Nie szukaj daleko…

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Carol Marinelli

Nie szukaj daleko…

Tłumaczenie: Filip Bobociński

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2021

Tytuł oryginału: The Sicilian’s Surprise Love-Child

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2019

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2019 by Carol Marinelli

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2021

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-6395-5

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Dziś w ramach szkolenia będzie mi towarzyszyła Aurora.

Nico Caruso nie oderwał wzroku od monitora, by spojrzeć na swą asystentkę, Mariannę, która właśnie weszła do pełnego przepychu gabinetu w Rzymie. Zamiast tego zmarszczył brwi.

– Aurora Messina z sycylijskiego hotelu – przedstawiła ją Marianna. Najwyraźniej uznała po minie Nica, że nie wiedział, o kim mowa.

Jednak wiedział doskonale.

Aurora Messina, lat dwadzieścia cztery. Sześć lat młodsza od niego.

Aurora Eloise Messina o brązowych oczach i gęstych ciemnych włosach, zbyt jasnych, by nazwać je kruczoczarnymi, ale wyraźnie ciemniejszych niż orzechowe. Tak, Aurora… o oliwkowej skórze ciemniejącej pod wpływem słońca.

– Nie poznajesz mnie, Nico?

Wyczuwał nutę prowokacji w jej gardłowym głosie. Przywiozła ze sobą zapach domu. Jej biała sukienka z dzianiny musiała się najwidoczniej suszyć na świeżym powietrzu, czuł bowiem od niej oceaniczną bryzę i słodką woń jaśminu z ogrodu jej rodziców.

– Nie wstyd ci nie pamiętać o mnie – kontynuowała Aurora – szczególnie, że spałeś w moim łóżku tyle razy?

Mariannę zatkało, ale Nico nawet się nie zająknął podczas oschłej odpowiedzi:

– Nigdy cię wtedy w nim nie było.

– Prawda… – ustąpiła z uśmiechem.

Nauczyła się powstrzymywać rumieniec w obecności Nica, ale w tym momencie przychodziło jej to z trudem. Ani oszałamiająca panorama Rzymu rozciągająca się za oknem, ani kosztowne dekoracje gabinetu nie potrafiły odwrócić jej uwagi od Nica.

Miał doskonale przystrzyżone, gęste, czarne włosy. Jego mocno zarysowany podbródek z niewielkim dołeczkiem pośrodku był ogolony tak gładko, że niecierpliwie oczekiwała momentu, aż wymienią między sobą pocałunki w policzki.

Obeszła biurko, by się z nim serdecznie przywitać.

W końcu znali się od dawna.

Nico jednak uniósł dłoń i zatrzymał ją gestem. Spojrzeniem ostrzegł ją, by nie podchodziła bliżej. Aurora cofnęła się o krok, zupełnie jakby ją spoliczkował.

Wiedziała, że była niezwykle bezpośrednia i nieraz swym zachowaniem przekraczała granice, niemniej po wcześniejszym zastanowieniu zaplanowała sobie, że przywita się z nim jak ze starym przyjacielem. Nico zatrzymał ją w połowie drogi i to ją zabolało.

Starała się nie pokazać tego po sobie.

– Usiądź, proszę – powiedział, po czym zwrócił się do asystentki: – Marianno, zaczynajmy. Mamy sporo do omówienia.

– Najpierw jednak… – wtrąciła Aurora, po czym zamiast usiąść na wskazanym krześle, zdjęła z ramienia dużą skórzaną torbę, wyciągnęła z niej butelkę sosu pomidorowego i położyła ją na jego nieskazitelnym, lakierowanym biurku z orzecha włoskiego. Po chwili wyciągnęła kolejną butelkę.

– Domowa passata od mojej mamy – wyjaśniła Aurora. – A to limoncello od ojca.

Nico rzucił okiem na Mariannę, która, wyraźnie zszokowana, usiłowała zachować kamienną twarz, podczas gdy jego wspaniałe biurko zamieniło się w wiejski stragan. Skierował swe czarne spojrzenie na Aurorę.

– Nie potrzebuję tego – powiedział, machając lekceważąco ręką. – Możesz je zabrać z powrotem.

– Nie!

Najpierw się z nią nie przywitał, a teraz jeszcze to!

Nico nie zachowywał się tak, jak powinien. Nie powiedział, że tęsknił za smakiem sosu domowej roboty, nie zaprosił jej też na biesiadę, do której sos ów niewątpliwie by się przyczynił.

Nie postępował zgodnie ze zwyczajami z ich stron.

Przypomniała sobie jednak, że w zasadzie nigdy tego nie robił.

Gdyby było inaczej, zostałaby jego żoną.

Aurora Eloise Caruso.

Jako nastolatka wielokrotnie kaligrafowała to nazwisko w swoich dziennikach. Teraz jej policzki zaróżowiły się lekko. Próbowała zachować nutę gniewu w głosie.

– Wiesz doskonale, że moja rodzina nie pozwoliłaby mi odwiedzić cię bez prezentów.

– Jesteśmy w pracy. To żadna wizyta – uciął. – Przyjechałaś tu na pięciodniowe szkolenie mające cię przygotować do otwarcia nowego hotelu. To nie spotkanie towarzyskie. A teraz zabieraj to z mojego biurka.

Wiedział, że jest ostry, musiał jednak narzucić profesjonalną atmosferę. I nie chodziło tylko o Aurorę. Delegacja z Silibri przybyła do Rzymu osiemnaście godzin temu i już miał ich dosyć.

Francesca, przyszła menedżerka regionalna, przywiozła ze sobą baton salami i zostawiła go dla niego w recepcji. Naprawdę sądziła, że w Rzymie nie można kupić salami?

Z kolei Pino, przyszły naczelny konsjerż w nowym hotelu, w jakiś sposób zdobył dostęp do prywatnego numeru Nica. Zapewne otrzymał go od Aurory. Kiedyś jej go podał.

Kiedyś…

Nico nie mógł sobie teraz pozwolić na myślenie o dawnych czasach.

Gdy pracownicy przyjechali wczoraj, Pino zadzwonił i spytał Nica, gdzie powinni pójść na obiad i kiedy do nich dołączy.

Stanowczo odmówił.

Wioska Silibri przybyła do Rzymu i wydawała się zdeterminowana, by dostarczyć mu okruchy domu. Tyle że Nico usiłował uciec z domu, od kiedy skończył szesnaście lat. Nie potrafił powiedzieć, czy zatrzymywało go tam poczucie obowiązku, czy winy.

– Auroro, zabierz to z mojego biurka – powtórzył. W jego głosie ukrywało się ostrzeżenie.

– Ale ja ich nie chcę. – Pokręciła głową. – Miałam sobie kupić buty, potrzebuję na nie miejsca w walizce. – Posłała mu wrogie spojrzenie. – Zakładam, że wolno mi chodzić na zakupy poza godzinami pracy?

Niemal uśmiechnął się na dźwięk jej sarkastycznego głosu. Niemal.

Uśmiech.

Pocałunek.

Wiedział aż za dobrze, że w połączeniu z Aurorą oznaczały kłopoty.

Dlatego odpowiedział jej, licząc w duchu, że dostrzeże ukryte przesłanie w jego słowach.

– Auroro, gdy nie jesteś w pracy, nie dbam o to, co robisz.

– Dobrze.

– A zatem… – Nico wskazał ręką na blat. – Czy możemy się pozbyć stąd tych rzeczy i zacząć pracę. Już mamy opóźnienie.

– Zabiorę je. – Marianna rzadko denerwowała się tak, jak teraz. Aurora tak działała na ludzi.

– A ja przyniosę próbki…

– Próbki? – upewnił się Nico.

– Dziś musimy podjąć decyzję co do wzoru liberii w hotelu Silibri.

– Jaką decyzję?! – Nico odetchnął głęboko, usilnie starając się nie okazywać zdenerwowania. Od kiedy to osobiście musiał się zajmować zamówieniami ubioru dla personelu.

– Nie podoba im się zielony kolor – wyjaśniła Marianna.

– Jest taki sam, jak we wszystkich pozostałych moich hotelach. Chcę zachować spójność…

Nico zamilkł, zdecydowawszy, że poruszy tę kwestię na stosownym spotkaniu. Skinął głową na Mariannę. Ta sprzątnęła butelki i po doprowadzeniu biurka do zwykłego stanu, wyszła z gabinetu.

Zaskoczyło go, że Aurora nie podążyła za nią. Zamiast tego usiadła.

– Myślałem, że masz towarzyszyć Mariannie podczas szkolenia?

Aurora wyczuła irytację skrywaną w jego aksamitnym niskim tonie, pośpieszyła więc z wyjaśnieniem:

– Chciałam zostać na chwilę sam na sam z tobą, żeby przeprosić za niedyskrecję. Planowałam tylko opowiedzieć niewinny żarcik o czasach, gdy zostawałeś na noc w naszym domu.

Zaraz potem skrzywiła się, gdyż mimo najlepszych intencji nie zabrzmiało to dobrze. Ta historia nie była najlepszym materiałem do żartów. Jej tata znalazł młodego Nica śpiącego na ławce w parku. Chłopak był pobity przez własnego ojca i uciekł z domu. Tata Aurory zaproponował mu nocleg w ich domu. Spał w łóżku Aurory, podczas gdy ona przeniesiona została na improwizowane posłanie.

– Przeprosiny przyjęte – odparł Nico, po czym wrócił do analizowania wykresów.

Czuła jednak, że nadal jest zły. Sama również była wściekła na siebie. Postanowiła przecież, że zachowa spokój, gdy się z nim spotka. Obecność Nica zawsze jednak wytrącała ją z równowagi.

 

– Zresztą… – kontynuowała, zaczepnie muskając stopą jego kolano pod blatem biurka – nigdy nie spaliśmy razem w łóżku. Dziewictwo odebrałeś mi na kanapie.

Wstrzymała oddech, gdy złapał ją za kostkę i mocno ścisnął. Tak bardzo pragnęła, by przesunął dłonią po łydce, lecz zamiast tego została zrugana.

– Niczego ci nie odebrałem, Auroro. Dobrowolnie mi je oddałaś. – Akcentując słowa, zdjął jej stopę ze swego kolana i rozluźnił uścisk. – Wręcz mnie błagałaś. – Odwrócił się z powrotem do komputera. – Stare dzieje. Było, minęło.

Kłamał.

Dla Nica seks był częstym, choć nieco odartym z emocji elementem życia. W romanse zawsze angażował się w dyskretny, kontrolowany sposób. Do spotkań dochodziło w hotelowym apartamencie, nigdy w jego domu.

Nie mogły się jednak równać z pełnym westchnień, żaru i potu połączeniem się z Aurorą. Nic nigdy tego nie przebije.

– Było, minęło? – powtórzyła z niedowierzaniem.

– Zdarzyło się to tylko raz, dawno temu.

– Minęły cztery lata, Nico.

Tak, od tamtej pamiętnej nocy minęły już cztery lata, a Nico nadal za nią musiał płacić. To jedno potknięcie kosztowało go miliony.

Dziesiątki milionów.

Koszt budowy nowego hotelu był dla niego lepszym wyborem niż kolejna noc pod dachem Messiny.

Nie spojrzał, gdy wstała i podeszła do okna.

Był w piekle.

Nico zdawał sobie sprawę, że potraktował ją podle.

Nigdy nie powinien był się z nią przespać.

Oczekiwano, że się pobiorą. Oczywiście, nikt ich nie pytał o zdanie, ale gdy już dorośli, brano to za pewnik. Jej ojciec, Bruno, przeznaczył dla nich dom odziedziczony po babci Aurory, by zamieszkali w nim zaraz po ślubie.

Nico nie mógł sobie wyobrazić gorszego losu. Uwięziony w tej przeklętej wiosce w domu naprzeciwko teściów, całymi dniami tyrając w winnicy.

Gdy powiedział Aurorze, że nigdy się nie pobiorą, dobrze to przyjęła. Wybuchła śmiechem i powiedziała coś w stylu: „Dzięki Bogu!”.

Powtarzał sobie, że oczy zaszkliły jej się od słońca. Miała szesnaście lat i była chudą, malutką dziewczyną. Nie widział się z nią po tym przez parę lat.

Ale gdy spotkali się ponownie…

Kątem oka zerknął w jej stronę. Stała przy oknie, zwrócona w kierunku Watykanu. Choć chciał wrócić do ekranu komputera, nie mógł się powstrzymać przed kolejnym spojrzeniem.

Nie ma nic piękniejszego, pomyślał Nico, od urodziwej Sycylijki.

Miała ciemne oczy i ciemne włosy oraz zmysłowe, naturalne krągłości. Poniżej jej pełnych piersi zakrytych białą dzianiną znajdował się cienki, skórzany pasek związany w kokardkę. Nie wyobrażał sobie, by jakakolwiek inna kobieta mogła wyglądać równie seksownie w takim stroju. Chciał rozwiązać tę kokardkę, obnażyć piersi i posadzić ją sobie na kolanach. Chciał całować jej usta i należycie powitać ją w Rzymie.

Jego spojrzenie padło na jej całkiem przeciętne buty. Nie można było jednak tego powiedzieć o jej nogach: przyglądał się odsłoniętej, oliwkowej skórze opalonych łydek. Wzrokiem wspinał się po linii długich nóg, aż dotarł do miejsca złączenia obu nóg. Pamiętał objęcia tych ud.

Była jak ogień, on zaś nie mógł pozwolić, by go ten ogień pochłonął. Nico bowiem przede wszystkim pragnął w swoim życiu porządku.

Aurora czuła na sobie jego spojrzenie i delektowała się nieokreślonym, wytrącającym z równowagi uczuciem ucisku w brzuchu i falą gorąca między nogami.

Już się z nim widywała po tamtej pamiętnej nocy. Nigdy jednak nie zostawali ze sobą sam na sam. Teraz, przez tych kilka cennych chwil, byli sami.

Aurora przygotowywała się od dawna do tej chwili. Ćwiczyła słowa i gesty tak w głowie, jak i przed lustrem. Przysięgała sobie, że będzie się kontrolować. Co zaś do tej pory robiła? Prowokowała, przymilała się i próbowała wymusić reakcję tego zimnego, niezmiennego mężczyzny, przez którego reszta chłopców z wioski straciła nią zainteresowanie.

Jednak nie potrafiła wywołać u siebie poczucia żalu z powodu oddania mu dziewictwa. Nigdy nie będzie tego żałowała.

Spróbowała nawiązać beznamiętną rozmowę.

– Lubię Rzym.

– Fajnie.

– Choć uwielbiam go wczesnym rankiem. Dziś o brzasku ruszyłam zwiedzać…

Nico spojrzeniem powrócił do monitora.

– Czułam się, jakbym miała całe miasto wyłącznie dla siebie. Oczywiście, nie całkiem…

Pomyślała o otwieranych kawiarniach i sklepach, o sprzątaczach ulic napotkanych podczas porannego spaceru. Podczas przechadzki obiecała sobie solennie, że będzie spokojna i powściągliwa. Dystyngowana, jak szczupłe ślicznotki, z którymi się umawiał. Gdy czytała o nich w prasie towarzyskiej, przewracało jej się w żołądku.

– Dziś wieczorem jedziemy na wycieczkę autokarową… – urwała, gdy zdała sobie sprawę, że wychodzi z niej nieobyta turystka. – Cieszysz się z otwarcia hotelu w Silibri? – spytała, gdyż ten temat wydał jej się bezpieczny.

– Będę się cieszył, gdy już to będzie za nami.

Gdy będzie mógł przekazać obowiązki menedżerom, wszystko zacznie działać bez zarzutu i minie pełen napięcia okres przygotowań. Teraz jednak w jego gabinecie napięcie można było wyczuć w powietrzu.

Ulżyło mu, gdy pojawiła się Marianna i, podczas gdy Aurora bacznie ich obserwowała, zaczęli razem omawiać kolejne punkty harmonogramu. Nico miał się spotkać z obsługą hotelu Silibri za piętnaście minut. Później jego dzień był serią rozmów z księgowymi, finansistami i prawnikami. I nie – Nico nie zamierzał zostać w hotelu tej nocy.

– Masz spotkanie przy śniadaniu o siódmej i helikopter zabukowany na dziewiątą… – Marianna zmarszczyła brwi na wieść o odstępstwie od normy. – W dzień przed odlotem zwykle nocujesz tutaj.

– Tę noc spędzę w swoim domu – odparł Nico. – Czy możemy teraz przejść do harmonogramu wizyty w Silibri? Zaraz po przybyciu chciałbym się zobaczyć z lekarzem ojca.

– Wracasz do domu? – Aurora zamrugała z niedowierzaniem. – Czemu tam lecisz, skoro wszyscy jesteśmy tutaj?

– Powtórzę… – westchnął. – Jesteś tu w ramach szkolenia personelu.

Spojrzał na Mariannę z wdzięcznością, że postanowiła zainterweniować.

– Auroro, signor Caruso i ja omawiamy jego harmonogram dnia każdego ranka. To nie spotkanie ani też czas na dyskusję. Jesteśmy tutaj, by się upewnić, że wszystko jest pod kontrolą i oboje mamy świadomość siatki godzin.

– Oczywiście… – odparła Aurora, ale miała milion pytań na temat tego, dlaczego opuszcza Rzym tak szybko po ich przybyciu tutaj.

Zamiast odpowiedzi, po kolei prześledzili jego niesłychanie zapełniony plan tygodnia, po czym wyszli z gabinetu. Nico przepuścił w drzwiach obie kobiety.

– Proszę przodem – rzekł.

Żałował, że jego dobre maniery były tak mocno zakorzenione, gdyż, przytrzymując otwarte drzwi, poczuł ponownie woń Aurory, gdy przechodziła obok niego.

Chemia między nimi była wyraźnie wyczuwalna, podobnie jak pragnienie.

Nico jako pierwszy wszedł do sali konferencyjnej.

Obsługa z Silibri już tam czekała i powitała bo serdecznie.

Zbyt serdecznie.

– Hej, Nico!

Na stole rozłożyli jeszcze więcej prezentów.

Między innymi Francesca przywiozła domowe biscotti do podania z zaserwowaną kawą. Tylko Vincenzo, menedżer działu marketingu, siedział sztywno, wyraźnie skonsternowany imprezową atmosferą panującą w pokoju. Nerwowo przeczesał dłonią kasztanowe włosy i posłał Nicowi pełne osłupienia spojrzenie. Oczywiście, Vincenzo nie pochodził z Silibri. Został sprowadzony z florenckiej filli.

– Zaczynajmy – rzucił Nico.

Oby to było krótkie spotkanie.

Aurora miała być asystentką menedżera do spraw marketingu. Nie miała wykształcenia kierunkowego, ale znała doskonale teren, uwielbiała robić zdjęcia i miała głowę pełną pomysłów.

Nico nie załatwił jej tej posady. Nie potrzebowała jego pomocy, by osiągnąć sukces.

No, może trochę…

W końcu bez niego nie byłoby hotelu.

Vincenzo mówił o lokalnym poruszeniu związanym z nowym otwarciem, udało się także zdobyć zainteresowanie części mediów ogólnokrajowych. Różne programy turystyczne i telewizje śniadaniowe czekały na wywiad.

– Zajmę się tym – podsumował.

– Róbcie to na zmianę z Aurorą – wtrącił Nico.

– Ale mam przeszkolenie w kontaktach z mediami – zaznaczył Vincenzo. – Aurora może być nieco… gwałtowna, a nam zależy na stonowanym przekazie.

– Vincenzo – przerwał Nico. – To nie była sugestia, tylko polecenie. Będziecie udzielać wywiadów na zmianę z Aurorą.

Nie faworyzował jej. Vincenzo, choć świetnie znał się na swej pracy, był także próżny i wyrachowany. Dla Nica było jasne, że pełna pasji Aurora, z jej niskim, gardłowym śmiechem i olbrzymią miłością do Silibri będzie skuteczniej przyciągać potencjalnych gości.

– Idziemy dalej – uciął Nico i skinął głową ku Francesce.

– Przymiarki naszych uniformów służbowych są opóźnione.

– Więc zajmij się tym – odparł, choć widział, że nie będzie to takie proste.

– Próbowałam, ale personel ma obiekcje co do koloru.

– I tkaniny – po raz pierwszy włączyła się Aurora. – Wełna jest za ciężka, a zielony sprawia, że wyglądamy w nich, jak… – Pstryknęła palcami. – Jak Wesoła Kompania z Sherwoodu.

Nico pomyślał o ciemnozielonych uniformach, które elegancko wyglądały w rzymskich i florenckich wnętrzach. Sprawdziły się też w Anglii i Francji. Nagle do niego dotarło.

– Masz na myśli Robin Hooda?

– Kogo? – Aurora teatralnie zmarszczyła brwi, po czym posłała mu lekki uśmiech, by dać znać, że oczywiście sobie z nim pogrywa.

Widziała, jak walczył, by powstrzymać się przed odwzajemnieniem jej uśmiechu. Nadal parzyła na pełne usta Nica, gdy Vincenzo chrząknął i zabrał głos.

– Sądzimy, że Silibri powinno mieć bardziej swobodny styl.

– To pięciogwiazdkowy hotel. – Nico pokręcił głową. – Nie chcę, by moi pracownicy wyglądali swobodnie.

– Oczywiście, że nie – zgodził się Vincenzo. – Możemy pozyskać wykorzystywany przez francuską marynarkę wysokiej jakości len, co w połączeniu ze śnieżnobiałymi koszulami…

– Wtedy będziemy wyglądali jak marynarze – rzuciła z przekąsem Aurora.

Nico przymknął oczy i dwoma palcami ścisnął nasadę nosa. Co, u diabła, sobie myślał? Co go podkusiło, by wrócić do Silibri? Powinien był sprzedać ziemię i uwolnić się od tego miejsca…

Zmusił się nagle do powrotu do teraźniejszości: na Boga, co on teraz wyprawiał? Dyskutuje o tkaninach? To jego hotel. Przez ostatnie cztery lata go budował.

Problem z filią w Silibri polegał na tym, że obsługa uważała, że to także ich hotel. Byli tak zaangażowani, że traktowali to jak osobistą sprawę.

– A może zachowamy ten sam odcień zielonego, co w innych hotelach, ale zmienimy tkaninę na len? – zasugerowała Francesca.

Aurora pokręciła głową.

– Wracamy do Sherwoodzkiego lasu.

– A co ty proponujesz, Auroro? – Zirytowany Nico upuścił długopis.

Oczywiście, miała gotową odpowiedź.

– Wyrazisty pomarańcz.

Chwilę później ze swej bezdennej torby wyciągnęła kilka skrawków tkaniny i rozdała je do wglądu zgromadzonym. Zapewniła wszystkich, że ta mieszanka lnu nie będzie się gnieść i marszczyć. Na pierwszy rzut oka Nico stwierdził, że miała rację.

– To kolor świątynnych ruin i klasztoru tuż przed zachodem słońca – dodała. – Wiecie doskonale, jak pięknie wygląda Silibri wieczorem. Matka Natura ma nosa do doboru barw.

– Jaskrawa barwa – zaprotestował Vincenzo. – Może ciut zbyt jaskrawa?

– Nie zgadzam się, że jest zbyt jaskrawa. Wręcz przeciwnie – odparła, po czym przechyliła lekko głowę.

Nico obserwował, jak taksowała wzrokiem Vincenza.

– Martwisz się, że kolor będzie się gryzł z twoimi rudymi włosami?

– Oczywiście, że nie… – Vincenzo zaczerwienił się i przeczesał włosy dłonią.

– Jakby co – kontynuowała Aurora – moglibyśmy zamówić dopasowane do nas odcienie na bazie tego samego wzoru, z tą barwą jako bazą.

– Dopasowane odcienie…? – dopytał Vincenzo.

Nico zaś bez słowa obserwował, jak jego menedżer do spraw marketingu przekonuje się do pomysłu swojej asystentki. Widział także lekki, zadowolony z siebie uśmiech Aurory, która oczywiście ponownie postawiła na swoim.

Boże, dopomóż Vincenzowi, pomyślał. Aurorą bowiem nie dało się kierować. Była Sycylijką, gwałtowną i płomienną niczym Etna. Nie da się rozstawiać jej po kątach. Była spostrzegawcza, pracowita i…

 

I nie zamierzał jej ulec.

– Zastanowię się nad tym – rzekł.

– Zastanowisz się? – zdziwiła się Aurora. – Nad czym się tu zastanawiać, jeśli pomysł jest doskonały?

– Nad całą masą rzeczy – uciął. – Następna kwestia.

Spotkanie zaplanowano na trzydzieści minut, a zajęło sześćdziesiąt trzy – i jeszcze się nie zakończyło.

Gdy Marianna poszła do toalety podczas krótkiej przerwy, Nico usiłował się oddalić. Niestety Aurora go dopadła.

– Zastanawiam się, czy nie moglibyśmy teraz porozmawiać. Mam pewien pomysł…

– Temat poruszyliśmy już na spotkaniu.

– Nie chodzi mi o uniformy. Mam inny pomysł dotyczący hotelu w Silibri.

– Porozmawiaj więc z Vincenzem, jest twoim menedżerem.

– Dlaczego miałabym dzielić się moim pomysłem z nim?

– Ponieważ zazwyczaj nie współpracuję bezpośrednio z asystentami.

Aurora poczuła się chłodno odprawiona i oznajmiła mu to.

– Jest wiosna, Nico, słońce świeci, a ty jesteś tak oziębły, że aż się trzęsę z zimna.

– To załóż płaszcz! Auroro, pozwól, że postawię sprawę jasno – i jest to coś, co możesz powtórzyć wszystkim twoim współpracownikom. Jesteś tu na tygodniowym szkoleniu, by poznać, w jaki sposób funkcjonuje moja firma i jak życzę sobie, by prowadzić mój hotel. Nie jesteś tu, by ucinać sobie pogawędki ani by zgłaszać sugestie, chodzić na spotkania czy drinki. Zbudowałem hotel w Silibri nie po to, by wzbogacić swoje życie towarzyskie.

Chciał, by ta rozmowa już się skończyła.

– Przez resztę dnia masz się szkolić u Marianny?

Sì.

– To dlaczego ciągle łazisz za mną, a nie za nią?