Miasto Popiołów

Tekst
Z serii: Dary Anioła #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jace uśmiechnął się słabo.

– Przepraszam. Nie wiedziałem, że to ty.

Clary ścisnęło się serce. Nie widziała Jace’a od wielu dni. Wyglądał jakoś inaczej i nie chodziło tylko o zakrwawioną twarz i siniaki, które teraz były wyraźnie widoczne, ale o to, że skóra na jego policzkach wydawała się ściągnięta, kości mocniej zaznaczone.

Luke wskazał ręką na Simona i Clary.

– Przyprowadziłem ich, żeby z tobą porozmawiali.

Jace powiódł po nich wzrokiem. Jego spojrzenie było puste, oczy wyglądały jak namalowane.

– Niestety, miałem tylko jeden ołówek.

– Jace... – zaczął Luke.

– Nie chcę go tutaj. – Jace wskazał brodą na Simona.

– To niesprawiedliwe. – Clary była oburzona. Czyżby zapomniał, że Simon uratował życie Alecowi, a może i im wszystkim?

– Wynocha, Przyziemny – rzucił Jace, pokazując mu drzwi.

Simon machnął ręką.

– W porządku. Zaczekam na korytarzu.

Wyszedł z pokoju. Clary wyczuła, że z trudem powstrzymał się od trzaśnięcia drzwiami. Odwróciła się do Jace’a.

– Musisz być taki... – Urwała na widok jego miny. Sprawiał wrażenie... obnażonego, podatnego na zranienie.

– Nieprzyjemny? – dokończył za nią. – Tylko w te dni, kiedy moja przybrana matka wyrzuca mnie z domu z żądaniem, żebym nigdy więcej nie przekroczył jego progu. Zwykle jestem bardzo pogodny. Sprawdź innego dnia, który nie kończy się na „a” albo „k”.

Luke zmarszczył brwi.

– Nie przepadam za Lightwoodami, ale nie mogę uwierzyć, że Maryse to zrobiła.

Jace wyglądał na zaskoczonego.

– Znasz ich? Lightwoodów?

– Byli ze mną w Kręgu – odparł Luke. – Zdziwiłem się, kiedy usłyszałem, że kierują tutejszym Instytutem. Zdaje się, że po Powstaniu zawarli umowę z Clave, zapewniając sobie coś w rodzaju łagodniejszej kary, podczas gdy Hodge... no, cóż, wiemy, co się z nim stało. – Milczał przez chwilę. – Czy Maryse mówiła, dlaczego skazuje cię na wygnanie, że się tak wyrażę?

– Nie wierzy, że byłem przekonany, że jestem synem Michaela Waylanda. Oskarżyła mnie, że przez cały czas wspierałem Valentine’a i pomogłem mu uciec z Kielichem Anioła.

– Więc dlaczego nadal tutaj jesteś? – obruszyła się Clary. – Dlaczego nie uciekłeś razem z nim?

– Nie powiedziała tego wprost, ale pewnie uważa, że zostałem jako szpieg. Żmija wyhodowana na ich łonie. Co prawda nie użyła tego określenia, ale tak właśnie myśli.

– Szpieg Valentine’a? – W głosie Luke’a brzmiała konsternacja.

– Według niej Valentine założył, że ze względu na ich uczucia do mnie ona i Robert uwierzą we wszystko, co im powiem, tak więc Maryse doszła do wniosku, że najlepszym rozwiązaniem jest nie żywić do mnie żadnych uczuć.

– To tak nie działa. – Luke potrząsnął głową. – Uczuć nie można wyłączyć jak światła. Zwłaszcza jeśli jest się rodzicem.

– Oni nie są moimi prawdziwymi rodzicami.

– Rodzicielstwo to nie tylko więzy krwi. Lightwoodowie byli twoimi rodzicami przez siedem lat. Pod każdym względem, który się liczy. Maryse po prostu została zraniona.

– Zraniona? – powtórzył z niedowierzaniem Jace. – Ona jest zraniona?

– Kochała Valentine’a, pamiętaj – powiedział Luke. – Tak jak my wszyscy. On bardzo ją zranił i teraz Maryse nie chce, żeby jego syn zrobił to samo. Zadręcza się myślą, że ich okłamałeś. Że oszukiwałeś ich przez wiele lat. Musisz ją uspokoić i odzyskać zaufanie.

Na twarzy Jace’a upór mieszał się ze zdumieniem.

– Maryse jest dorosła! Nie potrzebuje ode mnie żadnego uspokajania.

– Och, daj spokój, Jace – powiedziała Clary. – Nie możesz oczekiwać od wszystkich idealnego zachowania. Dorośli też potrafią wiele rzeczy schrzanić. Wróć do Instytutu i porozmawiaj z nią rozsądnie. Bądź mężczyzną.

– Nie chcę być mężczyzną – oświadczył Jace. – Chcę być gniewnym nastolatkiem, który nie umie poradzić sobie z wewnętrznymi demonami i dlatego wyżywa się werbalnie na innych.

– Cóż, świetnie ci idzie – zauważył Luke.

– Jace – rzuciła Clary pospiesznie, nim zaczęli się kłócić na poważnie. – Musisz wrócić do Instytutu. Pomyśl o Alecu i Izzy.

– Maryse jakoś ich uspokoi. Może powie, że uciekłem.

– Nie uwierzą – stwierdziła Clary. – Isabelle wydawała się bardzo zdenerwowana, kiedy z nią rozmawiałam przez telefon.

– Isabelle zawsze wydaje się zdenerwowana – odparował Jace, ale sprawiał wrażenie zadowolonego. Odchylił się na oparcie krzesła. Siniaki na jego szczęce i kościach policzkowych wyglądały jak ciemne, bezkształtne Znaki. – Nie wrócę tam, gdzie mi nie ufają. Nie mam już dziesięciu lat. Potrafię o siebie zadbać.

Luke zrobił taką minę, jakby wcale nie był tego pewien.

– Dokąd pójdziesz? Z czego będziesz żył?

Oczy Jace’a rozbłysły.

– Mam siedemnaście lat. W zasadzie jestem dorosły. Każdy dorosły Nocny Łowca ma prawo do...

– Każdy dorosły. Ale ty nim nie jesteś. Nie możesz brać pensji od Clave, bo jesteś za młody, a Lightwoodowie są przez Prawo zobowiązani do opieki nad tobą. Jeśli nie będą tego robić, zostanie wyznaczony ktoś inny albo...

– Albo co? – Jace zerwał się z krzesła. – Pójdę do sierocińca w Idrisie? Zostanę podrzucony rodzinie, której nie znam? W świecie Przyziemnych mogę dostać pracę na rok, jak oni wszyscy...

– Nie możesz – odezwała się Clary. – Wiem, co mówię, bo też byłam Przyziemną. Jesteś za młody na pracę, która by ci odpowiadała, a twoje umiejętności... cóż, większość zawodowych zabójców jest od ciebie starsza. I są kryminalistami.

– Nie jestem zabójcą.

– Gdybyś żył w świecie Przyziemnych, tym właśnie byś był – powiedział Luke.

Jace zesztywniał, zacisnął zęby. Clary wiedziała, że słowa Luke’a trafiły w czuły punkt.

– Nie rozumiecie. – W głosie Jace’a raptem zabrzmiała desperacja. – Nie mogę tam wrócić. Maryse chce, żebym powiedział, że nienawidzę Valentine’a, a ja nie mogę tego zrobić.

Uniósł głowę i spojrzał na wilkołaka, jakby się spodziewał, że ten zareaguje drwiną albo zgrozą. Ostatecznie Luke miał więcej powodów, żeby nienawidzić Valentine’a, niż wszyscy inni na świecie. Ale on powiedział tylko:

– Wiem. Ja też kiedyś go kochałem.

Jace odetchnął niemal z ulgą, a Clary nagle pomyślała: Nie przyszedł tutaj, żeby zacząć bójkę, tylko żeby porozmawiać z Lukiem. Bo wiedział, że on go zrozumie.

Nie wszystko, co robił Jace, było szalone i samobójcze, a jedynie takie się wydawało.

– Nie powinieneś być zmuszony do składania oświadczenia, że nienawidzisz swojego ojca – stwierdził Luke. – Nawet po to, żeby uspokoić Maryse. Ona powinna to zrozumieć.

Clary uważniej przyjrzała się Jace’owi, starając się odczytać coś z jego twarzy. Ale oblicze chłopaka było jak książka napisana w obcym języku, który Clary studiowała zbyt krótko.

– Naprawdę powiedziała, że nie chce, żebyś wracał? – zapytała. – Czy tylko uznałeś, że to miała na myśli, więc odszedłeś?

– Powiedziała, że byłoby lepiej, gdybym na jakiś czas znalazł sobie inne miejsce – odparł Jace. – Nie dodała, jakie.

– A dałeś jej szansę? – zapytał Luke. – Posłuchaj, Jace. Oczywiście możesz zostać u mnie, jak długo będzie trzeba. Chcę, żebyś o tym wiedział.

Żołądek Clary wykonał podskok. Myśl o Jasie mieszkającym w tym samym domu, zawsze blisko, napełniła ją radością i jednocześnie przerażeniem.

– Dzięki – mruknął Jace.

Jego głos był spokojny, ale spojrzenie pomknęło na chwilę ku Clary, a ona dostrzegła w jego oczach mieszaninę emocji, które sama odczuwała. Luke, czasami chciałabym, żebyś nie był taki wspaniałomyślny. Albo taki ślepy.

– Powinieneś jednak wrócić do Instytutu, żeby porozmawiać z Maryse i dowiedzieć się o, co naprawdę chodzi – oznajmił Luke. – Wydaje mi się, że ona nie mówi ci wszystkiego. Może jest w tym coś więcej, niż chciałbyś usłyszeć.

Jace oderwał spojrzenie od Clary.

– Dobrze. – Jego głos był zachrypnięty. – Ale pod jednym warunkiem. Nie chcę iść tam sam.

– Pójdę z tobą – zaproponowała szybko Clary.

– Wiem i chcę, żebyś ze mną poszła – zapewnił ją Jace i dodał cicho: – Ale chcę również, żeby poszedł z nami Luke.

Luke wyglądał na zaskoczonego.

– Jace... mieszkam tutaj od piętnastu lat i nigdy jeszcze nie byłem w Instytucie. Ani razu. Wątpię, czy Maryse lubi mnie bardziej...

– Proszę – przerwał mu Jace, a Clary od razu wyczuła, ile wysiłku kosztowało go przełknięcie dumy i wymówienie tego jednego słowa.

– Dobrze. – Luke skinął głową jak przywódca stada przyzwyczajony do robienia tego, co musi, a nie tego, na co ma ochotę. – Pójdę z wami.

***

Simon opierał się o ścianę korytarza pod biurem Pete’a i starał się nie użalać nad sobą.

Dzień zaczął się dobrze. Dość dobrze. Najpierw był przykry epizod z „Draculą”, kiedy to zrobiło mu się niedobrze i słabo, bo film lecący w telewizji przywołał wszystkie emocje i tęsknoty, które on od dawna starał się w sobie zdusić. Mdłości na tyle wytrąciły go z równowagi, że pocałował Clary, na co od lat miał ochotę. Ludzie mówią, że to, o czym marzyli, w rzeczywistości nigdy nie okazuje się takie, jak sobie wyobrażali. Ludzie się mylili.

A Clary odwzajemniła pocałunek...

Teraz jednak była z Jace’em, a Simon czuł w żołądku sensacje, jakby połknął miskę robaków. Do tego nieprzyjemnego wrażenia musiał się ostatnio przyzwyczaić. Wcześniej go nie znał, nawet po tym, jak sobie uświadomił, co czuje do Clary. Nigdy jej nie naciskał, nigdy nie wyjawiał swoich uczuć. Zawsze był pewien, że pewnego dnia ona otrząśnie się z mrzonek o księciu z bajki albo o ożywionych bohaterach kung-fu i zrozumie, co ma w zasięgu ręki. Uważał, że są sobie przeznaczeni. A jeśli nie wydawała się nim zainteresowana, to przynajmniej nie przejawiała zainteresowania nikim innym.

 

Dopóki nie poznała Jace’a. Pamiętał, jak siedział na schodach ganku Luke’a, a Clary wyjaśniała mu, kim jest nowy znajomy i co zrobił, podczas gdy Jace z wyniosłą miną oglądał swoje paznokcie. Simon prawie jej nie słuchał, pochłonięty obserwowaniem, jak ona gapi się na blondyna z dziwnymi tatuażami i kościstą, ładną twarzą. Zbyt ładną jego zdaniem, ale Clary najwyraźniej tak nie uważała. Wpatrywała się w niego, jakby był jednym z jej ożywionych bohaterów. Simon nigdy nie widział, żeby wcześniej tak na kogoś patrzyła, i zawsze się łudził, że może kiedyś tak spojrzy na niego. Stało się inaczej, i to zabolało go bardziej, niż się spodziewał.

Gdy się dowiedział, że Jace jest bratem Clary, poczuł się tak, jakby stanął przed plutonem egzekucyjnym i w ostatniej chwili wręczono mu ułaskawienie. Nagle świat znowu stał się pełen możliwości.

Teraz nie był już tego taki pewien.

– Hej. – Ktoś szedł korytarzem, ktoś niezbyt wysoki, i ostrożnie stąpał między plamami krwi. – Czekasz na Luke’a? Jest w środku?

– Niezupełnie. – Simon odsunął się od drzwi. – To znaczy, coś w tym rodzaju. Jest z moimi znajomymi.

Osoba, która właśnie do niego dotarła, zatrzymała się i zmierzyła go wzrokiem. Simon zobaczył, że jest to dziewczyna w wieku mniej więcej szesnastu lat, o gładkiej jasnobrązowej skórze. Kasztanowo-złote włosy, zaplecione w dziesiątki warkoczyków przy samej głowie, okalały twarz w kształcie serca. Miała drobne, krągłe ciało, szerokie biodra i wąską talię.

– Z tym facetem z baru? Z Nocnym Łowcą?

Simon tylko wzruszył ramionami.

– Cóż, niechętnie ci to mówię, ale twój przyjaciel to dupek.

– Nie jest moim przyjacielem – odparł Simon. – I nie mogę się z tobą nie zgodzić.

– Ale mówiłeś, że...

– Czekam na jego siostrę – wyjaśnił Simon. – To moja najlepsza przyjaciółka,

– Jest tam z nimi? – Dziewczyna wskazała kciukiem drzwi. Na wszystkich palcach miała pierścionki, proste obrączki z brązu i złota. Jej dżinsy były wytarte, ale czyste, a kiedy odwróciła głowę, Simon zobaczył bliznę przecinającą szyję, tuż nad kołnierzykiem T-shirtu. – Co nieco wiem o braciach, którzy są dupkami – dodała z niechęcią w głosie. – Chyba to nie jej wina.

– Istotnie – zgodził się Simon. – Ale zdaje się, że jest jedyną osobą, której on może posłuchać.

– Nie zrobił na mnie wrażenia kogoś, kto potrafi słuchać – stwierdziła dziewczyna i zerknęła na niego z ukosa. Gdy przyłapała go na podobnym spojrzeniu, na jej twarzy pojawił się wyraz rozbawienia. – Patrzysz na moją bliznę. Właśnie tam zostałam ugryziona.

– Ugryziona? Masz na myśli, że...

– Jestem wilkołakiem – oznajmiła dziewczyna. – Jak wszyscy tutaj. Z wyjątkiem ciebie i dupka. I siostry dupka.

– Ale nie zawsze byłaś wilkołakiem. To znaczy, nie urodziłaś się taka.

– Jak większość z nas. I to nas różni od twoich kumpli, Nocnych Łowców.

– Co?

Uśmiechnęła się przelotnie.

– My kiedyś byliśmy ludźmi.

Simon nie odpowiedział. Po chwili dziewczyna wyciągnęła do niego rękę.

– Jestem Maia.

– Simon. – Jej dłoń była sucha i miękka. Dziewczyna patrzyła na niego przez złoto-brązowe rzęsy, barwy tostu z masłem. – Skąd wiedziałaś, że Jace to dupek? A może powinienem raczej zapytać, jak to odkryłaś?

Maia zabrała rękę.

– Zdemolował bar. Uderzył mojego przyjaciela. Znokautował parę osób ze stada.

– Nic im nie jest? – Simon był szczerze zaniepokojony. Nie miał wątpliwości, że Jace mógł zabić kilka osób w jeden poranek, a potem spokojnie wybrać się na gofry. – Poszli do lekarza?

– Chyba do czarownika? – powiedziała Maia. – Raczej nie miewamy do czynienia z Przyziemnymi lekarzami. Nasz gatunek.

– Czyli Podziemni?

Dziewczyna uniosła brwi.

– Ktoś nauczył cię żargonu?

Simon się zirytował.

– Skąd wiesz, że nie jestem jednym z nich? Albo z was? Nocnym Łowcą, Podziemnym albo...

Maia potrzasnęła głową, aż zakołysały się jej warkoczyki.

– To widać z daleka. Twoje ludzkie pochodzenie.

Nuta goryczy w jej głosie przyprawiła Simona o dreszcz. Nagle poczuł się niezręcznie.

– Mógłbym zapukać do drzwi, jeśli chcesz porozmawiać z Lukiem – zaproponował.

Maia wzruszyła ramionami.

– Powiedz mu, że przyjechał Magnus. Bada, co się stało w zaułku. – Simon chyba wyglądał na zaskoczonego, bo wyjaśniła: – Magnus Bane to czarownik.

„Wiem”, chciał powiedzieć, ale tego nie zrobił. Cała ta rozmowa była już dostatecznie dziwna.

– Dobrze.

Maia odwróciła się, jakby chciała odejść, ale jeszcze się zatrzymała, kładąc rękę na futrynie drzwi.

– Myślisz, że przemówi mu do rozsądku? – spytała. – Jego siostra?

– Jeśli Jace kogokolwiek posłucha, to właśnie jej.

– To słodkie – stwierdziła Maia. – Że tak kocha siostrę.

– Rzeczywiście wzruszające.

3
Inkwizytor

Kiedy Clary pierwszy raz zobaczyła Instytut, wyglądał jak zniszczony kościół z zapadniętym dachem i żółtą policyjną taśmą naklejoną na drzwiach. Teraz już nie musiała się koncentrować, odganiając złudzenie. Nawet z drugiej strony ulicy widziała wysoką gotycką katedrę z iglicami, które wyglądały, jakby przebijały granatowe niebo.

Luke milczał. Po jego twarzy było widać, że toczy jakąś wewnętrzną walkę. Kiedy weszli po stopniach, Jace z nawyku sięgnął pod koszulę, ale kiedy wyciągnął rękę, była pusta. Zaśmiał się bez cienia wesołości.

– Zapomniałem, że Maryse zabrała mi klucze, zanim odszedłem.

– Oczywiście, że tak. – Luke delikatnie dotknął symboli wyrytych w drewnie, tuż pod architrawem. – Te drzwi są identyczne z tymi w Sali Anioła w Idrisie. Nigdy nie sądziłem, że jeszcze kiedyś takie zobaczę.

Clary niemal czuła się winna, że przerywa wspomnienia Luke’a, ale musiała omówić praktyczne sprawy.

– Skoro nie mamy klucza...

– Nie jest konieczny. Instytut powinien być otwarty dla każdego Nefilim, który nie zamierza zrobić krzywdy jego mieszkańcom.

– A jeśli to oni zamierzają nas skrzywdzić? – mruknął Jace.

Kącik ust Luke’a zadrżał.

– Nie sądzę, żeby to coś zmieniało.

– Tak, Clave zawsze tasuje karty na swój sposób. – Jace mówił trochę niewyraźnie. Jego dolna warga była spuchnięta, lewa powieka robiła się fioletowa.

Dlaczego się nie uzdrowi?

– Stelę też ci zabrała? – domyśliła się Clary.

– Nie wziąłem jej – odparł Jace. – Nie chciałem niczego brać od Lightwoodów.

Luke popatrzył na niego z troską.

– Każdy Nocny Łowca powinien mieć stelę.

– Zdobędę inną – powiedział Jace, kładąc dłoń na drzwiach Instytutu. – „W imieniu Clave proszę o wejście do tego świętego miejsca. W imię anioła Razjela proszę o pobłogosławienie mojej misji przeciwko...”.

Drzwi się otworzyły. Clary zobaczyła mroczne wnętrze katedry, które miejscami rozjaśniały świece umieszczone w wysokich żelaznych świecznikach.

– Wygodne – stwierdził Jace. – Dzięki błogosławieństwu jest tu łatwiej wejść, niż sądziłem. Może powinienem poprosić o błogosławieństwo dla mojej misji przeciwko tym wszystkim, którzy noszą białe rzeczy po Świecie Pracy.

– Anioł wie, na czym polega twoja misja – skarcił go Luke. – Nie musisz wypowiadać tych słów na głos, Jonathanie.

Przez chwilę Clary zdawało się, że przez twarz Jace’a przemyka cień... niepewności, zaskoczenia, może nawet ulgi? Ale on tylko burknął:

– Nie nazywaj mnie tak. To nie jest moje imię.

***

Ruszyli nawą, mijając puste ławki i ołtarz, na którym zawsze paliły się lampki. Luke’a, który rozglądał się z ciekawością, zadziwiła winda przypominająca złotą klatkę dla ptaków.

– To musiał być pomysł Maryse – stwierdził, kiedy wchodzili do środka. – Całkiem w jej stylu.

– Jest tutaj, odkąd pamiętam – powiedział Jace, kiedy drzwi zamknęły się za nimi z trzaskiem.

Jazda w górę była krótka. Nikt się nie odzywał. Clary nerwowo skubała brzeg szalika. Miała wyrzuty sumienia, że kazała Simonowi iść do domu i czekać na telefon. Kiedy oddalał się Canal Street, widziała po napięciu jego pleców, że poczuł się bezceremonialnie odprawiony. Nie mogła jednak wyobrazić sobie, że on, Przyziemny, słucha, jak Luke wstawia się za Jace’em u Maryse Lightwood. Sytuacja byłaby bardzo niezręczna.

Winda zatrzymała się ze zgrzytem. Pod drzwiami czekał na nich Church z lekko podniszczoną czerwoną obróżką na szyi. Jace schylił się i pogłaskał go po głowie.

– Gdzie jest Maryse?

Kot wydał gardłowy dźwięk, coś pomiędzy pomrukiem a warknięciem, i ruszył korytarzem. Poszli za nim. Jace milczał, Luke nadal się rozglądał.

– Nigdy nie sądziłem, że zobaczę to miejsce w środku – powiedział.

– Wygląda tak, jak się spodziewałeś? – zapytała Clary.

– Byłem w Instytutach w Londynie i Paryżu. Ten jest inny. Jakoś...

– Co? – rzucił Jace przez ramię.

– Tutaj jest zimniej – odparł Luke.

Jace nic nie odpowiedział. Gdy dotarli do biblioteki, Church usiadł, jakby dawał im do zrozumienia, że dalej nie zamierza iść. Zza grubych drewnianych drzwi dobiegały słabe głosy, ale Jace otworzył je bez pukania i wmaszerował do środka.

Clary usłyszała okrzyk zaskoczenia. Serce jej się ścisnęło, kiedy pomyślała o Hodge’u i o jego stałym towarzyszu, kruku Hugonie, który na rozkaz swojego pana omal nie wydrapał jej oczu.

Oczywiście Hodge’a nie było w pokoju. Za ogromnym mahoniowym biurkiem wspartym na dwóch klęczących, kamiennych aniołach siedziała kobieta w średnim wieku, o kruczoczarnych włosach jak u Isabelle i chudej, żylastej budowie jak u Aleca. Miała na sobie czarny kostium, bardzo prosty, kontrastujący z licznymi jaskrawymi pierścionkami zdobiącymi jej palce.

Obok niej stał smukły nastolatek o kręconych ciemnych włosach i skórze koloru miodu. Na jego widok Clary nie zdołała powstrzymać okrzyku zdumienia:

– Raphael?

Przez chwilę chłopak wyglądał na zaskoczonego. Potem się uśmiechnął. Zęby miał bardzo białe i ostre. Nic dziwnego, skoro był wampirem.

– Dios, co ci się stało, bracie? – zapytał, patrząc na Jace’a. – Wyglądasz, jakby stado wilków próbowało cię rozerwać na strzępy.

– Zadziwiająco trafny domysł – skwitował Jace. – Albo słyszałeś, co się stało.

Uśmiech Raphaela stał się szerszy.

– Słyszy się różne rzeczy.

Kobieta siedząca dotąd za biurkiem wstała.

– Jace, coś się stało? – W jej głosie brzmiał niepokój. – Dlaczego tak szybko wróciłeś? Myślałam, że zostaniesz u... – Spojrzała na pozostałych gości. – A ty kim jesteś?

– Siostrą Jace’a – odparła Clary.

Pani Lightwood wbiła w nią wzrok.

– Tak, widzę. Jesteś podobna do Valentine’a. – Odwróciła się z powrotem do Jace’a. – Przyprowadziłeś ze sobą siostrę? To Przyziemna, tak? Teraz nie jesteście tutaj bezpieczni. Zwłaszcza Przyziemni...

Luke uśmiechnął się słabo i powiedział:

– Ale ja nie jestem Przyziemnym.

Na twarzy Maryse najpierw odmalowała się konsternacja, a potem szok, kiedy przyjrzała się Luke’owi.

– Lucian?

– Cześć, Maryse. Kopę lat.

***

Twarz Maryse była nieruchoma. W tym momencie pani Lightwood wyglądała na dużo starszą od Luke’a. Usiadła powoli.

– Lucian – powtórzyła, kładąc ręce płasko na biurku. – Lucian Graymark.

Raphael, który obserwował ich zaciekawionym ptasim spojrzeniem, zwrócił się do Luke’a i rzucił oskarżycielskim tonem:

– Zabiłeś Gabriela.

Kto to był Gabriel? Clary ze zdziwieniem popatrzyła na Luke’a, a on tylko wzruszył ramionami.

– Owszem. Podobnie jak on wcześniej zabił przywódcę stada. Tak to jest u likantropów.

Maryse uniosła wzrok znad biurka.

– Przywódca stada?

– Skoro ty teraz dowodzisz sforą, czas, żebyśmy porozmawiali – stwierdził Raphael, z wdziękiem skłaniając głowę, ale jego oczy pozostały czujne. – Choć może nie w tym momencie.

– Przyślę kogoś, żeby zaaranżował spotkanie – obiecał Luke. – Ostatnio dużo się działo. Być może jestem do tyłu, jeśli chodzi o konwenanse.

– Być może – zgodził się Raphael i zwrócił do Maryse: – Omówiliśmy już nasze sprawy?

– Skoro twierdzisz, że Nocne Dzieci nie są zamieszane w te zabójstwa, wierzę ci na słowo – odparła z wysiłkiem pani Lightwood. – Muszę wierzyć, chyba że wyjdą na jaw jakieś dowody.

 

Raphael zmarszczył brwi.

– Wyjdą na jaw? Nie podoba mi się to określenie.

Kiedy się odwrócił, Clary zauważyła ze zdziwieniem, że jego kontury rozmywają się jak na starej fotografii. Lewą rękę miał zupełnie przezroczystą, tak że widziała przez nią duży metalowy globus, który Hodge zawsze trzymał na biurku. Gwałtownie wciągnęła powietrze, gdy ta przejrzystość objęła ramię, a potem pierś. Chwilę później Raphael zniknął jak postać wymazana z rysunku. Maryse odetchnęła z ulgą.

Clary rozdziawiła usta.

– On nie żyje?

– Raphael? – zapytał Jace. – To była tylko jego projekcja. On nie może przyjść do Instytutu w swojej cielesnej postaci.

– Dlaczego?

– Bo to poświęcona ziemia, a on jest przeklęty – wyjaśniła Maryse. Jej lodowate spojrzenie nie straciło nic ze swojego chłodu, kiedy skierowała wzrok na Luke’a. – Ty głową stada? Chyba nie powinnam być zaskoczona. Zdaje się, że to twoja metoda, prawda?

Luke zignorował gorycz w jej głosie.

– Raphael był tu w sprawie szczeniaka, który został dzisiaj zabity?

– I w sprawie martwego czarownika również – odparła Maryse. – Zamordowanego w śródmieściu dwa dni temu.

– Ale po co zjawił się tu Raphael?

– Z czarownika utoczono całą krew. Zdaje się, że temu, kto zabił wilkołaka, przeszkodzono, zanim zdążył zrobić to samo, ale podejrzenie naturalnie padło na Nocne Dzieci. Wampir przybył tutaj, by mnie zapewnić, że jego lud nie ma z tym nic wspólnego.

– Wierzysz mu? – spytał Jace.

– Nie mam ochoty omawiać z tobą spraw Clave, Jace, zwłaszcza w obecności Luciana Graymarka.

– Teraz jestem Luke. Luke Garroway.

Maryse potrząsnęła głową.

– Ledwo cię poznałam. Wyglądasz jak Przyziemny.

– I o to chodzi.

– Myśleliśmy, że nie żyjesz.

– Mieliście nadzieję – poprawił ją spokojnie Luke. – Mieliście nadzieję, że nie żyję.

Maryse miała taką minę, jakby połknęła coś ostrego.

– Usiądźcie – rzekła w końcu, wskazując na krzesła ustawione przed biurkiem, i poczekała, aż zajmą miejsca. – A teraz może mi powiesz, z czym przychodzicie.

– Jace chce procesu przed Clave, a ja zamierzam za niego poręczyć – oznajmił bez wstępów Luke. – Byłem tamtej nocy w Renwick, kiedy pojawił się Valentine. Walczyłem z nim. Omal się nie pozabijaliśmy. Mogę potwierdzić, że wszystko, co mówił Jace, jest prawdą.

– Nie jestem pewna, ile jest warte twoje słowo – stwierdziła Maryse.

– Może jestem likantropem, ale również Nocnym Łowcą – odparł Luke. – Jestem gotowy poddać się próbie Miecza, jeśli to pomoże.

Próbie Miecza? To zabrzmiało groźnie. Clary spojrzała na Jace’a. Splótł na kolanach palce i miał kamienny wyraz twarzy, ale wyczuła w nim napięcie, jakby był o włos od wybuchu. Pochwycił jej spojrzenie i wyjaśnił:

– Miecz Dusz, drugi z Darów Anioła. Używa się go w czasie procesów, żeby ustalić, czy Nocny Łowca nie kłamie.

– Nie jesteś Nocnym Łowcą – powiedziała Maryse, zwracając się do Luke’a i ignorując Jace’a. – Od bardzo dawna nie postępujesz zgodnie z Prawem Clave.

– Był czas, kiedy ty też go nie przestrzegałaś – odparował Luke. – Można by sądzić, że do tej pory wyrosłaś z nieufności do wszystkich, Maryse.

– Niektórych rzeczy nigdy się nie zapomina. – Na jej policzkach wykwitły rumieńce, głos pobrzmiewał zwodniczo miękko. – Myślisz, że udawanie własnej śmierci jest największym kłamstwem Valentine’a? Myślisz, że wdzięk jest tym samym co uczciwość? Kiedyś tak sądziłam. Myliłam się. – Wstała z fotela i oparła na biurku szczupłe dłonie. – Mówił, że odda życie dla Kręgu i że oczekuje od nas tego samego. I poświęcilibyśmy życie, wszyscy. Ja omal tego nie zrobiłam. – Zerknęła na Jace’a i Clary, a następnie wróciła spojrzeniem do Luke’a. – Pamiętasz, jak nam mówił, że Powstanie to będzie nic, krótka walka, paru nieuzbrojonych ambasadorów przeciwko całej potędze Kręgu. Byłam taka pewna naszego szybkiego zwycięstwa, że kiedy pojechałam do Alicante, zostawiłam Aleca w domu w kołysce. Poprosiłam Jocelyn, żeby przypilnowała moich dzieci, kiedy mnie nie będzie. Odmówiła. Teraz rozumiem dlaczego. Ona wiedziała. Ty też, ale nas nie ostrzegłeś.

– Próbowałem was ostrzec przed Valentine’em – oświadczył Luke. – Nie chcieliście mnie słuchać.

– Nie chodzi mi o Valentine’a, tylko o Powstanie! Gdy przybyliśmy na miejsce, okazało się, że jest nas pięćdziesięcioro przeciwko pięciu tysiącom Podziemnych...

– A kiedy myślałaś, że będzie ich tylko pięciu, byłaś gotowa wyrżnąć ich nieuzbrojonych – przypomniał Luke spokojnie.

Maryse zacisnęła dłonie spoczywające na biurku.

– To na nas dokonano rzezi – powiedziała. – Szukaliśmy Valentine’a, żeby nami dowodził, ale jego tam nie było. Tymczasem Clave otoczyło Salę Anioła. Myśleliśmy, że Valentine został zabity, byliśmy gotowi oddać życie w ostatecznym desperackim zrywie. I wtedy przypomniałam sobie o Alecu. Gdybym zginęła, co by się stało z moim synkiem? – Jej głos się załamał. – Tak więc złożyłam broń i poddałam się Clave.

– Postąpiłaś słusznie – zapewnił ją Luke.

Maryse spojrzała na niego płonącym wzrokiem.

– Nie bądź protekcjonalny, wilkołaku. Gdyby nie ty...

– Niech pani na niego nie krzyczy! – wtrąciła się Clary, niemal wstając z krzesła. – To pani wina, że uwierzyła pani Valentine’owi...

– Myślisz, że tego nie wiem? – Do głosu Maryse wkradł się ton znużenia. – Clave wyraźnie dało nam to do zrozumienia, kiedy nas przesłuchiwało. Mieli Miecz Dusz i wiedzieli, kiedy kłamiemy, ale nie potrafili zmusić nas do mówienia. Nic nie mogło nas zmusić do mówienia, aż...

– Aż co? – spytał Luke. – Zawsze się zastanawiałem, co takiego wam powiedzieli, że obróciliście się przeciwko niemu.

– Tylko prawdę – odparła Maryse, nagle zmęczona. – Że Valentine nie zginął w Sali Anioła. Uciekł i zostawił nas, żebyśmy zginęli bez niego. Powiedziano nam, że później spłonął w swoim domu. Inkwizytor pokazał nam jego kości. Oczywiście to było kolejne oszustwo... – Urwała, a po chwili podjęła rzeczowym tonem: – Do tej pory i tak wszystko się skończyło. Wreszcie zaczęliśmy ze sobą rozmawiać, my z Kręgu. Przed bitwą Valentine odciągnął mnie na bok i powiedział, że mnie ufa najbardziej z całego Kręgu, że jestem jego prawą ręką. Kiedy Clave nas przesłuchiwało, okazało się, że to samo powiedział wszystkim.

– Nie zna piekło straszliwszej furii... – mruknął Jace tak cicho, że usłyszała go tylko Clary.

– Okłamał nie tylko Clave, ale również nas. Wykorzystał naszą lojalność i uczucia. Podobnie jak wtedy, gdy przysłał cię do nas – powiedziała Maryse, patrząc na Jace’a. – A teraz wrócił i ma Kielich Anioła. Planował to od lat, przez cały czas. Nie mogę pozwolić sobie na to, żeby ci zaufać, Jace. Przykro mi.

Jace nic nie odpowiedział. Jego twarz pozostała bez wyrazu, ale jeszcze bardziej zbladł. Świeże siniaki wyraźnie odznaczały się zielenią na jego szczęce i policzku.

– Więc czego od niego oczekujesz? – zapytał Luke. – Dokąd ma pójść?

Pani Lightwood zerknęła na Clary.

– Może do swojej siostry? Rodzina...

– Siostrą Jace’a jest Isabelle – przerwała jej Clary. – Alec i Max są jego braćmi. Co im pani powie? Znienawidzą panią, jeśli wyrzucicie Jace’a z domu.

Maryse zmierzyła ją wzrokiem.

– A co ty o tym wiesz?

– Znam Aleca i Isabelle – odparła Clary. Przez głowę przemknęła jej myśl o Valentinie, ale ją odepchnęła. – Rodzina to coś więcej niż więzy krwi. Valentine nie jest moim ojcem. Jest nim Luke. Podobnie jak Alec, Max i Isabelle są rodziną Jace’a. Jeśli spróbuje pani wyrwać go z waszej rodziny, pozostanie rana, która nigdy się nie zagoi.

Luke patrzył na nią z lekkim zdziwieniem, ale i z szacunkiem. W oczach Maryse ukazał się błysk... niepewności?

– Clary, wystarczy – odezwał się cicho Jace. Sprawiał wrażenie pokonanego.

Clary odwróciła się do pani Lightwood.

– A co z Mieczem? – zapytała.

Maryse patrzyła na nią przez chwilę ze szczerym zdumieniem.

– Mieczem?

– Mieczem Dusz – wyjaśniła Clary. – Tym, którego używacie, żeby stwierdzić, czy Nocny Łowca kłamie. Możecie sprawdzić nim Jace’a.

– To dobry pomysł. – W głosie Jace’a pojawiła się nuta ożywienia.

– Clary, chcesz dobrze, ale nie wiesz, co to oznacza – wtrącił się Luke. – Miecza może używać tylko Inkwizytor.

Jace usiadł prosto na krześle.

– Więc ją wezwijcie. Wezwijcie Inkwizytorkę. Chcę zakończyć tę sprawę.

– Nie – powiedział Luke.

Pani Lightwood spojrzała na Jace’a.