SpowiedźTekst

Z serii: ŻYDZI POLSCY
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Spowiedź
Spowiedź
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,95  47,96 
Spowiedź
Spowiedź
Audiobook
Czyta Maciej Więckowski
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


© Copyright by Ariella Cohen, Asher Reshef, Dan Reshef, 2004, 2007, 2011, 2016

© Copyright by Ośrodek KARTA, 2004, 2007, 2011, 2016

© Copyright for this edition by Żydowski Instytut Historyczny, 2016

Przypisy i posłowie © David Engel, 2004, 2007, 2011, 2016

Opracowanie, posłowie i przypisy

David Engel

Redaktor serii

Hanna Antos

Opracowanie graficzne serii

Emilka Bojańczyk / Podpunkt

Skład komputerowy

TANDEM STUDIO

Przygotowanie zdjęć

ENVIGO

Zrealizowano przy finansowym wsparciu Funduszu im. Tadzia Kolskiego


Ośrodek KARTA

ul. Narbutta 29, 02-536 Warszawa

tel. (48-22) 848-07-12

księgarnia internetowa: www.ksiegarnia.karta.org.pl

Żydowski Instytut Historyczny im. Emanuela Ringelbluma

ul. Tłomackie 3/5, 00-090 Warszawa

tel. (48-22) 827-92-21

księgarnia internetowa: www.sforim.pl

Wydanie IV

Warszawa 2016

ISBN 978-83-64476-55-6

ISBN 978-83-65254-28-3

Skład wersji elektronicznej:

Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Od Wydawcy

Rozdział I

Rozdział II

footnotes

Rozdział III

Epilog

Posłowie

Ilustracje

OD WYDAWCY

Świadectwo to weszło do kanonu najważniejszych zapisów źródłowych XX wieku. Wielu badaczy i komentatorów gotowych jest uznać, że Spowiedź Calka Perechodnika okazuje się najwybitniejszym tekstem, jaki zachował się z czasu Zagłady. Autor bowiem zostawił po sobie nie tylko stanowczy akt oskarżenia, ale zarazem – przenikliwą spowiedź. Sam z poczuciem winy, czyni ze swego losu przedmiot namysłu bezkompromisowego, wiwisekcji bez warstwy ochronnej. Tak zmierzył się ze światem, który miał go zabić.

Schowana pod inicjałami dedykacja Autora: „sadyzmowi niemieckiemu, podłości polskiej, tchórzostwu żydowskiemu” – daje się wprost odczytywać także z biegu opowieści. Perechodnik pisał, ukryty po aryjskiej stronie okupowanej Warszawy, od wiosny do jesieni 1943, podsumowując i swój osobisty, i zbiorowy koniec. Wtedy rozumiał już w pełni, jaki jest cel III Rzeszy – wobec niego i jego narodu. I jakie znaczenie w obliczu tego zamiaru Niemców mają postawy Polaków i samych Żydów. W istocie nikt nie pozostawał niewinny.

W toku zapisywanej – po polsku – opowieści tekst staje się dziennikiem, rejestrującym wydarzenia bieżące, głosem z wnętrza doświadczanej Zagłady. Tu Perechodnik przekracza samego siebie, coraz odważniej formułując myśli. Wbrew dominującym w nim wątpliwościom co do rangi literackiej własnego zapisu, stwierdza nagle: „Wierzę, że miliony ludzi będą czytać te pamiętniki”. I jego świadectwo na to zasługuje.

Gdy jesienią 1943 Calek Perechodnik przekazywał zaufanemu Polakowi swój rękopis na przechowanie, był pewien, że tym dziełem unieśmiertelni życie własne i najbliższych. Że ono „pomści” jego rodzinę. Wiemy z innych świadectw, że Autor przetrwał w ukryciu jeszcze rok – zginął po kapitulacji powstania warszawskiego, w bunkrze na terenie Warszawy, gdzie – chorego na tyfus – odkryli szabrownicy. Podobno był tak słaby, że nie mógł wyjść z bunkra, gdy ten podpalono. Przechowywany rękopis ocalał i po wojnie trafił do rąk Pejsacha Perechodnika, brata Autora.

W początkach lat dziewięćdziesiątych Ośrodek KARTA podjął współpracę z Żydowskim Instytutem Historycznym w Warszawie. Wtedy po raz pierwszy pojawiła się koncepcja opublikowania tego świadectwa – na podstawie maszynopisu, który był w posiadaniu ŻIH-u. Książkę wydaliśmy dwukrotnie (1993, 1995), a po pewnym czasie dowiedzieliśmy się od prof. Davida Engela, mieszkającego w USA badacza stosunków polsko-żydowskich, że zachował się jednak rękopis dzieła, wywieziony z Polski po wojnie i złożony w zbiorach Yad Vashem w Jerozolimie. Okazało się wówczas, iż wykorzystany do pierwszych edycji maszynopis znacząco odbiega od rękopisu, naruszając myśl Autora. Późniejsze nasze wydania, opracowane przez prof. Engela, mają już za podstawę sam rękopis.

Calek Perechodnik pisał tak, jakby swym zapisem chciał ochronić ginący sens własnego istnienia. Wyznania kierował do żony, której wcześniej nie potrafił uratować. Odchodził raczej bez wewnętrznego rozgrzeszenia. Jednak na pytania, które stawia, odpowiadać musi każdy, także teraz. Jego spowiedź wykracza bowiem poza Zagładę.

Zbigniew Gluza

S.N.

P.P.

T.Ż.

Pamiętniki me poświęcam1

Warszawa, 7 maja – 19 sierpnia 1943

Epilog: 19 października 1943

Naître Juif ce n’est pas une honte,

c’est un malheur!

Ma femme bien aimée Annie,

seras tu vengée?

Ma petite fille Athalie,

seras tu vengée?

Les cendres de 3 millions hommes,

femmes, enfants juifs, brulés a Treblinka

serez vous vengés?2

1 Na podstawie rozmowy z Genią, z którą ukrywał się Autor, jego brat Pejsach Perechodnik odszyfrował S.N. jako „sadyzmowi niemieckiemu”, P.P. jako „polskiej podłości”, T.Ż. jako „tragedii żydowskiej”. Natomiast na podstawie tekstu można przypuszczać, że skrót T.Ż. powinien być odczytywany „tchórzostwu żydowskiemu”.

2 Franc.: Urodzić się Żydem, to nie wstyd, to nieszczęście!

Moja ukochana żono Anko,

czy zostaniesz pomszczona?

Moja córeczko Athalie,

czy zostaniesz pomszczona?

Popioły trzech milionów mężczyzn,

kobiet, dzieci żydowskich, spalonych w Treblince,

czy będziecie pomszczeni?

ROZDZIAŁ I

7 maja 1943 roku. Ja, Calek3 Perechodnik, inżynier agronom, przedstawiający typ przeciętnego inteligentnego Żyda, postaram się opisać dzieje mojej rodziny podczas okupacji niemieckiej.

Nie jest to literacka praca, nie posiadam bowiem ani zdolności, ani aspiracji literackich.

Nie jest to historia żydostwa polskiego, brak mi bowiem danych ku temu.

Nie jest to pamiętnik człowieka oraz jego rodziny, bowiem wszystkie momenty osobiste zostały wyeliminowane z tych pamiętników jako mnie tylko obchodzące.

Jest to pamiętnik Żyda oraz jego rodziny żydowskiej. Właściwie jest to spowiedź z mego żywota, spowiedź szczera, prawdziwa, tylko, niestety, w rozgrzeszenie Boskie nie wierzę, a z ludzi tylko jedna żona moja mogłaby, choć nie powinna, mnie rozgrzeszyć.

Ale ona nie żyje.

Zginęła w znacznym stopniu na skutek wandalizmu niemieckiego, jak i mojej lekkomyślności.

Proszę więc pamiętniki me przyjąć jako spowiedź przedśmiertną.

Nie łudzę się, wcześniej czy później i ja podzielę los wszystkich Żydów z całej Polski.

Zaprowadzą mnie pewnego pięknego dnia na pole, każą wykopać grób dla siebie samego, rozebrać się, położyć się do środka i zginę szybko śmiercią od kuli rewolwerowej.

Ziemia zostanie wyrównana, a rolnik polski przyorze, zasieje żyto czy też pszenicę na tym miejscu.

Tyle już egzekucji podobnych widziałem, że wystarczy mi przymknąć oczy i zobaczyć szczegóły własnej śmierci.

Nie proszę o rozgrzeszenie. Gdybym wierzył w Boga, Raj, Piekło, w nagrodę czy karę pośmiertną, w ogóle bym nie pisał. Wystarczyłaby mi świadomość i pewność, że wszyscy Niemcy będą po śmierci smażyć się w Piekle.

Ale niestety, modlić się – nie umiem, wierzyć zaś – nie wierzę!

Proszę świat demokratyczny, Anglików, Amerykanów, Rosjan, Żydów palestyńskich, aby pomścili nasze kobiety, nasze dzieci, żywcem spalone w Treblince.

My, Żydzi-mężczyźni, niewarci jesteśmy, by być pomszczeni, padliśmy z naszej winy nie na polu chwały.

Chciałbym bardzo opisać dzieje wszystkich rodzin żydowskich w Polsce, ale sądzę, że przez pryzmat moich dziejów każdy z łatwością zobaczy historię wszystkich Żydów z całej Polski.

Moje życie jest typowe, a to dlatego, że nie mogę się poszczycić ani wybitniejszym rozumem, ani też przypadkowym szczęściem, że mnie się udało lepiej niż innym.

O nie! Wszystkie głupstwa, wszystkie błędy, które Żydzi popełnili, popełniłem również. Wszystkie nieszczęścia, wszystkie tragedie, które ich dotknęły, dotknęły mnie również w tej samej mierze.

 

Jest to więc historia jednego z wielu, jednego z milionów nieszczęśliwych ludzi, którzy się urodzili, wbrew swej woli i na swe nieszczęście, urodzili się, niestety, Żydami!

___

Urodziłem się w Warszawie, dnia 8 września 1916 roku z rodziców, ot, najbardziej przeciętnych, zwykłych Żydów z tak zwanej średnio zamożnej klasy – ludzie uczciwi, posiadający dużo poczucia instynktu rodzinnego, miłości i przywiązania w stosunku do ich rodziców, poświęcenia „materialnego” zaś dla dzieci swoich. Zaznaczam: materialnego, a to dlatego, że nigdy żadne więzy duchowe ani mnie, ani rodzeństwo moje nie łączyły z rodzicami. Nie starali się czy też nie byli w stanie nas, dzieci ich, zrozumieć, dość że każdy z nas wychował się sam, pod wpływem szkoły, kolegów, książek przeczytanych, poczucia własnej niezależności materialnej i faktycznej wolności słowa i myśli, zwłaszcza w okresie lat 1925–35.

Należałem wraz z bratem moim do organizacji prawicowo-syjonistycznej – Bejtar4, propagującej dążenie Żydów do wyzwolenia się, do utworzenia niepodległego państwa żydowskiego w Palestynie. Nie przeszkadzało mi to bynajmniej czuć się dobrym patriotą polskim. Uwielbiałem poezję polską, tę z okresu utraty niepodległości, zwłaszcza Mickiewicza. Przemawiała ona do mego serca, a to dlatego, bo kojarzyłem ją z historią Żydów.5 W mojej naiwności uważałem, że Polacy, którzy tak długo byli uciskani przez wrogów swoich, powinni najlepiej zrozumieć nas, Żydów, współczuć nam i w miarę możliwości pomagać.

Aczkolwiek nie byłem specjalnie religijny, wierzyłem wtedy w Boga, w misję dziejową żydostwa – krzewienia kultury wśród narodów tego świata,6 dumny byłem zarówno ze Spinozy, jak Einsteina i innych geniuszy żydowskich. Nad sprawą antysemityzmu specjalnie się nie zastanawiałem, zresztą, głęboko wierzyłem, że wraz z postępem cywilizacji i dorobku kulturalnego ludzkości antysemityzm automatycznie zginie, że ludzkość idzie w swoim rozwoju coraz bliżej ku nieśmiertelnym ideałom Rewolucji Francuskiej: „wolności, równości i braterstwu”.

Powtarzałem za Asnykiem: „Co złość zniweczy, co występek zburzy/ To miłość z gruzów na powrót postawi”.7

Zresztą, zaznaczam, że z praktycznym antysemityzmem ja osobiście nie miałem okazji się spotkać, wprawdzie nie mogłem studiować na Uniwersytecie Warszawskim, ale za to miałem możność wyjazdu na wyższe studia do Francji, do Tuluzy.8

Okres, który tam przeżyłem, należy do najmilszych wspomnień mego życia. Tej wolności, tego poszanowania drugiego człowieka, tej swobody wyrażania swoich przekonań chyba w żadnym kraju w równym stopniu nie można było znaleźć. Stosunek profesorów do studentów, stosunek kolegów Francuzów do nas cudzoziemców był miły i zupełnie bez zarzutu. Trochę nie lubili Polaków, uważając, że większość z nich to są bandits polonais9, ale to nie było poważnie brane. W 1935 roku trudno było wytłumaczyć przeciętnemu Francuzowi różnicę między vrai polonais10 a juif polonais11 i citoyen polonais12. Uważali oni, że nie ma żadnej różnicy między tymi dwoma pierwszymi definicjami, które się sprowadzają do jednego mianownika: citoyen polonais.13 W tej atmosferze wolności jakie dziwne dla nas były czytane w gazetach [wiadomości o] rozmaitych burdach antyżydowskich na Uniwersytecie Warszawskim.14 Wierzyć mi się wtedy nie chciało, nie mogłem sobie tego wyobrazić, że tak można po prostu podejść do znajomego czy też nieznajomego Żyda i wybić mu oko, czy też tak poturbować go za sam fakt, że urodził się Żydem.

Po ukończeniu studiów z wynikiem: „Tres bien avec félicitations du Jury”15, napisałem pracę dyplomową o kulturze konopi w Polsce, pracę, której by się żaden rodowity Polak nie powstydził, ze względu na rozmaite konkluzje, jakie wyciągnąłem z wyżej wymienionej kultury w Polsce. W ostatnim momencie, 10 lipca 1937 roku, w mowie wygłoszonej do dyrektora, dziekana i profesora, dziękowałem im nie za rozmaite nauki, które przyjąłem przez trzy lata mego pobytu w Instytucie Tuluskim, gdyż z zasady człowiek prędko zapomina o nauce, ale za to, że nauczyli mnie „myśleć logicznie” i rozwiązywać nowe problemy naukowe i życiowe, opierając się na całokształcie wiedzy nabytej oraz wrodzonej inteligencji.

Niestety, próżność przemawiała wtedy przeze mnie. Myślałem, że umiem myśleć i wyciągać logiczne wnioski w odpowiedniej chwili. W jakże tragiczny sposób przekonałem się, że tak nie jest. Ceną krwi najbliższych i najdroższych zapłaciłem za ten brak umiejętności myślenia, ale o tym będzie mowa później.

Zwiedziłem wystawę wszechświatową w Paryżu w 1937 i jako dyplomowany inżynier w wieku lat 21 wróciłem do Polski. Aczkolwiek miałem odroczenie służby wojskowej jeszcze na jeden rok, sam się stawiłem w tydzień po moim przyjeździe przed komisją wojskową. Dostałem kategorię „A”, ale ponieważ Polska była na tyle silnym mocarstwem, miała taką potężną armię, tylu wykształconych i dyplomowanych inżynierów-oficerów, moja osoba okazała się zbyteczną.

Zresztą, co tu obwijać w bawełnę, dano mi „nadliczbówkę” – mnie, mojemu bratu, również inżynierowi, moim wszystkim kolegom Żydom z wykształceniem średnim oraz wyższym – a to dlatego, że nie chciano mieć oficerów Żydów w Armii Polskiej.16 Zresztą, przyznam się szczerze, że nie bardzo się tym zmartwiłem, chociaż chciałem lojalnie wypełnić moje obowiązki wobec państwa, które zapewniało mi możność życia, rozwijania się, dało mi opiekę prawną i któremu jak najlepiej życzyłem. Z góry wiem, że mi w to żaden Polak nie uwierzy, ale ludzie, zrozumcie mnie: w dobrobycie Polski widziałem swój dobrobyt. Byłem wierny przykazaniom proroka Eliasza, który doradzał Żydom, będącym w niewoli babilońskiej, aby prosili nie o zagładę, ale o dobrobyt tegoż państwa, gdyż on stanie się wtedy i ich udziałem.17

Co robić? Muszę przywiązanie moje do Polski uzasadniać z punktu widzenia materialistycznego i egoistycznego, bo gdybym chciał pisać, że byłem szczerze i bezinteresownie przywiązany do Polski, że lubiłem i znałem polską poezję lepiej od niejednego wykształconego Polaka, że przecież język polski był moim językiem macierzystym, że w nim po raz pierwszy oświadczyłem ukochanej dziewczynie, że ją kocham – w podobne słowa nikt nie uwierzy i dlatego wolę o tym się nie rozpisywać.

___

W sierpniu 1938 odbył się ślub mój z Anną Nusfeld, dziewczyną, która poza mną świata nie widziała i którą kochałem od 1932 roku. Żona moja była współwłaścicielką kina „Oaza” w Otwocku. Rodziców swoich nie znała, umarli za młodu. Ją zaś, dwóch jej starszych braci oraz siostrę wychowała stara babka, a właściwie sami się wychowali. Tym niemniej własnymi siłami wybudowali śliczny gmach kinowy na odziedziczonym po dziadku swoim pustym placu; i mogę tak powiedzieć – po dwudziestu latach męki i nieludzkiej harówki dorobili się stanowiska. Chcieli przed wojną wybudować jeszcze jedno kino w Otwocku, ale burmistrz wolał, żeby kina nie było, byleby go Żyd nie miał. Ale mniejsza z tym.

Zaznaczam jeszcze, że żona moja, aczkolwiek nie była specjalnie wykształcona, była wybitnie inteligentną i mądrą kobietą.

Pamiętam, jak stawałem przed komisją wojskową. Spytał mnie wtedy kapitan-lekarz, czy mój dyplom zagraniczny jest miarodajny w Polsce, żeby otrzymać posadę rządową. Nie wiem, czy pytał się wtedy poważnie, czy też zażartował ze mnie. Co do mnie byłem przekonany, że mógłbym zrobić jeszcze dziesięć dyplomów i mimo to nie dostałbym posady rządowej w Polsce. Ale ponieważ nie chciałem żyć za pieniądze żony, otworzyłem sobie wspólnie z moim wujaszkiem Góralskim skład materiałów budowlanych – interes, który dawał utrzymanie mnie i żonie. Pieniądze zaś z kina szły na zapłacenie starych długów hipotecznych, zaciągniętych jeszcze przez ich dziadka, na luksusowe umeblowanie mieszkania, no i na naszą garderobę. Nie będąc bogatym, byłem, mając lat 22, szczęśliwym człowiekiem. Miałem żonę kochaną, swoją pracę, byłem urządzony i niezależny materialnie od nikogo.

Mógłby się mnie ktoś spytać, dlaczego nie wyjechałem wtedy do Palestyny; jako syjonista powinienem był to przecież uczynić. Odpowiem na to pytanie:

1. Ze względu na żonę: dwadzieścia lat męczyła się, nieraz o głodzie, kino jej bracia sami budowali, ona z siostrą cegły nosiły, lasowały wapno. Boże, co oni się napracowali, zanim kino zaczęło prosperować. Teraz, jak dobiła do mety, była urządzona – nie miała ani sił, ani energii, by rzucić to wszystko i zacząć od początku w innym kraju.

2. Nie uważałem, że w Polsce grunt się pali pod nogami Żydom i że nie mam prawa przebywania w Polsce, w chwili, kiedy wypełniam lojalnie moje obowiązki obywatelskie wobec niej.18

Postanowiliśmy z żoną, że po pewnym czasie wyjedziemy do Palestyny, zakupimy sobie tam ziemię, gdzie będę mógł już pracować jako agronom.19

Dość że przeklęty rok 1939, rok chmur, rok prób zastał nas w Polsce, w naszym rodzinnym mieście, w Otwocku.

___

Rok 1939. W jakim tempie Niemcy zbroili się, przygotowując się do walki z całym światem, zaś Polacy – czymże się oni zajmowali w tym roku prób?

Leży przede mną kalendarzyk „Samoobrony Narodowej”20 na rok 1939, nakładem Drukarni Centralnej – Poznań, pl. Nowomiejski nr 7.Kalendarzyk ten znalazłem w mieszkaniu Polki, która mnie obecnie przechowuje. Całe szczęście, że ona nie umie czytać, a jej mąż, który zginął na froncie, nie jest w stanie jej uświadomić, że „Żyd to wróg śmiertelny Kościoła i Wielkiej Polski”, że „Zło Polski dzisiejszej w żydostwie ma swe główne siedlisko”, że „Usuniemy Żydów z Polski, a zło, które nas dziś trapi, z niej zniknie” itd.

Takie były hasła ludu polskiego. Jakie zaś było stanowisko rządu polskiego, tego rządu, który dziś „Nowy Kurier Warszawski”21 nazywa rządem judeo-polskim, a więc: ubój rytualny22, bojkot ekonomiczny – owszem23, ograniczenia na uniwersytecie, w przyjmowaniu do urzędów itd., itd.

Mimo tych wszystkich rzeczy, Żydzi oficjalnie subskrybowali Pożyczkę Narodową24 i w chwili wybuchu wojny stanęli do niej gotowi do najwyższych ofiar dla obrony Polski, a tym samym dla obrony swoich kobiet, dzieci i domostw.

Nie będę opisywać dziejów tej wojny. Dość że 7 września 1939 roku usłuchałem rozkazu wydanego przez radio25, opuściłem żonę i wraz z bratem, ojcem i wujaszkiem udaliśmy się piechotą na wschód. Po drodze chciał brat wstąpić do wojska, nie przyjęto go, kazano nam iść dalej na wschód, że tam nas zmobilizują.

Droga ta, trwająca przeszło osiem dni, pozostanie na zawsze w moich wspomnieniach. Co za idealne braterstwo było wtedy między Polakami a Żydami, jak się bezpiecznie szło nocami po szosach, jak ofiarnie i gościnnie przyjmował chłop polski uciekinierów. Wszyscy byli wtedy związani jednym węzłem braterskim, węzłem miłości do kraju i nienawiści do wspólnego wroga.

Szliśmy tak długo, aż bolszewicy naszli na tereny wschodnie. Dalej iść nie miało sensu. Rosjanie nas zaskoczyli w Słonimiu, mieście rodzinnym mej matki, gdzie też wujaszek miał własne urządzone mieszkanie. Mieliśmy tam dużą rodzinę, która nas bardzo dobrze przyjęła i pozostaliśmy na miejscu, śledząc bieg dalszych wypadków.

___

Jakie były uczucia Żydów w chwili wejścia bolszewików na teren Polski?

Jest to bardzo drażliwą kwestią, ale postaram się być zupełnie uczciwy i obiektywny, pisać prawdę i tylko prawdę. Pierwszym uczuciem była niezmierna radość; nie ma się, zresztą, czemu dziwić. Z jednej strony wkraczał Niemiec, głosząc hasła bezlitosnego wyniszczenia i wymordowania wszystkich Żydów. Z drugiej zaś strony wkraczał bolszewik z hasłem, że dla niego wszyscy ludzie są równi wobec prawa.

Nie było co tu porównywać. Żydzi się cieszyli, a ja między nimi. Aczkolwiek całe życie byłem przeciwnikiem komunistów, prosiłem Boga, żeby bolszewicy zajęli obszar do Wisły. Byłem gotów stracić kino, interes, ojca willę, byleby tylko żyć jak wolny człowiek, bez żadnych ograniczeń rasowych. Tym niemniej nie skakałem z radości na widok czołgów sowieckich.

Nie zaprzeczę, że się znaleźli Żydzi, z dawien dawna komuniści, którzy rozbrajali oddziały polskie, ale czyż za to można winić wszystkich Żydów? Sądzę, że ilość Żydów poległych z bronią w ręku w obronie Polski była większa od ilości Żydów rozbrajających oddziały polskie.26

Jakie zaś było stanowisko ogółu?

Pamiętam, uważaliśmy, że Anglia powinna wypowiedzieć wojnę również Rosji, jako gwarantka nietykalności granic polskich. Z chwilą, gdy to się nie stało, ludzie doszli do przekonania, że tu już bolszewicy pozostaną na zawsze.

 

Ciotka moja mówiła do mnie w następujący sposób: „Jak wam jest dobrze (wam – oznacza: Żydom pod zaborem niemieckim). U was Niemcy odejdą i będziecie mieli znów Polskę, a my już na całe życie zostaniemy pod panowaniem bolszewików”.

Zaznaczam, że mojej ciotce za bolszewików świetnie się powodziło i że podobne zdania słyszałem od większości tamtejszych Żydów. Najlepszy dowód jest ten, że wielu tych Żydów nie chciało przyjąć obywatelstwa rosyjskiego, zarejestrowało się na powrót do [Generalnej] Guberni i wskutek tego zostali zesłani do Archangielska.27 Wieluż to Żydów uciekło przed bolszewikami do Wilna?28

Z drugiej zaś strony wieluż to Żydów zostawiło swoje domy na pastwę losu i uciekło do bolszewików?

Jedno wiem, że jest oczywistym nonsensem twierdzić, iż wszyscy Żydzi opowiedzieli się za komunizmem. Duża część wolała powrót do dawnej Polski, woleli nawet przemęczyć się za Niemców przez pewien okres i doczekać się powrotu dawnych czasów, a nie na zawsze zostać w Rosji.

Mój brat oraz wujaszek zostali się w Słonimiu29, ja zaś 22 października 1939 roku wróciłem do Otwocka. Ojciec wrócił dopiero w marcu 1940. Szczęśliwie zastałem żonę zdrową, wszystkich całych. No i zaczęło się nowe życie. Był czas, kiedy trzeba było wybierać: tu zostać czy tam iść.

Charakterystyczne jest nastawienie wszystkich bez wyjątku Żydów, jeśli chodzi o wynik wojny. Żaden Żyd od początku wojny do dnia dzisiejszego nie pomyślał nawet, że Niemcy mogą wygrać wojnę i pozostać na zawsze w Polsce, wszyscy byli święcie przekonani, że Polska powstanie z powrotem. Tak jak pobożny Żyd wierzy w przybycie Mesjasza, tak my Żydzi wierzyliśmy w przegraną Niemców. Gdyby się ktoś mnie wtedy spytał, na jakich przesłankach opiera się moja wiara, trudno byłoby mi wtedy odpowiedzieć.

Dzisiaj wiem, że każdy człowiek wierzy w to, w co chce wierzyć i w to, co jest mu wygodne. Zresztą, jak się przekonałem, większość ludzi to urodzeni optymiści i tchórze.

Gdyby sobie Żydzi w owym czasie powiedzieli, że Niemcy pozostaną tu na zawsze, wtedy musieliby z takiej przesłanki wyciągnąć konsekwencje, że u Niemca żaden Żyd a la longue30 istnieć nie może. Stąd jedyny wniosek, że trzeba się ratować; albo uciekać do Rosji, albo za grubsze pieniądze można było na początku wojny uciec do Palestyny, a nawet do Ameryki.31

Drugą psychozą, również zgubną w swoich konsekwencjach, była wiara, że wojna potrwa niedługo, najwyżej pół roku. Wierzyli w to Żydzi, wierzyli Polacy, mam wrażenie, że cały świat w to wierzył. Wiara ta trwała aż do upadku Francji i później, gdy Anglia odrzuciła propozycje pokojowe Niemców, zaczęto wierzyć, że wojna za rok się skończy.

Rok minął, nie szkodzi, ale za rok wojna przecież musi się skończyć. Spytać dzisiaj Polaka inteligentnego o to, kiedy będzie koniec wojny, odpowie, że albo na jesieni, albo za rok na wiosnę.

Oczywiście, ktoś kiedyś zgadnie. Ale na razie znajdujemy się w październiku 1939 roku, ludzie są jak najlepszej myśli, przekonani, że wojna skończy się za pół roku, że Niemcy będą uciekać aż miło. Na razie trzeba się jakoś zabezpieczyć, ulokować towary u Polaków, przepisać interesy na ich imię, ulokować jakoś gotówkę w obawie przed dewaluacją, uszyć sobie kilka garniturów, zrobić sobie koniecznie wysokie buty z cholewami, zrobić zapas na pół roku i czekać, aż się wojna skończy.

Takie myśli, takie nastawienie opanowało wszystkich Żydów. Właściciele nieruchomości, aczkolwiek Niemcy zabronili im sprzedawania majątków, oczyszczają je z długów hipotecznych, znoszą kolosalne sumy do Towarzystwa Kredytowego, byleby tylko po wojnie rozpocząć nowe życie bez długów.32

Ja sam uregulowałem ostatni dług hipoteczny kina, zapłaciłem za nieobecnego ojca ładne tysiące w Towarzystwie Kredytowym i byłem z siebie bardzo zadowolony. O, sancta simplicitas!33 Rzecz zrozumiała, że konto pierwszego dnia wojny przestało być czynne, ale jak wróciłem, zdołałem spieniężyć towar ze składu, część Niemcy zabrali, resztę wysprzedałem.

Wiedziałem wprawdzie, że likwidując zupełnie interes, nie będę go mógł już nigdy odbudować, ale się nie wahałem, a to z następujących przyczyn. Raz – nie miałem żadnego Polaka, na którego mógłbym przepisać, a po drugie – wiedziałem, że po wojnie i składu, i kina nie będę mógł prowadzić; a to dlatego, że dwaj szwagrowie, którzy prowadzili kino, zostali zabici. Młodszy Mietek zginął jako żołnierz na froncie, starszy Wolf schował skrzynię dynamitu do ziemi i dnia 11 listopada 1939 roku został rozstrzelany wraz z jeszcze dwoma Żydami, pisarzem Urke Nachalnikiem34 oraz Randonińskim w lesie śródborowskim przez Ortskommendanta35 Michaelisa – wskutek donosu jednej Polki, pani Bukojemskiej, kochanki Michaelisa. Zostali przedtem mocno pobici, groby musieli sobie sami wykopać, no i zastrzelono ich.

Były to pierwsze trzy ofiary żydowskie w Otwocku.

Później okazało się, że byli oni szczęśliwi, zostali przynajmniej pochowani na cmentarzu żydowskim (Niemcy pozwolili na ekshumację zwłok, dzięki staraniom magistratu otwockiego, a zwłaszcza lekarza miejskiego, Mierosławskiego), no i rodzina zdążyła jeszcze postawić im pomnik.

Przeznaczeniem zaś Żydów w tej wojnie było zginąć i żeby nikt się nie dowiedział, gdzie ich prochy będą rozsypane.

___

Jaki był stosunek Niemców do Żydów na początku wojny?

Mogę powiedzieć, że był on niejednolity, to znaczy zależny od miejscowości, w której Żydzi mieszkali, od warunków lokalnych.

Najgorzej się działo Żydom na terenach włączonych do Trzeciej Rzeszy. Z większości małych miast zostali wysiedleni.

Wysiedlenie odbywało się w iście barbarzyński sposób. Opowiem, jak to było w Nasielsku. Najprzód Niemcy otoczyli miasto i ogłosili, żeby każdy Żyd wraz z całym swoim bagażem zjawił się na placu. Na placu odebrano Żydom bagaże, a ich samych wpędzono do bóżnicy, gdzie ściśnięci stali przez całą dobę. Przy tym jednej kobiecie, która spóźniła się ze stawieniem się na plac, kazali Niemcy rozebrać się do naga w bóżnicy i tańczyć przed tłumem. Takie i temu podobne wybryki były na porządku dziennym. Następnie pędzono Żydów na dworzec i załadowano jak bydło do wagonów towarowych. W tych zamkniętych wagonach wożono ich przez osiem dni, nie dając nic do jedzenia ani do picia.

Po ośmiu dniach wędrówki Niemcy łaskawie zgodzili się na wykup przez Gminę Warszawską36 i wypuszczono ich tam. Co za gehenna się działa w tych wagonach zamkniętych bez jedzenia, bez picia, bez ubikacji? Ile dzieci się zadusiło? Ile zginęło z głodu? Niech każdy sam sobie dopowie.

Nie było miasteczka, gdzie Niemcy nakazaliby Żydom dobrowolnie opuścić miasto, wszędzie ta sama procedura: plac, bóżnica, rabunek, wagony towarowe i wędrówka z miasta do miasta. Przypominam, że był to grudzień 1939 roku i styczeń 1940 roku, okres największych mrozów.

Ile domów żydowskich zostało zrabowanych, ilu ludzi zabitych, o tym nie będę wspominać. A to dlatego, że mam wrażenie, że to się działo nie na planowy rozkaz z góry, ale to były wypadki podprowadzone przez volksdeutschów37, żądnych rabunków, no i oficerów, żądnych krwi.

W każdym razie Żydzi z małych miasteczek przeżyli pierwsi gehennę prześladowań niemieckich i w najlepszym wypadku dostali się do Warszawy, bez rzeczy, bez pieniędzy; rzadko kto miał zaszyte pieniądze w ubraniu.

Oczywiście, byli przezorni Żydzi, którzy nie czekając na wysiedlenie, sami opuścili Trzecią Rzeszę, udając się albo do Rosji, albo też do Guberni Generalnej.

W Guberni Generalnej, aczkolwiek wysiedlenia nie miały na ogół miejsca, Żydzi żyli pod ciągłym strachem, a nuż jutro będą ich wysiedlać. Strach ten, niepewność jutra zatruwała każdy dzień, każdą myśl człowieka, ale z biegiem czasu Żydzi uroili sobie, że Gubernia Generalna to jest coś innego, że Niemcy nie odważą się tu na wysiedlenia w obawie „przed opinią świata” (śliczne słowo, prawda?).

W każdym razie wysiedlenia tu się specjalnie nie odbywały. Oczywiście, palono bóżnice, obcinano Żydom brody, rabowano po mieszkaniach, konfiskowano majątki, towary, znęcano się nad Żydówkami, które łapano do robót, do koszar. Kazano – na przykład – dziewczynie w mroźne styczniowe dni wymyć podłogę własnymi majtkami, a później te mokre i brudne majtki ubrać na gołe ciało i tak wyjść na ulicę, i temu podobne historie.

Niektórzy Niemcy znęcali się nad Żydami w sposób zupełnie dowcipny, toczył się na przykład taki dialog: „Jude38, czymże jesteś z zawodu?” – „Kupcem” – pada odpowiedź. „Bardzo mi miło, ja zaś bokserem jestem.” Po tych słowach następowało uderzenie, pod wpływem którego albo oko puchło, albo można było liczyć na ręku wybite zęby.

Innym razem większa grupa Żydów została złapana na roboty do Sejmu. Po pewnym czasie przyszedł do nich Niemiec z bardzo długim nożem w ręku, starannie wybierał, w końcu zaś z jednym Żydem zszedł na dół do piwnicy. Po pewnym czasie wrócił zupełnie skrwawiony, zarówno ręce, łokcie, jak i nóż dosłownie ociekające krwią. Wybrał drugą ofiarę, potem trzecią i tak dalej aż do końca. Za każdym razem długo się zastanawiał, kogo ma wybrać, za każdym razem nóż jego coraz bardziej ociekał krwią i za każdym razem serca Żydów biły w niemiłosierny sposób: azali ma zamiar wszystkich zaszlachtować w ten sposób? Część Żydów odmawia modlitwy przedśmiertne, inni z rezygnacją czekają na śmierć. Ostatni Żyd, który zszedł na dół, zastał wszystkich w piwnicy – żywych, skubiących kozy, które Niemiec osobiście tym długim nożem zarzynał.

Ale te szykany dotyczyły jednostek, ogół ukrywał się tak, jak mógł, z większym lub mniejszym strachem handlował, a właściwie wysprzedawał się, aby mieć z czego żyć.