W obronie lewicowego populizmu

Tekst
Z serii: SERIA IDEE
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Seria Idee [68]

Seria wprowadza w polski obieg idei najważniejsze prace z zakresu filozofii i socjologii politycznej, teorii kultury i sztuki. W serii publikowane są przekłady, a także prace polskich autorów oraz wznowienia. Jej głównym celem jest systematyczna budowa intelektualnej bazy dla ruchów lewicowych oraz aktywne włączanie w polskie debaty publiczne nowych dyskursów krytycznych. Chodzi o radykalną zmianę języka publicznego, a co za tym idzie – sposobów myślenia o najistotniejszych kwestiach współczesności.

Ernestowi

Powtórzę więc tylko, że jest rzeczą jak najbardziej prawdziwą i znajdującą potwierdzenie w historii, iż ludzie mogą pomagać fortunie, ale nie mogą jej się sprzeciwiać; mogą splatać przędzone nią nici, ale nie mogą ich zrywać. Nie wolno im jednak nigdy opuszczać rąk. Nie znają zamysłów fortuny ani jej dróg zawiłych i tajemnych i dlatego nie powinni nigdy tracić nadziei, nie powinni nigdy zaprzestawać swych wysiłków, choćby spotkało ich największe nieszczęście i trapiła najgorsza udręka.

Niccolò Machiavelli, Rozważania nad pierwszym dziesięcioksięgiem historii Rzymu Liwiusza[1]

[1] Przeł. Krzysztof Żaboklicki, Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2009, s. 235.

Wstęp

U źródeł tej książki leży moje przekonanie, że lewica musi pilnie zrozumieć naturę dzisiejszej koniunktury i wyzwanie, jakim jest „moment populistyczny”. Jesteśmy świadkami kryzysu sprawującej hegemonię formacji neoliberalnej, a kryzys ten stwarza możliwość budowy bardziej demokratycznego porządku. Aby wykorzystać tę okazję, musimy koniecznie zrozumieć naturę przemian, które zaszły w ciągu ostatnich trzydziestu lat, i konsekwencje, jakie niosą one dla demokratycznej polityki.

Jestem przekonana, że stan chaosu, w którym jest tak wiele partii socjalistycznych i socjaldemokratycznych, wynika z tego, że trzymają się one kurczowo nieodpowiedniej koncepcji polityki – takiej, której krytyka od wielu lat stoi w centrum moich rozważań. Rozpoczęłam ją w książce Hegemonia i socjalistyczna strategia. Przyczynek do projektu radykalnej polityki demokratycznej, napisanej wspólnie z Ernestem Laclau i wydanej w 1985 roku.

Motywowało nas wówczas, że polityka lewicowa, zarówno w wersji marksistowskiej, jak i socjaldemokratycznej, nie była w stanie zrozumieć całej serii ruchów społecznych, które pojawiły się w następstwie rewolucji 1968 roku. Ruchy te związane były z oporem wobec rozmaitych form dominacji, których nie dało się ująć w kategoriach klasowych. Druga fala feminizmu, ruch gejowski, walka z rasizmem i kwestie związane ze środowiskiem naturalnym dogłębnie odmieniły panoramę polityki, jednak tradycyjne partie lewicowe nie umiały odpowiedzieć na oczekiwania tych ruchów, ponieważ nie były w stanie uznać, że miały one charakter polityczny. Postanowiliśmy zbadać przyczyny takiej sytuacji z zamiarem znalezienia sposobu przezwyciężenia tych słabości.

Prędko zdaliśmy sobie sprawę, że przeszkody, które należało pokonać, wiązały się z esencjalistyczną perspektywą dominującą w lewicowym myśleniu. Zgodnie z tym podejściem, które nazwaliśmy „esencjalizmem klasowym”, tożsamości polityczne podmiotów społecznych wynikają z ich pozycji w relacjach produkcji, a pozycja ta określa zarazem interesy owych podmiotów. Nic dziwnego, że przyjmując taką perspektywę, nie dało się zrozumieć oczekiwań, które nie opierały się na kategorii „klasy”.

Ważną część książki poświęciliśmy wtedy na obalenie podejścia esencjalistycznego, do czego posłużyły nam spostrzeżenia zapożyczone z poststrukturalizmu. Łącząc je z obserwacjami Antonia Gramsciego, sformułowaliśmy alternatywne podejście „antyesencjalistyczne”, w ramach którego można zrozumieć wielość walk przeciwko różnym formom dominacji. Aby wyrazić w sposób polityczny takie sformułowanie dążeń, zaproponowaliśmy przedefiniowanie projektu socjalistycznego w kategoriach „radykalizacji demokracji”.

Nasz projekt polegał na ustanowieniu „łańcucha ekwiwalencji”, wyrażającego żądania klasy pracującej w połączeniu z żądaniami nowych ruchów, tak by skonstruować „wolę zbiorową” w celu utworzenia tego, co Gramsci zwał „hegemonią ekspansywną”. Formułując projekt lewicowy w kategoriach „radykalnej i pluralistycznej demokracji”, wpisaliśmy go w szersze pole demokratycznej rewolucji, wskazując, że wiele walk o emancypację ugruntowanych jest na pluralizmie podmiotów społecznych i ich walk. Pole konfliktu społecznego zostało tym samym poszerzone, zamiast koncentrować się na „podmiocie uprzywilejowanym”, takim jak klasa pracująca. Żeby było jasne: wbrew niektórym nieszczerym interpretacjom tego, co chcieliśmy powiedzieć, nie oznacza to, że nadajemy prymat żądaniom nowych ruchów kosztem oczekiwań klasy pracującej. Podkreślaliśmy jedynie, że lewicowa polityka musi wyrażać walki dotyczące różnych form podporządkowania, nie nadając a priori żadnej z nich centralnego znaczenia.

Wskazywaliśmy również, że poszerzenie i radykalizacja walk demokratycznych nie doprowadzi nigdy do w pełni wolnego społeczeństwa, a projektu emancypacyjnego nie można już rozumieć jako eliminacji państwa. Zawsze bowiem będą występowały antagonizmy, walki i częściowa nieprzejrzystość tego, co społeczne. To dlatego musieliśmy porzucić mit komunizmu jako społeczeństwa transparentnego i żyjącego w harmonii, co w oczywisty sposób miało się wiązać z końcem polityki.

Książka została napisana w koniunkturze naznaczonej kryzysem hegemonicznej formacji socjaldemokratycznej ugruntowanej po II wojnie światowej. Wartości socjaldemokratyczne były wówczas kwestionowane przez neoliberalną ofensywę, wciąż jednak miały jeszcze wpływ na kształtowanie zdroworozsądkowych postaw w Europie Zachodniej. Naszym celem było wyobrażenie sobie, jak można ich bronić i, co więcej, dokonać ich radykalizacji. Niestety, kiedy w 2000 roku ukazało się drugie wydanie Hegemonii i socjalistycznej strategii, w nowym wstępie do książki zauważyliśmy, że w ciągu piętnastu lat, jakie minęły od pierwszego wydania, nastąpił tak naprawdę poważny regres. Pod pretekstem modernizacji coraz więcej partii socjaldemokratycznych porzucało swoją tożsamość „lewicową”, eufemistycznie określając się na nowo jako „centrolewica”.

Tę właśnie nową sytuację analizowałam w Polityczności[2], która ukazała się w roku 2005. Badałam w tej książce wpływ „trzeciej drogi”, ujętej teoretycznie w Wielkiej Brytanii przez Anthony’ego Giddensa, a praktykowanej tam przez Tony’ego Blaira i jego Nową Partię Pracy. Pokazałam, że nowy centrolewicowy rząd, akceptując hegemoniczną przestrzeń ustanowioną przez Margaret Thatcher wokół dogmatu, że nie ma alternatywy dla neoliberalnej globalizacji, czyli jej słynnej „TINA”, wprowadził w efekcie w życie to, co Stuart Hall nazwał „socjaldemokratyczną wersją neoliberalizmu”. Twierdząc, że antagonistyczny model polityki oraz podział na lewicę i prawicę stał się zbędny, a jednocześnie wychwalając „konsensus centrum” między centroprawicą i centrolewicą, tak zwane radykalne centrum upowszechniało technokratyczną formę polityki, w której nie było miejsca na konfrontację między partiami, a jedynie na neutralne zarządzanie sprawami publicznymi.

Jak mawiał Tony Blair: „Nie chodzi o wybór między lewicową a prawicową polityką gospodarczą, lecz o wybór między złą a dobrą polityką”. Neoliberalną globalizację postrzegano jako los, z którym należy się pogodzić, a sprawy polityki ograniczono do zwykłych kwestii technicznych, z którymi mieli sobie radzić eksperci. Obywatelom nie pozostawiono miejsca na realny wybór między różnymi projektami politycznymi, a ich rolę ograniczono do akceptowania „racjonalnej” polityki wypracowanej przez ekspertów.

W odróżnieniu od tych, którzy oceniali to jako postęp dojrzewającej demokracji, ja twierdziłam, że ta „postpolityczna” sytuacja była źródłem narastającej stopniowo niechęci do instytucji demokratycznych, a jej efektem była coraz niższa frekwencja wyborcza. Przestrzegałam również przed coraz częstszymi sukcesami prawicowych partii populistycznych, stwarzającymi pozór, że proponują alternatywę, która oddawałaby ludziom głos odebrany przez elity establishmentu. Przekonywałam, że należy skończyć z postpolitycznym konsensusem i wzmocnić partyjny charakter polityki, tak by stworzyć warunki dla „agonistycznej” debaty o możliwych alternatywach.

W tamtym czasie – teraz zdaję sobie z tego sprawę – wciąż myślałam, że można przekształcić partie socjalistyczne i socjaldemokratyczne tak, by zrealizowały projekt radykalizacji demokracji, który proponowaliśmy w Hegemonii i socjalistycznej strategii.

Rzecz jasna tak się nie stało, a partie socjaldemokratyczne w większości zachodnioeuropejskich demokracji powoli chyliły się ku upadkowi, podczas gdy prawicowe partie populistyczne poczyniły znaczne postępy. Kryzys 2008 roku uwypuklił jednak sprzeczności tkwiące w modelu neoliberalnym i dziś neoliberalną formację hegemoniczną podważają rozmaite ruchy antyestablishmentowe zarówno z prawej, jak i z lewej strony. Tę nową koniunkturę, którą będę nazywać „momentem populistycznym”, zamierzam przeanalizować w tej książce.

Główny argument książki sprowadza się do tego, że aby zabrać głos podczas kryzysu hegemonicznego, trzeba ustanowić podział polityczny, a lewicowy populizm, rozumiany jako dyskursywna strategia konstrukcji politycznego podziału między „ludem” a „oligarchią”, ustanawia w obecnej koniunkturze taki typ polityki, jaki potrzebny jest do odbudowy i pogłębienia demokracji.

 

Gdy pisałam Polityczność, sugerowałam odnowienie podziału na lewicę i prawicę, ale teraz jestem przekonana, że w tradycyjnej konfiguracji podział ten nie jest już w stanie odpowiednio wyrazić zbiorowej woli, która zawiera w sobie rozmaitość stawianych dziś demokratycznych żądań. Moment populistyczny oznacza zbiór różnorodnych oczekiwań, których nie da się ująć tylko jako interesów powiązanych z określonymi kategoriami społecznymi. Co więcej, w neoliberalnym kapitalizmie pojawiły się nowe formy podporządkowania, poza procesem produkcji. Wynikły z nich żądania, które już nie wiążą się z sektorami społecznymi zdefiniowanymi w kategoriach socjologicznych i ich miejscem w strukturze społecznej. Żądania te – obrona środowiska, walka z seksizmem, rasizmem i innymi formami dominacji – coraz częściej odgrywają główną rolę. To dlatego dziś podział polityczny musi zostać skonstruowany w sposób „populistyczny”, poprzeczny. Niemniej jednak twierdzę zarazem, że sam wymiar „populistyczny” nie wystarczy, by dookreślić rodzaj polityki, jakiego wymaga obecna sytuacja. Musi być on określony jako populizm „lewicowy”, by wskazać wartości, którymi się kieruje.

Uznając za kluczową rolę, jaką odgrywają w myśleniu o polityce w naszych społeczeństwach dyskursy demokratyczne, i ustanawiając wokół demokracji jako znaczącego hegemonicznego łańcuch ekwiwalencji między wieloma walkami przeciw podporządkowaniu, lewicowa strategia populistyczna odpowiada na aspiracje wielu ludzi. Twierdzę, że w ciągu najbliższych kilku lat główna oś konfliktu politycznego przebiegać będzie między populizmem prawicowym a lewicowym. W rezultacie dzięki konstrukcji „ludu”, zbiorowej woli, która wynikać będzie z mobilizacji wspólnych emocji w obronie równości i sprawiedliwości społecznej, będzie można pokonać ksenofobiczną politykę wprowadzaną przez populizm prawicowy.

Stwarzając na nowo podziały polityczne, „moment populistyczny” wskazuje na „powrót polityczności” po latach postpolityki. Powrót ten może otworzyć drzwi rozwiązaniom autorytarnym, przez reżimy, które osłabiają instytucje liberalnej demokracji, może on jednak doprowadzić też do wzmocnienia i rozszerzenia wartości demokratycznych. Wszystko będzie zależeć od tego, którym siłom politycznym uda się ustanowić hegemonię aktualnych żądań demokratycznych i którego rodzaju populizm wyjdzie zwycięsko z walki z postpolityką.

[2] Wyd. polskie: Chantal Mouffe, Polityczność. Przewodnik Krytyki Politycznej, przeł. Joanna Erbel, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2008 [przyp. tłum.].

1. Moment populistyczny

Chciałabym od razu jasno zaznaczyć, że moim celem nie jest dodanie kolejnych argumentów do jakże bogatego pola „badań nad populizmem”, nie mam też zamiaru wdawać się w sterylną akademicką debatę na temat jego „prawdziwej natury”. Książka ta jest głosem w tonie politycznym i otwarcie przyznaję się do zaangażowania. Zdefiniuję, co rozumiem pod pojęciem „lewicowego populizmu”, i będę przekonywać, że w aktualnej koniunkturze to odpowiednia strategia, by odzyskać i pogłębić ideały równości i suwerenności ludu, które są konstytutywnymi składnikami polityki demokratycznej.

Mój sposób myślenia jako teoretyczki polityki wywodzę od Machiavellego, który, jak przypomniał nam Louis Althusser, zawsze sytuował siebie „w koniunkturze” zamiast „poza nią”. Idąc za przykładem Machiavellego, wpiszę swoje przemyślenia w konkretną koniunkturę, szukając tego, co nazywał on verita effetuale de la cosa (prawdą skuteczną) „momentu populistycznego”, a czego jesteśmy teraz świadkami w krajach zachodnioeuropejskich. Ograniczam moją analizę do Europy Zachodniej, ponieważ, choć zagadnienie populizmu bez wątpienia jest również istotne w Europie Wschodniej, to kraje te wymagają osobnej analizy. Cechuje je szczególna historia komunistyczna i mają właściwą sobie kulturę polityczną. To samo dotyczy różnych form populizmu latynoamerykańskiego. Choć da się dostrzec „podobieństwa rodzinne” między różnymi jego odmianami, wiążą się one z poszczególnymi sytuacjami i trzeba podchodzić do nich w nawiązaniu do specyficznych kontekstów. Mam nadzieję, że moje refleksje na temat koniunktury w Europie Zachodniej pozwolą wyciągnąć wnioski, które będzie można zastosować do analizy innych sytuacji populistycznych.

Choć mój cel jest polityczny, znaczna część rozważań będzie teoretyczna, ponieważ lewicowa strategia populistyczna, której będę bronić, opiera się na antyesencjalistycznym podejściu teoretycznym, zgodnie z którym społeczeństwo jest zawsze podzielone i dyskursywnie konstruowane przez praktyki hegemoniczne. Duża część krytyki pod adresem „lewicowego populizmu” wynika z tego, że krytycy nie rozumieją takiego podejścia i dlatego ważne jest, by je dobitnie wyjaśnić. Prezentując moje argumenty, będę odwoływać się niejednokrotnie do głównych założeń podejścia antyesencjalistycznego. Dalsze wyjaśnienia znajdują się w dodatku teoretycznym na końcu książki.

Aby wyjaśnić wszelkie możliwe nieporozumienia, zacznę od wskazania, co rozumiem przez „populizm”. Porzucę obraźliwe znaczenie tego pojęcia, narzucone przez media, by zdyskwalifikować wszystkich, którzy opierają się status quo, i podążę drogą analizy wytyczoną przez Ernesta Laclau, pozwalającą na podejście do kwestii populizmu w szczególnie według mnie owocny sposób..

W książce Rozum populistyczny Laclau definiuje populizm jako dyskursywną strategię tworzenia politycznego podziału społeczeństwa na dwa obozy i wezwania do mobilizacji „słabszych” przeciw „tym u władzy”[3]. Nie jest to ideologia i nie można temu przypisać żadnej konkretnej treści programowej. Nie jest to też ustrój polityczny. Jest to sposób uprawiania polityki, który może przybrać różne formy ideologiczne w zależności od czasu i miejsca i który jest możliwy w różnych ramach instytucjonalnych. O „momencie populistycznym” możemy mówić, gdy pod naciskiem przemian politycznych lub społeczno-ekonomicznych dominująca hegemonia ulega destabilizacji wskutek zwielokrotnionych niezaspokojonych żądań. W takich sytuacjach instytucje, próbując obronić dotychczasowy porządek, nie są zdolne zapewnić sobie przychylności ludu. W następstwie blok historyczny, który stanowi społeczną podstawę formacji hegemonicznej, ulega rozkładowi i pojawia się okazja do skonstruowania nowego podmiotu zbiorowego działania – ludu – zdolnego przebudować porządek społeczny uznany za niesprawiedliwy.

Dokładnie to, jak twierdzę, charakteryzuje naszą aktualną koniunkturę i dlatego właśnie stosownym jest nazywanie jej „momentem populistycznym”. Sygnalizuje on kryzys neoliberalnej formacji hegemonicznej, którą stopniowo wprowadzano w Europie Zachodniej w latach 80. XX wieku. Formacja ta zastąpiła socjaldemokratyczne keynesowskie państwo dobrobytu, które w ciągu trzydziestu lat po zakończeniu II wojny światowej stanowiło zasadniczy model społeczno-ekonomiczny w demokratycznych krajach Europy Zachodniej. Rdzeń tej nowej formacji hegemonicznej stanowi zestaw praktyk polityczno-gospodarczych, mających na celu narzucenie zasad rynkowych – deregulacji, prywatyzacji, oszczędności budżetowych – oraz ograniczenie roli państwa do obrony prawa własności prywatnej, wolnego rynku i wolnego handlu. Dziś używa się nazwy „neoliberalizm” do określenia tej nowej hegemonicznej formacji, która dalece wybiega poza sferę gospodarczą, a oznacza również całościową koncepcję społeczeństwa i jednostki ugruntowaną na filozofii posesywnego indywidualizmu.

Model ten, wprowadzany w różnych krajach od lat 80. ubiegłego wieku, nie stawiał czoła żadnym poważniejszym wyzwaniom aż do kryzysu finansowego z 2008 roku, kiedy to zaczęły wyraźnie zaznaczać się jego ograniczenia. Kryzys, który zaczął się w Stanach Zjednoczonych w 2007 roku od załamania na rynku kredytów hipotecznych wysokiego ryzyka (subprime), rozwinął się w międzynarodowy kryzys bankowy na wielką skalę w kolejnym roku, kiedy upadł bank inwestycyjny Lehman Brothers. Aby zapobiec załamaniu światowego systemu finansowego, konieczne było zastosowanie bailoutów instytucji finansowych na masową skalę. Globalne spowolnienie gospodarcze, które po tym nastąpiło, mocno dotknęło kilka gospodarek europejskich i wywołało kryzys zadłużeniowy. W celu zwalczenia go w większości krajów europejskich wprowadzono politykę oszczędności budżetowych, co przyniosło drastyczne skutki zwłaszcza na południu kontynentu.

Przy okazji kryzysu gospodarczego ujawnił się szereg sprzeczności, prowadząc do tego, co Gramsci nazywa interregnum: okresu kryzysu, podczas którego podważone zostaje jednocześnie kilka założeń konsensusu ustanowionego wokół pewnego projektu hegemonicznego. Nie widać jeszcze na horyzoncie sposobów na zakończenie kryzysu i jest to cecha „momentu populistycznego”, w którym dziś się znajdujemy. „Moment populistyczny” stanowi zatem wyraz rozmaitych rodzajów oporu wobec przemian politycznych i gospodarczych, jakie moglibyśmy obserwować w latach dominacji hegemonii neoliberalnej. Przemiany te doprowadziły do sytuacji, którą moglibyśmy nazwać „postdemokracją”, by wskazać na erozję dwóch filarów ideału demokratycznego – równości i suwerenności ludu. Za chwilę wyjaśnię, jak doszło do tej erozji, ale wcześniej warto zastanowić się, co oznacza „postdemokracja”.

Pojęcie to, ukute przez Colina Croucha, sygnalizuje zmniejszenie, wskutek neoliberalnej globalizacji, znaczenia parlamentów i utratę suwerenności. Według Croucha:

Podstawową przyczyną osłabienia demokracji we współczesnej polityce jest pogłębiający się obecnie istotny brak równowagi między znaczeniem interesów firm a znaczeniem interesów praktycznie każdej innej grupy. Gdy dodać do tego nieuniknioną entropię demokracji, prowadzi to do tego, że polityka ponownie staje się sprawą elit odgrodzonych od reszty, tak jak to było w czasach przeddemokratycznych[4].

Jacques Rancière również posługuje się tym pojęciem, definiując je w następujący sposób:

Postdemokracja to praktyka rządzenia i pojęciowa legitymizacja demokracji po demosie; demokracji, która wyeliminowała przejawy, nadwyżkę i spór w łonie ludu, i dlatego daje się zredukować do zaledwie wzajemnej zależności mechanizmów państwowych i kombinacji energii i interesów społecznych[5].

Choć nie zaprzeczam żadnej z definicji, używam tego pojęcia nieco inaczej, ponieważ w rozważaniach nad naturą demokracji liberalnej chcę uwypuklić inną cechę neoliberalizmu. Jak dobrze wiadomo, etymologicznie słowo „demokracja” pochodzi z greckiego demos/kratos, co oznacza „władzę ludu”. Gdy mówimy o „demokracji” w Europie, odnosimy się jednak do konkretnego jej modelu – modelu zachodniego, który jest wynikiem wpisania zasady demokratycznej w określony kontekst historyczny. Miał on już rozmaite nazwy: demokracja przedstawicielska, demokracja konstytucyjna, demokracja liberalna, demokracja pluralistyczna.

We wszystkich przypadkach chodzi o system polityczny, który wyraża dwie różne tradycje. Z jednej strony jest bowiem tradycja liberalizmu politycznego – rządy prawa, podział władzy i obrona wolności jednostki. Z drugiej strony jest tradycja demokratyczna, w której centralnymi ideami są równość i suwerenność ludu. Między tymi dwiema tradycjami nie ma nieuniknionej relacji, jest tylko losowa, przypisana do historycznego momentu artykulacja, która, jak pokazał C.B. Macpherson, zachodziła przez wspólną walkę liberałów i demokratów z systemami absolutystycznymi[6].

Niektórzy autorzy, jak na przykład Carl Schmitt, przekonują, że ta artykulacja doprowadziła do powstania systemu, który nie może przetrwać, ponieważ liberalizm przeczy demokracji, a demokracja przeczy liberalizmowi. Inni, idąc za Jürgenem Habermasem, twierdzą, że zasady wolności i równości mają wspólne źródła. Schmitt ma z pewnością rację, gdy wskazuje na konflikt między „gramatyką” liberalną, która postuluje uniwersalność i odniesienia do „człowieczeństwa”, a „gramatyką” demokratycznej równości, która wymaga skonstruowania ludu oraz podziału na „my” i „oni”. Myślę jednak, że myli się on, ujmując ten konflikt jako sprzeczność, która musi doprowadzić pluralistyczną demokrację liberalną do samozniszczenia.

W Paradoksie demokracji ujęłam te dwie tradycje, które w istocie nie dadzą się ostatecznie pogodzić, jako paradoksalną konfigurację, jako locus pewnego napięcia, określającego źródłowość demokracji liberalnej jako politeia, czyli jako formy wspólnoty politycznej, która gwarantuje jej pluralistyczny charakter[7]. Demokratyczna logika konstruowania ludu i obrony równościowych praktyk jest konieczna, by zdefiniować demos i zdławić tendencję liberalnego dyskursu do abstrakcyjnego uniwersalizmu. Sformułowanie jej w kategoriach logiki liberalnej pozwala nam stawić czoła formom wykluczenia, które są nieodłączne od praktyk politycznych rządzących.

 

Demokratyczna polityka liberalna polega na ciągłym procesie negocjacji między różnymi konfiguracjami hegemonicznymi wynikającymi z konstytutywnego napięcia. Napięcie to, wyrażone w kategoriach politycznych według podziału na prawicę i lewicę, da się ustabilizować tymczasowo przez pragmatyczne negocjacje między siłami politycznymi. Zawsze kończą się one ustanowieniem hegemonii jednej z nich nad drugą. Przyglądając się historii demokracji liberalnej, zauważamy, że w pewnych sytuacjach przeważała logika liberalna, a w innych demokratyczna. Obie natomiast pozostawały czynne, zawsze też istniała możliwość „agonistycznych” negocjacji między prawicą a lewicą, co jest cechą charakterystyczną systemu liberalno-demokratycznego.

Powyższe rozważania dotyczą demokracji liberalnej wyobrażonej jako system polityczny, jest jednak oczywiste, że instytucje polityczne nie istnieją niezależnie od tego, jak wpisane są w system gospodarczy. Na przykład w przypadku neoliberalizmu mamy do czynienia z formacją społeczną, która wyraża formę demokracji liberalnej przy użyciu kapitalizmu finansowego. Choć trzeba to wziąć pod uwagę, gdy bada się określoną formację społeczną, to jednak na poziomie analizy można prześledzić ewolucję ustroju liberalno-demokratycznego jako politycznej formy społeczeństwa, tak by uwypuklić pewne jej cechy.

Aktualną sytuację można określić mianem „postdemokracji”, ponieważ w ostatnich latach, wskutek hegemonii neoliberalnej, wyeliminowane zostało agonistyczne napięcie między zasadami liberalnymi i demokratycznymi, konstytutywne dla demokracji liberalnej. Wraz z osłabieniem demokratycznych wartości równości i suwerenności ludu zniknęły agonistyczne przestrzenie, w których mogły się konfrontować różne projekty społeczeństwa, a obywateli pozbawiono możliwości korzystania z demokratycznych praw. Oczywiście wciąż mówi się o „demokracji”, ale system został zredukowany do składnika liberalnego, który oznacza tylko funkcjonowanie wolnych wyborów i obrony praw człowieka. Coraz bardziej w centrum znajduje się natomiast liberalizm gospodarczy wraz z obroną wolnego rynku, podczas gdy wiele aspektów liberalizmu politycznego odsunięto na dalszy plan, a może wręcz po prostu usunięto. To właśnie mam na myśli, mówiąc o „postdemokracji”.

Na scenie politycznej ewolucja w stronę postdemokracji ujawniła się przez to, co w Polityczności nazwałam „postpolityką”, która zatarła podział między prawicą a lewicą[8]. Pod pretekstem narzuconej przez globalizację „modernizacji” partie socjaldemokratyczne zaakceptowały dyktat kapitalizmu finansowego i ograniczenia, jakie nałożył on na możliwości działania państw i polityki redystrybucji.

Na skutek tego znacząco obniżono znaczenie parlamentów i innych instytucji pozwalających obywatelom wywierać wpływ na decyzje polityczne. Wybory nie są już okazją do stanięcia po stronie rzeczywistych alternatyw za pośrednictwem „partii rządzących”. Postpolityka pozwala tylko na dwupartyjny system wymiany władzy między centroprawicą a centrolewicą. Wszyscy, którzy opierają się „konsensusowi w centrum” i dogmatowi o braku alternatywy dla neoliberalnej globalizacji, oceniani są jako „ekstremiści” albo odrzucani jako „populiści”.

Polityka stała się zatem tylko kwestią zarządzania zastanym porządkiem, dziedziną zarezerwowaną dla ekspertów. Suwerenność ludu została uznana za zbędną. Jeden z podstawowych, symbolicznych filarów demokratycznego ideału – władza ludu – został podważony, ponieważ postpolityka eliminuje możliwość agonistycznej walki między różnymi projektami społeczeństwa, co jest warunkiem koniecznym dla korzystania z suwerenności ludu.

By zrozumieć przyczyny kondycji postdemokratycznej, obok postpolityki należy wziąć pod uwagę jeszcze jeden proces: coraz silniejszą „oligarchizację” społeczeństw zachodnioeuropejskich. Zmiany na poziomie politycznym zachodziły w kontekście nowego rodzaju regulacji kapitalizmu, w którym główną rolę odgrywa kapitał finansowy. Wraz z finansjalizacją gospodarki nastąpiła wielka ekspansja sektora finansowego kosztem gospodarki opartej na produkcji. Wyjaśnia to, dlaczego w ostatnich latach obserwujemy gwałtowny wzrost nierówności.

Polityka w duchu prywatyzacji i deregulacji przyczyniła się do znacznego pogorszenia warunków pracowniczych. Wskutek deindustrializacji, popularyzacji zmian technologicznych i relokacji fabryk do krajów, gdzie praca kosztuje mniej, wiele miejsc pracy zostało utraconych.

Wraz ze skutkami polityki oszczędności budżetowych, narzuconej po kryzysie 2008 roku, sytuacja ta dotyka również dużą część klasy średniej, która stopniowo ulega pauperyzacji i prekaryzacji. Oligarchizacja doprowadziła również do eliminacji z dyskursu liberalno-demokratycznego drugiego filaru demokratycznego ideału: obrony równości. Teraz rządzi indywidualistyczna wizja liberalna, wielbiąca społeczeństwo konsumenckie i taką wolność, jaką proponują rynki.

Właśnie w tym postdemokratycznym kontekście, naznaczonym erozją demokratycznych ideałów suwerenności ludu i równości, należy próbować zrozumieć „moment populistyczny”. Pojawiają się w nim wielorakie formy oporu wobec systemu polityczno-gospodarczego, który coraz częściej jawi się jako kontrolowany przez uprzywilejowane elity, głuche na żądania innych grup społecznych. Na początku większość sprzeciwu wobec postdemokratycznego konsensusu wychodziła z prawej strony. W latach 90. XX wieku prawicowe partie populistyczne, takie jak FPÖ w Austrii czy Front Narodowy we Francji, zaczęły prezentować jako swój cel oddanie „ludowi” głosu, którego pozbawiły go elity. Zaznaczając podział między „ludem” a „establishmentem politycznym”, partie te przy użyciu nacjonalistycznego słownika zdołały wyrazić żądania grup społecznych, które czuły się wykluczone z dominującego konsensusu.

W taki sposób na przykład Jörg Haider przekształcił Wolnościową Partię Austrii (FPÖ) w partię protestu wobec „wielkiej koalicji”. Sięgając po motywy suwerenności ludu, zdołał na swój sposób wyartykułować rosnący opór wobec tego, jak koalicja elit sprawowała władzę w kraju, uniemożliwiając tym samym prawdziwą demokratyczną debatę[9].

Pejzaż polityczny, który przejawiał już oznaki radykalizacji lewicowej w postaci pojawiających się różnego rodzaju ruchów antyglobalistycznych, w 2011 roku uległ znaczącej przemianie. Gdy polityka oszczędności budżetowych zaczęła wpływać na warunki życia coraz szerszych segmentów populacji, w kilku krajach europejskich doszło do ważnych protestów społecznych, a postpolityczny konsensus zaczął pękać. Aganakitsmenoi w Grecji i Indignados z ruchu M15 w Hiszpanii okupowali główne place miast, wzywając do „Demokracji Teraz!”. W ich ślady poszedł ruch Occupy – powstały w Stanach Zjednoczonych, miał też odłamy w różnych europejskich miastach, zwłaszcza w Londynie i Frankfurcie. W mniej odległej przeszłości takim protestem z rodzaju, jak się o nich mówi, „ruchów placów”, był Nuit Debout we Francji w 2016 roku.

Protesty te były oznakami politycznego przebudzenia po latach względnej apatii. Jednak odmowa zaangażowania się w instytucjach politycznych ograniczyła możliwości wpływu tych horyzontalistycznych ruchów. Nie dysponując żadną formy wyrazu w ramach instytucji politycznych, wkrótce zaczęły one tracić dynamikę. Choć z pewnością odegrały rolę w przemianie świadomości politycznej, to dopiero gdy poszły za nimi ruchy polityczne mające określoną strukturę, gotowe zaangażować się w instytucjach politycznych, osiągnięto znaczące sukcesy.

To w Grecji i Hiszpanii byliśmy świadkami powstania pierwszych ruchów politycznych wcielających w życie pewną formą populizmu, którego celem jest odnowa i pogłębienie demokracji. W Grecji Syriza – zjednoczony front społeczny, zrodzony z koalicji różnych ruchów lewicowych zgromadzonych wokół Synaspismos, byłej partii eurokomunistycznej – była sygnałem, że pojawia się nowy typ partii radykalnej, której celem było rzucenie wyzwania neoliberalnej hegemonii za pomocą polityki parlamentarnej. Ustanawiając synergię między ruchem społecznym i polityką partyjną, Syriza zdołała wyartykułować w woli zbiorowej różnorodność żądań demokratycznych, a to pozwoliło jej w styczniu 2015 roku dojść do władzy.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?