Kochankowie z hrabstwa Kent

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Cathy Williams
Kochankowie z hrabstwa Kent

Tłumaczenie:

Stanisław Tekieli

Prolog

Jennifer spojrzała na swoje odbicie w lustrze.

Czy mi się to wszystko śni? – pytała się w myślach. Czy może umarłam i jestem już w raju? Fantastyczna restauracja, przepyszne jedzenie, wyborne wino, nawet beżowe marmury w damskiej toalecie przypominające wnętrza pałacu. A nade wszystko… jej towarzyszem wieczoru jest mężczyzna, o którym od lat skrycie marzyła. Zaprosił ją na kolację do luksusowej restauracji, choć przedtem ledwie na nią zwracał uwagę, pewnie dlatego, że jako siedem lat młodsza dziewczynka z sąsiedztwa musiała mu się wydawać po prostu głupią smarkulą.

Przyjrzała się sobie uważniej i wydało jej się, że przestała być już tą zawsze na tle rówieśników zbyt wysoką, nieco przysadzistą i niekoniecznie atrakcyjną dziewuchą, za jaką uważała siebie przez całą podstawówkę i szkołę średnią. Jej figura nabrała bardziej seksownych kształtów, a włosy po latach buntu przestały wreszcie sterczeć na wszystkie strony i zaczęły być posłuszne szczotce. Słowem, Jennifer Edwards wydoroślała i z brzydkiego kaczątka przemieniła się może nie od razu w hollywoodzką aktorkę, ale na pewno w niezłą laskę, na widok której chłopcy nie uciekają z krzykiem na drugą stronę ulicy. W końcu umówił się z nią, a ściślej, zaprosił ją na kolację sam James Rocchi, syn byłego włoskiego konsula i jego angielskiej żony, o którego względy zabiegały pewnie najlepsze partie w hrabstwie Kent i nie tylko.

Spojrzała na siebie w lustrze raz jeszcze. Jej oczy lśniły radością, a policzki zaróżowiły się nie tylko od wina – serce Jennifer biło tego wieczoru zdecydowanie szybciej niż zwykle. Do tej pory widywała Jamesa głównie z okna niewielkiego domu swojego ojca, który stanowił kiedyś część budynków pomocniczych rezydencji ze wspaniałym ogrodem. Nim signore Rocchi kupił ją na dom dla swojej rodziny, jakiś sprytny architekt wykroił z niej część dawnych zabudowań folwarcznych, które sprzedał jako osobne nieruchomości mniej zasobnym mieszkańcom, takim właśnie jak ojciec Jennifer. Sam zgarnął przy tym niezłą sumkę przy niewielkim nakładzie pracy.

Jennifer wychowała się zatem jakby „na tyłach” domu państwa Rocchi, obserwując bawiącego się na podwórku muskularnego chłopca o śródziemnomorskich rysach, który przypominał jej któregoś z bohaterów książek czytanych jej w dzieciństwie przez matkę, zanim straszliwa choroba odebrała ją dziesięcioletniej raptem dziewczynce. Jennifer wolno było bawić się w ogrodzie sąsiadów, a państwo Rocchi często zapraszali ją do siebie, ale James, pochłonięty sprawami istotnymi dla dorastających chłopców, oczywiście jej nie zauważał. Ona natomiast wmówiła sobie, że pozostanie na zawsze wierna Jamesowi i poczeka, aż ten przejrzy kiedyś na oczy i zapragnie zostać jej rycerzem. Póki co, rodzice wysłali go do jednej z najlepszych szkół z internatem w północnej Anglii i Jennifer widywała go jedynie na święta oraz w niektóre weekendy. Na wakacje państwo Rocchi jeździli do Włoch albo w inne egzotyczne miejsca, które dla Jennifer wydawały się tak niedostępne jak Księżyc czy inne planety. Sama, od śmierci matki, spędzała wakacje w domu, z ojcem, który z trudem wiązał koniec z końcem, choć nie żył rozrzutnie i nie przesiadywał, jak większość mężczyzn z ich miasteczka, długimi godzinami w pubie. Czasami zabierał ją na kilka dni do swego brata, wujka Alberta, w Szkocji – to była jedyna „egzotyka”, jaką Jennifer dane było oglądać w dzieciństwie. Mimo to z godnością znosiła swój los i poza brakiem matki nie skarżyła się na nic.

Życie obu mieszkających po sąsiedzku, choć przecież tak różnych rodzin ułożył się zresztą przedziwnie. Kilka lat po śmierci matki Jennifer zmarł również przedwcześnie signore Rocchi, podobnie jak pani Edwards na raka. James kończył wówczas uniwersytet i planował roczną beztroską podróż z plecakiem po Azji, ale został zmuszony przejąć po ojcu rodzinną firmę, której prowadzenie pan Rocchi musiał przerwać na czas pełnienia obowiązków dyplomaty, po to jedynie, by później odkryć, że reszta rozległej rodziny pod jego nieobecność zdołała hojnie sobie uszczknąć z pieczołowicie gromadzonych od kilku pokoleń zasobów rodu. Ostatnie dwa lata życia, już na emeryturze, signore Rocchi poświęcił na ratowanie firmy, ale dzieła tego nie doprowadził do końca i teraz musiał przejąć je po nim jedyny potomek. James nie planował dla siebie takiej roli. Rozważał wprawdzie zrobienie po powrocie z Azji MBA na którymś z renomowanych amerykańskich uniwersytetów, ale głównie dlatego, że taka była wśród jego rówieśników, czy ściślej osób pochodzących z podobnych co on kręgów, moda. Trochę chciał również w ten sposób uspokoić rodziców, nieco przerażonych, że ich dorastający syn jedynak nie ma jasno wytyczonego azymutu w życiu. Teraz, w nowej sytuacji, MBA podobnie jak włóczęga po Azji nie wchodziły w grę.

Tak naprawdę James, jak wielu młodych ludzi, nie wiedział, co, poza ewentualnie podróżowaniem, chce robić w życiu i… było mu z tym poczuciem całkiem dobrze. I oto w wieku dwudziestu trzech lat, będąc świeżo upieczonym magistrem prawa, mając już w kieszeni roczny otwarty bilet powrotny do Bangkoku, stanął przed koniecznością całkowitego przeorganizowania swojego młodego życia. Z pasją właściwą neofitom rzucił się w wir ratowania firmy, zwłaszcza że dosłownie w dzień po śmierci ojca za jej rozdrapywanie próbowali się zabrać liczni wujowie i kuzynostwo. Na szczęście przezorny signore Rocchi zastrzegł w testamencie, że każda decyzja finansowa musi uzyskać akceptację jego syna. Walka z nimi była niewątpliwie najbardziej gorzkim doświadczeniem w dotychczasowym życiu Jamesa, nie licząc oczywiście samej śmierci ojca.

To trudne doświadczenie uczyniło jednak z Jamesa zaprawionego w bojach już na samym starcie kariery zawodowej młodego biznesmena, który, przygotowany na cios z każdej strony, odnalazł się znakomicie w chaosie, jaki zapanował na rynkach po wybuchu kryzysu finansowego. Dewiza „kupuj, gdy leje się krew” w jego przypadku sprawdziła się w stu procentach i oto po trzech latach kierowania rodzinną firmą był już właścicielem holdingu niegdyś podupadających, a obecnie całkiem nieźle prosperujących spółek branży głównie logistycznej i kurierskiej, choć inwestował także w szeregu innych branż, jak media czy, z mniejszym powodzeniem, rynek surowcowy.

I oto ten sam James, wschodząca gwiazda londyńskiej giełdy, a wkrótce, kto wie, może i Wall Street, był tu z nią, w restauracji, sam na sam. Czyżby wreszcie opadły mu z oczu łuski i dojrzał wielkie uczucie w oczach dziewczyny z sąsiedztwa, której nigdy wcześniej nie zauważał? Uczucie tak wielkie, że z miejsca wdarło się i zdobyło fortecę jego serca? Czyżby udało mi się to, o czym marzyłam od lat? – zapytywała samą siebie, nadal wpatrzona w swoje lustrzane odbicie. Zasadniczo zadowolona ze swego wyglądu, poprawiła jednak linię szminki w kąciku ust, które przez to zdawały się teraz jakby nieco wykrzywione w jakimś figlarnym uśmieszku.

Myśl, że James nagle przejrzał na oczy i bez żadnego ruchu z jej strony zakochał się w niej, wydawała jej się szalona i niewiarygodna, ale z drugiej strony… Po co zabierałby ją do luksusowej restauracji na kolację? Przecież nie po to, żeby zapytać: „Cześć, mała, jak leci? Co robiłaś przez te wszystkie lata?”. A może prawda była bardziej prozaiczna: może miał do niej jakiś interes, chciał, żeby coś dla niego załatwiła? Ale w czymże ona, drobna płotka z miasteczka w Kent, kończąca właśnie licencjat ze stosunków międzynarodowych na zwykłym państwowym uniwersytecie w Canterbury, mogłaby być mu pomocna? A może… Może tu chodzi o jakąś sprawę rodzinną, może coś nie tak jest z jego matką i James chciał na przykład poprosić Jennifer, by częściej zaglądała do pani Edwards? W końcu ona bywała w domu rodzinnym w każdy weekend, a zapracowany James może cztery razy w roku. Ale chyba o coś takiego mógł ją poprosić, pukając do ich drzwi, i nie musiał od razu zabierać jej na kolację?

Cały wieczór, to jest w jego samochodzie w czasie drogi i już na miejscu, w restauracji, rozmawiali głównie o niej. James wypytywał ją o studia, no i domagał się szczegółów na temat ostatniej wielkiej nowiny, o której musiał rozgadać jej ojciec, bo ona sama starała się o tym nikomu nie mówić: Jennifer dostała się na bardzo prestiżowy roczny staż w agencji zajmującej się obrotem dziełami sztuki z siedzibą w Paryżu. Oferta była zupełnie nieoczekiwana, a praca nie do końca zgodna z tym, co chciała robić po studiach, ale… Jennifer niewątpliwie była przeszczęśliwa. Przecież od śmierci matki praktycznie nie opuściła rodzinnego miasteczka – jeśli nie liczyć wizyt u wuja w Szkocji, no i oczywiście pobytu w szkole w Canterbury. A teraz miał się przed nią otworzyć wielki świat: Paryż, muzea, salony marszandów… Wprawdzie tylko na rok, ale z wyniesioną stamtąd wiedzą, kontaktami i świadectwem ukończenia stażu z pewnością dużo łatwiej będzie jej znaleźć jakąś ciekawą i, da Bóg, nieźle płatną posadę w Londynie. Bo tu, w Kent, praca na ludzi raczej nie czekała.

Jedyną jej troską w tej sytuacji był ojciec, który od śmierci matki Jennifer bardzo się od obecności córki uzależnił. Jennifer liczyła się z tym, że pozostanie w jednym domu z ojcem do końca jego dni, ewentualnie dojeżdżając do pracy do Londynu czy gdzie indziej; myśl, że sama miałaby założyć kiedyś rodzinę, wydawała jej się póki co nierealna. Mieszkanie z rodzicami nie było rzeczą, o której marzyła większość jej koleżanek czy kolegów, choć w tym akurat miasteczku, z dala od cywilizacji, przypadki takie się zdarzały – dorastające dzieci nie znajdowały pracy i wegetowały latami przy rodzicach, a zdarzało się i tak, że po latach samodzielnego mieszkania i zarobkowania w Londynie temu czy innemu powinęła się noga i rad nie rad wracał w rodzinne pielesze. Jennifer wizja mieszkania z samotnym ojcem bynajmniej nie przerażała, ale Paryż… tej okazji nie mogła po prostu przepuścić, zwłaszcza że spadło to na nią zupełnie nieoczekiwanie, jako niespodziewany dar od losu.

 

James długo wypytywał ją o szczegóły stażu, których sama Jennifer jeszcze nie znała. W pewnym momencie zastanowiła się, czy dziedzic fortuny Rocchich przypadkiem nie chce zainwestować na paryskim rynku dzieł sztuki, gdzie użyłby jej jako swego zaufanego „agenta”, ale po chwili odrzuciła tę myśl – nie mógłby być aż tak cyniczny, a gdyby nawet, to chyba nie nadawałaby się do tej roli. Nie miała przecież żadnego przygotowania do prowadzenia interesów. James zaproponował, że może jej załatwić dosłownie za grosze lokum w Paryżu – jego firma miała tam biuro z praktycznie nigdy nieużywanym pokojem gościnnym; z pewnością dałoby się go tymczasowo przerobić na malutkie mieszkanko. Jennifer była mile zaskoczona, ale zdecydowanie odmówiła: miała w Paryżu dostawać całkiem niezłą, jak na staż, pensję i chciała spróbować stanąć w tym mieście na własnych nogach. Zdecydowanie również nie chciała się w jakikolwiek sposób finansowo uzależniać od Jamesa – może wciąż miała nadzieję na to, że połączy ich kiedyś uczucie, a sprawy uczuć należy podobno trzymać z dala od pieniędzy.

W tym momencie przyszła jej do głowy jeszcze bardziej szalona myśl: James kocha się w niej skrycie i dowiedziawszy się o jej stażu w Paryżu, przyjechał prosić, by nie wyjeżdżała. Nie, to absurd, pomyślała po krótkiej chwili. Gdyby nawet tak było – to znaczy, gdyby James się w niej kochał, co przecież już samo w sobie wydaje się niemożliwe – to przecież ze swego biura w City miałby chyba bliżej do niej do Paryża, jadąc pociągiem pod Kanałem La Manche, niż do ich zapomnianego przez Boga miasteczka w hrabstwie Kent, a w każdym razie byłaby to porównywalna czasowo podróż. Skarciła się za samo myślenie w takich kategoriach, ale… pozostawało przecież faktem, że James zaprosił ją na kolację, a Jennifer nadal nie wiedziała, po co.

Wszystko to było bez wątpienia dziwne, bardzo dziwne. Pomyślała, że wypije kolejny kieliszek wina i być może rozjaśni jej się od tego w głowie. Zwłaszcza że szkoda było butelki rocznikowego bordeaux, w którym James, jako kierowca, jedynie umoczył usta, mimo że w Anglii, a zwłaszcza w Kent, nie należało do rzadkości siadanie za kółkiem po kilku głębszych. To jednak zdecydowanie nie było w jego stylu.

Błyskotliwa kariera Jamesa w ostatnich trzech latach oznaczała dla Jennifer jedynie jeszcze rzadszą możliwość widywania idola swojego dzieciństwa, który pewnie częściej bywał teraz w restauracji na Manhattanie niż w ich rodzinnym sennym miasteczku. Miasteczko to leżało jakby poza zasięgiem mapy i z dala od sieci głównych dróg, mimo że dało się stąd autobusem i pociągiem z jedną przesiadką dojechać do centrum Londynu w ciągu niecałych dwóch godzin i część mieszkańców codziennie dojeżdżała w ten sposób do pracy. Niemniej krajobraz otaczający miasteczko rodzinne Jennifer i Jamesa, który wprawdzie urodził się we Włoszech, ale od najmłodszych lat wychowywał w Anglii, był zdecydowanie sielski, bez śladu żadnego przemysłu czy większych osiedli i to chyba zadecydowało o tym, że signore Rocchi wybrał je na mieszkanie dla swojej rodziny. Nieoczekiwanie dla niego samego stało się ono miejscem jego wiecznego spoczynku; w rodzinnym grobowcu pod Perugią złożono jedynie jego serce.

Pani Edwards z radością witała w swym progu malutką Jennifer. Zawsze chciała mieć córkę, więc poświęcała wiele uwagi, a nawet troski, uroczej dziewczynce z sąsiedztwa, zwłaszcza odkąd małej zabrakło własnej matki. I rzeczywiście, z czasem postać damy z sąsiedztwa zapraszającej ją do siebie na podwieczorek zlała jej się trochę w pamięci ze wspomnieniem matki, zwłaszcza że obie panie miały zadziwiająco podobny tembr głosu, a nawet trochę podobnie gotowały.

Jeszcze na długo przed chorobą i śmiercią pan Rocchi szczerze zaprzyjaźnił się z ojcem Jennifer, którego – widząc, że z trudem wiąże koniec z końcem – chętnie zatrudniał do niewielkich prac czy napraw w domu i obejściu. Po śmierci signore Rocchiego pan Edwards, złota rączka i spec od wszystkiego, stał się dla wdowy po włoskim dyplomacie absolutnie niezbędny do utrzymania domu. Sąsiedzi plotkowali nawet, że z czasem połączył ich romans, ale Jennifer wiedziała dobrze, że nie była to prawda – ojciec był z nią na tyle blisko, że z czegoś podobnego na pewno by jej się wcześniej czy później zwierzył.

Wróciła do stolika. James powitał jej powrót z ulgą; przyzwyczajony był do tego, że kobiety spędzają więcej czasu w toalecie, niż nakazywałaby jakakolwiek przyzwoitość, ale ta „grzeczna dziewczynka z sąsiedztwa” nieco już przesadzała. Zwłaszcza że gorący deser – crème brûlée – który pod jej nieobecność podano, wyraźnie już stygł.

Siedząc teraz naprzeciw Jamesa, po raz pierwszy miała okazję uważniej mu się przyjrzeć i stwierdziła, że przez tych kilka ostatnich lat, kiedy widywała go jedynie bardzo rzadko, nic a nic się nie zmienił: te same wyraziste śródziemnomorskie rysy twarzy, z którymi tak zabawnie kontrastował odziedziczony po matce, typowej Angielce, szarawy błękit oczu, pasujący jak ulał do surowej barwy fal północnych mórz. Co aż tak pociągało Jennifer już od dziecka w tej pięknej twarzy, że zauroczyła ją ona na umór na długie lata i nawet teraz, u progu dorosłego życia, Jennifer nie bardzo wyobrażała sobie, by mogła zacząć spotykać się z innymi chłopcami, nie mając przy tym wrażenia, że przecież James jest od nich piękniejszy? Czy chodziło tylko o jego południową karnację: zmierzwione czarne loki, ostro zarysowane brwi, wyraźnie wystające kości policzkowe i demoniczne wydatne wargi? Była w końcu dziewczynką, nawet jeszcze nie podlotkiem, jej „miłość” nie musiała opierać się na czymś naprawdę poważnym. Z drugiej strony, nawet teraz, tyle lat później, wiedziała, że wystarczyłoby jego jedno słowo, a… nie oparłaby mu się.

Przypomniała sobie ich dziecięce zabawy, a właściwie przebywanie w miarę blisko siebie, bo James oczywiście nie zwracał na nią większej uwagi i bawił się ze swoimi rówieśnikami z okolicy, głównie zresztą z biednych domów, bo bogatych było tu niewiele. Państwo Rocchi byli na tym punkcie bardzo czuli, starali się nie afiszować ze swoim bogactwem i sami poszukiwali kontaktów z biedniejszymi sąsiadami, w tym z rodzicami Jennifer. Pamiętała, jak sam signore Rocchi bawił się z nią w ogrodzie, a nawet uczył ją włoskich piosenek i słówek. Jeszcze dziś potrafiła zaśpiewać Bolli, bolli, pentolino czy parę innych kołysanek z Umbrii.

Jaką tajemnicę skrywały te niesamowite oczy? Czego chciał teraz od niej? Nigdy nic przecież między nimi nie zaszło, a teraz Jennifer miała wyjechać daleko stąd i kto wie, kiedy zobaczą się po raz kolejny. Pewnie za parę lat spotkają się znowu przypadkiem w tym sennym miasteczku w Kent, którego życie koncentrowało się wokół trzech sklepów, poczty, apteki, coraz bardziej pustego ostatnimi laty kościoła i dwóch zawsze wieczorami zapełnionych pubów, w których jednak dominowali pijani mężczyźni z wydatnymi brzuchami, i Jennifer czuła się tam nieswojo. Wydawało jej się niekiedy, że z miasteczka uciekło po prostu życie. Jej tydzień dzielił się obecnie na pięć w miarę wesołych dni spędzanych w Canterbury – mimo że Jennifer nie była specjalnie duszą towarzystwa i raczej stroniła od suto zakrapianych studenckich zabaw – oraz dwa ciche dni weekendu, spędzane z ojcem. Nie wyobrażała sobie, jak będzie wyglądać jej życie po powrocie z college’u, jeśli nie znajdzie pracy w Londynie czy gdziekolwiek i będzie musiała przyjechać na stałe do Kent. Tym ciężej będzie jej pewnie tu wrócić po roku spędzonym w Paryżu…

Rozmowa koncentrująca się dotychczas na jej planach związanych z Paryżem niespodzianie zeszła na Jamesa i jego firmę. Opowiadał o trudnościach z przejęciem jakiejś spółki w Chile i wejściem na tamtejszy rynek surowcowy, na którym nie miał doświadczeń, bał się zatem porażki, a z drugiej strony podniecało go to wyzwanie. Mówił dużo i z pasją – czuć było, że ta sprawa bardzo mu teraz leży na sercu – ale Jennifer zdała sobie w pewnym momencie sprawę, że w coraz mniejszym stopniu rozumie to, co James do niej mówił. Najwyraźniej działo się z nią coś dziwnego. No tak, wypiła przecież trzy duże kieliszki czerwonego wina i zakręciło jej się teraz w głowie. Boże, żeby tylko James się nie zorientował! Co sobie o niej pomyśli?

James… Ukochany James… Czy to naprawdę on siedzi teraz naprzeciw niej? Nagle zapragnęła go dotknąć, położyć dłoń na jego gęsto owłosionym nadgarstku, a jeśli zobaczy w jego oczach przerażenie, szybko dłoń cofnie, roześmieje i uda, że to… taki żart. W końcu upiła się trochę i pewnie zostanie jej to wybaczone. I kto wie, czy w obecnym stanie Jennifer nie zrealizowałaby tego planu, gdyby… gdyby nie poczuła nagle jego palców na swoich ustach, a w każdym razie tuż obok nich. Osłupiała. Ale po chwili zorientowała się, że troskliwy James wyciera jedynie serwetką resztkę deseru z jej podbródka.

– Pamiętam, że już od dziecka miałaś tendencję do mazania się po twarzy wszystkim, co popadnie – powiedział, uśmiechając się.

– Masz rację – odpowiedziała Jennifer, gdy tylko zdołała pozbierać myśli. – Ale jest pewien postęp.

– Tak?

– Wtedy były to tanie lody z Tesco, a dziś jest to wspaniały crème brûlée!

Roześmiali się oboje i dzięki temu Jennifer zdołała nieco uspokoić własne lęki co do tego, jak wypada w oczach Jamesa. Tyle że wciąż zachodziła w głowę, po co się spotkali. Czego chciał od niej ten słodki drań o uwodzicielskim spojrzeniu, który – z tego, co wiedziała lub nawet od niego samego słyszała – gustował w małych blondynkach na wysokim obcasie, czyli typie dokładnie przeciwnym do tego, którym była Jennifer. Dawniej, kiedy przy jego odwiedzinach w domu zdarzało im się czasem zamieniać parę zdań, James sam przyznał jej się do swej słabości do malutkich blondynek, zastrzegając, że nie szuka w tych znajomościach intelektualnego spełnienia. Zupełnie jakby przechwalał się koledze ze szkoły, pomyślała wówczas Jennifer. James raz jej nawet powiedział, że te znajomości to tylko „krótkie piłki”. Ciekawe, pomyślała wtedy, jak miałaby wyglądać w jego życiu „długa piłka”…

Czy on w ogóle widzi we mnie kobietę? – zastanowiła się Jennifer. Czy też jest dla niego nadal tą samą małolatą, której obecność na swoim podwórku ledwie zauważał, kiedy już odwiedzał dom rodzinny? Czy zdawał sobie sprawę, że Jennifer jest już kobietą, która może mieć własne życie intymne, uczucia, sympatie… I w tym momencie stał się niemal cud – James, jak gdyby czytając w jej myślach, zapytał:

– Chodzisz z kimś?

Jennifer zamurowało i dłuższy czas nie była w stanie wydusić z siebie ani słowa.

– Że… co? – spytała wreszcie, jak gdyby nie dowierzała własnym uszom.

– Pytam, czy masz jakiegoś chłopaka. Masz w końcu już… zaraz… dziewiętnaście lat, nie?

– Dwadzieścia.

– Dwadzieścia? No, to najwyższy czas, żebyś się z kimś spotykała.

Zaskoczona tak bezpośrednim pytaniem Jennifer nadal nie wiedziała, co odpowiedzieć. Miała kilku bliższych znajomych płci męskiej w college’u, w tym jednego, który prawdopodobnie czuł do niej miętę i wszystko wskazywało na to, że się właśnie zastanawia, jak jej to zakomunikować, ale… nie był szczególnie w jej typie, a zresztą Jennifer za wszelką cenę nie chciała się zaangażować uczuciowo teraz, przed wyjazdem do Paryża, żeby potem nie cierpieć. Słyszała historie swoich koleżanek, których przypadki dobitnie świadczyły o prawdziwości powiedzenia, że miłość na odległość najczęściej kończy się źle. Niemniej, chadzała czasem z Timem do kina czy na piwo. Ale tego Jamesowi nie powie – za żadne skarby nie chciała, by poczuł, że może być nieosiągalna. Przecież zaprosił ją na romantyczną kolację…

– Hm… teraz nie spotykam się z nikim – odpowiedziała.

– Niesamowite! – powiedział najwyraźniej rzeczywiście zaskoczony James. – Coś chyba nie tak z tymi chłopakami z Canterbury. Taka laska przechodzi im koło nosa, a oni nic!

– James, daj spokój!

– No, przecież nie da się ukryć, że już nie jesteś dziewczynką bawiącą się lalkami w piaskownicy.

– Po pierwsze – odpowiedziała rozbawiona tą uwagą – na moim, to jest na twoim podwórku, gdzie najczęściej się bawiłam, nie było piaskownicy…

– To taka przenośnia…

– Po drugie… – Tu w oczach Jennifer pojawił się jakby cień smutku. – Po drugie, nie miałam w dzieciństwie aż tak wiele lalek. Ojciec zupełnie się na tym nie znał i najchętniej kupowałby mi plastikowe żołnierzyki czy samoloty do sklejania.

– Zamiast domku pełnego lalek.

 

– Jestem jakoś dziwnie pewna, że te kilka, które mi kupił, wybierała twoja mama. A może nawet to był od początku jej pomysł.

Roześmiali się oboje. A po chwili James zapytał poważniejszym tonem:

– Zatem nie masz chłopaka?

– No… nie. Wiesz, chłopcy w college’u są dobrzy do wyjścia na piwo, ale…

– Nie podchodzą poważnie do tak zwanego życia? Ale tak się właśnie żyje, jak się ma dwadzieścia lat.

– Ty żyłeś inaczej.

– Ja, zwróć uwagę, nie za bardzo miałem wybór. Zresztą byłem trochę starszy. Miałem dwadzieścia trzy lata, jak umarł mi ojciec.

– To nadal bardzo mało. Zbyt młody wiek jak na stratę rodzica i konieczność przejęcia po nim firmy.

– Nie było wyjścia. Gdybym się za to nie zabrał, wuj Antonio i kuzyni roztrwoniliby wszystko, co ojciec, dziad i pradziad zdołali zbudować. Nie ze złej woli zresztą: nie mieli po prostu głowy do interesów. Zdecydowanie natomiast potrafią i lubią wydawać pieniądze. Tacy się już urodzili. Mogę tylko współczuć ich żonom i dzieciom.

Jennifer sięgnęła po butelkę wina i dolała sobie do kieliszka, mimo nieco zdziwionego wzroku Jamesa. Wyglądało na to, że Jennifer wypije niemal całą butelkę, a bordeaux, jak wiadomo, idzie mocno do głowy…

– Tak czy inaczej… – ciągnęła niezrażona, zapewne nie dostrzegła karcącego spojrzenia Jamesa. – Tak czy inaczej… no… – język plątał jej się trochę i miała kłopoty z doborem słów, niemniej postanowiła się łatwo nie poddawać: – Tak czy inaczej, nie znam nikogo, kto poradziłby sobie lepiej na twoim miejscu. Na pewno nikt z tych gogusiów w Canterbury…

– Z którymi nie chodzisz – dodał żartobliwie James.

– Z którymi nie chodzę – przyznała Jennifer. – I nareszcie wiem, dlaczego.

– Wszystko to się może wkrótce zmienić… – rzucił, nieco tajemniczo, James.

– Co… co chcesz przez to powiedzieć?

– Będziesz wkrótce marszandem z mieszkankiem w Paryżu, to całkiem niezła partia!

Nie mów, że byłbyś zainteresowany – chciała odruchowo odpowiedzieć, ale coś ją powstrzymało. Jednak mimo wlanej w siebie sporej ilości wina miała jeszcze jakąś kontrolę nad sobą. Może to zresztą niedobrze? Może gdyby tę kontrolę całkowicie utraciła, odważyłaby się na coś, co pewnie zmieniłoby relacje między nimi diametralnie? Tylko w jaki sposób?

– Może już… wyjdziemy? – zapytała po chwili. – Trochę kręci mi się w głowie…

– Specjalnie się nie dziwię – odpowiedział James, z politowaniem kręcąc głową.

– Wiesz, James, tak rzadko piję wino…

– Rozumiem. Może jednak skończysz deser? – zapytał, jednocześnie dając znak kelnerowi, by przyniósł rachunek.

Jennifer spojrzała zmęczonym wzrokiem na resztkę crème brûlée w stojącej przed nią kokilce. Taki dobry deser, aż wstyd zostawiać. Ale przecież kręciło jej się w głowie i jeśli zje cokolwiek jeszcze, to może się to skończyć w drodze powrotnej wymiotami, czym nie zrobiłaby pewnie najlepszego wrażenia na Jamesie. Wtedy James powiedział jednak coś, co sprawiło, że Jennifer całkowicie zmieniła w tej kwestii zdanie:

– Nie bądź jak te wszystkie moje panienki, dla których zjedzenie choćby kęsa czegoś słodkiego byłoby zbrodnią przeciw ludzkości.

Ze smakiem dojadła crème brûlée i podziękowawszy Jamesowi za wspaniałą kolację, spróbowała wstać, a kiedy to się nie do końca udało, bez sprzeciwu oparła się na podanym przez niego ramieniu.

O, jak słodka była droga do samochodu! Jak bezpiecznie czuła się Jennifer podtrzymywana przez twarde, muskularne ramię mężczyzny swoich marzeń. Jak bardzo chciałaby się teraz cała wtulić w niego, niczym małe dziecko potrzebujące opieki. Jako kobieta była wprawdzie dość wysoka, miała metr siedemdziesiąt siedem centymetrów wzrostu, a dodatkowo była teraz w szpilkach, ale i tak, kiedy tak szli obok siebie alejką, James przewyższał ją o jakieś pół głowy. Tylko dlaczego zaparkował samochód tak blisko? Dlaczego chwila ta nie mogła trwać wiecznie? Czemu właściciele restauracji nie budują parkingów gdzieś dalej? Ileż kobiet chętnie przeszłoby taką drogę, odprowadzanych przez swych opiekuńczych mężczyzn, nawet jeśli nie mieliby oni postury lwa salonowego czy twarzy hollywoodzkiego amanta?

Po chwili jednak siedzieli już w jego suzuki. W samochodzie Jennifer odczuła nagły chłód, mimo że sierpniowa noc była dość ciepła – nic jednak nie mogło zastąpić ciepła ramienia Jamesa. Po chwili zakręciło jej się silniej w głowie i zupełnie nie wiedząc kiedy, zasnęła, z głową bezładnie opartą o zagłówek.

Obudziła się na podjeździe pod domem. Okna były ciemne, zatem ojciec musiał zasiedzieć się u któregoś z przyjaciół, których zresztą, jako pijący umiarkowanie, nie miał zbyt wielu.

Krótki sen wyraźnie otrzeźwił Jennifer, która całkiem przytomnym głosem zapytała:

– Wejdziesz na chwilę? Nie mogłeś pić cały wieczór, a ja mam jakieś wino w lodówce. Otwarte, ale ledwie napoczęte…

– Gdybym wcześniej pomyślał, pojechalibyśmy do restauracji taksówką – powiedział, otwierając po swojej stronie drzwiczki samochodu. Co najwyraźniej znaczyło, że przyjął propozycję Jennifer. Odetchnęła z ulgą.

Włączyła dyskretną lampkę w salonie zamiast dość oślepiającego górnego światła. Drżącymi dłońmi nalała im po kieliszku wina, białego, bo tylko takie w domu było. Początkowo sama chciała nie pić, ale potem uznała, że jeszcze jeden kieliszek dla kurażu dobrze jej zrobi.

James kręcił się w międzyczasie po domu, oglądał zdjęcia na ścianie w salonie, stare trofea myśliwskie wujka Alberta w postaci skór wilczych i jelenich rozwieszonych w salonie, zajrzał wreszcie do kuchni, gdzie Jennifer uporała się właśnie z nalewaniem wina i nie wiedząc, gdzie je podać, postawiła kieliszki na kuchennym blacie.

– Całkiem przytulne mieszkanko… – powiedział, podnosząc kieliszek do ust. – Jak na samotnego pana w średnim wieku twój ojciec utrzymuje tu perfekcyjny porządek.

– Wiesz – odpowiedziała Jennifer – jestem tu prawie w każdy weekend, więc zawsze trochę posprzątam. Ale masz rację: jak na samotnego starszego pana mój ojciec prowadzi bardzo higieniczny tryb życia.

Przypomniała sobie, że właściwie sprzątanie domu przejęła na siebie niedługo po śmierci matki, kiedy miała raptem dziesięć lat. Ojciec starał się, jak mógł, ale… był zbyt niedbały jak na standardy czystości, do których przyzwyczaiła Jennifer matka. A na sprzątaczkę, choćby raz w tygodniu, nie bardzo było ich stać.

Kiedy James z kieliszkiem w dłoni przechodził podziwiać wystrój dalszej części kuchni, z oknem wychodzącym na posiadłość jego matki, i musiał przecisnąć się między nią a stołem, Jennifer, ku swemu własnemu zaskoczeniu, postanowiła przystąpić do ataku.

Teraz albo nigdy, pomyślała, i oparła głowę o ramię Jamesa, który przystanął właśnie obok.

– Tak mi dobrze było tam, przy tobie… – powiedziała cichutkim głosem.

James objął ją opiekuńczo.

– Biedne maleństwo! – odparł ze szczerą troską. – Jutro będzie cię bolała głowa. Musisz zaraz położyć się spać, ale wcześniej weź koniecznie aspirynę. Ranek będzie dużo lżejszy – dodał, gładząc ją po włosach.

– James… – Jennifer nie odrywała głowy od jego ramienia.

– Tak?

– Czy ty nigdy…?

– Ja? Nigdy? Setki razy! Budziłem się już z takim kacem, że myślałem, że umrę. Ale najczęściej musiałem szybko iść do biura i udawać przed pracownikami, że nic mi nie jest. Mówię ci: aspiryna, najlepiej dwie albo trzy. Zupełnie bólu to nie usunie, ale na pewno złagodzi.

– James, ja nie o tym…

– A… o czym? – zapytał James, nieco zbity z tropu.

– Czy ty nigdy nie myślałeś, że my, ty i ja…

– Taaak…?

– Że moglibyśmy być parą?

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?