Żeby nie było śladówTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

W serii ukazały się ostatnio:

Anthony Shadid Nadciąga noc. Irakijczycy w cieniu amerykańskiej wojny

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen

Iza Klementowska Samotność Portugalczyka

V. S. Naipaul Poza wiarą. Islamskie peregrynacje do nawróconych narodów

Drauzio Varella Ostatni krąg. Najniebezpieczniejsze więzienie Brazylii

Ewa Winnicka Angole

Michał Olszewski Najlepsze buty na świecie

Norman Lewis Głosy starego morza. W poszukiwaniu utraconej Hiszpanii

Grzegorz Szymanik Motory rewolucji

V. S. Naipaul Maska Afryki. Odsłony afrykańskiej religijności

Karolina Domagalska Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro

Pin Ho, Wenguang Huang Uderzenie w czerń. Morderstwo, pieniądze i walka o władzę w Chinach

Liao Yiwu Pociski i opium. Historie życia i śmierci z czasów masakry na placu Tiananmen

Marcin Wójcik W rodzinie ojca mego

Frances Harrison Do dziś liczymy zabitych. Nieznana wojna w Sri Lance

Zbigniew Parafianowicz, Michał Potocki Wilki żyją poza prawem.

Jak Janukowycz przegrał Ukrainę

Peter Hessler Dziwne kamienie. Opowieści ze Wschodu i z Zachodu

Jenny Nordberg Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie

Magdalena Kicińska Pani Stefa

Andrzej Muszyński Cyklon

Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka (wyd. 2)

Filip Springer Miedzianka. Historia znikania (wyd. 3 rozszerzone)

Aleksandra Łojek Belfast. 99 ścian pokoju

Paweł Smoleński Izrael już nie frunie (wyd. 4)

Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja

Swietłana Aleksijewicz Cynkowi chłopcy (wyd. 2)

Katarzyna Surmiak-Domańska Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość

Mur. 12 kawałków o Berlinie pod red. Agnieszki Wójcińskiej

Jean Hatzfeld Englebert z rwandyjskich wzgórz

Marcin Kącki Białystok. Biała siła, czarna pamięć

Bartek Sabela Wszystkie ziarna piasku

Anna Bikont My z Jedwabnego (wyd. 3)

Martin Schibbye, Johan Persson 438 dni. Nafta z Ogadenu i wojna przeciw dziennikarzom

Swietłana Aleksijewicz Wojna nie ma w sobie nic z kobiety (wyd. 2)

Dariusz Rosiak Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan

Piotr Lipiński Bicia nie trzeba było ich uczyć. Proces Humera i oficerów śledczych Urzędu Bezpieczeństwa

Ed Vulliamy Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki

Paweł Smoleński Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie

Wolfgang Bauer Przez morze. Z Syryjczykami do Europy

W serii ukaże się m.in.:

Elizabeth Pisani Indonezja itd. Studium nieprawdopodobnego narodu

Cezary Łazarewicz

Żeby nie było śladów

Sprawa Grzegorza Przemyka


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt układu typograficznego Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce pochodzi z archiwum rodzinnego

Wybór zdjęć Katarzyna Bułtowicz

Copyright © by Cezary Łazarewicz, 2016

Redakcja Grażyna Lubińska

Korekty Bernadeta Stępień / d2d.pl, Kamila Zimnicka-Warchoł / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Sandra Trela / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-251-6

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Motto

Wstęp

Część 1

Maj 1983

Barbara. Urodzona przy Boulevard Ney

Czerwiec 1983

Barbara. Paryżanka

Lipiec 1983

Barbara. Adres zapisany na Powszechnej deklaracji praw człowieka

Sierpień 1983

Grzegorz

Wrzesień 1983

Barbara. Z plecakiem przez sale sądowe

Październik 1983

Piotr

Listopad 1983

Igor

Grudzień 1983

Jakub

Styczeń 1984

Michał Wysocki. „Nikt” dla świata

Luty 1984

Maciej Bednarkiewicz. Adwokat, którego bał się Kiszczak

Marzec 1984

Czarek

Kwiecień 1984

Barbara. Wilczyca z wyrwanym płodem

Maj 1984

Barbara. Rzeczy złożone, kroplówki odstawione

Czerwiec 1984

Barbara. Sztandary jej już nie chcą

Lipiec 1984

Część 2

Matactwa

Kto zabił?

Kiszczak i inni

Leopold Przemyk. Ojciec

Cichy z Czerkasów

Podziękowania

Bibliografia

Przypisy

Źródła fotografii

Kolofon

Moim dzieciom:

Martynce, Maksowi, Kaziowi i Stasiowi

Kłamstwa nie chodzą w pojedynkę.

Kłamstwa chodzą stadami.

Stadami uporządkowanymi.

Kłamstwa układają się w system.

Piotr Wierzbicki, Struktura kłamstwa


[^] Grzegorz Przemyk

Wstęp

List napisany przez Barbarę Sadowską, poetkę, której nie znałem osobiście, dotarł do mnie dopiero po dwudziestu dziewięciu latach. Znalazłem go i przeczytałem w czytelni Sądu Okręgowego w Warszawie, gdy wertowałem akta sprawy śmiertelnego pobicia jej syna, Grzegorza Przemyka. Chciałem napisać artykuł w trzydziestą rocznicę jego śmierci.

 

Czytałem wystukane przez nią na starej maszynie do pisania słowa: „Ludzie o miedzianym czole, utożsamiający milicję z władzą, postanowili poświęcić prawdę dla swoich doraźnych korzyści, skompromitować wymiar sprawiedliwości w Polsce cynicznymi manipulacjami, które będą kiedyś książkowym przykładem niesprawiedliwości.

Nie przypuszczam, żeby nastąpiło to prędko. Będzie to w takich czasach, kiedy systematyczne bezczeszczenie grobu mojego świętej pamięci syna Grzegorza będzie już tylko haniebnym znakiem dzisiejszej rzeczywistości”.

Poczułem, że te trzy zdania skierowane są do mnie.

Zgodnie z jej przewidywaniami nikt przez lata nie odpowiedział na apel, choć miała wielu przyjaciół wśród dziennikarzy i pisarzy.

Nie chcieli się z tym babrać? Brakło im siły? Było na to za wcześnie? Padło na mnie – pomyślałem.

Część 1

Maj 1983
12 maja, czwartek

Na łóżku leży chłopiec zawinięty w śpiwór. To w zasadzie nawet nie łóżko, tylko piankowy materac rozłożony na podłodze i przykryty grubym kocem. Chodzą po nim dwa rude koty: Sabina i Rózia. Przy legowisku śpi zwinięty w kłębek kundel, trochę przypominający szpica. To Gaś.

Przez okno wpadają poranne promyki wiosennego słońca. Jest ciepło i sucho.

W pokoju stoi pianino (prezent od ojca), oparta o ścianę gitara, biurko zarzucone książkami i okładkami płyt. Na ścianie wisi tablica z przypiętymi pineskami portretami: patronki Francji – świętej Teresy z Lisieux, geniusza wszech czasów Alberta Einstei­na w pozie szaleńca z wywalonym na wierzch wielkim językiem i guru medytacji transcendentalnej Maharishiego Yogi. (To nie Maharishi, ale Krishnamurti – upiera się dziś przyjaciel chłopca, Igor. – I wszystkie te foty wisiały w pokoju Basi, a u niego tylko John Lennon – dodaje).

Nad pianinem na ścianie wykaligrafowany zieloną kredką wiersz Rafała Wojaczka Modlitwa bohaterów:

Na brednię naszą i na naszą nędzę

Na zatwardziałość w naszym szaleństwie

I na naszego głodu głośny krzyk

Na dom nasz który opuściły sny

Na naszą mowę wielce bełkotliwą

Na rozpaczliwie niedorzeczną miłość

I na znikomość wszelkich naszych prac

Na koszmar nocy i na bezsens dnia

Na naszych mistrzów bezradnych i smutnych

Oraz na sędziów ponuro okrutnych

Na biedne matki dogorywające

Przez nasze winy chcące i niechcące

Na nasze serca obrzękłe wątroby

Na nasze wargi popękane szorstkie

Na roztrzęsione fatalnie ręce

Obraz na mózgi w daremnej męce

I na te płuca co bez powietrza

Na strach bezsenny Na koszmarny zegar

Na wszystko co jest udziałem naszym

Błagamy wzgląd miej ironiczna Pani.

W pokoju znajduje się jeszcze ogromna mapa świata z zakreśloną przez chłopca trasą jego wielkiej podróży, która się już nie zdarzy.

To ostatni dzień z przyszłością w jego dziewiętnastoletnim życiu. I ostatni radosny dzień w mieszkaniu na jedenastym piętrze wieżowca w centrum Warszawy. Za kilka dni, kiedy będzie już bardzo sławny, przyjdą oglądać jego pokój zagraniczni dziennikarze. Będą pytać matkę, czy miał jeszcze inne marzenia oprócz podróży.

– Tak – odpowie. – Chciał zdać maturę i dostać się na studia.

* * *

Dziesiąta. Do drzwi puka Czarek F. – przyjaciel rodziny, który przyjechał w odwiedziny z Radomia.

Zapamiętał, że Grzesiek, bo tak ma na imię chłopiec, był uśmiechnięty i zadowolony. I już od wejścia mu się pochwalił, że świetnie mu poszła pisemna matura. Przedwczoraj z polskiego, wczoraj z historii. Dziś umówili się, by uczcić ten sukces, bo przed nim kilka dni luzu. Potem wystarczy zaliczyć egzaminy ustne i droga na studia otwarta.

Zaraz zapuka do drzwi Igor, kolega jeszcze z podstawówki, i Kuba, który do niedawna mieszkał z rodzicami w Nigerii.

Igor pójdzie do sklepu po wino, postawi butelki w pokoju mamy. Bo w mieszkaniu jest jeszcze mama Grześka – Barbara – i jej dużo starsza przyjaciółka, sanitariuszka z powstania, Hanna Staszkowska. To ona zauważa butelki i bardzo jej się to nie podoba. Wyglądała na skonsternowaną – zapamiętał Igor. Denerwują ją te młodzieżowe obyczaje. Chłopcy się dąsają, bo są przecież dorośli, pakują butelki i wychodzą z domu.

Czy pili z kubków, czy z kieliszków, czy szybko, czy raczej wolno, kto i gdzie kupił wino, kto za nie zapłacił, skąd mieli pieniądze i jak był ubrany Grzesiek, gdy wychodził z domu. Za kilka dni wszystkie te szczegóły staną się ważne. Będą o nie pytali prokuratorzy, zachodni dziennikarze, przyjaciele Barbary, próbując odtworzyć ten dzień minuta po minucie.

Grzesiek ma brązowe sztruksy, zarzuconą na ramiona szarawą niezapiętą koszulę, a na bosych stopach skórzane klapki (gdy jest ciepło, skarpetek nie nosi).

Wychodzą z mieszkania około piętnastej. Pod blokiem, w pasażu Wiecha, spotykają Piotrka Kadlčika, który uczył Grześka gry na gitarze. Kręci się bez celu, czekając na seans polskiego horroru Wilczyca w pobliskim kinie Atlantic. Nie trzeba go długo przekonywać, by ruszył z nimi na Stare Miasto. Dlaczego tam? Grzesiek mówi, że tam oblewają maturę jego koledzy z klasy.

Po drodze opowiada o planowanym w wakacje wyjeździe do Dębek nad morze. Nie dojdzie do niego, bo szeregowy Ireneusz Kościuk z XIII Kompanii Operacyjnej ZOMO[1] rozpoczął już służbę na Starym Mieście. Na odprawie w jednostce dowiedział się, że dziś rocznica śmierci marszałka Józefa Piłsudskiego, która może posłużyć działaczom zdelegalizowanej Solidarności do przypomnienia o sobie. Mogą wznosić wrogie okrzyki, że Solidarność żyje albo że WRON-a[2] skona. Dlatego zomowcy muszą być dziś bardzo czujni. Kościuk ma patrolować teren wokół placu Zamkowego, a napotkanych wrogów porządku zatrzymać.

* * *

Pod kościół Świętej Anny dojeżdżają autobusem. Pełno tajniaków i mundurowych. Idą przez plac Zamkowy, Świętojańską koło bazyliki Jana Chrzciciela, na rynek staromiejski. Kolegów z klasy Grześka nigdzie nie widać, więc snują się po uliczkach bez celu.

W drodze powrotnej przy wejściu na plac Zamkowy Grzesiek wskakuje Czarkowi na plecy. Wygląda to komicznie, gdy Czarek, chwiejąc się na swoich chudych nogach, dźwiga na plecach dryblasa. W końcu potyka się, traci równowagę i upada. Leży. Obok Grzesiek.

Wtedy podbiega do nich zomowiec – szeregowy Ireneusz Kościuk, niewiele starszy od Grześka. Szarpie go za rękaw i domaga się dowodu osobistego.

– Nie mam – śmieje się chłopak, gdy za jego plecy podjeżdża już radiowóz.

Potem akcja przyspiesza. Kościuk popycha Grześka w kierunku milicyjnej nyski, a gdy ten zapiera się rękoma w drzwiach, zomowiec wyjmuje pałę i tłucze go po plecach tak długo, aż wpadnie do środka. Zanim samochód odjedzie, zdąży wskoczyć do niego jeszcze Czarek. Po chwili radiowóz znika za rogiem.

Kuba chowa skórzane klapki zostawione na placu przez kolegę, a Piotrek biegnie odnaleźć Barbarę, by powiedzieć jej o zatrzymaniu syna przez zomowców.

Kuba z placu Zamkowego idzie pod znajdujący się za rogiem komisariat na Jezuickiej. Staje na dziedzińcu i nasłuchuje. Dobiega do niego dziki skowyt Grześka. „Biją go” – myśli. Boi się, że gdy wejdzie do środka w tym momencie, to i on oberwie. Czeka, aż krzyki ustaną, po czym uchyla ciężkie drewniane drzwi komisariatu. Za nimi widzi skulonego na posadzce Grześka. Ma zamknięte oczy i jęczy z bólu.

Kuba prosi dyżurnego, by wypuścił kolegę.

– Nic złego nie zrobił. Chciał tylko uczcić zdaną maturę – tłumaczy.

– Dobrze by było – odpowiada milicjant – by zjawiła się tu jego matka, zanim zabierze go karetka.

Karetka pod komisariat zajeżdża około siedemnastej.

– To jakiś wariat – mówią do kierowcy karetki rozzłoszczeni milicjanci.

Kierowca patrzy na drobnego bruneta, który stoi w cywilu wśród umundurowanych zomowców, i wyzywa ich od najgorszych, a oni potulni nawet pałką nie ruszą. „Dlaczego na coś takiego pozwalają” – zastanawia się kierowca.

W karcie wyjazdu dyspozytor napisał „psychiczny”. Ten brunet na normalnego rzeczywiście nie wygląda. Bo kto ośmieliłby się tak besztać milicjantów?

Dyżurny sierżant wskazuje sanitariuszom tego drugiego. Skulonego na krześle bosego chłopaka, w rozdartych na kolanach spodniach i rozchełstanej koszuli. Dopiero teraz kierowca go dostrzega. Ma potargane włosy, twarz pokrytą kurzem i nieobecne oczy. Nie można z nim złapać kontaktu. Nie odpowiada na pytania, tylko się trzyma za brzuch i buja na krześle.

– W oczach miał strach i przerażenie – zapamiętał kierowca Michał Wysocki.

Sierżant mówi, że to narkoman, ale gdy Wysocki podwija mu rękaw koszuli, nie widzi na rękach nakłuć po igłach.

Chłopak nie może wstać o własnych siłach, iść też nie może. Wysocki zarzuca jego rękę na swoją szyję, łapie pod bok i wolno, krok za krokiem, wyprowadza z komisariatu. Grzesiek ledwo powłóczy nogami. Z pomocą sanitariusza – Jacka Szyzdka – sadzają go na tylnym siedzeniu karetki. Droga do pogotowia na Hożą zajmie im tylko sześć minut i cztery sekundy (tak wykaże późniejszy eksperyment). Przez ten czas chłopak wybełkocze tylko jedno zdanie:

– Na Hożej ja byłem.

W czasie jazdy próbuje złapać sanitariusza za włosy. Wysocki zatrzymuje karetkę, chwyta go za ręce, przytrzymuje chłopaka dla opamiętania i dopiero wtedy ten się uspokaja.

Karetka parkuje pod samymi schodami. Pacjent nie reaguje. Trzeba go wynieść z auta. Szyzdek z Wysockim biorą go pod ramiona, niosą do holu, wiozą windą na pierwsze piętro, holują pod drzwi gabinetu psychiatrycznego numer 108. Kładą go na posadzce i idą szukać lekarza.

Psychiatra Paweł Willmann złości się, że znów mu przywieźli nieprzytomnego pacjenta. We trójkę sadzają Grześka na krześle w gabinecie psychiatry. Chłopak siedzi skulony z opuszczoną głową, trzymając się za brzuch. Wtedy wpada do gabinetu zdyszany Czarek. Mówi, że kolegę przed chwilą pobili milicjanci, ale Willmann puszcza to mimo uszu. Chce odesłać pacjenta na oddział psychiatryczny szpitala przy ulicy Nowowiejskiej.

– Tam mu zrobią płukanie żołądka i stanie na nogi – tłumaczy Czarkowi.

Na nic się zdaje tłumaczenie Cezarego, że płukanie żołądka nic nie pomoże, bo to nie zatrucie, tylko pobicie.

Grzesiek bełkoce, że chce do toalety. Na parter sprowadza go Czarek, namawiając po drodze do ucieczki. Mają się niepostrzeżenie ulotnić przez małe okienko w ubikacji. Tylko że Grzesiek nie ma sił, by ustać na nogach, a co dopiero wspiąć się do okna. Upada. Czarek z sanitariuszem pakują go na wózek i odstawiają do poczekalni na parterze, gdzie czeka na transport do psychiatryka.

Matka zjawia się, gdy Grześ wymiotuje już krwią. Próbuje z nim rozmawiać, ale syn nie odpowiada. Jęczy tylko i osłania brzuch rękami. Jakby jej w ogóle nie poznawał.

Do gabinetu wchodzi w białym kitlu Willmann, wręcza matce skierowanie do szpitala.

„Turlał się po placu Zamkowym i odmówił wykonania poleceń milicjantów” – czyta Barbara i upiera się, że zamiast do szpitala odwiezie syna do domu. Willmann w końcu mięknie.

– Wiem, w jaki sposób traktowani są chorzy psychicznie i jakim zabiegom są poddawani – tłumaczy później Barbara. – Gdyby mój pobity syn został poddany takim zabiegom, spowodowałoby to nieodwracalne skutki. Sądziłam, że wydobrzeje w domu po pobiciu i będzie mógł przystąpić do dalszych egzaminów, co byłoby niemożliwe, gdyby został umieszczony w szpitalu psychiatrycznym[3].

Około dziewiętnastej karetka odwozi bezwładnego Grześka do mieszkania przy Hibnera (dziś ulica Zgoda). Sanitariusze nie mogą jednak wwieźć go na jedenaste piętro, bo nosze nie mieszczą się w windzie. Muszą transportować chorego na przywiezionym z mieszkania krześle. Kładą go w tym samym łóżku, z którego wstał dziś rano. Tam na moment odzyskuje świadomość. Prosi o ciepłą kąpiel, która ukoi ból brzucha. Potem zasypia.

O trzeciej Grzesiek budzi się z letargu. Opowiada matce o biciu. Mówi z trudem. Pamięta, że zanim stracił przytomność, usłyszał, jak jeden z milicjantów wołał do drugiego: „Bij go w brzuch, żeby śladów nie było”.

 

Przez całą noc przy łóżku syna czuwa Barbara. Moczy ręczniki w zimnej wodzie i przykłada mu do bolącego brzucha. To trochę pomaga, bo po każdej zmianie Grzesiek przestaje na chwilę jęczeć.

– Barbara niewiele mówi – zapamiętał towarzyszący jej tej nocy Czarek. – Jest jak człowiek, który dostał obuchem w głowę.

13 maja, piątek

Rano Grzesiek czuje się nadal fatalnie. Barbara dzwoni na Hożą do pogotowia, tłumacząc dyspozytorowi, że pobity syn ma problem z oddawaniem moczu. Około ósmej przyjeżdża karetka. Ich pech polega na tym, że dyżur ma dziś doktor Bronisław Jasicki. Koledzy nazywają go Zgonkiem.

O jego nieudolności, niekompetencji, braku wyobraźni krążą od lat legendy.

Jasicki pobieżnie bada Przemyka, daje zastrzyk przeciwbólowy (pyralgina z papaweryną), a obolały brzuch zaleca nagrzewać poduszką elektryczną. Nie wie, że to tylko może pogorszyć stan pacjenta.

– I żeby chłopak na przyszłość trzymał się z dala od milicji – radzi przed wyjściem lekarz.

Barbara mu nie ufa. Gdy tylko zamknie drzwi, dzwoni do rejonowej przychodni lekarskiej przy Rutkowskiego 12, prosząc o wizytę domową.

Grzesiek jest już blady jak ściana, dziwnie wyciszony, całkiem opada z sił.

– Wyglądał jak trup – zezna potem Kuba, który odwiedził go tego ranka.

Lekarka Aurelia Dunaj zjawia się po południu około siedemnastej trzydzieści. Nie może już nawet zmierzyć choremu ciśnienia krwi, podejrzewa pęknięcie wątroby. Wzywa karetkę reanimacyjną.

Przed wyjazdem Grzesiek prosi Kubę, by wsunął mu na nogi jego ulubione skórzane klapki.

– Grześ jest pobity – łka do słuchawki Basia. Prosi Elżbietę Ficowską zwaną przez przyjaciół Bietą, odpoczywającą w domu pracy twórczej w Oborach pod Warszawą, by natychmiast do niej przyjechała.

– Rzucam wszystko, wsiadam w samochód, jadę – opowiada Bieta.

Gdy dojechała do Warszawy, Grzesiek był już w szpitalu na Solcu.

O dziewiętnastej zostaje przyjęty na oddział chirurgiczny z rozpoznaniem ogólnego wstrząsu. Podczas rutynowego wywiadu odpowiada z trudem na pytania, mówi pojedynczymi słowami.

– Bili pięścią w brzuch, aż straciłem przytomność – wyjaśnia doktorowi Filipowi Grzejszczykowi[4].

W izbie przyjęć pacjent dostaje krwiozastępczy dekstran w kroplówce i przeciwzapalny hydrokortyzon. Pielęgniarki pobierają krew, by oznaczyć właściwie jej grupę – na wypadek ewentualnej operacji[5].

O dwudziestej trzeciej wwożą Grześka na blok operacyjny. Jest jeszcze przytomny.

Doktora Grzejszczyka łatwo rozpoznać po niewielkich, wychuchanych dłoniach.

– Byłem wtedy prawie chirurgiem – uśmiecha się spod wielkiego wąsa, gdy spotykam go trzydzieści lat później. Sadowską poznał w klasztorze przy Piwnej, gdzie razem pracowali w Prymasowskim Komitecie Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności i ich Rodzinom. Tylko że on w aptece, a ona w dziale prawnym. Więc na Piwnej się głównie mijali.

– Wiedziałem tylko, że jest poetką – mówi. – Ale że ma syna, dowiedziałem się dopiero tej nocy.