. Każde mieszkanie na każdym piętrze, każda beczka w piwnicy handlarza win wydały odgłos w tym olbrzymim koncercie huku. Jednak Scrooge nie należał do ludzi, których echo może przerazić. Zapalił świeczkę, przeszedł sień i wszedł na schody. Były to szerokie staroświeckie schody, które malutka świeczka ledwie oświetlała. Scrooge’owi niewiele to jednak przeszkadzało. Ciemność niewiele kosztuje, więc Scrooge bardzo ją szanował. Dotarł do mieszkania, otworzył drzwi i zaczął lustrować pokoje, aby się przekonać, czy wszystko jest w porządku.

Salon, pokój sypialny, skład rupieci i gratów, wszystko znajdowało się na swoim miejscu. Zajrzał pod stół – nikogo, nikogo pod kanapą. Zupełnie uspokojony, popchnął zasuwkę, przekręcił klucz dwa razy w zamku; tak zabezpieczony od wszelkich niespodzianek rozebrał się, zdjął krawat, włożył szlafrok, pantofle, szlafmycę i zasiadł przed kominkiem, aby wypić przygotowany wcześniej kleik.

W pewnej chwili podniósł oczy w górę, a jego wzrok trafił przypadkiem na wiszący nad kominkiem dzwonek. Z przerażeniem stwierdził, że dzwonek zaczyna się poruszać, z początku bardzo wolno, wydając dźwięk cichy, stłumiony, potem coraz silniej, gwałtowniej, wreszcie wibrował i dzwonił na całe mieszkanie.

 

Dzwonek nagle zamilkł. Ale ciszę przerwał teraz inny odgłos, wydobywający się głucho z otchłani, jak gdyby ktoś przeciągał długi żelazny łańcuch po wszystkich beczkach złożonych w piwnicy winiarza. Scrooge przypomniał sobie opowiadanie swojej niańki o domach, w których straszy. Duchy ciągną zawsze za sobą więzy i okowy.

– Głupstwo, głupstwo! Wszystko to jedno wielkie głupstwo! Po prostu uroiłem sobie jakieś bzdury.

Zbladł jednak, gdy ujrzał straszne widmo przeciskające się do mieszkania przez zamknięte drzwi. Widmo ciągnęło za sobą długi łańcuch, który okalał mu biodra – okręcał się wokół nich kilkakrotnie i zwisał z tyłu, tworząc coś w rodzaju ogona, składającego się z dziwacznej mieszaniny skutych razem rygli, kłódek, kluczy i ksiąg rachunkowych opatrzonych mosiężnymi klamrami. Maleńki ogienek na kominku wzmógł się gwałtownie, a w trzasku węgli dało się wyraźnie słyszeć: „Poznaję go, poznaję – to widmo Marleya”. Potem ogień nagle opadł.


Scrooge wciąż jeszcze nie chciał wierzyć.

– Co to ma znaczyć? – rzekł zimno. – Czego tu szukasz, zjawo?

– Wiele! bardzo wiele!

To głos Marleya! Nie ma żadnej wątpliwości.

– Kim jesteś?

– Zapytaj lepiej, kim byłem.

– Kimże więc byłeś? – rzekł Scrooge, podnosząc głos. – Jak na upiora, zbyt dowcipnie chwytasz mnie za słówka.

– Za życia byłem twoim wspólnikiem – zwałem się Jakub Marley.

– Nie wierzę – odpowiedział Scrooge.

– Czy wątpisz w poprawność własnego wzroku, słuchu?

– Wątpię, ponieważ najmniejsza rzecz może spowodować złudzenie: lekka niestrawność działa na zmysły i może jesteś po prostu niedogotowanym kawałkiem wołowiny?

Scrooge nigdy nie dowcipkował, tym razem uciekł się do tego wybiegu, aby zyskać na czasie, zebrać myśli, przezwyciężyć strach, gdyż głos widma przejmował go dreszczem i ścinał mu szpik w kościach.

Tymczasem duch zawył przeraźliwie i wstrząsnął łańcuchami, które wydały szczęk przeciągły, grobowy, straszny. Scrooge padł na kolana i zakrył twarz rękoma.

– Litości! – zawołał – litości, straszny cieniu! Dlaczego przyszedłeś mnie dręczyć?

– Duszo znikczemniała – odpowiedziało widmo – wierzysz czy nadal nie wierzysz?

– Wierzę – jęknął Scrooge. – Choć nie rozumiem, po co duchy włóczą się wśród żywych i mnie prześladują.

– Przeznaczeniem człowieka – mówiło widmo – jest żyć wspólnie z innymi ludźmi, razem z nimi pracować dla wspólnego dobra, razem cierpieć w niedoli, dzielić swoje radości i samemu cieszyć się szczęściem innych. Kto żyje wyłącznie dla siebie, ten po śmierci skazany jest na wieczne tułanie (jak ja, nieszczęsny!), staje się martwym świadkiem tych wszystkich spraw i rzeczy, w których nigdy nie brał udziału.

Duch jęknął znowu, zadzwonił łańcuchami i rozpaczliwie załamał ręce.


– A skąd te kajdany? – rzekł Scrooge, drżąc. – I za co?

– Dźwigam ten ciężki łańcuch, który sam kułem dla siebie całe życie – odpowiedziało widmo. – Tak jest, sam dobrowolnie skrępowałem nim moje ciało i teraz będę go dźwigać przez całą wieczność.

Scrooge drżał jak liść.

– A może chciałbyś poznać – mówił dalej dziwny gość – długość i ciężar łańcucha, jaki ty sam ciągniesz za sobą? Siedem lat temu był on równie długi i ciężki jak ten, który tutaj widzisz. Ale przez ostatnie siedem lat dorobiłeś mu sporo ogniw. Piękny musi być teraz!

Scrooge z trwogą obejrzał się za siebie, czy nie ujrzy tam kilkudziesięciu sążni ciężkiego łańcucha, ale nic nie zobaczył.

– Jakubie! – rzekł błagalnie – mój dobry Jakubie Marleyu, powiedz mi coś innego. Daj mi choć słowo nadziei i pociechy.

– Nie przysługuje mi prawo pocieszania. Słowa pocieszenia niosą inni posłańcy i nie takim ludziom jak ty. Ale nie traćmy czasu na czcze gadanie, czasu zostało mi niewiele. Nie wolno mi się nigdzie zatrzymywać na dłużej. Jak sam dobrze wiesz, za życia nigdy nie wybiegałem ani myślą, ani uczuciem poza obręb naszej firmy, nigdy nie przekroczyłem progów naszego biura. Teraz muszę to odpokutować wieczną tułaczką.

– Wieczna tułaczka… – szepnął Scrooge – straszne… straszne… Od siedmiu lat i ciągle w drodze?…

– Tak, bez odpoczynku, bez wytchnienia; wieczne zgryzoty i męki sumienia, rozumiesz? Bez końca będę się tułał i patrzył na to, czego nie chciałem widzieć podczas krótkiego życia. Nie chciałem cieszyć się wspólnym życiem z innymi, tak jak przykazał nam Bóg.


– Byłeś zawsze bardzo sumienny i pracowity – wtrącił Scrooge, który przebiegał myślą własny żywot.

– Interesy! – jęknął duch, znowu załamując ręce. – Robiłem wszystko wyłącznie dla własnej korzyści! Co mnie obchodziła miłość bliźniego, litość, pobłażanie, dobroć – które są najcenniejszymi z wszystkich wartości? Nic! A to one powinny mnie zajmować! Korzyści handlowe, zyski, dorabianie się – czy po to stworzył nas Bóg?! Nie. Życie dla kariery i dorobku jest straszliwą pomyłką! Za którą płaci się wiecznym potępieniem… – Duch wzniósł w górę obciążone okowami ręce, jak gdyby chciał okazać ten bolesny owoc swych prac i wysiłków; następnie z rozpaczą spuścił je ku ziemi…

– Jakubku – rzekł Scrooge płaczliwie – zlituj się nade mną, nie mów już nic, odejdź.

– Nie wiem, za czyją wolą dzisiaj stałem się dla ciebie widzialny. Często bywa, że stoję obok ciebie w niewidzialnej postaci.

Na tę niemiłą wiadomość Scrooge’a przebiegł lodowaty dreszcz, a zimny pot zaczął mu spływać z czoła.

– Dziś przyszedłem cię ostrzec. Pozostał jeszcze słaby promyczek nadziei na to, że unikniesz mojego losu. Tę nadzieję ci przyniosłem, przyjacielu.

– Byłeś zawsze dobrym wspólnikiem, Marleyu… zapisałeś mi cały majątek… – rzekł Scrooge.

Dziwny, okropny uśmiech wykrzywił twarz Marleya, gdy usłyszał te słowa.

– Nawiedzą cię jeszcze trzy duchy – dodało widmo.

Scrooge zbladł jak trup.

– Więc to ma być ta twoja nadzieja, Jakubie? – zapytał konającym głosem.


– Tak. Bez tych odwiedzin nie ma dla ciebie ratunku. Przygotuj się i czekaj pierwszego z nich jutro, gdy na wieży wybije pierwsza po północy.

– A czy nie mogłyby wszystkie trzy przyjść razem? Za jednym zamachem miałbym to z głowy – szepnął Scrooge.

– Drugi zjawi się o tej samej godzinie następnej nocy, a trzeci – w trzecią noc z kolei, kiedy zegar wybije północ. Mnie nie ujrzysz już nigdy, lecz dla własnego dobra zapamiętaj, co zaszło między nami.

Widmo cofało się z wolna w stronę okna… Za każdym jego krokiem coraz wyraźniej słychać było jakieś pomieszane głosy: jęki rozpaczy, skargi, żale i bolesne łkania. Marley wsłuchiwał się przez chwilę w te odgłosy, aż sam zajęczał żałośnie, złączył się z czyśćcowym chórem, po czym wypłynął przez okno i rozpłynął się w ponurej nocy.

Scrooge, pchany jakąś niewytłumaczalną siłą, zbliżył się do okna i wyjrzał na zewnątrz.

Powietrze pełne było błędnych cieni i ogników, wydających w przelocie głębokie westchnienia. Każde widmo dźwigało okowy, podobne do łańcucha Marleya. Ku swojemu zdumieniu Scrooge odkrył, że wiele z nich znał osobiście za czasów, kiedy żyli jeszcze wśród ludzi. Z jednym prowadził nawet niegdyś wspólne interesy – poznał go natychmiast po białej kamizelce, złotych okularach i złośliwym uśmiechu. Miał on u prawej nogi ogromną, ciężką kulę i olbrzymi łańcuch; jęczał i usiłował przyjść z pomocą stojącej na ulicy kobiecie, która żebrała z dzieckiem na ręku. Ale na próżno starał się wyświadczyć dobry uczynek. Teraz wszystko było daremne. Za późno!… za późno!… za późno!…


Czy te straszne istoty rozpłynęły się w mgle, czy je mgła zaczęła osłaniać? Jak by na to nie patrzyć, cienie i głosy niknęły stopniowo, cichły, przepadły gdzieś w przestworach; powróciła noc taka, jaka była w chwili, gdy Scrooge wchodził do mieszkania. Lichwiarz zamknął starannie okno, obejrzał drzwi, przez które prześliznął się wcześniej duch. Zamknięte były na dwa spusty, klamka, klucz i zasuwka były na swoim miejscu. Scrooge zawlókł się do łóżka, rzucił na nie, nie rozbierając, i padł, pogrążony w letargicznym śnie.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?