Minecraft KresTekst

Z serii: Minecraft
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Tytuł oryginału: Minecraft. The End

Projekt okładki i ilustracje: M.S. Corley

Redaktor prowadzący: Ewa Orzeszek-Szmytko

Redakcja: Maria Śleszyńska

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

© 2019 by Mojang AB and Mojang Synergies AB

„Minecraft is a trademark or registered trademark

of Mojang Synergies AB”.

This translation published by arrangement with Del Rey,

an imprint of Random House,

a division of Penguin Random House LLC.

All rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2020

© for the Polish translation by Ewa Ziembińska

ISBN 978-83-287-1371-0

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2020

Dla Aurory i Cole’a.

Jestem o jeden portal od Was

Spis treści


* * *

Rozdział 1: Ty i ja, i my, i oni

Rozdział 2: Sala i smok

Rozdział 3: Kan

Rozdział 4: Konwend

Rozdział 5: Szpieg

Rozdział 6: Ostatnia bitwa

Rozdział 7: Ludzie

Rozdział 8: Nas sześcioro

Rozdział 9: Potwory

Rozdział 10: Niech Wielki Chaos ci sprzyja

Rozdział 11: Serce endermana

Rozdział 12: Górny Świat

Rozdział 13: To skomplikowane

Rozdział 14: Teraz jesteś w armii

Rozdział 15: Drobny deszczyk

Rozdział 16: Pod osłoną nocy

Rozdział 17: Witajcie w smoczej bajce

Rozdział 18: Telos

Rozdział 19: Pamiętasz?

Rozdział 20: Niewiadome

Rozdział 21: Chwała Wielkiemu Chaosowi

Rozdział 22: Kolejna ostatnia bitwa

Rozdział 23: Fala niepamięci

Rozdział 24: Koniec

Dawno, dawno temu był sobie gracz.

Graczem byłeś ty.

Czasem myślał, że jest człowiekiem na cienkiej skorupce okrywającej wirującą kulę magmy. Kula magmy krążyła wokół kuli płonącego gazu, trzysta trzydzieści tysięcy razy większej od niej samej. Były tak daleko od siebie, że światło potrzebowało ośmiu minut na pokonanie tej odległości. Światło było informacją pochodzącą z gwiazdy i mogło poparzyć skórę z odległości stu pięćdziesięciu milionów kilometrów.

Czasem graczowi śniło się, że jest górnikiem na powierzchni płaskiego świata ciągnącego się w nieskończoność. Słońce wyglądało jak biały kwadrat. Dni były krótkie; nie brakowało pracy, a śmierć stanowiła jedynie przemijającą niedogodność.

Julian Gough, Minecraft.Poemat Kresu

Rozdział 1


Ty i ja, i my, i oni

W Kresie panuje wieczna noc. Słońce nie wschodzi. Nie zachodzi. Nie tykają zegary.

Ale to nie oznacza, że czas nie istnieje. Albo światło. Jeden za drugim bladożółte kręgi wysp jaśnieją w mroku, unosząc się w bezkresnej nocy. Fioletowe drzewa i fioletowe wieże dźwigają się z ziemi i wznoszą ku pustemu niebu. Drzewa pełne owoców, wieże pełne komnat. Białe kryształowe słupki stoją niczym świece w narożnikach dachów wież i na balkonach, przeszywając blaskiem cienie. Rozległe, pradawne bezgłośne miasta wypełnione tymi wieżami migocą wzdłuż całego archipelagu, fioletowo-żółte, jak wszystko w tym świecie. Przy nich cumują wielkie statki o wysokich masztach. Poniżej zieje czarna, bezdenna otchłań.

To piękne miejsce. I wcale nie jest puste.

Wyspy roją się od endermanów, których długie, smukłe czarne nogi przemierzają małe żółte pagórki i małe żółte doliny. Błyskają wąskie purpurowo-różowe oczy. Czarne chude ręce kołyszą się w rytm szemrania cichej muzyki. Knują spiski i snują plany w potężnych krętych budowlach, starszych nawet niż sama koncepcja zegara. Obserwują wszystko. Nic nie mówią.

Shulkery kryją się w swoich skrzyniach, rozsianych we wnętrzach statków i wież. Małe żółtozielone larwy ukryte przed obcymi. Czasem wyglądają na zewnątrz, ale zaraz mocno zatrzaskują wieka, niczym małże skorupy. Stłumione postukiwanie ich kryjówek, kiedy otwierają się i zamykają, to bicie serca Kresu.

A na centralnej, największej wyspie olbrzymie obsydianowe wieżyce otaczają niewielką kolumnę z szarego kamienia okoloną pochodniami. Na szczycie każdej z wież jasnym blaskiem lśni latarnia. Płomień w srebrnej klatce rzuca snopy światła z czubków wież na trawę, przez mały szary dziedziniec i dalej, prosto w czarne niebo.

Nad tym wszystkim jakaś istota zatacza leniwe kręgi. Jest ogromna. Skrzydlata. Nigdy się nie męczy. Krąży niestrudzenie, a jej purpurowe ślepia płoną rozszalałym ogniem.

– Fin!

Wołanie dobiegło z cienistego brzegu jednej z zewnętrznych wysp. Jej większą część zajmowało ogromne miasto Kresu, Telos. Porastało ono wzgórza wyspy niczym żywa istota. Wszędzie wspaniałe pagody i pawilony. Lśniące Różdżki Kresu rzucały białe błyski. Shulkery klekotały w swoich skrzynkach. Imponujący purpurowy statek unosił się obok, uwiązany do Telosu jak pies. Piracki okręt bez oceanu, na który mógłby wypłynąć. Do większości miast Kresu przywiązane były okręt. Nikt nie wiedział dlaczego, tak samo jak nikt nie wiedział, kto w ogóle zbudował te wielkie dziwaczne miasta. Nie endermani, chociaż ci z upodobaniem nadawali wszystkiemu nazwy na swoją cześć. Nie istota bez końca krążąca w powietrzu wokół bramy donikąd. Nie shulkery, które nigdy nie opuszczały swoich kryjówek na wystarczająco długo, żeby się czegoś o czymś dowiedzieć. Statki Kresu po prostu istniały, tak jak miasta i sam Kres, jak chmury, diamenty czy wtorki.

– Fin! Znalazłeś coś dobrego?

Młody chudy enderman szybko teleportował się przez wyspę, przez zakamarki i zaułki Telosu. Znikał w jednym miejscu i pojawiał się w innym, póki nie stanął na pokładzie statku, trzymając coś w ramionach. Miał ładną głowę, czarną i kanciastą, a także jasne, głodne oczy. Jego kończyny były szczupłe, ale silne. Czekał na niego inny enderman, dziewczyna. Opierała się o maszt z założonymi na chudej piersi ciemnymi rękami.

– Nie – pomyślał głośno pierwszy enderman. Słowa po prostu pojawiły się w umyśle rozmówczyni. Endermani nie potrzebują ust ani uszu. Nie potrzebują dźwięków. Telepatia jest o wiele łatwiejsza od mówienia. Po prostu myślisz do kogoś, a on cię rozumie.

– Nic dobrego, Mo. Tylko kupę pereł. Mamy ich mnóstwo. Uch. Zabierz je. Ciarki mnie od nich przechodzą. Byłem pewien, że napierśniki, które znaleźliśmy tydzień temu, do tej pory się odtworzą, ale chyba ktoś inny dotarł tam pierwszy. Mam trochę rudy redstone’a. To by było na tyle. Następnym razem idź ty. Zawsze wywęszysz coś dobrego.

Para dwunastoletnich endermanów – bliźnięta Fin i Mo – zeszła do wnętrza statku. Fin, ściśle rzecz biorąc, był o trzy minuty starszy, ale nie robił z tego problemu. Ustalanie, kto jest starszy, a kto nie, zalatuje porządkiem, schematem, Ładem – a Ład nie jest w Kresie mile widziany.

Mieszkali tu od zawsze. Nie pamiętali żadnych innych miejsc. Tu dorastali. To był ich dom. Podobnie jak setek innych endermanów, których można spotkać na każdej z wysp archipelagu. Mieszkali na statku zapchanym rupieciami zbieranymi, gdzie się tylko dało. Były wśród nich naprawdę niezłe rupiecie. Diamenty i szmaragdy, ruda złota i lapis-lazuli. Zaklęte żelazne nogawice, wszelkiego rodzaju kilofy, nasiona buraków i owoce refrenusu, siodła i zbroje dla koni (chociaż nigdy nie widzieli konia). Dziesiątki par wspaniałych szarych skrzydeł, które można po prostu przyczepić do pleców i już lecisz tam, gdzie masz ochotę. Część to zwyczajne, prawdziwe rupiecie: ot, skały, glina, piasek i stare książki z poniszczonymi grzbietami. Fin i Mo zupełnie się tym nie przejmowali. Byli zbieraczami, a zbieracze nie wybrzydzają. Nigdy nie wiadomo, kiedy przyda się trochę starej, dobrej, najzwyklejszej gliny.

 

Bliźniaki wiedziały, że gdzieś istnieją inne światy. To logiczny wniosek, gdy mieszka się w miejscu o nazwie Kres. Jeśli istnieje Koniec, musi istnieć również Początek. Coś, czego końcem może być Kres. Miejsce będące jego przeciwieństwem. Zielone i jasne, z niebieskim niebem i niebieską wodą, pełne owiec i świń, i pszczół, i kałamarnic. Inni endermani bywali tam bez przerwy. Bliźnięta słyszały to i owo. Ale tu był ich świat. Tu były bezpieczne, razem ze swoimi rzeczami i wśród swoich.

Skarby Fina i Mo piętrzyły się po sufit ładowni. Brat i siostra ostrożnie wybierali drogę wśród przedmiotów składających się na ich kolekcję. Robili to tysiące razy. Wydeptali już ścieżkę między butami, mieczami, hełmami, smoczymi głowami i sztabkami. Mieli wydrążone zakątki do siedzenia, jedzenia i mieszkania.

I dla swojego pupila.

– Hejka, Zrzędku – pomyślała radośnie Mo do shulkera tkwiącego w skrzyni pod przeciwległą ścianą. Był tam od zawsze, zupełnie jak oni. Nie umieli się go pozbyć, chociaż zajmowane przez niego miejsce naprawdę przydałoby im się na kolejne łupy. Gdy tłukli w jego kryjówkę tak długo, aż się rozpadała, odtwarzała się następnego dnia. W końcu się poddali i zaakceptowali jego obecność. Nadali mu imię. Niekiedy pozwalali mu pilnować rupieciarni. Nigdy nie wiadomo, kiedy komuś przyjdzie do głowy ograbić twój statek. Jeśli masz tyle łupów w jednym miejscu, musisz być czujny. Zrzędek tak naprawdę niczego nie pilnował, on tylko tkwił w miejscu i wszystkiego nienawidził, jak to miał w zwyczaju, ale dzięki niemu czuli się bezpieczniej. Nie był zwykłym shulkerem. Był ich shulkerem.

O ile to był „on”. Nigdy nie próbowali się dowiedzieć. Szanowali jego prywatność.

– Hejka – odpowiedział w myślach Zrzędek. Wyjrzał ze skrzynki. Mignęła im jego żółtozielona głowa. – Nienawidzę was.

– Okej. – Fin wzruszył ramionami. – Dobry chłopiec.

– Wcale nie – odciął się Zrzędek. – Chcę cię ugryźć.

– Ależ tak! – pomyślała Mo. – KTO JEST DOBRYM CHŁOPCEM?

Shulker wymamrotał coś pod nosem i na powrót zatrzasnął pokrywę. W głowach małymi wściekłymi literkami zabrzmiała im jego ostatnia myśl:

– Jestem zły. Jutro was pogryzę, zobaczycie.

Mo i Fin zza bloków rudy wywlekli kosz pełen owoców refrenusu. Podzielili się nimi po równo. Między nimi panowała równość. Wszystko było starannie, z rozmysłem, niemal kategorycznie dzielone na dwie równe części. Bliźnięta pracowały cicho i z zapałem, ramię w ramię, pakując swój lunch na wynos.

– Pilnuj statku, Zrzędku – pomyśleli Fin i Mo. – Idziemy do SK. Nie pozwól nikomu zabrać naszych rzeczy.

– Nienawidzę statku – zrzędził Zrzędek, nie otwierając pokrywy. – Nienawidzę was. Nienawidzę SK. Nienawidzę waszych rzeczy.

– Miło się gadało, Zrzędku! – zaśmiali się w swoich dużych czarnych kanciastych głowach.

Fin i Mo teleportowali się na pokład statku. Czarne niebo nad roziskrzonym miastem wyglądało naprawdę ładnie. Jednak oni nie wybierali się do miasta. Znikali i pojawiali się znowu, przemieszczając się wzdłuż łańcucha wysp. Ich perły jarzyły się przy każdym skoku.

W kilka chwil dotarli na centralną wyspę. Między obsydianowymi wieżami kłębił się tłum endermanów. Promienie świetlne z klatkowych lamp przeszywały ciemność.

– Witaj, śródjednostko Paa – pomyślał Fin do wysokiego starszego endermana, którego często tu spotykali. – Chwała Wielkiemu Chaosowi!

– Niech Wielki Chaos ci sprzyja, niedorostku – odparł Paa uroczyście.

Tak brzmiała tradycyjna odpowiedź. Wszyscy endermani czczą Wielki Chaos. Wszechświat dzieli się na Chaos i Ład. Mieszkańcy Górnego Świata wierzą w Ład, lecz endermani wiedzą, że jest on kłamstwem. Od zawsze i na wieki. Największym kłamstwem na świecie. W Górnym Świecie wierzą, że można zbudować twierdzę tak mocną, że nie zdobędzie jej nikt i nic. Że naprawdę można stworzyć coś doskonałego. Coś, co przetrwa. Tylko endermani, słudzy Wielkiego Chaosu, pojmują, że to szaleństwo. Ich świętą powinnością jest to udowadniać. Życie staje się o wiele lepsze, gdy zrozumiesz prawdę: zdarzyć może się wszystko, w każdej chwili, wszystkim i wszystkiemu. Wielki Chaos wcześniej czy później dopadnie każdego. Przyjdzie czas, kiedy rozprawi się z całym wszechświatem. Obowiązkiem endermanów jest wspomaganie go ze wszystkich sił. Dla endermana najświętszą pielgrzymką jest wyprawa do Górnego Świata, obserwowanie i sabotowanie konstrukcji wznoszonych przez Siły Ładu. Wystarczy usunąć jeden blok z przytulnego domku i dzieło Wielkiego Chaosu może się rozpocząć. Przez dach może wpaść do środka deszcz albo ogień. Creepery prześlizną się przez otwór w fundamentach. Złodzieje mogą się zakraść i złupić cię do gołej skóry. Ład jest taki nudny. Czyż życie nie robi się bardziej interesujące, kiedy wpuścisz doń Chaos?

– Witaj, śródjednostko Lopp – pomyślała Mo do otoczonej chmurą płonących fioletem iskier postaci, która stała na brzegu i spoglądała w dal. – Chwała Wielkiemu Chaosowi.

– Witaj, Mo – pozdrowiła ją Lopp. – Czekam na powrót moich enderfragów. Wyruszyły do Górnego Świata tropić i niszczyć Ład. Jestem niesłychanie dumna ze swoich fragmentów. Przyniosą chwałę naszemu Kresowi.

– Na pewno wkrótce wrócą – pocieszyła ją w myślach Mo.

Lopp odwróciła się i wbiła w nią wzrok. Była taka wysoka! Coś dziwnego zabłysło w jej purpurowych oczach.

– Jesteś sama? Jesteś osłabiona? Potrzebujesz endołączenia z potężną i silną śródjednostką?

Mo cofnęła się o krok. Dorośli endermani bywali podejrzliwi, widząc młodocianą samą, bez opiekuna w pobliżu. Wzburzało ich to do szpiku kości. Poza tym Mo nie lubiła myśli dorosłych endermanów. Były sztywne, formalne i najeżone. Długie słowa. Za wiele długich słów. Dzieci tak nie myślą. Ani Fin i Mo, ani żaden z pozostałych młodych endermanów, których znali. Pewnie kiedy dorastasz, spada na ciebie jakieś zaklęcie, które przemienia cię w snoba.

Oczywiście Lopp była w stanie myśleć wyłącznie dlatego, że na Smoczej Wyspie kłębiło się wielu innych endermanów. Samotny enderman jest wściekły, prymitywny i niewiele lepszy od niedźwiedzia, któremu ktoś kilkakrotnie przyłożył w łeb. Tylko kiedy przebywają w grupie, ich myślom wyrastają owe długie, interesujące kolce. Grupa endermanów nosi nazwę end. Dlatego ich kraina także nazywa się End – czyli Kres. Wszyscy endermani razem, największy ze wszystkich endów.

Każdy end składa się z jednostek na różnych etapach życiowego cyklu. Enderfragi to najmłodsi, fragmenty wyodrębnione z pary dojrzałych śródjednostek. Natomiast podjednostki to dorośli endermani, którzy nie zaczęli się jeszcze replikować, żeby założyć własny end. I wreszcie prajednostki – wielcy, starzy przodkowie, którzy replikowali się samotnie i tworzyli endy wyłącznie z siebie samych. Gromadzenie się wraz z innymi endermanami, żeby zwiększyć swoją inteligencję i coś zrobić, nazywa się endołączeniem. Oczywiście najłatwiej jest z jednostkami i fragmentami własnego endu. Znali cię jeszcze, zanim się zreplikowałeś! Ale endermani mogą się łączyć ze wszystkimi innymi endermanami, stają się wtedy silniejsi, mądrzejsi, bezpieczniejsi i sprytniejsi. To właśnie oferowała Lopp: bezpieczeństwo. Jedna cegła to niewiele, chociaż może cię uszkodzić, jeśli spadnie ci na głowę. Ale sto cegieł razem to już mur.

Jednak Mo nie chciała się łączyć. Miała Fina. To wystarczało. Od zawsze. Kiedy łączyła się z endermanami, którzy nie byli Finem (albo kimś innym, kimś, o kim próbowała teraz nie myśleć, bo myślenie o Kanie tak strasznie ją rozpraszało, a Mo miała tego dnia wiele do zrobienia), wszystko zaczynało ją swędzieć, aż miała ochotę zdrapać z siebie skórę. Chciało jej się od tego płakać. Przepełniała ją energia i ledwie się powstrzymywała, żeby nie zacząć biegać w kółko, skakać i wywijać koziołki jak idiotka. Może i dzięki endołączeniu robiła się mądrzejsza, ale nigdy nie czuła się mądrzejsza, bo nie mogła się skupić przez to swędzenie, popłakiwanie i koziołkowanie. Być może za kilka lat jej to przejdzie, kiedy stanie się podjednostką. Mo i Fin wciąż byli zaledwie enderfragami.

A może Mo była po prostu szurnięta. Niewykluczone.

– Nie, wszystko w porządku – pomyślała zdecydowanie Mo.

– Jesteś pewna? – pomyślała wielka Lopp z rosnącą troską. – Jestem do dyspozycji. Jestem doskonałą śródjednostką. Moje umiejętności walki i teleportacji nie mają sobie równych.

– Nie, dzięki! – wrzasnęła w głowie Mo i pobiegła do Fina. Nie obejrzała się za siebie.

A Smok Kresu zataczał koła w powietrzu, krążył i krążył, rycząc głośno. Obniżał lot i nurkował między wieże, co jakiś czas przysiadał i odpoczywał na małym szarym dziedzińcu pośrodku wyspy. Tam znów wydawał z siebie ryk i zrywał się do lotu.

Fin i Mo teleportowali się na szczyt jednej z czarnych kolumn. Usiedli na ciemnych kamieniach koło latarni i przez chwilę obserwowali smoka. Było to ich ulubione zajęcie. Nieważne jak długo patrzyli na SK, jak nazywali bestię, smok nie stawał się przez to ani trochę mniejszy, mniej przerażający czy mniej interesujący. Te jego gruzłowate łuski na grzbiecie. Te wspaniałe skrzydła. Ogromne purpurowe oczy. Za każdym razem, kiedy przelatywał obok, drżeli z podniecenia i lęku. Ale głównie z podniecenia.

– Czy chciałbyś tam kiedyś iść? – zapytała Mo, pogryzając owoc refrenusu.

– Dokąd? – Fin nie spuszczał oczu ze smoka. Właściwie wcale nie słuchał siostry. Kto by słuchał rodzeństwa, kiedy obok jest smok? Odpoczywał właśnie na niewielkim kamiennym dziedzińcu, daleko w dole.

– Do Górnego Świata.

– Uch, po co? Tam są ludzie.

Nie znał stworzeń gorszych od ludzi. Są gorsi niż otchłań, w którą można przecież tak łatwo się stoczyć. Gorsi niż dorośli endermani. Gorsi niż złodzieje czyhający na twój majątek. O wiele gorsi niż Zrzędek. Ludzie nienawidzą endermanów. Zabijają ich i kradną ich serca. Perły, z którymi rodzą się wszyscy endermani, klejnoty, które dają im moc teleportacji. Kto robi takie rzeczy? Kto kradnie serca?

– Nie wiem. – Mo wyciągnęła swoje długie ciemne nogi. – Poznać nowych ludzi. Zniszczyć ich. Zdobyć więcej łupów. Coś do jedzenia, co nie jest owocem refrenusu. Służyć Wielkiemu Chaosowi.

– Mo, wiesz, co się stało z naszymi śródjednostkami. Poszły do Górnego Świata i nigdy nie wróciły. Gdyby nie Górny Świat, wciąż mielibyśmy swój end.

– Złapał ich deszcz – przypomniała sobie Mo. Straszne wspomnienie. Deszcz to trucizna dla ich gatunku. Letnia burza jest dla endermana jak milion srebrnych kul.

– To się mogło przytrafić każdemu. Tak naucza Wielki Chaos. Daje i odbiera. Mogło się to zdarzyć tobie, mnie albo Zrzędkowi. Może się przydarzyć enderfragom Lopp. Stoi tam i codziennie na nie czeka. Czy kiedykolwiek widziałaś jej fragmenty?

– Nie – pomyślała Mo cicho.

Fin cisnął owoc refrenusu za krawędź kolumny. Owoc spadł na żółtą ziemię.

– No właśnie. To zdarza się naprawdę wszystkim. Ilu endermanów tracimy co tydzień?

– Niech ich szlachetna ofiara przybliży Panowanie Wielkiego Chaosu – pomyślała nabożnie Mo.

– Taaak, taaak, jasne. A zgadnij, kto odwala brudną robotę dla Sił Ładu? Ludzie. Ludzie są przyczyną wszystkich naszych kłopotów. To przez nich nie pamiętamy nawet, jak wyglądały nasze śródjednostki. Przez ludzi nie możemy po prostu skoczyć do Górnego Świata na przyjemny piknik, kiedy najdzie nas ochota. W sumie i tak nie warto. Słowo daję. Tam, na górze, nie ma niczego lepszego niż to, co mamy u siebie. Do Górnego Świata można się wybrać tylko po to, by służyć Wielkiemu Chaosowi. A i tak bym nie poszedł, no chyba że miałbym dość życia. Bo właściwie czy jest coś bardziej chaotycznego niż odmowa służenia komukolwiek?

Fin wodził wzrokiem za unoszącymi się wokół niego purpurowymi drobinkami. To po nich można poznać, że enderman mówi, chociaż go nie słychać. Wokół nich kłębiły się małe, migocące fioletowo światełka będące oznaką łączącej ich telepatii.

 

– To właśnie robiły nasze śródjednostki? Służyły? Poświęciły się?

– Tak uważam. Lubię tak myśleć. To by oznaczało, że zostaliśmy sierotami za sprawą czegoś więcej niż tylko głupi, złośliwy żart, który Wielki Chaos zrobił nam dla zabawy.

– Zemsta? – rzuciła Mo od niechcenia. – Moglibyśmy polować na ludzi przez całą noc. Byłoby fajnie. Dla odmiany ukraść im serca.

– Mo, Górny Świat jest niebezpieczny. Pochłania ofiary. Po co ryzykować?

– Pewnie masz rację. Poza tym mamy tu wszystko, czego potrzebujemy. – Ścisnęła jego szczupłą ciemną dłoń.

Wokół nich iskrzyło się światło latarni. To była najpiękniejsza noc, jaką bliźnięta mogły sobie wyobrazić. Jak każda noc tutaj. Fin objął siostrę swoim długim, kanciastym czarnym ramieniem i pogłaskał czule po kwadratowej głowie.

– Och! – pomyślała. – Teraz leci blisko!

Smok Kresu wzniósł się ku nim, odbijając światła mijanych po drodze lamp.

– Dzień dobry, SK. – Mo pomachała nieśmiało do bestii pikującej w stronę ich kolumny. Chociaż nie był oswojony, często próbowali z nim porozmawiać. Rzadko odpowiadał.

Ale dziś stało się inaczej.

Smok odwrócił do nich klockowatą czarną głowę. Otworzył wielką paszczę. Jej wnętrze jarzyło się fioletem.

– Bądź pozdrowiona, Mo-fragmencie. – Jego myśl zapłonęła z trzaskiem w głowie Mo, większa i głośniejsza niż myśli któregokolwiek z endermanów.

Mo zamarła z owocem refrenusu w pół drogi do ust.

– On wie, jak się nazywam! Skąd zna moje imię?

– Musisz być sławna – pomyślał Fin. Mo poczuła w głowie jego skwierczącą zazdrość.

Smok przechylił się, zataczając koło, i nadleciał z powrotem. Zaryczał w pustkę.

– Hark, fragmencie Fin.

– Moje imię też zna! Wow!

Smok ostro zakręcił wokół oddalonej kolumny.

– Hark? Co to za dźwięk? Może mu niedobrze i zwymiotuje? Dla ciebie gadka o łasce, a dla mnie tylko „hark”!

– To znaczy „hej” – zachichotała Mo w głębi umysłu.

– Och! Hej, SK! Heeeej! Hark! Może się z nami zaprzyjaźni! Jak sądzisz? Mo?

Mo nie była tego taka pewna. Smok leciał wprost na nich. Purpurowy ogień w jego oczach raczej nie zwiastował przyjaznych zamiarów. Tym razem kiedy przefruwał obok, przeciągnął ciemnym skrzydłem po szczycie kolumny i zbił oboje z nóg, jakby nic nie ważyli.

– TERAZ ODEJDŹCIE! – ryknął SK w ich głowach. Kryształowa latarnia zamrugała ze strachu. Smoczy ogon świsnął w powietrzu jak bicz i stwór zanurkował w ciemność.

– To. Było… – pomyślał Fin.

– Takie. Super! – dokończyła za niego Mo. Ich fioletowe oczy lśniły radością.

Mo zerwała srebrną siatkę okalającą latarnię. Nie umiała się oprzeć kolejnej zdobyczy.

– Kto pierwszy w domu! – pomyślała wesoło i znikła.

Fin ruszył w ślad za nią.