Niewidzialne kobiety

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ca­ro­li­ne Cria­do Pe­rez

Nie­wi­dzial­ne ko­bie­ty

Jak da­ne two­rzą świat skro­jo­ny pod męż­czyzn

prze­kład An­na Sak

Ka­rak­ter Kra­ków 2020

Ko­bie­tom, któ­re nie da­ją za wy­gra­ną – trwaj­cie w swo­im upo­rze

Spis tre­ści

Na wstę­pie

Wpro­wa­dze­nie. W do­my­śle męż­czy­zna

Część I. Ży­cie co­dzien­ne

Roz­dział 1. Czy od­śnie­ża­nie mo­że być sek­si­stow­skie?

Roz­dział 2. Neu­tral­ne płcio­wo, z pi­su­arem

Część II. Śro­do­wi­sko pra­cy

Roz­dział 3. Dłu­gi pią­tek

Roz­dział 4. Mit me­ry­to­kra­cji

Roz­dział 5. Efekt Hen­ry’ego Hig­gin­sa

Roz­dział 6. War­ta mniej niż but

Część III. Pro­jek­to­wa­nie

Roz­dział 7. Hi­po­te­za płu­ga

Roz­dział 8. „Uni­wer­sal­ny” zna­czy „dla męż­czyzn”

Roz­dział 9. Oce­an fa­ce­tów

Część IV. U le­ka­rza

Roz­dział 10. Nie­sku­tecz­ne le­ki

Roz­dział 11. Syn­drom Yentl

Część V. Ży­cie pu­blicz­ne

Roz­dział 12. Dar­mo­wy za­sób do eks­plo­ata­cji

Roz­dział 13. Z port­mo­net­ki do port­fe­la

Roz­dział 14. Pra­wa ko­biet to pra­wa czło­wie­ka

Część VI. Gdy źle się dzie­je

Roz­dział 15. Kto się zaj­mie od­bu­do­wą

Roz­dział 16. To nie ży­wioł za­bi­ja

Po­sło­wie

Po­dzię­ko­wa­nia

Przy­pi­sy

In­deks

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Na wstę­pie

Wy­obra­że­nie świa­ta – po­dob­nie jak i sam świat – to dzie­ło męż­czyzn. Opi­su­ją świat ze swe­go punk­tu wi­dze­nia, nie od­róż­nia­jąc go od praw­dy ab­so­lut­nej.

Si­mo­ne de Be­au­vo­ir1

Więk­szość udo­ku­men­to­wa­nej hi­sto­rii ludz­ko­ści skry­wa ogrom­ną lu­kę in­for­ma­cyj­ną. Po­czy­na­jąc od hi­po­te­zy męż­czy­zny łow­cy, kro­ni­ka­rze prze­szło­ści nie­wie­le miej­sca po­świę­ca­ją ro­li ko­biet w ewo­lu­cji czło­wie­ka, za­rów­no kul­tu­ro­wej, jak i bio­lo­gicz­nej. Przyj­mu­je się, że pe­ry­pe­tie męż­czyzn od­zwier­cie­dla­ją los ca­łej ludz­ko­ści. Gdy pa­da py­ta­nie o ży­cie dru­giej po­ło­wy ro­dza­ju ludz­kie­go, czę­sto za­pa­da ci­sza.

To mil­cze­nie na­po­ty­ka­my wszę­dzie. Ca­ła na­sza kul­tu­ra jest nim prze­peł­nio­na. Fil­my, ser­wi­sy in­for­ma­cyj­ne, li­te­ra­tu­ra, na­uka, urba­ni­sty­ka, eko­no­mia. Hi­sto­rie, któ­re so­bie opo­wia­da­my o na­szej prze­szło­ści, te­raź­niej­szo­ści i przy­szło­ści. Wszyst­kie są na­zna­czo­ne, zde­for­mo­wa­ne – „nie­obec­ną obec­no­ścią”, któ­ra ma kształt ko­bie­ty. To lu­ka w da­nych do­ty­czą­cych płci.

Nie cho­dzi tyl­ko o nie­obec­ność. Prze­mil­cze­nia i bia­łe pla­my ma­ją swo­je kon­se­kwen­cje. Od­dzia­łu­ją na ży­cie ko­biet dzień w dzień, czę­sto w dość nie­po­zor­ny spo­sób. Na przy­kład kie­dy dy­go­cze­my z zim­na w biu­rach w tem­pe­ra­tu­rze do­sto­so­wa­nej do mę­skiej nor­my al­bo nie mo­że­my do­się­gnąć gór­nej pół­ki usta­wio­nej na wy­so­ko­ści zgod­nej z nor­mą wzro­stu męż­czy­zny. Iry­tu­ją­ce? Z pew­no­ścią. Nie­spra­wie­dli­we? A jak­że.

Ale nie­groź­ne dla ży­cia. Nie tak jak wy­pa­dek w sa­mo­cho­dzie, któ­re­go sys­tem bez­pie­czeń­stwa nie uwzględ­nia wy­mia­rów ko­bie­ce­go cia­ła. Nie tak jak za­wał ser­ca, któ­re­go nie zdia­gno­zo­wa­no, po­nie­waż ob­ja­wy uzna­no za „aty­po­we”. Dla tych ko­biet ży­cie w świe­cie zbu­do­wa­nym we­dług da­nych do­ty­czą­cych męż­czyzn mie­wa śmier­tel­ne kon­se­kwen­cje.

Jed­ną z waż­niej­szych rze­czy, ja­kie trze­ba po­wie­dzieć o lu­ce w da­nych do­ty­czą­cych płci, jest to, że na ogół nie wy­ni­ka ona ze złej wo­li ani na­wet ce­lo­we­go dzia­ła­nia. Wprost prze­ciw­nie. To po pro­stu re­zul­tat spo­so­bu my­śle­nia ist­nie­ją­ce­go od ty­się­cy lat i wła­śnie dla­te­go jest to coś w ro­dza­ju niemy­śle­nia. A na­wet po­dwój­ne­go nie­my­śle­nia: męż­czy­zna – to ro­zu­mie się sa­mo przez się, ko­bie­ta – nie za­słu­gu­je na­wet na wzmian­kę. Bo gdy mó­wi­my „czło­wiek”, w ogól­no­ści, ma­my na my­śli męż­czy­znę.

Ta­kie spo­strze­że­nie to nic no­we­go. Au­tor­ka je­go naj­słyn­niej­szej wer­sji, Si­mo­ne de Be­au­vo­ir, na­pi­sa­ła w 1949 ro­ku: „Ludz­kość jest ro­dza­ju mę­skie­go, męż­czy­zna okre­śla ko­bie­tę nie ja­ko ta­ką, lecz w od­nie­sie­niu do sa­me­go sie­bie; nie uwa­ża jej za isto­tę sa­mo­ist­ną […]. Męż­czy­zna jest Pod­mio­tem, jest Ab­so­lu­tem; ko­bie­ta jest In­nym”2. No­wy jest kon­tekst, w któ­rym ko­bie­ty na­dal są „In­ny­mi”. A ten kon­tekst to świat co­raz bar­dziej uza­leż­nio­ny od da­nych. Pod­da­ny big da­ta, Wiel­kim Da­nym, z któ­rych na­stęp­nie Wiel­kie Kom­pu­te­ry wy­do­by­wa­ją za po­mo­cą Wiel­kich Al­go­ryt­mów Wiel­kie Praw­dy. Lecz gdy two­je big da­ta są ska­żo­ne mil­cze­niem, to praw­dy, do ja­kich doj­dziesz, bę­dą w naj­lep­szym ra­zie pół­praw­da­mi. A w od­nie­sie­niu do ko­biet czę­sto nie bę­dą praw­dzi­we w ogó­le. Jak ma­wia­ją in­for­ma­ty­cy: gar­ba­ge in, gar­ba­ge out. Wrzu­casz śmie­ci, do­sta­jesz śmie­ci.

W tym no­wym kon­tek­ście po­trze­ba uzu­peł­nie­nia lu­ki w da­nych do­ty­czą­cych płci sta­je się co­raz bar­dziej na­glą­ca. Sztucz­na in­te­li­gen­cja, któ­ra po­ma­ga le­ka­rzom sta­wiać dia­gno­zy, ska­nu­je CV, a na­wet prze­pro­wa­dza roz­mo­wy z kan­dy­da­ta­mi do pra­cy, jest już po­wszech­na. Ty­le że uczy się ona na zbio­rach da­nych, któ­re są peł­ne luk – a po­nie­waż al­go­ryt­my czę­sto chro­ni się ja­ko opro­gra­mo­wa­nie wła­sno­ścio­we, nie mo­że­my na­wet spraw­dzić, czy owe lu­ki zo­sta­ły wzię­te pod uwa­gę. Do­wo­dy, któ­ry­mi dys­po­nu­je­my, po­zwa­la­ją stwier­dzić z du­żą do­zą pew­no­ści, że nie.

Licz­by, tech­ni­ka, al­go­ryt­my – to wszyst­ko ma klu­czo­we zna­cze­nie dla opo­wie­ści o Nie­wi­dzial­nych Ko­bie­tach. Ale sta­no­wi tyl­ko jej po­ło­wę. Da­ne to, ina­czej mó­wiąc, in­for­ma­cje, a te ma­ją wie­le źró­deł. Sta­ty­sty­ki są ro­dza­jem in­for­ma­cji, ow­szem, ale jest nim tak­że ludz­kie do­świad­cze­nie. Dla­te­go bę­dę prze­ko­ny­wać, że sko­ro pro­jek­tu­je­my świat, któ­ry ma słu­żyć nam wszyst­kim, mu­si­my to ro­bić wspól­nie z ko­bie­ta­mi. Je­śli de­cy­zje do­ty­czą­ce nas wszyst­kich po­dej­mu­ją wy­łącz­nie bia­li, w peł­ni spraw­ni męż­czyź­ni (w dzie­wię­ciu przy­pad­kach na dzie­sięć po­cho­dzą­cy ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych), to też ma­my tu wła­śnie do czy­nie­nia z lu­ką in­for­ma­cyj­ną – po­dob­nie jak w przy­pad­ku in­for­ma­cji na te­mat ko­bie­cych ciał w me­dycz­nych ba­da­niach na­uko­wych, ich też nikt nie gro­ma­dzi. A gdy per­spek­ty­wa ko­biet nie jest bra­na pod uwa­gę, sy­tu­acja ta­ka sta­je się – jak bę­dę chcia­ła wy­ka­zać – głów­nym mo­to­rem na­pę­dza­ją­cym nie­za­mie­rzo­ne mę­skie uprze­dze­nia, któ­re z ko­lei pró­bu­ją (czę­sto w do­brej wie­rze) ucho­dzić za „neu­tral­ne płcio­wo”. To wła­śnie mia­ła na my­śli de Be­au­vo­ir, gdy mó­wi­ła, że męż­czyź­ni my­lą wła­sny punkt wi­dze­nia z praw­dą ab­so­lut­ną.

Oba­wy swo­iste dla ko­biet, któ­rych męż­czyź­ni nie uwzględ­nia­ją, obej­mu­ją wie­le ob­sza­rów, w trak­cie lek­tu­ry za­uwa­żysz jed­nak, że trzy wąt­ki po­wra­ca­ją jak bu­me­rang: ko­bie­ce cia­ło, nie­od­płat­na pra­ca opie­kuń­cza ko­biet oraz mę­ska prze­moc wo­bec ko­biet. Są to spra­wy tak wiel­kiej wa­gi, że do­ty­ka­ją pra­wie każ­de­go aspek­tu na­sze­go ży­cia, ma­ją wpływ na wszyst­kie na­sze do­świad­cze­nia: od ko­mu­ni­ka­cji miej­skiej po po­li­ty­kę, ze sta­no­wi­skiem pra­cy i ga­bi­ne­tem le­kar­skim włącz­nie. Męż­czyź­ni o nich za­po­mi­na­ją, po­nie­waż nie ma­ją ko­bie­cych ciał. Wy­ko­nu­ją, jak się prze­ko­na­my, za­le­d­wie uła­mek nie­od­płat­nej pra­cy, któ­ra spa­da na bar­ki ko­biet. I choć tak­że mu­szą się zma­gać z mę­ską prze­mo­cą, to prze­ja­wia się ona w in­ny spo­sób niż ta, któ­rej do­świad­cza­ją ko­bie­ty. Te róż­ni­ce po­zo­sta­ją nie­zau­wa­żo­ne, a my po­stę­pu­je­my tak, jak­by mę­skie cia­ło i to­wa­rzy­szą­ce mu do­świad­cze­nie ży­cio­we by­ły neu­tral­ne płcio­wo. Jest to for­ma dys­kry­mi­na­cji.

 

W książ­ce okre­śle­nie „płeć” bę­dę ro­zu­mieć na dwa spo­so­by: ja­ko bio­lo­gicz­ny ze­spół cech (ang. sex), któ­re de­cy­du­ją o tym, czy jest się męż­czy­zną czy ko­bie­tą – XY i XX – oraz w od­nie­sie­niu do spo­łecz­nych zna­czeń, ja­kie na­kła­da­my na te bio­lo­gicz­ne fak­ty (ang. gen­der), czy­li to, jak trak­to­wa­ne są ko­bie­ty, po­nie­waż po­strze­ga się je ja­ko płeć żeń­ską. To dru­gie zna­cze­nie sło­wa „płeć” sta­no­wi wy­twór czło­wie­ka, ale oby­dwa są rów­nie praw­dzi­we. Jed­no i dru­gie ma istot­ne kon­se­kwen­cje dla ko­biet po­ru­sza­ją­cych się w na­szym świe­cie skon­stru­owa­nym we­dług da­nych do­ty­czą­cych męż­czyzn.

Choć mó­wię za­rów­no o jed­nym, jak i dru­gim, lu­kę in­for­ma­cyj­ną po­strze­gam przez pry­zmat gen­der, po­nie­waż to nie płeć bio­lo­gicz­na jest po­wo­dem, dla któ­re­go ko­bie­ty są po­mi­ja­ne w da­nych. Jest nim płeć w sen­sie kul­tu­ro­wym. Kie­dy opi­su­ję zja­wi­sko od­po­wie­dzial­ne za tak wiel­ką krzyw­dę w ży­ciu wie­lu ko­biet, chcę ja­sno wska­zać je­go pod­sta­wo­wą przy­czy­nę – i, wbrew wie­lu twier­dze­niom, któ­re znaj­dziesz w tej książ­ce, przy­czy­ną tą nie jest ko­bie­ce cia­ło. Jest nim spo­łecz­ne zna­cze­nie, ja­kie mu przy­pi­su­je­my, a tak­że spo­łecz­nie mo­ty­wo­wa­ny fakt, że się z te­go nie roz­li­cza­my.

Nie­wi­dzial­ne ko­bie­ty to opo­wieść o nie­obec­no­ści – co spra­wia, że chwi­la­mi trud­no się ją pi­sze. O ile ist­nie­je lu­ka w da­nych do­ty­czą­cych ogó­łu ko­biet (al­bo w ogó­le nie po­zy­sku­je­my ta­kich da­nych, al­bo zwy­kle nie se­gre­gu­je­my da­nych ze wzglę­du na płeć), o ty­le gdy cho­dzi o ko­bie­ty o in­nym ko­lo­rze skó­ry niż bia­ły, z nie­peł­no­spraw­no­ścią czy na­le­żą­ce do kla­sy pra­cu­ją­cej, da­ne są prak­tycz­nie nie­osią­gal­ne. Nie dla­te­go, że nikt ich nie zbie­ra, a dla­te­go, że nie są one od­dzie­la­ne od da­nych do­ty­czą­cych męż­czyzn – in­ny­mi sło­wy, nie są „se­gre­go­wa­ne we­dług kry­te­rium płci”. W sta­ty­sty­kach przed­sta­wia­ją­cych pro­cen­to­wy udział – od sta­no­wisk aka­de­mic­kich po ro­le fil­mo­we – po­da­je się da­ne na te­mat „ko­biet” i „mniej­szo­ści et­nicz­nych”, na­to­miast da­ne na te­mat przed­sta­wi­cie­lek mniej­szo­ści et­nicz­nych gi­ną w każ­dej z obu tych więk­szych grup. Tam, gdzie ist­nie­ją, przy­ta­czam je – ale dzie­je się to nie­zwy­kle rzad­ko.

Nie mam za­mia­ru prze­pro­wa­dzać tu żad­nej psy­cho­ana­li­zy. Nie mam do­stę­pu do naj­głęb­szych my­śli tych, któ­rzy utrwa­la­ją lu­kę w da­nych na te­mat płci, co ozna­cza, że ni­niej­sza książ­ka nie mo­że wska­zać jed­no­znacz­nej przy­czy­ny ist­nie­nia tej lu­ki. Mo­gę je­dy­nie przed­sta­wić da­ne i po­pro­sić, abyś ja­ko czy­tel­nicz­ka lub czy­tel­nik spoj­rza­ła lub spoj­rzał na do­wo­dy. Nie in­te­re­su­je mnie też, czy ktoś, kto stwo­rzył na­rzę­dzie fa­wo­ry­zu­ją­ce męż­czyzn, był uta­jo­nym sek­si­stą. Pry­wat­ne mo­ty­wy są, do pew­ne­go stop­nia, nie­istot­ne. Li­czy się ogól­niej­szy sche­mat. Li­czy się to, czy wo­bec wa­gi da­nych, któ­re za­pre­zen­tu­ję, roz­sąd­nie by­ło­by wy­su­wać wnio­sek, że lu­ka w da­nych do­ty­czą­cych płci to naj­wy­żej je­den wiel­ki zbieg oko­licz­no­ści.

Spró­bu­ję udo­wod­nić, że tak nie jest, że lu­ka ta to za­ra­zem przy­czy­na i sku­tek te­go ro­dza­ju bez­myśl­no­ści, któ­ra zrów­nu­je ludz­kość z mę­sko­ścią. Po­ka­żę, jak bar­dzo roz­po­wszech­ni­ło się to na­sta­wie­nie i jak znie­kształ­ca ono rze­ko­mo obiek­tyw­ne da­ne, któ­re w co­raz więk­szym stop­niu rzą­dzą na­szym ży­ciem. Po­ka­żę, że na­wet w su­per­ra­cjo­nal­nym świe­cie kie­ro­wa­nym przez su­per­bez­stron­ne su­per­kom­pu­te­ry ko­bie­ty są na­dal, jak twier­dzi­ła de Be­au­vo­ir, „dru­gą płcią” – i że nie­bez­pie­czeń­stwo, że zo­sta­nie­my spro­wa­dzo­ne, w naj­lep­szym ra­zie, do ro­li pod-ty­pu męż­czy­zny, jest na­dal bar­dzo, ale to bar­dzo re­al­ne.

Wpro­wa­dze­nie

W do­my­śle męż­czy­zna

Po­strze­ga­nie ro­dza­ju ludz­kie­go przez pry­zmat mę­sko­ści ma fun­da­men­tal­ne zna­cze­nie dla struk­tu­ry na­szych spo­łe­czeństw. To sta­re, głę­bo­ko za­ko­rze­nio­ne przy­zwy­cza­je­nie – rów­nie sta­re jak sa­me teo­rie po­cho­dze­nia czło­wie­ka. Już w IV wie­ku p.n.e. Ary­sto­te­les wprost uznał mę­skość ja­ko nor­mę za bez­spor­ny fakt: „Pierw­sze od­chy­le­nie od nor­my ma miej­sce wte­dy, gdy za­miast męż­czy­zny przy­cho­dzi na świat ko­bie­ta” – pi­sał w trak­ta­cie bio­lo­gicz­nym O ro­dze­niu się zwie­rząt (przy­naj­mniej za­uwa­żył, że owo od­chy­le­nie to „ko­niecz­ność na­tu­ry”)1.

Po­nad dwa ty­sią­ce lat póź­niej, w 1966 ro­ku, Uni­wer­sy­tet w Chi­ca­go zor­ga­ni­zo­wał sym­po­zjum na te­mat pier­wot­nych spo­łecz­no­ści zbie­rac­ko-ło­wiec­kich. Nada­no mu ty­tuł Man the Hun­ter [Męż­czy­zna-łow­ca]. Po­nad sie­dem­dzie­się­cio­ro pię­cio­ro an­tro­po­lo­gów spo­łecz­nych z ca­łe­go świa­ta ze­bra­ło się, że­by de­ba­to­wać nad du­żym zna­cze­niem ło­wiec­twa dla ewo­lu­cji i roz­wo­ju ludz­ko­ści. Uczest­ni­cy zgo­dzi­li się, że by­ło ono nie­sły­cha­nie istot­ne2. „Bio­lo­gia, psy­cho­lo­gia i oby­cza­je, któ­re od­róż­nia­ją nas od małp człe­ko­kształt­nych – wszyst­ko to za­wdzię­cza­my łow­com z daw­nych cza­sów” – brzmia­ła te­za jed­ne­go z re­fe­ra­tów za­miesz­czo­nych w po­kon­fe­ren­cyj­nej pu­bli­ka­cji. Wszyst­ko pięk­nie, tyl­ko, jak za­uwa­ży­ły fe­mi­nist­ki, ta teo­ria oka­zu­je się nie­co pro­ble­ma­tycz­na, je­śli cho­dzi o ewo­lu­cję płci żeń­skiej, po­nie­waż ło­wiec­two, jak za­zna­czo­no w ar­ty­ku­le, by­ło do­me­ną męż­czyzn. Je­że­li „nasz in­te­lekt, na­sze za­in­te­re­so­wa­nia, emo­cje i pod­sta­wy ży­cia spo­łecz­ne­go – to wszyst­ko ewo­lu­cyj­ne skut­ki suk­ce­su przy­sto­so­wa­nia się łow­ców”, to ja­kie stąd pły­ną wnio­ski co do czło­wie­czeń­stwa ko­biet? Sko­ro ewo­lu­cja ludz­ko­ści to mę­ska rzecz, to czy ko­bie­ty są w ogó­le ludź­mi?

W kla­sycz­nym już ese­ju Wo­man the Ga­the­rer [Ko­bie­ta-zbie­racz­ka] an­tro­po­loż­ka Sal­ly Slo­cum za­kwe­stio­no­wa­ła pry­mat „męż­czy­zny-łow­cy”3. An­tro­po­lo­dzy, twier­dzi­ła, „wy­szu­ku­ją przy­kła­dy za­cho­wań męż­czyzn i przyj­mu­ją, że wy­star­czą one za wy­ja­śnie­nie”. Że­by za­peł­nić to pu­ste miej­sce, za­da­ła pro­ste py­ta­nie: „Czym zaj­mo­wa­ły się ko­bie­ty, gdy męż­czyź­ni by­li na po­lo­wa­niu?”. Od­po­wiedź: zbie­rac­twem, kar­mie­niem, opie­ką nad dzieć­mi pod­czas „dłuż­szych okre­sów nie­mow­lę­cej za­leż­no­ści” – wszyst­kim tym, co wy­ma­ga­ło po­dob­ne­go współ­dzia­ła­nia. W tym kon­tek­ście „wnio­sek, że pod­sta­wo­wym ludz­kim bodź­cem ad­ap­ta­cyj­nym by­ło dą­że­nie męż­czyzn do po­lo­wa­nia i za­bi­ja­nia – prze­ko­nu­je Slo­cum – prze­ce­nia wa­gę agre­sji, któ­ra jest prze­cież tyl­ko jed­nym z aspek­tów ludz­kie­go ży­cia”.

Slo­cum wy­stą­pi­ła ze swo­ją kry­ty­ką już po­nad czter­dzie­ści lat te­mu, mę­ski punkt wi­dze­nia w teo­rii ewo­lu­cji na­dal jed­nak ma się do­brze. „Na­ukow­cy od­kry­li, że w to­ku ewo­lu­cji u lu­dzi po­ja­wił się in­stynkt za­bi­ja­nia” – po­dał dzien­nik „The In­de­pen­dent” w 2016 ro­ku4. W ar­ty­ku­le przy­to­czo­no wnio­ski z pra­cy na­uko­wej pod ty­tu­łem „Fi­lo­ge­ne­tycz­ne ko­rze­nie za­bój­czej prze­mo­cy ludz­ko­ści”, we­dług któ­rej ewo­lu­cja spra­wi­ła, że lu­dzie – w po­rów­na­niu z prze­cięt­nym ssa­kiem – sta­li się sze­ścio­krot­nie bar­dziej śmier­tel­nie nie­bez­piecz­ni dla przed­sta­wi­cie­li wła­sne­go ga­tun­ku5.

To bez wąt­pie­nia praw­da w od­nie­sie­niu do na­sze­go ga­tun­ku w ogó­le – ale re­alia są ta­kie, że spraw­ca­mi za­bój­czej prze­mo­cy za­da­wa­nej so­bie przez lu­dzi w przy­tła­cza­ją­cej więk­szo­ści są męż­czyź­ni: trwa­ją­ca trzy­dzie­ści lat ana­li­za za­bójstw w Szwe­cji wy­ka­za­ła, że są oni spraw­ca­mi dzie­wię­ciu na dzie­sięć za­bójstw6. Po­twier­dza­ją to sta­ty­sty­ki z in­nych kra­jów, w tym Au­stra­lii7, Wiel­kiej Bry­ta­nii8 oraz Sta­nów Zjed­no­czo­nych9. Ba­da­nie prze­glą­do­we prze­pro­wa­dzo­ne w 2013 ro­ku przez ONZ wy­ka­za­ło, że 96 pro­cent10 spraw­ców za­bójstw na świe­cie to męż­czyź­ni. Kto ma za­tem mor­der­cze in­stynk­ty – ludz­kość czy tyl­ko męż­czyź­ni? A sko­ro ko­bie­ty ra­czej nie mor­du­ją, to co ma­my my­śleć o ich „fi­lo­ge­ne­ty­ce”?

Po­dej­ście do ba­dań na­uko­wych, któ­re moż­na pod­su­mo­wać ha­słem: „mę­ski, je­śli nie za­zna­czo­no ina­czej”, ska­zi­ło, jak się wy­da­je, wszyst­kie ob­sza­ry et­no­gra­ficz­ne. Na przy­kład ma­lo­wi­dła na­skal­ne czę­sto przed­sta­wia­ją zwie­rzy­nę łow­ną, na­ukow­cy twier­dzą więc, że wy­ko­na­li je męż­czyź­ni-łow­cy. No­wa ana­li­za od­ci­sków dło­ni wid­nie­ją­cych przy tych ma­lo­wi­dłach w ja­ski­niach we Fran­cji i Hisz­pa­nii su­ge­ru­je jed­nak, że więk­szość z nich stwo­rzy­ły ko­bie­ty11.

Przed my­śle­niem: „męż­czy­zna, je­śli nie za­zna­czo­no ina­czej”, nie da­ło się uchro­nić na­wet kwe­stii ludz­kich ko­ści. Moż­na by są­dzić, że ludz­kie szkie­le­ty są obiek­tyw­nie mę­skie lub żeń­skie, czy­li nie do­ty­czy ich ka­te­go­ria „do­myśl­nej mę­sko­ści”. Nic bar­dziej myl­ne­go. Przez po­nad sto lat wi­kiń­ski szkie­let zna­ny ja­ko „wo­jow­nik z Bir­ki” mi­mo wy­raź­nie ko­bie­cych ko­ści mied­ni­cy uwa­ża­ny był za mę­ski, po­nie­waż zna­le­zio­no przy nim peł­ny ze­staw bro­ni i dwa zło­żo­ne w ofie­rze ru­ma­ki12. Za­war­tość gro­bu wska­zy­wa­ła, że je­go lo­ka­tor był wo­jow­ni­kiem13 – to zna­czy męż­czy­zną (nie­zli­czo­ne na­wią­za­nia do wo­jow­ni­czek w tra­dy­cji ust­nej wi­kin­gów ar­che­olo­dzy za­li­cza­li do „mi­to­lo­gicz­nych upięk­szeń”14). Choć broń wy­da­je się waż­niej­szym ar­gu­men­tem niż ko­ści mied­ni­cy, gdy cho­dzi o płeć, to prze­gry­wa z DNA – w 2017 ro­ku ba­da­nia ge­ne­tycz­ne po­twier­dzi­ły, że szkie­let rze­czy­wi­ście na­le­żał do ko­bie­ty.

Dys­ku­sja na tym się jed­nak nie skoń­czy­ła. Prze­su­nę­ła tyl­ko punkt cięż­ko­ści15. Ko­ści mo­gły zo­stać po­mie­sza­ne, mo­gły też ist­nieć in­ne po­wo­dy, dla któ­rych przy ko­bie­cych zwło­kach zna­le­zio­no te przed­mio­ty. W obu przy­pad­kach kry­ty­cy mo­gą mieć ra­cję (choć au­to­rzy ba­dań oba­la­ją te te­zy, po­słu­gu­jąc się roz­kła­dem za­war­to­ści gro­bow­ca). Opór jest jed­nak wy­mow­ny, zwłasz­cza że mę­skość szkie­le­tów w po­dob­nych oko­licz­no­ściach „nie jest kwe­stio­no­wa­na”16. Rze­czy­wi­ście, gdy ar­cheo­lo­dzy od­ko­pu­ją miej­sca po­chów­ku, pra­wie za­wsze znaj­du­ją wię­cej mę­skich ko­ści, co, jak w 1995 ro­ku za­uwa­żył oschle uzna­ny an­tro­po­log Phil­lip Wal­ker w roz­dzia­le książ­ki o okre­śla­niu płci cza­szek, „nie zga­dza się z na­szą wie­dzą na te­mat roz­kła­du płci wy­mar­łych ludz­kich po­pu­la­cji”17. A bio­rąc pod uwa­gę, że wi­kiń­skie ko­bie­ty mo­gły po­sia­dać ma­ją­tek, mia­ły pra­wo dzie­dzi­cze­nia i mo­gły stać się wpły­wo­wy­mi kup­czy­nia­mi*, czy tak trud­no wy­obra­zić so­bie, że mo­gły też wal­czyć?18

Nie są to zresz­tą wca­le je­dy­ne od­kry­te ko­ści wo­jow­ni­czek. „Licz­ne szkie­le­ty ko­biet z ob­ra­że­nia­mi po wal­ce od­naj­dy­wa­ne są na ste­pach Eu­ra­zji od Buł­ga­rii po Mon­go­lię” – pi­sa­ła Na­ta­lie Hay­nes w „Gu­ar­dia­nie”19. Dla lu­dów ta­kich jak sta­ro­żyt­ni Scy­to­wie, któ­rzy wal­czy­li kon­no przy uży­ciu łu­ku, wo­jow­ni­cy płci mę­skiej nie mie­li na­tu­ral­nej prze­wa­gi, a ba­da­nia DNA szkie­le­tów po­cho­wa­nych wraz z bro­nią w po­nad ty­siącu scy­tyj­skich kur­ha­nów od Ukra­iny po Azję Środ­ko­wą wy­ka­za­ły, że na­wet 37 pro­cent scy­tyj­skich ko­biet i dziew­cząt by­ło czyn­ny­mi wo­jow­nicz­ka­mi20.

To, do ja­kie­go stop­nia my­śli­my ka­te­go­ria­mi „mę­ski, je­śli nie za­zna­czo­no ina­czej”, wy­da się mniej za­ska­ku­ją­ce, gdy uświa­do­mi­my so­bie, że tkwią one też w jed­nym z naj­bar­dziej pod­sta­wo­wych bu­dul­ców spo­łe­czeń­stwa: w ję­zy­ku. W rze­czy sa­mej, kry­ty­ku­jąc mę­ski punkt wi­dze­nia w an­tro­po­lo­gii, Slo­cum zwró­ci­ła uwa­gę, że ujaw­nia się on „nie tyl­ko w spo­so­bach in­ter­pre­to­wa­nia ską­pych da­nych, lecz tak­że w ję­zy­ku, któ­re­go się uży­wa”. Sło­wo man, pi­sa­ła, „sto­su­je się w tak nie­jed­no­znacz­ny spo­sób, że nie­po­dob­na stwier­dzić, czy mo­wa o męż­czy­znach czy o ga­tun­ku ludz­kim w ogó­le”. Ta zbież­ność zna­cze­nio­wa ka­że jej po­dej­rze­wać, że „w umy­słach wie­lu an­tro­po­lo­gów sło­wo man, teo­re­tycz­nie od­no­szą­ce się do ro­dza­ju ludz­kie­go, jest wła­ści­wie sy­no­ni­mem męż­czy­zny”. Jak się prze­ko­na­my, do­wo­dy świad­czą o tym, że praw­do­po­dob­nie mia­ła ra­cję.

 

W wier­szu ame­ry­kań­skiej po­et­ki Mu­riel Ru­key­ser Myth sta­ry, śle­py Edyp py­ta Sfink­sa: „Dla­cze­go nie roz­po­zna­łem swo­jej mat­ki?”. Sfinks stwier­dza, że Edyp od­po­wie­dział błęd­nie na za­da­ne mu py­ta­nie („Co to za zwie­rzę, któ­re cho­dzi ran­kiem na czte­rech no­gach, w po­łu­dnie na dwóch, a wie­czo­rem na trzech?”). „Od­po­wie­dzia­łeś: man. Nie wspo­mnia­łeś o ko­bie­cie”. Ale prze­cież, pro­te­stu­je Edyp, gdy mó­wisz man, „masz na my­śli rów­nież ko­bie­ty. Każ­dy to wie”.

W isto­cie jed­nak to Sfinks ma ra­cję, a Edyp się my­li. Gdy mó­wisz man, nie jest tak, że „masz na my­śli rów­nież ko­bie­ty”, na­wet je­śli, for­mal­nie rzecz bio­rąc, „każ­dy to wie”. Nie­zli­czo­ne ba­da­nia roz­ma­itych ję­zy­ków w cią­gu ostat­nie­go czter­dzie­sto­le­cia kon­se­kwent­nie po­ka­zu­ją, że to, co kry­je się pod „ro­dza­jem mę­skim w funk­cji ge­ne­rycz­nej” (to jest na przy­kład uży­wa­nie za­im­ków ta­kich jak „on” w zna­cze­niu uogól­nia­ją­cym, neu­tral­nym płcio­wo) nie jest od­czy­ty­wa­ne ja­ko neu­tral­ne21. W przy­tła­cza­ją­cej więk­szo­ści jest od­czy­ty­wa­ne ja­ko mę­skie.

Gdy ro­dzaj mę­ski zo­sta­nie uży­ty w funk­cji ge­ne­rycz­nej, czę­ściej przy­cho­dzą nam na myśl sław­ni męż­czyź­ni niż sław­ne ko­bie­ty22, czę­ściej okre­śla­my da­ny za­wód ja­ko zdo­mi­no­wa­ny przez męż­czyzn23, czę­ściej pro­po­nu­je­my mę­skich kan­dy­da­tów do pra­cy oraz do spra­wo­wa­nia funk­cji po­li­tycz­nych24. Ko­bie­ty rza­dziej apli­ku­ją i rza­dziej wy­pa­da­ją do­brze na roz­mo­wach kwa­li­fi­ka­cyj­nych na sta­no­wi­ska ogła­sza­ne z uży­ciem ro­dza­ju mę­skie­go25. Ma­ło te­go, ro­dzaj mę­ski w uży­ciu ge­ne­rycz­nym tak czę­sto in­ter­pre­to­wa­ny jest ja­ko wy­łącz­nie mę­ski, że prze­ła­mu­je bar­dzo sil­ne ską­d­inąd ste­reo­ty­py i do­cho­dzi do te­go, że na­wet za­wo­dy ta­kie jak ko­sme­tycz­ka (be­au­ti­cian), ste­reo­ty­po­wo ko­ja­rzo­ne z ko­bie­ta­mi, na­gle po­strze­ga­ne są ja­ko mę­skie26. Uży­cie to obar­cza błę­dem tak­że ba­da­nia na­uko­we, two­rząc coś w ro­dza­ju „me­ta­lu­ki” w da­nych do­ty­czą­cych płci: pra­ca z 2015 ro­ku na te­mat ten­den­cyj­no­ści kwe­stio­na­riu­szy sto­so­wa­nych w ba­da­niach psy­cho­lo­gicz­nych po­ka­za­ła, że uży­cie ro­dza­ju mę­skie­go w kwe­stio­na­riu­szach mia­ło wpływ na od­po­wie­dzi ko­biet i mo­gło wy­pa­czyć „zna­cze­nie wy­ni­ków te­stu”27. Au­to­rzy do­szli do wnio­sku, że je­go uży­cie w funk­cji ge­ne­rycz­nej „mo­że stwa­rzać myl­ne wra­że­nie róż­nic mię­dzy ko­bie­ta­mi a męż­czy­zna­mi, któ­re nie po­ja­wi­ło­by się w for­mie neu­tral­nej ze wzglę­du na płeć al­bo w wer­sjach ję­zy­ko­wych te­go sa­me­go kwe­stio­na­riu­sza opar­tych na ro­dza­ju na­tu­ral­nym”.

A jed­nak, mi­mo gro­ma­dzo­nych przez dzie­się­cio­le­cia do­wo­dów, że ro­dzaj mę­ski uży­wa­ny w funk­cji ge­ne­rycz­nej ni­cze­go nie roz­ja­śnia, wie­le kra­jów upie­ra się w swo­jej ofi­cjal­nej po­li­ty­ce ję­zy­ko­wej przy tym, że jest to kwe­stia czy­sto for­mal­na i że ro­dzaj ten mu­si po­zo­stać w uży­ciu dla za­cho­wa­nia… ja­sno­ści. Zu­peł­nie nie­daw­no, bo w 2017 ro­ku, Aca­démie fra­nça­ise, naj­wyż­szy au­to­ry­tet w dzie­dzi­nie ję­zy­ka fran­cu­skie­go, grzmia­ła prze­ciw­ko „aber­ra­cji, ja­ką jest »in­klu­zyw­ny ję­zyk pi­sa­ny«”, i twier­dzi­ła, że „fran­cusz­czy­zna zna­la­zła się w śmier­tel­nym nie­bez­pie­czeń­stwie”, ja­kim są pró­by obej­ścia ge­ne­rycz­ne­go uży­cia ro­dza­ju mę­skie­go. Po­dob­ne spo­ry to­czą się w in­nych kra­jach, w tym w Hisz­pa­nii28 i Izra­elu29**.

Po­nie­waż w an­giel­skim ro­dzaj nie sta­no­wi ka­te­go­rii gra­ma­tycz­nej, uży­cie uogól­nia­ją­ce­go ro­dza­ju mę­skie­go jest współ­cze­śnie dość ogra­ni­czo­ne. Ter­mi­ny ta­kie jak do­ctor czy po­et nie­gdyś re­pre­zen­to­wa­ły ge­ne­rycz­ny ro­dzaj mę­ski (że­by pod­kre­ślić płeć, le­kar­ki i po­et­ki na­zy­wa­no – zwy­kle z nu­tą drwi­ny – do­cto­ress i po­etess), a dziś są uzna­wa­ne za neu­tral­ne pod wzglę­dem ro­dza­ju. Gdy jed­nak przy for­mal­nym uży­ciu ro­dza­ju mę­skie­go ob­sta­ją wła­ści­wie już tyl­ko pe­dan­ci, któ­rzy pi­szą „on” w zna­cze­niu „on lub ona”, spra­wa wra­ca pod po­sta­cią po­tocz­nych ame­ry­ka­ni­zmów ta­kich jak du­de i guys, a w Wiel­kiej Bry­ta­nii lads, trak­to­wa­nych ja­ko okre­śle­nia rze­ko­mo neu­tral­ne. Nie­daw­ne spo­ry w Zjed­no­czo­nym Kró­le­stwie po­ka­za­ły też sza­lo­ne przy­wią­za­nie nie­któ­rych do do­myśl­ne­go ro­dza­ju mę­skie­go: gdy w 2017 ro­ku pierw­sza ko­bie­ta na sta­no­wi­sku ko­men­dan­ta lon­dyń­skiej stra­ży po­żar­nej, Da­ny Cot­ton, za­su­ge­ro­wa­ła, że po­win­ni­śmy za­stą­pić okre­śle­nie fi­re­man stan­dar­do­wym dziś (i, nie oszu­kuj­my się, du­żo faj­niej­szym) fi­re­fi­gh­ter, za­sy­pa­ła ją la­wi­na nie­na­wist­nych li­stów30.

W ta­kich ję­zy­kach, jak fran­cu­ski, nie­miec­ki i hisz­pań­ski ro­dzaj to jed­nak ka­te­go­ria flek­syj­na, a kon­cep­cja mę­sko­ści i żeń­sko­ści zo­sta­ła wpi­sa­na w sam ję­zyk. Wszyst­kie rze­czow­ni­ki ma­ją okre­ślo­ny ro­dzaj: mę­ski, żeń­ski lub – jak nie­miec­ki [i pol­ski] – do­dat­ko­wo ni­ja­ki. Stół jest ro­dza­ju żeń­skie­go, a sa­mo­chód – mę­skie­go: la me­sa ro­ja (czer­wo­ny stół), el co­che ro­jo (czer­wo­ny sa­mo­chód). Je­śli cho­dzi o rze­czow­ni­ki od­no­szą­ce się do lu­dzi, ist­nie­ją for­my mę­skie i żeń­skie, ale for­ma pod­sta­wo­wa to za­wsze ro­dzaj mę­ski. Spró­buj­my po­szu­kać w Go­ogle nie­miec­kie­go od­po­wied­ni­ka sło­wa „ad­wo­kat”. Wy­sko­czy An­walt, któ­re do­słow­nie zna­czy ad­wo­kat męż­czy­zna, ale jest też uży­wa­ne ge­ne­rycz­nie, w zna­cze­niu ogól­nym. Je­śli chcesz pod­kreś­lić, że cho­dzi o ko­bie­tę, po­wiesz An­wäl­tin (na­wia­sem mó­wiąc, gdy for­my żeń­skie są czę­sto, jak tu­taj, zmo­dy­fi­ko­wa­ny­mi for­ma­mi mę­ski­mi, sub­tel­nie umiej­sca­wia­my ko­bie­cość ja­ko od­stęp­stwo od mę­skie­go pro­to­ty­pu – ja­ko, w uję­ciu de Be­au­vo­ir, „In­ną”). Ge­ne­rycz­ne­go ro­dza­ju mę­skie­go uży­wa się też w od­nie­sie­niu do grup lu­dzi: gdy ich płeć jest nie­zna­na al­bo gdy ma­my gru­pę mie­sza­ną, okre­śla się ją przy uży­ciu ro­dza­ju mę­skie­go. Tak więc gru­pa stu na­uczy­cie­lek w hisz­pań­skim bę­dzie okreś­la­na las pro­fe­so­ras, ale wy­star­czy, że do­dasz do niej jed­ne­go męż­czy­znę, a na­gle sta­nie się los pro­fe­so­res. Oto si­ła mę­sko­ści.

W ję­zy­kach flek­syj­nych ge­ne­rycz­ny ro­dzaj mę­ski jest wszech­obec­ny. W ogło­sze­niach o pra­cę czę­sto sto­su­je się for­my mę­skie – zwłasz­cza w od­nie­sie­niu do po­sad kie­row­ni­czych31. W prze­pro­wa­dzo­nym nie­daw­no w Au­strii ba­da­niu ję­zy­ka uży­wa­ne­go w ogło­sze­niach o pra­cę na sta­no­wi­skach dy­rek­tor­skich sto­su­nek form mę­skich do form „wska­zu­ją­cych na róż­ni­cę płcio­wą” (to zna­czy w któ­rych uży­to okre­śle­nia za­rów­no mę­skie­go, jak i żeń­skie­go) wy­niósł 27:132. Par­la­ment Eu­ro­pej­ski są­dzi, że zna­lazł roz­wią­za­nie te­go pro­ble­mu, i od ro­ku 2008 za­le­ca, aby na koń­cu ogło­szeń o pra­cę w ję­zy­kach flek­syj­nych do­da­wać „(m/ż)”. Ma to uczy­nić ge­ne­rycz­ny ro­dzaj mę­ski „spra­wie­dliw­szym”, przy­po­mi­na­jąc nam o ist­nie­niu ko­biet. To pięk­na idea – ale nie­po­par­ta da­ny­mi. Gdy na­ukow­cy zba­da­li jej od­dzia­ły­wa­nie, oka­za­ło się, że w ża­den spo­sób nie zmie­ni­ła dys­kry­mi­na­cyj­ne­go wy­dźwię­ku uży­cia sa­me­go ge­ne­rycz­ne­go ro­dza­ju mę­skie­go. Przy­kład ten po­ka­zu­je, ja­kie zna­cze­nie ma po­zy­ski­wa­nie da­nych, gdy gro­ma­dzi­my je, za­nim za­czy­na­my kre­ować po­li­ty­kę33.

Czy ca­łe to ła­pa­nie się za słów­ka wpro­wa­dza ja­kąś zna­czą­cą róż­ni­cę w re­al­nym świe­cie? Moż­li­we. Ana­li­za prze­pro­wa­dzo­na przez Świa­to­we Fo­rum Eko­no­micz­ne w 2012 ro­ku wy­ka­za­ła, że w kra­jach z ję­zy­ka­mi flek­syj­ny­mi, w któ­rych pra­wie każ­da wy­po­wiedź świad­czy o wy­ra­zi­stym po­dzia­le na for­my mę­skie i żeń­skie, wy­stę­pu­ją naj­więk­sze nie­rów­no­ści płcio­we34. Ale oto cie­ka­wost­ka: kra­je, gdzie uży­wa się ję­zy­ków po­zba­wio­nych ka­te­go­rii ro­dza­ju (jak wę­gier­ski i fiń­ski), wca­le nie są rów­no­ścio­wy­mi li­de­ra­mi. Za­szczyt ten przy­pa­da trze­ciej gru­pie – kra­jom, w któ­rych ma­my „ję­zy­ki z gra­ma­tycz­nym ro­dza­jem na­tu­ral­nym”, ta­kie jak an­giel­ski. Ję­zy­ki te po­zwa­la­ją na spre­cy­zo­wa­nie płci (fe­ma­le te­acher, ma­le nur­se), ale na ogół nie jest ona za­ko­do­wa­na w sa­mych sło­wach. Au­to­rzy ba­da­nia su­ge­ro­wa­li, że je­śli nie mo­że­my w ża­den spo­sób ozna­czyć płci, to nie mo­że­my „sko­ry­go­wać” ukry­tej w ję­zy­ku nie­rów­no­ści po­przez ak­cen­to­wa­nie „obec­no­ści ko­biet w świe­cie”. Krót­ko mó­wiąc: po­nie­waż to, co mę­skie, ro­zu­mie się sa­mo przez się, waż­ne sta­ją się sy­tu­acje, w któ­rych te­go, co żeń­skie, nie da się na­wet wy­ar­ty­ku­ło­wać.

Chcia­ło­by się my­śleć, że za­ko­rze­nio­ny w ję­zy­ku ma­sku­li­nizm to w naj­gor­szym ra­zie re­likt za­mierz­chłych cza­sów, ale do­wo­dy te­mu prze­czą. „Naj­szyb­ciej roz­wi­ja­ją­cym się ję­zy­kiem” na świe­cie35, uży­wa­nym przez po­nad 90 pro­cent świa­to­wej po­pu­la­cji in­ter­nau­tów, jest emo­ji36. Ję­zyk ten po­wstał w Ja­po­nii w la­tach osiem­dzie­sią­tych XX wie­ku, a je­go naj­częst­szy­mi użyt­kow­nicz­ka­mi są ko­bie­ty37: czę­sto uży­wa go 78 pro­cent z nich i 60 pro­cent męż­czyzn38. Mi­mo to do 2016 ro­ku świat in­ter­ne­to­wych pik­to­gra­mów był dziw­nie zma­sku­li­ni­zo­wa­ny.