Weselny taniec

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Carol Marinelli
Weselny taniec

Tłumaczenie:

Barbara Bryła

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Gabi Deramo nigdy nie była druhną, a cóż dopiero panną młodą. Ale śluby były całym jej życiem i myślała o nich całymi dniami. Od niepamiętnych czasów.

Gabi była marzycielką.

Jako mała dziewczynka nieustannie ustawiała swoje lalki w procesję ślubną. Kiedyś rozsypała na nie dwie torby cukru i jedną torbę mąki, żeby uzyskać efekt ślubu zimą, czym doprowadziła matkę do furii. Matka, Carmel, krzyczała na nią, że buja w obłokach.

Gabi nie powiedziała jej jednak, że ilekroć urządzała ślub swoim lalkom, to myślała o ślubie swojej matki. Miała nadzieję, że ta zabawa w czarodziejski sposób ściągnie tu jej ojca i sprawi, że czas się cofnie i ojciec nie porzuci ciężarnej Carmel.

Gabi nikt jeszcze dotąd nawet nie pocałował, ale jako asystentka organizatorki ślubów odgrywała ważną rolę w wielu romantycznych eskapadach. O tym samym śniła niemal każdej nocy. O przygodzie z Alimem.

Teraz siedziała, przeglądając listę zadań w swoim tablecie, i owijając na palcu pasmo długich czarnych włosów, próbowała wymyślić, jak szybko zorganizować od zera wystawny ślub zimą w Rzymie.

Mona, przyszła panna młoda, wyszła z przymierzalni w trzeciej z kolei sukni. Suknia zupełnie do Mony nie pasowała, stare koronki nadawały jej oliwkowej karnacji ziemisty odcień, a ciężka tkanina przytłaczała jej smukłą figurę.

 I co myślisz? – Mona spytała Gabi, okręcając się przed lustrem.

Gabi wiedziała, jak radzić sobie z panną młodą w źle dobranej sukni.

– A co ty sądzisz, Mona?

– Sama nie wiem. – Mona westchnęła. – Chyba mi się podoba.

– Więc to nie jest suknia dla ciebie – powiedziała Gabi. – Bo musisz nią być zachwycona.

Mona nie posłuchała rady właścicielki butiku i kompletnie zlekceważyła propozycję Gabi, by włożyć śnieżnobiałą, prostą suknię z delikatnym haftem. Nawet jej nie przymierzyła. Panny młode często lekceważyły sugestie Gabi, patrząc na nią przez pryzmat bujnych kształtów i źle dobranej ciemnej garsonki, którą kazała jej nosić szefowa.

Gabi lubiła modę i znała się na niej doskonale. Miała talent w dobieraniu strojów, podkreślających atuty sylwetki danej kobiety. A suknie ślubne były jej oczkiem w głowie. Była na bieżąco z aktualnymi trendami i umiała trafnie ocenić, co się przyjmie w danym sezonie.

Mona dalej nie mogła się zdecydować. A to musiało być załatwione dzisiaj! Bernadetta była właśnie na urlopie i wszystko spadło na Gabi. Jak zwykle. Im większy był budżet i im trudniejsze zadanie, tym bardziej było prawdopodobne, że zostanie zlecone jej.

To był spokojny okres między świętami i Nowym Rokiem. Butik z sukniami ślubnymi był tego dnia nieczynny, ale Gabi, wykorzystując swoje kontakty, zadzwoniła do jego właścicielki Rosy z prośbą o przysługę. Sklep otworzono specjalnie dla nich. Rosa ich nie poganiała, ale spieszyły się na spotkanie z Marianną, koordynatorką przyjęć w hotelu Grande Lucia o czwartej.

– Może przymierzysz suknię proponowaną przez Gabi – odezwała się Fleur, matka pana młodego.

To było trochę dziwne. Zwykle taka wyprawa odbywała się w towarzystwie matki panny młodej albo jej siostry czy przyjaciółek. Wyglądało jednak na to, że właśnie Fleur miała tu najwięcej do powiedzenia. Fleur była Angielką, więc Gabi i Mona z grzeczności nie rozmawiały po włosku. Tak, czekał ją długi, męczący dzień. A jutro miały tu wrócić z druhnami!

Niechętnie, bardzo niechętnie Mona zgodziła się włożyć suknię zaproponowaną przez Gabi i zniknęła w przymierzalni.

Odwieszając odrzuconą suknię Rosa dostrzegła, że Gabi zerka na jeszcze inną kreację. Srebrzysto-szarą, elegancką i prostą, w większym rozmiarze. Luksusowa tkanina pięknie się układała. Rosa była naprawdę utalentowaną krawcową.

– Pasowałaby ci – powiedziała Rosa.

– Wątpię. – Gabi westchnęła tęsknie. – Ale jest piękna.

– Ktoś zrezygnował z zamówienia. Przymierz ją.

– Jestem w pracy. – Gabi potrząsnęła głową. – A zresztą, kiedy miałabym w niej chodzić?

To pytanie pozostało bez odpowiedzi, bo kotara się rozsunęła i z przymierzalni wyszła uśmiechnięta Mona.

– Och, Mona – zawołała Gabi. Suknia była idealna. Podkreślała smukłą sylwetkę Mony, a ostra biel stanowiła doskonałe tło dla jej ciemnej karnacji.

– Gdyby posłuchała cię od razu – mruknęła Fleur. – Spóźnimy się do hotelu.

– Wszystko jest załatwione – zapewniła ją Gabi, sprawdzając swoją listę na tablecie. – Trzymamy się planu. – Jeśli wybór sukni uznajemy za zamknięty, to wszystko inne powinno potoczyć się gładko.

Miara została zdjęta, ale daty przymiarek wymagały jeszcze potwierdzenia. Gabi zapewniła Rosę, że zadzwoni do niej natychmiast, jak tylko termin ślubu zostanie dokładnie ustalony. Wsiadły do samochodu i jechały ulicami Rzymu w stronę hotelu Grande Lucia. Mona znowu grymasiła.

– Byłam na ślubie w Grande Lucia kilka lat temu i hotel miał taki… – Mona zająknęła się, szukając odpowiedniego słowa – smutny wygląd.

– Teraz już nie ma – odparła Gabi. – Zmienił się właściciel, a Alim… – teraz to Gabi się zająknęła. – Od kilku lat właścicielem hotelu jest Alim i przeprowadził remont, po którym hotel wygląda wspaniale. – Wymawiając jego imię poczerwieniała.

Widywała Alima tylko czasami, ale dużo o nim myślała. Ich ścieżki rzadko się krzyżowały, ale jeśli Gabi organizowała ślub w Grande Lucii, a Alim akurat był na miejscu, serce biło jej mocno. Skrycie miała nadzieję, że spotka go dzisiaj.

– Zobaczmy, jakie wrażenie hotel zrobi na tobie teraz – powiedziała Gabi. – Ale strasznie trudno zdobyć tu rezerwację, zwłaszcza w ostatniej chwili.

– Fleur uważa, że nie będzie z tym problemu. – Mona rzuciła ukradkowe spojrzenie w stronę matki pana młodego. O ile Gabi zdążyła się zorientować, Fleur zgodziła się sfinansować wesele pod warunkiem, że odbędzie się właśnie w tym hotelu.

– Nie będzie – potwierdziła Fleur.

Gabi nie była tego taka pewna. Marianna, koordynatorka przyjęć w hotelu, bywała nieugięta, a one chciały, żeby ślub odbył się już za dwa tygodnie.

Dojechały szybko na miejsce, bo na ulicach było stosunkowo pusto. Bożonarodzeniowa gorączka już minęła i nawet Koloseum zamknięto dla zwiedzających. Gabi stłumiła ziewnięcie. Miała nadzieję, że spędzi świąteczną przerwę, snując plany założenia własnej firmy. Zamiast tego wezwano ją do pracy. Była bardzo zmęczona.

Zaczęła pracować w Matrimoni di Bernadetta jako osiemnastolatka z nadzieją, że zdobędzie tam doświadczenie, które pozwoli jej rozpocząć samodzielną działalność. Ale sześć lat później ta wizja nie była ani trochę wyraźniejsza. Bernadetta dbała o to, by Gabi z trudem znajdowała czas na myślenie, nie mówiąc już o realizacji swoich marzeń. Mimo to Gabi wciąż uwielbiała to, co robiła.

Spojrzała w górę na piękny stary budynek, który się przed nimi wyłonił i po chwili zatrzymali się przed wejściem do hotelu Grande Lucia. Portier Ronaldo otworzył im drzwi.

Ben tornato – przywitał się z Fleur. Musiała być gościem hotelu. I to gościem uprzywilejowanym, sadząc z uwagi, jaką Ronaldo jej okazywał.

Gabi wysiadła z samochodu z bijącym sercem na myśl, że zobaczy Alima. On zawsze był dla niej miły, choć nieco powściągliwy. Nie brała tego do siebie. Alim utrzymywał ten sam dystans wobec wszystkich. Urzekła ją otaczająca go aura tajemnicy. Kiedy przebywał w Rzymie, zajmował całe piętro hotelu Grande Lucia. Jego reputację poznała dzięki hotelowym plotkom. Uwielbiał piękne kobiety i umawiał się z ich tabunami. Mogły jednak liczyć co najwyżej na jedną noc z nim. W tym pakiecie śniadanie nie było wliczone. Według Sophie, przyjaciółki Gabi pracującej tu jako pokojówka, zimny i nieczuły to najczęstsze słowa, jakie padały pod jego adresem z ust byłych kochanek.

Gabi nie postrzegała go w taki sposób. W jego spojrzeniu zawsze wyczuwała ciepło, a jeśli chodziło o sprawy zawodowe, jego profesjonalizm nie budził najmniejszych wątpliwości. Jak powiedziała jej Sophie, pomimo wszystkich tych przelanych z jego powodu łez podobno czas spędzony w ramionach Alima nagradzany był diamentami.

Gabi nie należała do jego ligi. Interesowały go smukłe blondynki w typie supermodelek, dobrze obeznane z sypialnianymi arkanami. Nie zdradzał inklinacji, by je w nie wprowadzać. To, że był całkowicie poza jej zasięgiem, nie przeszkadzało Gabi, bo dzięki temu mogła o nim bezpiecznie marzyć.

Nic nie wskazywało na jego obecność, kiedy wchodziła przez mosiężne obrotowe drzwi do eleganckiego foyer hotelu Grande Lucia. Widok był wspaniały. Piękny szkarłatny dywan i obite jedwabiem ściany wyglądały wytwornie, wręcz zmysłowo, i świetnie się komponowały z ciemnym drewnianym umeblowaniem. Wnętrze było przestronne i wysokie, a jednak przytulne. Wypełniał je miły dla ucha gwar hotelu.

Na środku pod filarem znajdowała się ogromna kompozycja kwiatowa złożona z pąsowych róż i goździków. Gabi miała oko do szczegółów i ta aranżacja ją irytowała, bo nigdy nie ulegała zmianom mimo upływu czasu.

Marianna przywitała się z nimi i zabrała całą trojkę na kawę do jednego z ustronnych saloników. Omówiły kilka szczegółów i chociaż Marianna potwierdziła, że mają wolny termin za ponad dwa tygodnie, nie zamierzała pannie młodej niczego ułatwiać.

– Muszę zweryfikować datę z właścicielem – powiedziała. – W styczniu oczekujemy w hotelu bardzo ważnych gości. Nie jestem pewna, czy będziemy w stanie was zmieścić. Alim zapowiedział, że muszę go informować o wszystkich blokowanych terminach… Och, a oto i on… – urwała, bo Alim właśnie pojawił się w foyer w towarzystwie pięknej blondynki.

 

Zapewne nie lubił, by niepokojono go bez potrzeby, i dlatego Marianna nie ostrzegła Mony i Fleur o jego obecności. Ale jego charyzma sprawiła, że obie kobiety natychmiast na niego spojrzały. A kiedy Marianna robiła, co mogła, by nie zakłócać Alimowi spokoju, świat Gabi wywrócił się do góry nogami. W najmilszy ze sposobów.

Alim ubrany był w ciemny płaszcz. Otaczająca go aura wspaniałości sprawiała, że ludzie mimowolnie odwracali za nim głowy. Miał czarne lśniące włosy zaczesane do tyłu. Smukły i wysoki trzymał się tak prosto, że na jego widok Gabi zawsze chciała się też wyprostować. Ilekroć znajdował się w pobliżu, Gabi czuła dreszcze i nie potrafiła skupić się na czymkolwiek innym.

Quanti ospiti? – głos Marianny dochodził z oddali. Na jej pytanie o liczbę gości musiała odpowiedzieć Mona, ponieważ Alim właśnie spojrzał z oddali na Gabi i ich oczy się spotkały.

Był taki piękny… Z natury elegancki, niezwykle uprzejmy i spokojny. Gabi była marzycielką i chociaż nie należała do jego ligi, pozwalała sobie o nim myśleć. Mogła być niewinna, ale nie we własnych marzeniach.

Alim miał ciemnoszare oczy, które lśniły w ciemności. To spojrzenie było bardzo niebezpieczne i Gabi właśnie teraz wpadła w tę pułapkę. Najchętniej przeprosiłaby panie, by podejść do niego. Chciała zapomnieć o pracy i o jego kochance, chciała, by on położył ją na swoim zasłanym jedwabiem łożu…

– Gabi – z zadumy wyrwał ją głos Marianny.

– Alimie – słychać było głos jego kochanki. On jednak szedł prosto przed siebie.

– Wszystko było w porządku? – spytał. Mówił znakomicie po włosku, ale z silnym akcentem. Gabi nie była w stanie mu odpowiedzieć. Nie spodziewała się, że do niej podejdzie. Odpowiedziała mu w końcu Marianna, podając mu proponowaną datę ślubu.

– Termin jest dogodny. – Alim kiwnął Mariannie i pozostałym paniom, a potem spojrzał na Gabi.

– Jak się masz, Gabi?

– Dobrze.

– To świetnie. – Odwrócił się i odszedł, a ona wstrzymała oddech.

To nie było nic takiego, ot, zwykła wymiana grzeczności, której nikt nawet nie zauważył. Ale Gabi miała tym żyć całymi tygodniami. On pamiętał, jak miała na imię!

– Może pokażesz Monie salę balową, a my omówimy z Fleur szczegóły? – zaproponowała Marianna. Szczegóły oznaczały pieniądze.

– Oczywiście.

Gabi wstała i wygładziła spódnicę. Nie znosiła tej czarnej firmowej garsonki ze złotym logo. To był ubiór odpowiedni dla pracownicy domu pogrzebowego, a nie dla organizatorki ślubów. Gdyby to była jej firma, nosiłaby seledynową pepitkę z odrobiną różu. Już nawet wybrała odpowiedni materiał. I zrezygnowałaby z tych wysokich czarnych szpilek, na które nalegała Bernardetta, a w których Gabi czuła się zbyt wysoka i masywna, idąc przez foyer z przyszłą panną młodą u boku.

Wtedy zobaczyła Alima i blondynkę wchodzących do jego prywatnej windy. Z zazdrością patrzyła na jego znikające plecy. Blondynka kleiła się do niego i szeptała mu coś do ucha. Dzięki Bogu za windy z zamykanymi drzwiami. Doskonale pomagały odzyskiwać samokontrolę, bo kiedy zatrzasnęły się za tamtą parą, oszołomiona Gabi natychmiast przypomniała sobie o ślubie, który trzeba było zorganizować.

Do sali balowej prowadziły wielkie podwójne drzwi i Gabi otworzyła je na oścież, żeby Mona mogła ją ujrzeć w pełnej krasie. Sala była naprawdę piękna. Ogromne kryształowe żyrandole jako pierwsze przyciągały uwagę, ale całość stanowiła prawdziwą ucztę dla oczu.

Molto bello… – szepnęła Mona. Z ulgą przeszły na włoski. – Sala w niczym nie przypomina tamtej, którą zapamiętałam.

– Alim całkowicie ją zmodernizował. Podłogę wycyklinowano, naprawiono żyrandole. W Grande Lucii znowu odbywają się śluby.

– To tutaj poznaliśmy się z Jamesem. Byłam tu na przyjęciu z okazji rocznicy moich dziadków, a on przyjechał odwiedzić… – Mona nie dokończyła zdania. – Nie podoba mi się, że Fleur podejmuje wszystkie decyzje tylko dlatego, że jej… – Zacisnęła usta. Najwyraźniej nie chciała za dużo powiedzieć.

Gabi, ciekawska z natury, żałowała, że Mona tego nie zrobiła, bo Fleur ją intrygowała. Sądząc z listy zaproszonych, goście pana młodego byli zaskakująco nieliczni. Ze Szkocji miał przylecieć tylko jego drużba. Nie było wzmianki o ojcu pana młodego i Gabi zastanawiała się, czy Fleur jest wdową.

Ale nie przyszła tutaj, by się analizować zawiłości rodzinne narzeczonych, i szybko skupiła uwagę na tym, by uczynić z tej imprezy najwspanialszy ze ślubów.

– Wyobraź sobie taniec pod tymi światłami wieczorem – powiedziała Mona.

– Nie ma nic piękniejszego – zapewniła ją Gabi, a potem wskazała na małą galerię biegnącą wzdłuż zachodniej ściany. – Można stamtąd zrobić wspaniałe zdjęcia z góry. Fotograf, którego ja… to znaczy, którego Matrimoni di Bernadetta regularnie zatrudnia, wykonuje niesamowite zdjęcia. Są piękne.

Monie zaczął się udzielać jej entuzjazm.

– Mówiłaś, że byłaś tu na rocznicy swoich dziadków… – zaczęła Gabi, bo pomysł ze zdjęciami dał jej do myślenia.

– Moi dziadkowi brali tu ślub – powiedziała jej Mona. – Czasami wyjmują płytę, przy której tańczyli na swoim ślubie.

– Naprawdę?

– Rozpoznaję nawet tę posadzkę ze zdjęć z tamtego ślubu. To jest jak cofnięcie się w czasie.

Tak, nawet podłoga w sali balowej była piękna, wypolerowany do połysku parkiet z drewna mahoniowego, dębowego i sekwojowego tworzył delikatną, kwiatową mozaikę.

– Twoi dziadkowie nadal tańczą przy swojej ślubnej piosence?

Mona przytaknęła. Najwyraźniej już zdążyła się przekonać do tego miejsca. Bardzo spodobał jej się pomysł Gabi, żeby ona i James zatańczyli swój pierwszy taniec do muzyki z tej samej płyty, co kiedyś jej dziadkowie. Powoli zaczął się wyłaniać plan bardzo pięknej uroczystości.

Wracając do saloniku, Mona promieniała i teraz radośnie omawiała z Fleur i Marianną szczegóły. Gabi dostrzegła tamtą blondynkę wściekle kroczącą przez foyer. Mogła założyć się o oszczędności swego życia, że Alim wypuścił ją ze swoich ramion wbrew jej woli.

Kiedy plany zaczęły się powoli krystalizować, Gabi zadzwoniła do Rosy, podając jej oficjalne terminy.

– Już zaczęłam pracować nad suknią – powiedziała Rosa. – Mamy bardzo mało czasu, by ją dopasować.

Po długim, męczącym dniu, kiedy troszczyła się o innych, Gabi zrobiła coś dla siebie samej. Promieniała szczęściem z powodu tamtej krótkiej rozmowy z Alimem. Oczywiście odejście jego kochanki nie musiało mieć nic wspólnego z nią, ale Gabi była przecież marzycielką…

– Czy mogę przyjść i zmierzyć srebrną suknię? – spytała.

Cudownie było marzyć o Alimie.

ROZDZIAŁ DRUGI

To był naprawdę piękny ślub, chociaż Gabi nie miała ani jednej wolnej sekundy, żeby się nim cieszyć.

Ubranego w kilt drużbę nagabywała starościna wesela, a biedak robił wszystko, co mógł, żeby przed nią uciec. Fleur była spięta i wszystkich popędzała. Dziewczynki sypiące kwiatki marudziły, bo zmarzły, pozując do zdjęć w śniegu. Gabi czuła się jak niewydarzona pasterka, żonglując parasolami nad głowami gości, próbując ich zaganiać do samochodów. Miała na sobie botki, ale tylko one chroniły ją przed zimnem.

W końcu wszyscy wsiedli do samochodów i ruszyli na przyjęcie. Bernadetta siedziała w swoim samochodzie, paląc papierosa, a Gabi, trzęsąc się z zimna, schodziła właśnie po kościelnych schodach. I wtedy to się stało. Pośliznęła się na lodzie i spadła z trzech ostatnich schodków w najbardziej niezgrabny do wyobrażenia sposób. Nikt oczywiście nie pospieszył jej z pomocą.

Siedziała przez chwilę na ziemi, próbując złapać oddech i oszacować zniszczenia. Bolała ją kość ogonowa. Podnosząc się, ujrzała, że ma ubrudzoną i mokrą spódnicę, a zdejmując żakiet, zorientowała się, że rozszedł się z tyłu na szwie. Na dodatek Bernadetta wpadła we wściekłość, bo Gabi nie miała ze sobą ubrania na zmianę.

– Dlaczego nie masz ze sobą zapasowej garsonki?

Bo przydzieliłaś mi tylko dwie, chciała odpowiedzieć Gabi, ale wiedziała, że to nic by nie dało.

– Oddałam ją do pralni.

Bernadetta oczywiście zauważyła złośliwie, że garsonka innej dziewczyny byłaby na nią za ciasna.

– Idź do domu i się przebierz – syknęła. – Włóż coś na siebie… – Zamachała rękami z rozdrażnieniem, jak gdyby Gabi mogła w jakiś sposób zmniejszyć swój rozmiar. Bernadetta nie dodała jak zwykle „Tylko nie przyćmij panny młodej”. Jej zdaniem Gabi to nie groziło.

Och, chciała zrezygnować z pracy, tak bardzo. Była bliska łez, kiedy wróciła do swojego maleńkiego mieszkania i oczywiście w swojej szafie nie znalazła nic stosownego do ubrania. Chociaż, w zasadzie było coś takiego. Srebrzystoszara suknia uszyta magicznymi rękami Rosy.

Rozebrała się i ujrzała siniaki na pośladkach i na lewym udzie. Cała była obolała i przemarznięta do szpiku kości. Szybki prysznic ją rozgrzał i kiedy spod niego wyszła, czuła się o wiele lepiej. Dni takie jak ten były zawsze pracowite i krótka przerwa dobrze jej zrobiła.

Zdecydowała, że kiedy będzie prowadzić własną firmę, wprowadzi grafik, żeby każda z jej dziewcząt miała chwilę dla siebie pomiędzy ceremonią ślubną a przyjęciem i mogła się przebrać. Znowu się rozmarzyła o pracy na własny rachunek, ale gonił ją czas.

Suknia była prezentem od Rosy. Gabi wydała fortunę na odpowiedni do niej biustonosz i srebrne majtki do kompletu. Szybko je włożyła, a potem wśliznęła się w suknię. Rosa potrafiła wyczyniać cuda z materiałami, suknia była uszyta ze skosa i pięknie opływała jej kształty. Zasługiwała na to, by Gabi poświęciła swojemu wyglądowi więcej wysiłku niż zwykle. Usiadła więc przy małej toaletce i podwinęła włosy, upinając je wysoko, zamiast zostawić luźno rozpuszczone. Usta pociągnęła błyszczykiem i wytuszowała rzęsy. Zwykle nie zadawała sobie tyle trudu, ale dzisiaj wieczorem nie chciała być zaniedbaną Gabi w stroju z domu pogrzebowego, niezdarną, spadającą ze schodów i wiecznie zaganianą. Spojrzała w lustro. Tak wyglądałaby, pracując na własny rachunek, organizując eleganckie przyjęcia. Nigdy wcześniej tak uważnie nie przyjrzała się sobie.

Weszła do hotelu tylnym wejściem. Procedury bezpieczeństwa były zaostrzone i portier Ronaldo, chociaż dobrze ją znał, zażądał od niej dokumentu.

– W hotelu zatrzymali się bardzo ważni goście – wyjaśnił, przytupując z zimna nogami.

– To się zdarza – powiedziała Gabi.

– To rodzina królewska – burknął Ronaldo, niezadowolony z dodatkowej pracy.

– Kto?

Ronaldo miał wprawdzie ścisłe instrukcje, ale się uśmiechnął. W końcu to była tylko Gabi.

– Sułtan sułtanów i jego córka.

– Coś takiego! – Och, miała nadzieję, że ich zobaczy, to wydawało się takie niezwykłe.

Oddała płaszcz w recepcji i zacisnęła usta na widok nieodłącznej pąsowej dekoracji kwiatowej w foyer. Grande Lucia był cudownym hotelem, ale dokonanie w nim jakichkolwiek zmian było równie trudne, jak zawrócenie z kursu Titanica.

Zdenerwowana i trochę onieśmielona, choć bardzo się starała tego nie okazać, zjawiła w sali balowej, wpadając wprost na Bernadettę.

– Jeśli panna młoda zażyczyła sobie choinki, to trzeba ją było obciążyć kosztami – syknęła. – Musimy sprawdzić, czy gramofon został dobrze podłączony, i trzeba znaleźć klucz do wejścia na galerię dla fotografa. – My, czyli Gabi.

Więc Gabi uwijała się, robiąc wszystko, by ten wieczór stał się dla młodej pary niezapomniany. I rzeczywiście wyglądali na szczęśliwych. Suknia Mony prezentowała się wspaniale, a pan młody był przystojny i odprężony, i… Gabi zmarszczyła brwi. James kogoś jej przypominał, ale nie mogła się zorientować, kogo. Był wysoki i jasnowłosy, jak jego matka, przez co wyróżniał się wśród Włochów. Ale nie miała czasu tego roztrząsać ani ubolewać nad tym, że nigdzie nie dostrzegała Alima. Suknia, ładne pantofle, fryzura i makijaż… Gdyby tylko mógł ją teraz zobaczyć.

Alim był w hotelu, ale tym razem jego obecność stanowiła delikatną kwestię.

– Jestem wściekła, że nie możemy być na ślubie – wyjęczała Yasmin po raz setny i odsunęła na bok niedokończony deser.

Alim nie odpowiedział. Był przyzwyczajony do scen, jakie robiła jego siostra.

– Wypędzono nas jak robactwo. – Yasmin rzuciła serwetką.

– Przesadzasz – powiedział przeciągle. Siedzieli w końcu we wspaniałej restauracji hotelu Grande Lucia.

Ich ojciec nie dołączył do nich, bo to tylko przyciągnęłoby uwagę, a Alim starał się jak mógł tego uniknąć. Przynamniej w ten wieczór. Obecność znakomitych gości nikogo tu nie dziwiła, ale Alim wiedział, że personel zaczyna kojarzyć, że Oman, sułtan sułtanów, był jego ojcem.

 

Chociaż w miejscu pracy go nie używał, nosił tytuł sułtana Alima al-Lehan z Zethlehan. Nie używał go także w prywatnie, prowadząc nader burzliwe życie towarzyskie i płacąc za dyskrecję diamentami. Sprawna machina pałacowej dyplomacji wyciszała wszelkie skandale. To z powodu niedyskrecji Omana tego wieczoru siedzieli tutaj w restauracji. Niedaleko, ale na weselu nieobecni.

Dziś w nocy, kiedy młoda para będzie zmierzała do apartamentu dla nowożeńców, Fleur, matka pana młodego, wróci do swojego urządzonego z przepychem pokoju. Tym razem rozlokowaniem gości zajęła się Violetta, rzeczniczka pałacu odpowiedzialna za organizację zagranicznych podróży rodziny królewskiej. Alim nie musiał wiedzieć, chociaż oczywiście wiedział, że pokój Fleur był połączony z królewskim apartamentem jego ojca. Fleur była wieloletnią metresą Omana. Urodziła sułtanowi sułtanów pierworodnego syna.

Jej syn James wiódł pozornie uprzywilejowane życie. Chodził do szkoły w Windsorze, potem studiował na uniwersytecie w Szkocji. Miał fundusz powierniczy, którego wielkość oszałamiała. Ale na jego akcie urodzenia brakowało nazwiska ojca i nie nosił żadnego tytułu. Dla mieszkańców Zethlehan po prostu nie istniał. Jednak jego przyrodnie rodzeństwo – Alim, Kaleb i Yasmin – bardzo go kochało.

Kaleb, młodszy od Alima, mieszkał w Paryżu i tam miał się spotkać z młodą parą. Yasmin, która w Zethlehan żyła jak pod kloszem, błagała, by wolno jej było uczestniczyć w uroczystościach. Ich ojciec odmówił, ale Alim obiecał, że zrobi wszystko, by mogła zobaczyć ślub chociaż z oddali. Tak to zaaranżował, że on i Yasmin jedli przekąski w holu w chwili, gdy goście weselni wracali z kościoła, więc siostra mogła zobaczyć suknię panny młodej i wszystkich gości. Sprawiło jej to ogromną radość.

– Co on ma na sobie? – spytała o ubiór drużby.

– To kilt – wyjaśnił Alim. – On jest Szkotem.

– Och, to takie ekscytujące – szepnęła.

Ale sam rzut oka na przyjęcie ślubne jej nie wystarczył. I chociaż jedli te same potrawy i pili te same wina co goście weselni, czuli niedosyt. Kiedy nadszedł czas na przemowy weselne, Alim sam ubolewał, że nie mógł ich usłyszeć.

– Chcę zobaczyć, jak tańczą – Yasmin wydęła wargi. Przywykła do tego, że zawsze robiła to, co chciała. W ich kraju obowiązywały jednak surowe zasady i dopóki Alim sam nie został władcą, musiał ich przestrzegać. Kochał ojczyznę i szanował tradycję, ale od dziecka widział potrzebę przeprowadzenia zmian. Teraz próbował udobruchać młodszą siostrę.

– Spotkasz się z Jamesem i Moną jutro przy śniadaniu, wtedy możesz im powinszować.

– Ale to nie to samo! Dlaczego nie mogę wśliznąć się na salę na kilka chwil i ich zobaczyć? Ty tak zrobisz.

– Bo jestem właścicielem hotelu i często doglądam przyjęć. Ciebie by zauważono.

Yasmin, podobnie jak jej bracia, wyróżniała się egzotyczną urodą al-Lehanów. Jej wejście nie pozostałoby bez echa. Ale Alim nie mógł znieść widoku niezadowolonej siostry.

– Posłuchaj – powiedział. – W sali jest galeria widokowa. Teraz będzie tam fotograf, który robi zdjęcia, ale kiedy już zejdzie na dół, możesz się tam zakraść i popatrzeć przez chwilę. Dam ci klucz. Wejdziesz osobnym wejściem.

– Tak! – Oczy siostry zalśniły.

– Tylko przez chwilę – ostrzegł ją Alim. – Fotograf tam wróci, by zrobić zdjęcia na zakończenie uroczystości.

Dał jej klucz, udając, że nie widzi, jak zabrała butelkę szampana, wychodząc z restauracji. Yasmin była surowo pilnowana i nie zaznała swobody, jaką cieszyli się jej bracia. Podczas pobytu w Rzymie należało jej się trochę rozrywki.

Teraz sam chciał zobaczyć ślub swojego brata. Chciał także pomówić z Gabi.

Był rzutkim biznesmenem i poznał się na jej zdolnościach. Poświęcił dużo pracy, przywracając hotelowi dawną klasę, ale nadal pozostało mnóstwo do zrobienia. Marianna była konserwatystką. Bardzo chciał mieć w swoim zespole Gabi.

Żeby wejść bocznym wejściem, przeszedł przez dziedziniec. Padał śnieg. Przez chwilę stał wsłuchany w aplauz towarzyszący przemowom. Mistrz ceremonii mówił właśnie gościom, że inna para, która pobrała się w tym miejscu sześćdziesiąt lat wcześniej, poprowadzi nowożeńców do pierwszego tańca.

Alim przynajmniej tyle mógł zrobić dla przyrodniego brata, że zorganizował w swoim hotelu wesele i wszystko, co się z nim łączyło. Personel hotelu mógł odkryć jego królewski status, ale to była stosunkowo niewielka cena za możliwość wzięcia udziału w tej ceremonii. Zastanawiał się, co musiał czuć jego ojciec na górze w swoim w królewskim apartamencie, nie mogąc być na weselu najstarszego syna.

Wszedł niepostrzeżenie do środka i ujrzał Fleur. Siedziała na przyjęciu, a jednak była dziwnie nieobecna. Alim nie obwiniał jej o nic, właściwie rozumiał ją. Była dobrą matką dla Jamesa i nigdy nie przysporzyła jego rodzinie najmniejszych problemów.

On sam jednak miał komuś przysporzyć problemów tego wieczoru. Dla Gabi jego wejście nie mogło nastąpić w gorszym momencie. Wśliznął się po cichu w chwili, kiedy młoda para udawała się na parkiet. Staroświecki gramofon był podłączony, żeby w tej zachwycającej starej sali balowej historia mogła się powtórzyć. Gabi oczywiście przygotowała zapasowe nagranie, na wypadek gdyby igła ześlizgnęła się z płyty albo zaczęła przeskakiwać, albo gdyby jej ręka zbyt mocno zadrżała na widok Alima.

Wszedł prosto z dworu, a jej się zdawało, że wraz z nim weszło do sali chłodne powietrze. Zadrżała. Pod nieżyczliwym spojrzeniem Bernadetty umieściła igłę na płycie i rozległy się trzeszczące z lekka dźwięki minionych lat. Na parkiecie pojawili się dziadkowie panny młodej. Starszy pan objął żonę z czułością. Po chwili w ich ślady poszli nowożeńcy.

To było tak wzruszające i romantyczne, że w oczach Gabi błysnęły łzy. Och, to było warte wszystkich tych nieprzespanych nocy. Zerknęła w górę i ujrzała fotografa robiącego zdjęcia. To będzie piękna pamiątka. Przejrzała w tablecie swoją listę, stwierdzając, że ze wszystkim się już uporała. Uroczystość wypadła naprawdę znakomicie.

– Kolejny sukces Matrimoni di Bernadetta – powiedziała Bernadetta i Gabi zacisnęła zęby, gdy szefowa stanęła obok niej.

Tradycyjnie Bernadetta wymykała się wcześniej, zostawiając wszystko na głowie Gabi. Tak naprawdę zawsze wszystko było na jej głowie. Bernadetta większość dnia spędziła w cieple swojego luksusowego samochodu. Teraz, wychodząc, podeszła do Alima i Gabi widziała, jak uniosła ręce z fałszywą skromnością, przyjmując od niego gratulacje.

Gabi, walcząc ze łzami, stała na swoim miejscu, marząc, że pewnego dnia się usamodzielni, a wtedy będzie mogła nazwać wieczór taki jak ten swoim sukcesem i że to jej Alim będzie gratulował.

I taką ją ujrzał. Pogrążoną w marzeniach.

Alim podszedł do niej, a kiedy się odwróciła i ujrzała go, uśmiechnął się. Poczuła, że cała promienieje. Żaden mężczyzna nie sprawił tego dotąd. Wystarczyło tylko jedno jego spojrzenie.

– Zastanawiam się… – powiedział tym swoim ochrypłym głosem, a zatopiona w marzeniach Gabi odłożyła tablet i instynktownie ruszyła w jego stronę.

– Z przyjemnością.

Wtedy pożałowała, że ziemia się przed nią nie rozstąpiła, pochłaniając ją. Jak idiotka pomyślała, że prosił ją do tańca, i dopiero po chwili dotarło do niej, jak żenującą popełniła niezręczność. Ze wszystkich krępujących momentów w jej życiu ten był najgorszy.

– Jesteśmy w pracy, Gabi – powiedział Alim grzecznie. Umiejętnie ominął i zbagatelizował jej gafę, ale to nie uratowało jej przed wstydem, kiedy wyjaśnił powód, dla którego do niej poszedł. Nie zamierzał jej prosić do tańca.

– Zastanawiam się – powtórzył – czy moglibyśmy porozmawiać.