Niewinne kłamstwo

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Cathy Williams

Niewinne kłamstwo

Tłumaczenie: Zbigniew Mach

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2021

Tytuł oryginału: The Italian’s Christmas Proposition

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2019

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2019 by Cathy Williams

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2021

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-7476-0

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Skupisz się na tym, co do ciebie mówię, Rosie?

W akcencie z wyższych sfer pobrzmiewały tony desperacji, irytacji i anielsko cierpliwej miłości. Młoda dziewczyna z poczuciem winy oderwała oczy od znacznie bardziej pobudzającego widoku – ludzi na dole wzgórza. Wszyscy nieśli na ramionach złożone narty. Jej uszu dochodziły radosne odgłosy żartów i rozmów.

Zimowe wakacje w Dolomitach tuż przed świętami Bożego Narodzenia.

Luksusowy pięciogwiazdkowy hotel w regionie Veneto na północy Włoch był dla Rosie Carter drugim domem. Jak tylko sięgała pamięcią, co roku przed świętami przyjeżdżała tu z rodziną. Mogła zamknąć oczy i zobaczyć każdą belkę wspaniale wypolerowanego drewna. Każdy okrągły fragment marmuru, ponadczasowe, nieśmiertelne chłodne szarości i wygląd pięknego krytego basenu oraz przesadnie wielkie kryształowe żyrandole wiszące w restauracji chlubiącej się trzema gwiazdkami Michelin.

Siedząc na niewielkim tarasie na galerii z filiżanką kawy w ręku, Rosie podziwiała ustawioną obok recepcji wspaniałą sześciometrową choinkę ubraną w wielokolorowe lampki.

W holu dominowały dyskretne odcienie różu i kości słoniowej.

– Zamieniam się w słuch – odparła z wyraźną dbałością, by w jej głosie zabrzmiał odpowiedni ton szczerości i entuzjazmu.

Siedząca naprzeciw Rosie jej siostra po raz kolejny ciężko westchnęła.

– Co będę robić, gdy skończy się narciarki sezon? Nie wiem, Candice. Uczenie jazdy na nartach sprawia mi ogromną frajdę. Spotykam masę fajnych i przemiłych ludzi. Poza tym opiekuję się górskim domem naszych rodziców. Pilnuję, by nikt się nie włamał...

– Bo w Cortina d’Ampezzo więcej włamywaczy niż turystów? – spytała siostra z ironicznym uśmiechem na ustach.

– Licho nigdy nie śpi – odparła filozoficznie Rosie.

– Nie możesz bez końca fruwać z kwiatka na kwiatek. Z jednej roboty do drugiej. Za chwilę będziesz mieć dwadzieścia cztery lata! Wszyscy – ojciec, matka, Emily i ja boimy się, że dojdziesz do punktu, w którym nie będzie ci się chciało nawet próbować – nie dawała za wygraną Candice.

– To co? Mam zostać księgową? Wziąć kredyt hipoteczny? Znaleźć przyzwoitego faceta, który będzie mnie nosił na rękach? – Rosie zarumieniała się i odwróciła wzrok.

Była szczególnie czuła na punkcie mężczyzn. Wiedziała, że to właśnie martwi jej rodziców – w przeciwieństwie do obu sióstr, nigdy nie znajdzie tego właściwego mężczyzny. Całe życie będzie dryfować tylko między nieodpowiednimi. A każdy kolejny będzie gorszy od poprzednika. Zdarza się. Miała za sobą kilka nieudanych przelotnych romansów. I choć po każdym zachowywała dobrą minę do złej gry, tylko ona wiedziała, jak bolało każde rozczarowanie.

Tkwiła w takim okresie życia, że gdyby ktoś jej powiedział, że nie przeżyje już romansu czy prawdziwej miłości, wcale by się nie zmartwiła i nie zarywała z tego powodu nocy. Jej ostatnią sympatią był pewien młodzieniec, którego spotkała podczas podróży po Indiach. Skupował tanie azjatyckie podróbki, które potem z zyskiem sprzedawał w Londynie. Bawili się świetnie… Do czasu, gdy młody człowiek nie zapałał miłością do spotkanej na hinduskim bazarze wysokiej brunetki i nie odpłynął z nią w siną dal, zostawiając tylko kartkę z jednym słowem „Przepraszam”.

Zresztą więcej się po nim nie spodziewała.

Pocieszało ją tylko, że po tych nieudanych związkach, nigdy nie spodziewała się nic wielkiego. To było jedyną ich zaletą. I tyle. Przez wszystkie te lata tylko jeden mężczyzna złamał jej serce. Miała wtedy dziewiętnaście lat i żadnej wiary w siebie. Właśnie rzuciła studia na uniwersytecie. Młodzieniec znalazł się w odpowiedniej chwili, by uchronić ją przed kompletnym załamaniem. Zagorzały rowerzysta szczerze nieznoszący wszelkich konwencji wnosił w jej życie powiew świeżości. Jak bardzo się różnił od tych bogatych, wymuskanych chłopaków z wyższej klasy średniej, z którymi spędzała czas. Kochała w nim wszystko – od tatuaży po złoty kolczyk w uchu.

On jednak bardziej kochał ją za pieniądze, jakie wnosiła w ich związek, niż za to, kim naprawdę była. Dostał szału, gdy pewnego dnia obiecała, że zostawi dla niego wszystko – łącznie z jej własną częścią rodzinnego majątku. Do dziś wzdragała się na myśl, że mogła popełnić największy błąd w życiu.

Od tego czasu cieszyła się życiem, pływając po powierzchni i nie wnikając w nie zbyt głęboko.

– Ktoś mówił o księgowej? – Candice wróciła do rozmowy i wzniosła oczy do góry, wyszczerzając zęby w uśmiechu.

Rosie odwzajemniła się równie szerokim uśmiechem. Obie wiedziały, co mają na myśli. Mąż ich siostry Emily był księgowym. Wspaniały facet, ale gdy zaczynał rozprawiać o kursach walut, odsetkach i inwestycjach, stawał się nieco nudnawy.

Zdążył jednak zgromadzić spory majątek, co znaczyło, że potrafił grać w tę grę.

Rosie jednak nawet nie miała zamiaru jej zacząć.

– Do Bożego Narodzenia tylko trzy tygodnie... – Candice zmieniła temat.

Rosie spojrzała na nią przymrużonymi oczyma przeczuwając, że rozmowa potoczy się torem, którego nie chciała.

– Nie martw się. Zadbam, by nasz górski dom był całkowicie gotów na rodzinny zjazd. Wiesz, jak uwielbiam dekorować choinkę. Nie zabraknie czekoladek dla dzieciaków.

– Ale plany się zmieniły – weszła jej w słowo siostra. – Jest piękny śnieg i wszyscy zjadą już jutro! Mnie wysłano na zwiady. Wiem, że miałyśmy spędzić dziś babski dzień, ale rodzice nie mogą się już doczekać atmosfery świąt. Poza tym chcą zaprosić na długi weekend państwa Ashley-Talbot… I Roberta. Jest teraz szychą w londyńskim City i świetnie mu idzie. Matka i ojciec myślą, że ty i on… Byłoby miło…

– Nie – Rosie zaprzeczyła stanowczym głosem.

– To nic pewnego. Tylko domysły. Zawsze miał słabość do ciebie…

– Absolutnie nie!

– Rodzice sądzą, że nie ma nic złego w takim spotkaniu…

– Ach, tak. Gdy mówiłaś, że jesteś na zwiadach, znaczyło to, że masz przygotować grunt pod moją randkę z Robertem. Nie ma mowy. To największy nudziarz na świecie.

– Nie mów tak! Może spodoba ci się ktoś, kto ma stałą pracę. Obie z Emily zgadzamy się z rodzicami. Wymień jeden powód, dla którego nie mogłabyś chociaż spróbować. Nie wiesz, jaki Robert jest teraz. Nie widziałaś go od lat.

– Półtora roku! Idę o zakład, że się nie zmienił – odparła Rosie.

Przypomniała sobie mężczyznę z przesadnie wystającym jabłkiem Adama i okularach o grubej oprawce lubującego się w rozprawianiu o rzeczach, które każdą kobietę uśpiłyby już po paru minutach rozmowy.

Spojrzała w dół na choinkę i tłum gości. Kątem oka dostrzegła trójkę ludzi zbierających jakieś dokumenty ze stolika, od którego właśnie wstawali. Rozpoznała starszą parę – oboje dobrze po sześćdziesiątce – którą kilka razy uczyła jazdy na nartach. Bardzo miłe małżeństwo Bob i Margaret. Oboje już wybierali się na emeryturę. Chcieli sprzedać część swoich posiadłości, a do narciarstwa zachęciła ich córka. Do kurortu z krótką wizytą miał wpaść młody człowiek, Matteo, który zamierzał kupić od nich dużą nieruchomość. Zapewne to on się z nimi żegna.

– Nie chce mi się o tym mówić. Po prostu nie mam ochoty na spotkanie z nim. Zresztą z nikim – wróciła do rozmowy z siostrą, patrząc jej w oczy.

Przyjazd Roberta zamieniłby święta w koszmar. Nie chciała patrzeć, jak cała rodzina – z pewnością w dobrej wierze – pcha ją w stronę, w którą za nic w świecie nie chciała iść.

– Wiesz, ktoś tutaj złamał mi serce… – szepnęła tajemniczo, nachylając się do Candice.

– Co ty pleciesz, Rosie?

– Mówiłaś, że nigdy nie trafię na tego właściwego. Ale właśnie trafiałam. To jeden z tutejszych gości. Biznesmen. Można na nim polegać. Takiego faceta byście dla mnie pragnęli. Z początku zanosiło się na przelotny romans, ale to chyba coś głębszego, niż myślałam…

 

– Nie bardzo ci wierzę. Siedzimy tu od godziny i dopiero teraz o tym mówisz?

– Nie chciałam, ale gdy powiedziałaś o przyjeździe Roberta… Wiem, że zawsze spotykałam się z fatalnymi mężczyznami, ale naprawdę wierzyłam, że ten okaże się tym właściwym. Weszłam w ten romans z szeroko otwartymi ramionami, ale facet mnie zranił… Potrzebuję trochę czasu, by wylizać rany.

– A gdzie jest teraz ten tajemniczy kochanek?

– Oczywiście… – Rosie przerwała na chwilę.

Raz jeszcze spojrzała na żegnającą się przy stole trójkę gości. Młodszy mężczyzna stał odwrócony do niej plecami. Czy mógłby odegrać rolę łamacza niewieścich serc?

Złamane serce nagle wydało jej się ostatnią deską ratunku.

– O, jest tam, widzisz? Żegna się ze starszym małżeństwem. Ma na imię Matteo. Nie wie, że tu jestem. Myśli, że uczę jazdy na stoku. Już pewnie zapomniał o mnie! – powiedziała płaczliwym głosem.

Candice spojrzała w dół.

– Ten głupek cię zranił?

Rosie wymamrotała pod nosem odpowiedź. Nie chciała jednak dalej ciągnąć rozmowy. Nie lubiła kłamać. Już czuła się winna, że swoim małym kłamstewkiem oczernia kompletnie obcego mężczyznę.

Zachowanie siostry zupełnie ją zaskoczyło, bo było tak niepodobne do chłodnej, eleganckiej i zawsze opanowanej Candice. Z wściekłością w oczach siostra zerwała się na równe nogi. Uderzyła pięścią w blat stolika i biegiem ruszyła na dół, wzbudzając zaciekawienie obecnych.

Rosie nie zdążyła jej powstrzymać. Wiedziała, co się święci. Gwałtownie wstała i pobiegła za siostrą.

Choć raz Matteo Moretti nie patrzył na zegarek. Zwykle robił to co chwila. Dopinanie transakcji w biznesie zawsze wzbudzało w nim nerwowość. Niecierpliwość, by jak najszybciej zacząć coś nowego. Bob i Margaret jeszcze nie złożyli podpisów pod aktem kupna, ale były one już czystą formalnością. Gdy tylko skończy się horror świąt, do pracy ruszą prawnicy, którzy ustalą ostatnie szczegóły umowy.

Małżonkowie nawet nie wiedzieli, ile znaczy dla niego kupno tej nieruchomości.

Oboje uśmiechali się do Mattea, gratulując udanych negocjacji.

– Ta ziemia jest sporo warta. – Bob poklepał go po ramieniu i spojrzał na niego wesołym wzrokiem. – Nie powiem ci, ilu było chętnych, ale jesteś pierwszym, któremu ufamy, że wykorzystasz ją w sposób właściwy.

– Czuję się zaszczycony – odparł szczerze wzruszony Matteo.

Przebywał w tym horrendalnie drogim hotelu już od trzech dni, próbując wywrzeć na małżonkach jak najlepsze wrażenie. Zwykle nie prowadził rozmów biznesowych w ten sposób, ale wyznawał zasadę, że różne umowy wymagają różnego podejścia.

Przez cały pobyt towarzyszył mu świąteczny harmider, którego szczerze nie znosił. Cała ta radosna wrzawa przypominała mu tylko, że najwyższy czas zrobić to, co robił w każde święta – uciec i zaszyć się w swojej wspaniałej zabytkowej willi położonej na obrzeżach Wenecji.

Raptem dwie godziny drogi.

Pracował i większość czasu spędzał w Londynie, gdzie posiadał luksusowy penthaus. Ale jego prawdziwym schronieniem, jedynym miejscem, gdzie odczuwał całkowity spokój, była ta elegancka rezydencja o elewacji z żółtego piaskowca. Co roku uciekał w jej zacisze przed hałaśliwą atmosferą świąt, dekoracjami sklepów, rozbrzmiewającymi wszędzie kolędami i dziesiątkami Świętych Mikołajów. Wszystkim tym, co każdego roku zaczynało się jeszcze wcześniej niż poprzedniego.

Teraz też był już myślami w Wenecji. Zaszyty w domu tylko z gosposią i sprzątaczką, które dbały o jego spokój, podczas gdy on oddawał się pracy. Dzięki temu unikał świątecznego chaosu i mógł cały czas trzymać rękę na pulsie biznesu. Codziennie otrzymywał dokładne informacje z rozmieszczonych po świecie biur jego koncernu. Przez większość roku mieszkał w Anglii, ale był do szpiku kości Włochem, a wenecka willa przypominała mu o jego dziedzictwie i wszystkim, co się z nim wiązało. Dlatego, gdy nadchodziły święta Bożego Narodzenia, wystawiał czek swojemu osobistemu sekretarzowi, zwalając na niego obowiązek reprezentowania go na niezliczonych świątecznych przyjęciach, a sam znikał za drzwiami swojej rezydencji.

Prywatność cenił ponad wszystko. Nie pozwalał, aby ktokolwiek zakłócał mu spokój. Teraz jednak czuł silny przypływ emocji, bo zamknął transakcję, która miała dla niego wymiar głęboko osobisty. Jego dzieciństwo i dorastanie zamykały się w tym kawałku ziemi, który niedługo będzie jego własnością. I znajdującym się na nim specjalnym gospodarstwie rolnym. Farmie stworzonej dla dzieci, które nie miały rodziców. Miejsce ucieczki, gdzie mogły one oddychać pełną piersią na otwartym terenie wiejskim, z wszechobecną wokół naturą. Końmi, których mogły dosiadać. Ciche i tajemnicze zakątki, gdzie można było poczuć ducha przygody. Kury do karmienia. Idylla.

Jakże inne niż szare domy dziecka czy pobyty w rodzinach zastępczych.

To było wiele lat temu. Ale dwa tygodnie, które spędził tam jako dziesięcioletni brzdąc, który za chwilę miał się zerwać z uwięzi, głęboko wryły się w jego serce. Dały mu coś, czego mógł się chwycić. Zarzucić kotwicę w niespokojnym i pozbawionym steru życiu. Bob i Margaret nie zarządzali wtedy farmą. Zjawili się w niej później. Matteo trzymał swój związek z tym miejscem w tajemnicy. Jak zresztą wszystko, co dotyczyło jego przeszłości. Jednak teraz, gdy za chwilę stanie się ono jego własnością, ku swojemu zdziwieniu nie mógł powstrzymać emocji…

Właśnie podawał rękę Bobowi, umawiając się na końcowe podpisanie dokumentów, gdy nagle tuż przy nim jak spod ziemi wyrosła młoda kobieta o blond włosach. Krzyczała coś wysokim głosem, zwracając na siebie uwagę wszystkich gości.

Przez chwilę nie mógł wydobyć ani słowa. Bob i Margaret również stali w miejscu jak wryci.

– Kim, do diabła, jesteś Matteo, czy jak ci tam… Jak śmiesz bawić się z Rosie? Takich jakich ty powinno się wieszać! Myślisz, że zostawisz ją ze złamanym sercem? Dam się pokroić, że nawet nie obejrzysz się za siebie! Co za niemoralny typ! Tyle razy ją raniono!

– Mówi pani do mnie? – spytał kompletnie zaskoczony.

– A do kogo? Jesteś Matteo?

Kompletnie zaskoczony rozpaczliwie rozejrzał się wokół. Za wysoką pomstującą na niego blondynką dostrzegł niską kobietę o krągłych i zmysłowych kształtach. Na jej twarzy rysowało się przerażenie graniczące z paniką i głębokim zażenowaniem.

Przez kilka sekund Matteo nie wiedział, co się dzieje. Niska kobieta patrzyła na niego najbardziej niebieskimi oczyma, jakie kiedykolwiek widział. Niesforne loki blond włosów otaczały twarz w kształcie serca. Zrumienione policzki, pełne zmysłowe usta i gładka jak aksamit skóra.

Nagle zabrakło mu słów. Wpatrywał się w nieznajomą. Jak przez mgłę słyszał, że woła go po imieniu. Wykorzystała chwilę jego dziwacznej dezorientacji i chwyciła go pod ramię.

– Proszę, błagam, chodźmy… – Rosie szeptała mu do ucha, jednocześnie prowadząc go w dół pod rękę. – Możesz przez chwilę odgrywać tę grę? Zaraz wszystko wyjaśnię. Przykro mi, ale rób tylko…

Co? Przez chaotyczną plątaninę myśli Matteo czuł na ręku jej małe delikatne dłonie. Była o wiele niższa od niego. Górował nad nią o dwie głowy.

– Kim, u licha, jesteś? – spytał cichym głosem.

Myślał z szybkością błyskawicy, ale czuł się zmieszany delikatnym dotykiem jej dłoni, miękkością ciała, którym przylgnęła do niego, i słodkim, kwietnym zapachem jej włosów. Była o wiele niższa, a uniesione ku niemu ręce podkreślały kształt jej pełnych piersi rysujących się po narciarskim sweterkiem.

– Jestem Rosie. Przepraszam, naprawdę przepraszam. Nie miałam pojęcia, że moja siostra rzuci się na ciebie jak byk na czerwoną płachtę.

– Nie tego się po tobie spodziewałem, synu. – Matteo wzdrygnął się na dźwięk głosu Bena. – Wiesz, jak tradycyjne mamy poglądy. – W głosie starszego mężczyzny brzmiał silny ton rozczarowania.

Skąd ta kobieta zna moje imię? Kim właściwie jest?

Oczyma wyobraźni Matteo zobaczył skutki tej niezręcznej sytuacji – nici z zakupu!

Bob mruknął pod nosem, że być może popełnił fatalny błąd, ufając młodemu człowiekowi, choć jego żona starała się zachować spokój. Mimo to finalizacja umowy coraz bardziej rozpływała się w powietrzu. Matteo nie miał pojęcia, kim jest wisząca u jego ramienia kobieta, błagalnym wzrokiem prosząca go o pomoc. W pierwszym odruchu pomyślał, że chodzi o jakąś pułapkę, by wymusić od niego pieniądze. Szantaż? Publicznie rzucone oskarżenia? Za rogiem pewnie już czeka cała armia paparazzich. Za chwilę w ruch pójdą aparaty i kamery.

Czuł niepohamowaną wściekłość. Najpierw trzeba uspokoić Boba i Margaret oraz ograniczyć szkody do minimum. Zabrać sprzed ich oczu tę młodą kobietę. Był gotów zrobić wszystko, byle tylko dopiąć umowę.

Chcąc nie chcąc, choć tego nie znosił, musiał więc robić dobrą minę do zlej gry.

Uśmiechnął się do niej, a Rosie zarumieniła się jeszcze bardziej.

– Rosie – wymruczał pod nosem, ale tak, żeby wszyscy słyszeli, i odwrócił ją do nich plecami. – Wiesz, rozmawialiśmy o tym…

Spojrzał na Boba i Margaret z nazbyt skromnym uśmiechem i przysunął Rosie jeszcze bliżej do siebie.

– Trochę puściły jej nerwy, Bob… Myślała, że jestem jednym z tych nieodpowiedzialnych facetów… – Potrząsnął przecząco głową i pocałował ją w policzek.

– Jak cię przekonać, kochanie, że dla mnie nie jest to tylko przelotny romans?

Spojrzała na niego zaskoczona, ale Matteo szybko się opanował. Obejmował ją ręką w pasie. Czuła ciepło jego ciała.

W tym zamieszaniu nawet nie zauważyła, jaki fantastycznie wyglądający mężczyzna ją obejmuje. Kruczoczarne włosy, oliwkowa karnacja i czarne jak północ oczy. Zdawała sobie sprawę, że oddycha coraz szybciej i nie potrafi zabrać myśli. Ale była też tak świadoma swojej kobiecości, jak nigdy przedtem…

– Hm… – odparła, niespokojnie patrząc mu w oczy.

– Chyba zaczynam coś wielkiego, Bob. Nie chciałem wam nic mówić, by nie zapeszyć – ciągnął Matteo.

– Ależ to romantyczne – przytaknęła z aprobatą w głosie Margaret.

– Nie widać? – dodał Matteo neutralnym tonem.

Mocniej objął Rosie w pasie i delikatnie zacisnął dłoń, przyciągając ją jeszcze bliżej. Podsunął rękę wyżej, niemal pod jej piersi. Tajemniczy nieznajomy odgrywał swoją rolę jak teatralny wyga. Pytanie brzmiało tylko: dlaczego?

– Jutro czeka nas długi dzień i podpisanie umowy. Może odpocznijcie w hotelu? Od rana jesteście na nogach – mruknął Matteo, chcąc odwrócić uwagę małżonków od krępującej sytuacji rozgrywającej się przed ich oczyma.

– Trafiałaś na dobrego człowieka, moje dziecko – powiedział Bob, ściskając na pożegnanie rękę Rosie. – Cieszę się, że wszystko sobie wyjaśniliście, chłopcze. Widzę w tobie cechy rodzinnego człowieka. Powiadają, że dobra kobieta rozwija u mężczyzny dobre cechy, o których mógł nawet nie wiedzieć.

Bob zaśmiał się i przytulił żonę.

Matteo odetchnął z ulgą. Przynajmniej na chwilę oddaliła się perspektywa, że transakcja nie dojdzie do skutku. W myślach już pożegnał się z jutrzejszym wieczorem w swojej weneckiej willi.

– Tak mówią – przytaknął. – I mają rację.

Akurat takie słowa przyszły mu do głowy.

Wciąż jednak myślał o kobiecie, którą przedstawił jako swoją miłość, i co go czeka za chwilę.

– Mam nadzieję, że spędzimy z wami jeszcze trochę czasu przed powrotem do Yorkshire. Rodzina jest wszystkim. Chętnie napiję się za młodą miłość – rzucił wesoło Bob.

Matteo skinął głową i musnął wargami włosy Rosie. Używał całego swojego męskiego wdzięku, by zasypać niespodziewane wyboje, które nagle pojawiły się na jego drodze. Odprowadził małżonków do szklanych drzwi. Niewysoka blondynka wciąż szła u jego boku.

Odetchnął z ulgą, gdy małżonkowie wyszli.

Z rosnącym przerażeniem w oczach patrzyła, jak Matteo błyskawicznie pozbywa się jej siostry. Robi to w sposób delikatny, ale jego dłoń mocno zaciśnięta na talii Rosie nie wróżyła nic dobrego. Mimo to dotyk ten sprawiał, że czuła miłe mrowienie w całym ciele. Nie mogła winić Mattea. W milczeniu słuchała, jak przesadnie miękkim i cierpliwym głosem uśmierzał obawy Candice, która w końcu sama zaczęła się śmiać i zapewniać go, że cieszy się, że wszystko się wyjaśniło. Po prostu – siostrzyczka wszystko poplątała.

Kto by się spodziewał, że zimna jak lód Candice wejdzie w tak niepodobną do niej rolę? Wzdragała się, gdy tylko w restauracji ktoś nagle podnosił głos. Biadoliła, gdy siedzący obok gość za głośno rozmawiał przez telefon komórkowy. Kiedyś, gdy były dziećmi, niemiłosiernie zbeształa Emily, bo ta mówiła zbyt krzykliwym głosem.

 

Gdy Candice zostawiła ich samych, Matteo natychmiast zdjął dłoń z biodra Rosie i spojrzał na nią chłodnym wzrokiem.

– Znajdziemy jakieś ciche i przytulne miejsce na miłą pogawędkę? – rzucił ironicznym tonem.

Rosie zadrżała. Mężczyzna był seksowny. Ale był też niebezpieczny. Groźny. Skuliła się w sobie.

– Boże, przepraszam. Tak mi przykro. Wygłupiłam się – wymamrotała pod nosem, nawet nie zdając sobie sprawy, że nieznajomy już wyprowadza ją z holu.

– Czyżby? – zapytał zimnym głosem.

Nie miała pojęcia, dokąd idą. Zdążyła tylko na chwilę odwrócić głowę, by zobaczyć, że ludzie, którzy przedtem z ciekawością przyglądali się całej scenie, zostali daleko w tyle.

Ich głosy ucichły.

– Dokąd idziemy?

– W ciche miejsce. – Jego głos był miękki jak jedwab i ostry jak brzytwa.

Takie połączenie nigdy nie wróży nic dobrego.

– Przecież przeprosiłam… – powiedziała płaczliwym głosem, ale posłusznie szła obok niego. Całą sobą odczuwała obecność tego mężczyzny. Niemal fizyczną bliskość. Czaiła się w nim jakaś tajemnicza siła, która sprawiała, że Rosie drżała, przeżywając naraz mieszaninę lęku i niepokoju, ale też przedziwnego poczucia ekscytacji, które wyrastało, nie wiadomo skąd.

Matteo milczał. Rosie nie zauważała nawet, że kolejne grupki bogatych gości hotelu rozstępują się przed nim, jak przed królem z orszakiem.

W końcu stanęli przed drzwiami, które otworzył, przepuszczając ją obok siebie.

Mimo że od lat przyjeżdżała z rodzicami do tego luksusowego ośrodka wypoczynkowego, nigdy nie była w części zarezerwowanej tylko dla specjalnych gości. Prywatne pomieszczenie dla miliarderów.

Zamknął drzwi. Oboje stali teraz w przestronnym pomieszczeniu o podłodze ze szlachetnych gatunków drewna niemal w całości wyłożonej cennymi perskimi dywanami. Pod ścianami umieszczono kilka wielkich skórzanych sof. Przy jednej z wyłożonych panelami ściany umieszczono barek. Z pewnością nie mieli tu wstępu zwykli turyści, choć trudno nazywać takimi ludzi, których stać było na pobyt w tym luksusowym ośrodku.

Rozejrzała się wokół i zatrzymała wzrok na Matteo. Czuł się tu jak u siebie. Nalał sobie szklaneczkę whisky.

– Wiem, co powiesz… Jeszcze raz… Uwierz mi, bardzo mi przykro –zaczęła Rosie niepewnym głosem.

– Nie wiesz, co chcę powiedzieć, ale wiedz, że będzie ci sto razy bardziej przykro, gdy rozprawię się z tobą i twoją wspólniczką.

– Wspólniczką? – Spojrzała na niego zdumiona.

Po chwili jednak pożałowała, bo w jego oczach zobaczyła coś, czego nigdy nie widziała u żadnego mężczyzny. Ściany wokół niej zawirowały i gdyby szybko nie usiadła, nogi odmówiłyby jej posłuszeństwa.

– Blondynką o głosie, którym mogłaby kruszyć szkło. Siadaj – odparł władczym tonem.

Obie jej siostry były wysokimi, wytwornymi i pięknymi kobietami o urodzie lodowych królewien. Natomiast ona… Szkoda mówić… Dość niska i krągła z racji niepohamowanego pociągu do czekolady i wszystkiego, co słodkie. Do tego sięgająca ramion burza niesfornych blond włosów i zbyt obfity biust, by uznać go za modny w czasach szczupłych modelek.

Pamiętała jednak ciepło jego dłoni, gdy podsunął ją wyżej, niemal pod jej pierś…

Świadoma swoich wad Rosie była gotowa na atak i była pogodzona z tym, że sama wszystkiemu zawiniła.

– Jeśli tą zgrabnie odegraną scenką chciałaś wyciągnąć ode mnie pieniądze, to trafiałaś na nieodpowiedniego faceta.

Nie podnosił głosu. Nie drgnął mu nawet jeden mięsień na twarzy, ale zdanie to zabrzmiało tak groźnie, że Rosie przeszył lęk.

– Przyjechałem tu dopiąć pewną transakcję – ciągnął dalej tym samym śmiertelnie groźnym, choć niemal konwersacyjnym tonem. – Dlatego zagrałem w twoją grę. I mam zamiar dalej w nią grać, dopóki nie podpiszę umowy. Dopiero wtedy pożałujesz tego, co zrobiłaś.

– Grozisz mi? – spytała słabym głosem. – Ta kobieta to moja siostra...

– Grożę? Chyba nie rozumiesz. Cokolwiek sobie ubzdurałyście, dajcie spokój, bo nie wyciągnięcie ode mnie żadnych pieniędzy.

– Pieniędzy? – powtórzyła zaskoczona.

– Naprawdę myślałaś, że rozdmuchacie sprawę w mediach, a potem będziecie mnie szantażować, by za spokój wycisnąć kasę?

– Nie mam pojęcia, o czym mówisz.

– Nie pogrywaj ze mną! Dobrze radzę – odpowiedział chłodno.

– Nie pogrywam. Naprawdę nie wiem. Po co miałybyśmy cię szantażować?

Matteo wyciągnął z kieszeni wizytówkę i rzucił ją na jej uda.

– Co za bezczelność! – krzyknęła Rosie, rumieniąc się. – Jak śmiesz? Tak traktujesz kobiety, dżentelmenie?

– Daruj sobie świętoszkowate oburzenie – odparł równie spokojnym co przedtem głosem. – Spójrz na wizytówkę.

Wciąż kipiąc ze złości, wzięła ją do ręki. Widniało na niej tylko imię i nazwisko oraz trzy numery telefonów.

– Nic mi to nie mówi. Matteo Moretti, tak? – Westchnęła i wychyliła się, by oddać mu wizytówkę.

Wziął ją i popatrzył Rosie w oczy. Nie potrafiła odczytać, co mówi jego wzrok. Nieznajomy doskonale umiał ukrywać swoje myśli i zapewne czynił tak od dawna. Emanowała z niego aura groźby i wewnętrznej siły, ale ku swojemu zdziwieniu Rosie zupełnie się nie obawiała jego obecności i bliskości. Nigdy nie doświadczyła niczego podobnego z żadnym mężczyzną.

– Jesteś chyba kimś ważnym, skoro sądzisz, że powinnam znać twoje nazwisko. Ale nie znam ludzi ze świata biznesu. Jesteś też pewnie bogaty, bo myślisz, że trafiłeś na złodziejkę, która chce pieniędzy. Bzdura!

– Twoja siostra znała moje imię? – nie przestawał naciskać.

Co za namolny facet! Długo będzie się tak upierał?

– Uczę jazdy na nartach – odparła chłodnym tonem. – Przypadkiem spotkałam na stoku twoich znajomych… I ich też uczyłam.

– Do rzeczy!

– No właśnie. W zastępstwie kolegi dałam im lekcję. Bob i Margaret mówili, że łączą przyjemność z biznesem. Wspomnieli o tobie po imieniu. Śmiali się nawet, że nie wychodzisz z hotelu. Oczywiście wtedy nie miałam pojęcia, że chodzi o ciebie. Zbieg okoliczności, że znalazłam się dziś tam, gdzie ty…

– Robisz ze mnie głupca? Masz mnie za naiwnego? Mów prawdę albo wezwę policję.

– Policję? Jak śmiesz mi nie wierzyć? – Spojrzała na niego ze złością w oczach. – Chcesz prawdy? Dobrze! Musiałam udawać, że z kimś zerwałam, bo za nic nie chciałam spotkać w święta Roberta, którego rodzina na siłę wciska w moje ramiona… Wtedy zobaczyłam ciebie z Bobem i Margaret… Domyśliłam się, że jesteś Matteo. Okłamałam siostrę. Przypadkiem stałeś się kozłem ofiarnym. Jeszcze raz przepraszam…

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?