Noc w Nowym Orleanie

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Caitlin Crews

Noc w Nowym Orleanie

Tłumaczenie: Izabela Siwek

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2020

Tytuł oryginału: Sheikh’s Secret Love-Child

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2018

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2018 by Caitlin Crews

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2020

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-4947-8

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Gdy to się wreszcie stało, Shona Sinclair wcale się nie zdziwiła. Z pewnością się wystraszyła, ale nie była zaskoczona. Gdzieś w głębi duszy zawsze wiedziała, że ten dzień kiedyś nastąpi. Przygotuj się, powtarzała sobie stanowczo, ponieważ to w końcu nadejdzie.

Zobaczyła czterech przysadzistych mężczyzn o zimnym spojrzeniu. Nigdy wcześniej nie widziała na żywo królewskich strażników, ale właśnie tak ich sobie wyobrażała. Przekonała się o tym w chwili, gdy ich ujrzała. Wtargnęli do restauracji niczym śmiercionośna fala. Rozejrzeli się wokoło, zupełnie nie przypominając kogoś, kto szuka wolnego stolika, przerwawszy wędrówkę po ulicach Dzielnicy Francuskiej, żeby coś zjeść. Wyglądali raczej tak, jakby oceniali po kolei każdą osobę obecną na sali.

Sprawiali wrażenie, jak gdyby dokładnie się orientowali, ilu jest na sali kelnerów i nielicznych stałych klientów zajmujących kilka oddalonych od siebie stolików i jedzących lichą zupę z ketmii i gumowate placki smażone w oleju. Wiedziała, kim są i po co tu przyszli.

Zamarła na chwilę, ale wciąż nie traciła nadziei. Wstrzymała oddech i czekała. Może chodzi o jakiegoś celebrytę, zastanawiała się. Czasem pojawiali się tutaj, w Nowym Orleanie. Jednak ci mężczyźni nie wyglądali na przybyszów z Hollywood. Po pierwsze, wydawali się zbyt poważni, a po drugie, patrzyli prosto na nią.

Było dość wcześnie. Pora obiadowa jeszcze się na dobre nie rozpoczęła i restauracja świeciła pustkami. Znajdowała się jednak w słynnej Dzielnicy Francuskiej Nowego Orleanu i w każdej chwili mogło zrobić się tu tłoczno.

Shona modliła się o to gorączkowo. Kiedy jednak drzwi się otwarły, żaden znany jej bóg nie zesłał daru z nieba. Do środka wszedł jeszcze jeden mężczyzna w otoczeniu kolejnych dwóch ochroniarzy. I tyle. Spełniły się jej najgorsze obawy.

Znała bowiem tego człowieka, poprawiającego niecierpliwie mankiety eleganckiego garnituru i rozglądającego się wokół z taką miną, jakby otoczenie budziło w nim odrazę. Obrzucił wzrokiem salę, urządzoną z myślą o turystach staromodnymi znakami drogowymi Nowego Orleanu i pamiątkami po słynnej miejscowej drużynie futbolu amerykańskiego wiszącymi na ścianach. A potem ponownie zwrócił spojrzenie na Shonę.

Dużo o nim wiedziała. Wspomnienia zalały ją jak wrząca lawa, choć usiłowała sobie wmówić, że człowiek ten nie ma już na nią żadnego wpływu. A jednak wciąż miał.

Wiedziała, że jego oczy wcale nie są czarne, jak się wydawało z daleka, lecz ciemnozielone o niezwykłym odcieniu. Natomiast twarz jest jeszcze bardziej zachwycająca z bliska, z mocno zarysowanymi kośćmi policzkowymi i zmysłowymi ustami. A dłonie, silne i wypielęgnowane, potrafią zdziałać cuda. Jego uśmiech mógł oczarować kobietę w taki sposób, że zupełnie traciła głowę i w dodatku myślała, że warto.

Dużo się zmieniło od tamtej gorącej nocy przed pięcioma laty: Shona straciła sporo ze swojego poczucia humoru i przestała być niemądrą dziewczyną, jaką była wtedy. Życie zmieniło się zupełnie z powodu jej własnej głupoty i nieznajomego przystojniaka spotkanego przy barze. Wspomnienia jednak nie przepadły, mimo że bardzo się starała o nim zapomnieć.

– Cześć, Shono – powiedział na przywitanie. Od razu poznała jego głos. – Miło cię znowu widzieć.

Brzmiał tak samo jak kiedyś. Nisko, działając na nią niczym pieszczota. W jego wyuczonym brytyjskim akcencie, wyczuwało się też inny, typowy dla mieszkańców jego kraju, odległego królestwa Kalii.

Shona nigdy wcześniej nie słyszała o Kalii, zanim go poznała. A teraz wiedziała więcej, niż by sobie życzyła, o tym miejscu, którego na początku wcale nie chciała poznać. O państwie położonym na Półwyspie Arabskim, nad połyskującym w słońcu morzem, i jego rodzinie królewskiej, a nawet jej pozycji na arenie międzynarodowej. Starała się dowiedzieć o tym człowieku możliwie najwięcej od tamtego feralnego dnia przed pięcioma laty, kiedy to zajrzała do jednej z gazet w gabinecie położniczym i uświadomiła sobie, że dziecko, które nosi w łonie – rezultat jednej nocy spędzonej z nieznajomym – należy do księcia Malaka z Kalii.

Zobaczyła go w tym błyszczącym kolorowym czasopiśmie, pełnym fotografii jasnowłosych modelek, na zdjęciu zrobionym w jednym z wielu modnych europejskich miast, w których Shona nigdy nie była i wątpiła, czy kiedykolwiek będzie. Europa wydawała się nieosiągalna dla takich dziewczyn jak ona, bez rodziny i perspektyw na życie.

Książęta wydawali się jeszcze bardziej poza jej zasięgiem niż podróż do Europy. Nie miała najmniejszych wątpliwości, że gdyby udało jej się skontaktować z Malakiem, by powiadomić go o dziecku, namieszałby w jej życiu tak, jak to czynią mężczyźni jego pokroju z kobietami takimi jak ona. Narobiłby jej tylko kłopotów, ponieważ tak właśnie zachowują się bogacze. Przekonała się o tym nieraz. Kobiety takie jak Shona były dobre na jedną noc, może dwie, ale z pewnością nie nadawały się do tego, by rodzić dzieci milionerom.

Zdawało się, jakby zamożni mężczyźni podróżowali z całym zespołem prawników gotowych w każdej chwili sporządzić poufną umowę i wypłacić odpowiednią sumę pieniędzy, żeby tylko rodzina takiego człowieka i niepomna jego wybryków żona nie dowiedzieli się o nieślubnym dziecku. Miało to też zapobiec ewentualnym przyszłym szantażom. To były jednak szczęśliwe historie. O wiele straszniejsze zdarzały się wtedy, gdy kobiety traciły zupełnie swoje potomstwo, bo nie miały pieniędzy walczyć o nie w sądzie.

Shona postanowiła, że to się jej nie przydarzy. Przyrzekła to sobie tamtego dnia w gabinecie lekarskim, gniotąc w dłoniach kolorowe czasopismo. Nie miała na świecie nikogo poza dzieckiem i chciała je przy sobie zatrzymać. Wolała już nigdy nie spotkać księcia Malaka z Kalii. To się nie zmieniło.

– Nie udawaj, że mnie nie pamiętasz – powiedział, gdy zrobiła zdziwioną minę na jego widok, jakby zobaczyła go po raz pierwszy w życiu. – Widzę, że mnie poznajesz. A poza tym nieładnie oszukiwać, czyż nie?

Mimowolnie zadrżała na dźwięk jego głosu. Wciąż na nią działał, ale z pewnością nie zdawał sobie z tego sprawy.

– Niezbyt mnie to obchodzi – odparła i na twarzach jego ochroniarzy natychmiast pojawiło się oburzenie. Ciemne oczy Malaka jedynie zabłysły. – Widzę, że tym razem jesteś z przyjaciółmi. Czyżby to jakieś spotkanie towarzyskie? Szkoda, że nie mam czasu, bo chętnie bym się przyłączyła.

Malak uśmiechnął się na to, ale nie tak jak kiedyś. Raczej chłodno i wyniośle. Poczuła niepokój. Co gorsza, nie odprawił ochroniarzy, co tylko umocniło ją w przekonaniu, że nie jest to przypadkowe spotkanie po latach. Nie wydawało się możliwie, by chciał odnowić dawną znajomość. Był przecież słynnym księciem. Wszędzie, gdzie się pojawił, otaczało go grono chętnych kobiet. Po co miałby się skupiać na jednej?

Pozostawał więc tylko jeden powód, dla którego mógł przyjść do restauracji, gdzie pracowała, a nie do jej małego wynajmowanego domu przy bocznej uliczce, oddalonego o kilkaset metrów od Dzielnicy Francuskiej. A może już tam był? – pomyślała z obawą.

Jak dobrze, że zostawiła Milesa przed pracą u Ursuli, swojej przyjaciółki, a raczej znajomej. Ursula miała sześcioletnie dziecko i również pracowała o dziwnych porach dnia. Poznały się parę lat temu, obsługując gości w tej samej restauracji kilka przecznic dalej, i od tamtej pory na zmianę opiekowały się swoimi dziećmi. Łączyły ich wspólne potrzeby i czasem spotkały się ze sobą na drinka. To wszystko. Prawdę mówiąc, Shona wiedziała o przyjaźni tak niewiele, jak o życiu rodzinnym.

– Możemy gdzieś porozmawiać? – spytał Malak.

Znała go tylko z tej jednej feralnej zmysłowej nocy, sprzed pięciu lat, której nie zamierzała się wstydzić bez względu na to, co wydarzyło się później. Wtedy jednak nie odzywał się w taki sposób, jak teraz. Jego słowa nie zabrzmiały jak pytanie, tylko jak rozkaz. Biada komuś, kto go nie posłucha.

 

Shona jednak nigdy nie była dobra w wypełnianiu poleceń. Miała trudne dzieciństwo. Matka ją porzuciła i Shona znalazła się pod opieką państwa, trafiając do różnych rodzin zastępczych, gdzie okazywano jej niewiele zainteresowania. Tam miała dużo okazji nauczyć się być twardą w każdych okolicznościach. Nauczyła się stać na własnych nogach i dbać o siebie, bo nikt inny o nią nie dbał.

W wieku osiemnastu lat w końcu uwolniła się od państwowej opieki społecznej i mogła się usamodzielnić. Od tamtej pory żyła po swojemu, przed zajściem w ciążę, a także później. I nie zamierzała tego zmieniać dla jakiegoś bezczelnego księcia w garniturze wartym zapewne więcej niż jej roczny czynsz.

– Nie – odparła na jego pytanie. Uniósł brew, jak gdyby rzadko spotykał się z odmową. – Nie ma tu żadnego miejsca, gdzie moglibyśmy porozmawiać.

– Czyżby?

– Poza tym nie mamy o czym – dodała, krzyżując ręce na piersi.

Cieszyła się, że zastał ją w takim ubraniu jak teraz. Nie była wystrojona jak wtedy, gdy go poznała. Wyglądała ni mniej ni więcej jak kelnerka i ani trochę się tego nie wstydziła. Miała na sobie czarną koszulkę z zabawnym nadrukiem z przodu, fartuszek w takim samym kolorze, przewiązany wokół bioder, i krótką czerwoną spódnicę. Właściciel restauracji nalegał, by nosiła krótkie stroje, a ona nie miała nic przeciwko, ponieważ dzięki temu dostawała większe napiwki.

Pewnie wyglądała tak, że żaden książę z dalekiego kraju nie zwróciłby na nią uwagi. Może dzięki temu Malak sobie przypomni, dlaczego znikł rankiem po tamtej nocy przed pięcioma laty. A gdy Shona wykaże mu ponownie swój ewidentny brak klasy i dobrego pochodzenia, może znowu się ulotni, tak jak kiedyś. Liczyła na to.

– Obawiam się, że mamy parę spraw do omówienia – odparł. – I nie da się tego uniknąć, obojętnie jak bardzo byś chciała.

Wsunął ręce do kieszeni spodni i przestąpił z nogi na nogę. A potem nagle się uśmiechnął, jakby przyszedł tu tylko po to, żeby ją oczarować. Takiego właśnie go zapamiętała z tamtego dnia, kiedy poznali się przy barze w eleganckim hotelu, do którego zawsze chciała wpaść i marzyła o tym w dzieciństwie. I właśnie ten uśmiech utkwił jej w pamięci. Zaraźliwy i zmysłowy. Sprawił wtedy, że zachowała się zupełnie niezgodnie z własnymi zasadami.

Potem wciąż uparcie nie pozwalała sobie żałować tego, co się stało. Ale teraz obawiała się, że wszystko się zmieniło. Malak, jakiego pamiętała – beztroski i uwodzicielski – nie był bowiem wytworem jej wyobraźni, choć wyglądał teraz inaczej. Wydawał się wyższy i bardziej posępny. Nie był już taki swawolny i rozbawiony jak kiedyś.

Wciąż jednak pozostawał sobą i gdy tak stał, trudno jej było powstrzymać napływ wspomnień. Właśnie na tym polegał problem, ponieważ na żadnego mężczyznę nie reagowała tak, jak na niego. Prawdę mówiąc, poza nim żadnego nawet nie dotknęła. Odegnała tę myśl, gdyż nie to martwiło ją najbardziej. Musiała rozegrać jakoś sytuację, w której się znalazła.

Wmawianie sobie przez te wszystkie lata, że jest zbyt zmęczona i zestresowana, by się z kimś umawiać, teraz wydawało jej się błędem, a nie jedynie próbą chronienia siebie. Fakt, że jej doświadczenia seksualne sprowadzały się jedynie do kontaktu z Malakiem, niezbyt się jej podobał. Zwłaszcza że ten człowiek posiadał również moc zrujnowania jej życia. I to po raz kolejny.

– Nawet gdybyśmy mieli o czym rozmawiać, to i tak jestem teraz w pracy – odparła takim samym tonem jak poprzednio. – To nie czas ani miejsce na twoje wizyty ani tej bandy zbirów. Powinieneś wcześniej zadzwonić jak normalny człowiek.

– To by nie wystarczyło w obecnej sytuacji.

– Jakiej sytuacji? – spytała dobitnie.

Pewnie interesowała go tylko jedna sprawa i o niej chciał porozmawiać. A Shona za żadną cenę nie zamierzała do tego dopuścić. Od lat bała się chwili, która właśnie nadeszła. Może dlatego spoglądała twardo na Malaka, nie dopuszczając do siebie innych uczuć, jakie się pojawiły. Jego ochroniarze zablokowali wszystkie wyjścia. Zastanawiała się, jak mogłaby uciec, zabrać Milesa od Ursuli i wydostać się z Nowego Orleanu.

Pochodziła znikąd i nic nie znaczyła, a więc zniknięcie nie byłoby problemem. Nie zdołaliby jej namierzyć. Musiałaby się tylko uwolnić tego dnia od nieproszonych gości i wyjechać gdzieś daleko z Milesem. A wtedy byłoby tak, jakby nie istnieli. Żałowała, że nie uciekła na widok Malaka już wcześniej, pięć lat temu.

– Oczywiście, masz rację – odparł. – Nie chodzi o żadną sytuację, tylko o pewnego małego chłopca. Ma na imię Miles, prawda?

Zamarła. Ale nie tylko ze strachu. Ogarnęło ją wzburzenie.

– To nie twoja sprawa.

– Chyba rzeczywiście mocno w to wierzysz. Skoro wolisz wychowywać go w nędzy, zamiast w warunkach, jakie mu się należą jako jedynemu synowi księcia Kalii.

– Nie obchodzi mnie, kim jest jego ojciec. To moje dziecko i to się dla mnie liczy.

– Może ci powiem, co się dzieje, kiedy książę zostaje królem – odezwał się nieco łagodniej. – Ale nie musisz mi składać kondolencji. Mój ojciec i brat nie umarli. Abdykowali jeden po drugim, jak kostki królewskiego domina.

Nie docierało do Shony to, co mówił. Nie chciała doszukiwać się w tym sensu, ponieważ oznaczałoby to, że…

– Przekazanie władzy zawsze wiąże się z pewnym zagrożeniem, zwłaszcza kiedy nowym królem ma zostać ktoś, komu wcześniej nie było to pisane – mówił dalej. – Najpierw dworscy doradcy rozdzierają szaty, modląc się o wybawienie. To trwa jakiś czas. A potem starają się dowiedzieć wszystkiego na temat nowego władcy, człowieka, który… jak to powiedzieć…

– Nie potrafi zapanować nad popędami? – podpowiedziała.

Wykrzywił usta.

– Może sobie przypomnisz, Shono, że nikt ode mnie tego nie wymagał. A szczególnie ty. W każdym razie dworscy urzędnicy mieli pełne ręce roboty. Odnaleźli wszystkie kobiety, z którymi kiedykolwiek miałem styczność.

– I wystarczyło im na to czasu?

Przechylił głowę, nie spuszczając Shony z oczu.

– Sprawdzili wszystkie moje byłe kochanki, chcąc się upewnić, że z żadną z nich nie łączy mnie nic, co mogłoby rzucić cień na nasze królestwo. I okazało się, że tylko ty, Shono, posiadasz sekret, który mógłby doprowadzić do zawału wielu moich dworzan i służących.

– Mylisz się. Miles i ja nie mamy z tobą nic wspólnego.

– Podziwiam twoje poczucie niezależności – powiedział tonem świadczącym o tym, że ma zupełnie przeciwne zdanie. – Ale obawiam się, że nie ma wyboru. Chłopiec jest mój. Co czyni go również dziedzicem kalijskiego tronu. A to oznacza, że nie może tu zostać.

Wbiła sobie palce w ramiona, trzymając ręce złożone na piersi, ale wcale dzięki temu nie oprzytomniała. Taki koszmar przyśnił jej się już kilka razy od chwili narodzin Milesa. Tym razem jednak działo się to na jawie. Nie potrafiła sprawić, by Malak znikł.

– Chciałabym, żebyś coś zrozumiał – powiedziała dobitnie, patrząc mu wyzywająco w oczy. – Nie tkniesz mojego dziecka. A jeśli spróbujesz, tych sześciu osiłków z pistoletami nie zdoła cię obronić. Nic cię nie uratuje.

Nie miała pojęcia, jak Malak na to zareaguje. Odchylił głowę i zaśmiał się w głos, z zachwytem i leniwą zmysłowością, które kiedyś doprowadziły Shonę do zguby. Od tamtego czasu jego śmiech nie zmienił się ani trochę. Ciemny garnitur był nowy, a towarzyszący Malakowi ochroniarze również stanowili nowość, podobnie jak posępna nuta w tonie jego głosu i gadanie o królach, tronach i dworskich doradcach. Ale ten śmiech… Wydawał się tak niebezpieczny jak wtedy. A może nawet bardziej. Przenikał ją, pobudzając każdy fragment ciała.

Wmawiała sobie, że tamtej nocy była pijana i dlatego Malak tak ją oczarował. Poczuła wtedy nieodpartą chęć znalezienia się blisko niego, bez względu na wszystko. Nigdy wcześniej nie doznała czegoś takiego w obecności mężczyzny. Był jedynym człowiekiem na świecie, który wzbudzał w niej takie uczucia.

Stał teraz przed nią z uzbrojonymi strażnikami, grożąc, że odbierze jej dziecko, niszcząc życie, jakie wiodła. A mimo to wciąż czuła, że ją pociąga. Czyżby coś było z nią nie w porządku? Śmiech ucichł. Malak spojrzał na nią znowu błyszczącymi oczami i zaparło jej dech. Znalazła się w większych tarapatach, niż jej się wydawało.

– Kiedy jest tak niewiele do wyboru, daje to pewną swobodę – powiedział niemal smutno i poczuła się tak, jakby ktoś wrzucił ją do klatki i zamknął na klucz. – Wszystko będzie dobrze, Shono. W ten czy inny sposób.

– Nie będzie – odparła zawzięcie. – Powinieneś odejść i wrócić tam, skąd przybyłeś. I to natychmiast.

– Chciałbym, ale to niemożliwe.

– Nie możesz… – zaczęła.

– Miles jest synem króla Kalii – przerwał jej ostro. W jego stalowym spojrzeniu i całym szczupłym i doskonale zbudowanym ciele wyczuwała naturalną moc, której nie da się wyćwiczyć na siłowni. – A więc gratulacje, Shono. Ponieważ to sprawia, że jesteś moją królową.

ROZDZIAŁ DRUGI

Malak był wściekły. Wprost kipiał ze złości. A dobrze wiedział, że nie ma do tego prawa, bo sam stał się przyczyną tej sytuacji. Nikt mu nie kazał ganiać za przyjemnościami wszędzie, gdzie tylko się znalazł. Jednakże przyznawanie się do winy jedynie pogarszało stan rzeczy.

Na początku nie wierzył, gdy dworscy doradcy pokazali mu zdjęcia. Miał dostatecznie dużo spraw do załatwienia od momentu, gdy jego brat Zufar zrzekł się tronu tuż po abdykacji ojca, kiedy się okazało, że to Malak ma przejąć władzę. Wcześniej nie brano go pod uwagę jako kandydata do tronu, co zresztą całkiem mu odpowiadało. Mógł cieszyć się życiem i nikt nie zawracał mu głowy obowiązkami.

Nigdy nie chciał zostać królem. Po co się tak obciążać? Wolał żyć po swojemu na wysokich obrotach. Ale Zufar był teraz szczęśliwy, w co Malak nigdy by nie uwierzył, zwłaszcza po tym, w jakiej atmosferze dorastali, gdyby nie zobaczył tego na własne oczy. Kochał brata i swój kraj, a więc decyzja była prosta.

Jej spełnienie okazało się trudniejsze. Wprowadzanie go do nowej roli rozpoczęło się od starannego przyjrzenia się jego hulaszczemu dotąd życiu. Wszystkie jego wybryki zostały obnażone, jeden po drugim, aż w końcu sam miał już dosyć siebie i wielu swoich lubieżnych wyczynów, w których nie zachowywał najmniejszego umiaru.

Nigdy nie miał skłonności do wstydu, ale trudno go było uniknąć, kiedy zobaczył aż tyle zdjęć i grubych teczek z dokumentami, w których opisywano liczne przykłady jego nieroztropności. Zwłaszcza, gdy wielu z wymienianych na tych stronach kobiet prawie nie mógł sobie przypomnieć. Shonę jednak zapamiętał. I to bardzo dobrze.

Nie mogło być inaczej. Pośród wielu pięknych pań, z którymi miał styczność, wydawała się zupełnie inna. W ostatnim dniu swojego pobytu w Nowym Orleanie, po całym tygodniu rozrywek, siedział przy barze w cichym holu eleganckiego hotelu, szykując się do podróży powrotnej do domu. Chciał zobaczyć się z rodziną, która pewnie byłaby bardzo zdegustowana jego błazeństwami, gdyby poświęcała mu nieco więcej uwagi.

I wtedy pojawiła się Shona. Niezwykle piękna i intrygująca. Miała ciemną cerę i zmysłowe usta, na widok których natychmiast zareagował podnieceniem. Gęste, falujące włosy okalały jej twarz i miał ochotę natychmiast ich dotknąć. Ubrana była w kusą, połyskującą złotą sukienkę, podkreślającą jej zgrabne kształty.

Podeszła do drewnianego baru i zajęła jedyne wolne miejsce znajdujące się tuż obok Malaka. A przecież był tylko mężczyzną i to o niezbyt dobrej reputacji, zdaniem jego rodziny i dziennikarzy, opisujących w gazetach jego kolejne podboje.

Nie było więc nic łatwiejszego, jak tylko uśmiechnąć się do najładniejszej dziewczyny, jaką w życiu widział, i obrócić się w jej stronę. Odpowiedziała mu uśmiechem, naznaczonym pewną dozą niewinności, jak mu się wydawało.

– Jestem tutaj po raz pierwszy – wyznała, jak gdyby zdradzała mu jakiś sekret. – Kończę dziś dwadzieścia jeden lat i postanowiłam świętować w wielkim stylu.

Przez chwilę musiał sobie przypominać, w jakim kraju się znajduje. I przypomniał sobie też amerykańskie przepisy prawne, dość dla niego osobliwe, uznające młodych ludzi za dorosłych dopiero wtedy, gdy skończą osiemnaście lat.

– I chcesz świętować tutaj? – spytał. – Z pewnością są bardziej ekscytujące miejsca na uczczenie tak ważnego wydarzenia niż hotelowy bar przy cichej ulicy. Ostatecznie to Nowy Orlean.

– Przechodziłam często obok tego hotelu, kiedy byłam dzieckiem, i zawsze marzyłam, żeby tu kiedyś wpaść. A więc wydało mi się teraz, że to doskonała okazja.

Malak zorientował się wtedy, że nie tylko on poczuł tę iskrę, która przeskoczyła między nimi. Ten ogień, który nagle się rozpalił. Nigdy nie ignorował takich doznań. Kupił pięknej dziewczynie drinka, a potem radośnie pozbawił ją niewinności w swoim apartamencie na górze. Pamiętał dobrze jej zachwyt, prawdziwe upojenie, tak jakby zdarzyło się to wczoraj.

 

Był pewien, że gdyby chciał, przypomniałby sobie nawet jej smak. Shona bowiem oczarowała go nie tylko uśmiechem. Doradcy pokazywali mu zdjęcia tej jedynej kobiety, którą pamiętał w szczegółach. Wiedział, że minęło już kilka lat, ale Shona wyglądała na fotografiach tak samo ładnie jak kiedyś, nawet w stroju kelnerki.

Dworskim doradcom nie chodziło jednak o to, by wytykać mu wszystkie popełnione błędy. Zresztą Malak i tak nie zamierzał wyrażać skruchy z powodu tego, jak żył w okresie, kiedy nie miał szansy wstąpienia na tron. Zainteresowało ich jedynie dziecko.

Miało cztery lata i było bardzo podobne nie tylko do Malaka, ale do całej jego rodziny. Mały chłopiec miał takie same ciemnozielone oczy, które Malak odziedziczył po prababce. Takie same, w jakie książę spoglądał za każdym razem, kiedy patrzył w lustro.

Nigdy nie przypuszczał, że zostanie królem. Nie chciał obarczać się takim ciężarem. Był jednak księciem Kalii, chociaż powściągliwy ojciec nie zwracał zbytnio na niego uwagi, zajęty zabieganiem o uczucia żony. Matka natomiast ignorowała Malaka, ponieważ wolała innego syna, o którego istnieniu jej pierworodny dowiedział się całkiem niedawno. Zakochała się w innym mężczyźnie i urodziła chłopca, którego później oddała.

W żyłach Malaka płynęła królewska krew i mimo lat beztroskiego życia, którego nikt nie pochwalał, zgodził się wziąć na siebie obowiązki i był w pełni gotów zachowywać się teraz przyzwoicie. Nie stwarzając problemów, z jakimi borykali się jego rodzice, ponieważ nie miał zamiaru rujnować sobie życia z powodu miłości, tak jak oni oboje.

Nie wydawał się najlepszym kandydatem na króla. Miał tego świadomość, ale postanowił, że będzie się starał zostać dobrym władcą. Nie trzeba było mu mówić, jakie znaczenie ma to, że pewna przelotna przygoda seksualna przyniosła owoc w postaci dziecka. Nie uchroniło go to przed licznymi kazaniami, wygłaszanymi przez oburzonych doradców, jakby, pozostawiony sam sobie, miał po prostu zignorować fakt posiadania potomka, którego nigdy nie widział.

Wiedział jednak, jakie to ważne. I był wściekły, że Shona ukryła przed nim syna, choć dobrze pamiętał, że jej nie wyjawił, kim jest naprawdę. Nie zmieniało to faktu, że ominęły go pierwsze lata życia dziecka. Teraz wpadł w pułapkę, którą sam na siebie zastawił. Musiał się ożenić bez względu na to, jakie miał do tego nastawienie.

Nie chciał poślubić ledwo sobie znanej kobiety i tylko z tego powodu, że kilka lat wcześniej popełnił wielki błąd. A właściwie, jeśli miał być szczery, w ogóle nie chciał się żenić. Okazało się jednak, że niechęć do zmiany stanu cywilnego, jaką wykazała Shona, podoba mu się jeszcze mniej.

– Mam nadzieję, że użyłeś słowa „królowa” w przenośni – warknęła urażona, jakby jej zarzucił, że się prostytuuje na rogu ulicy. Wciąż miała ręce skrzyżowane na piersi, jak gdyby chciała się przed czymś obronić.

A może przed nim? Przyglądał jej się przez chwilę, próbując opanować złość. Nowy Orlean okazał się jednak trudnym miastem za dnia i na trzeźwo. Z Shoną też nie szło mu łatwo.

– Przekonasz się, że rzadko posługuję się metaforami.

– Nie obchodzi mnie to. Co robisz lub czego nie robisz, mnie nie interesuje. Musisz stąd wyjść, bo inaczej wezwę policję. I wcale nie mówię tego w przenośni.

Wyciągnęła z kieszeni fartucha telefon komórkowy i Malak jej uwierzył. Jeśli istniała na świecie jakaś kobieta, która ośmieliłaby się wezwać lokalnych stróżów prawa, żeby sobie z nim poradzić, była to właśnie ona.

Wydawała się zawzięta, a w jego żyłach płynęła krew nieustraszonych królów pustyni. Gwałtowność być może okazałaby się cenna, gdyby mógł się nią wykazać w odpowiedniej dziedzinie. Shona mu groziła, jakby się zupełnie nie bała uzbrojonych mężczyzn gotowych zginąć w obronie Malaka. Tę jej cechę również potrafił docenić. Przynajmniej teoretycznie.

Nie był tylko wcale pewien, czy amerykańska kelnerka, zarabiająca grosze w restauracjach takich jak ta nora, mogłaby uznać propozycję poślubienia króla Kalii za tak okropny pomysł. Wiedział jednak, że jej sprzeciw wcale mu się nie podoba.

– Możesz wezwać policjantów, jeśli myślisz, że ci pomogą. Z pewnością dostaną dobrą lekcję z immunitetu dyplomatycznego i porozmawiają sobie z tobą na temat marnowania ich cennego czasu. Ale to niczego nie zmieni. Może pora, żebyś zaakceptowała to, co nieuchronne.

Rzuciła mu pewną propozycję, niemożliwą do spełnienia z punktu widzenia anatomii, co sprawiło, że cała ekipa ochroniarzy Malaka natychmiast wzmogła czujność z oburzenia.

– To brak poszanowania, Najjaśniejszy Panie! – burknął facet stojący z prawej strony.

Malak tylko uniósł dłoń i strażnicy się odsunęli.

– Pamiętaj, że jestem królem, czy ci się to podoba, czy nie. Dobrze ci radzę – powiedział cicho do Shony. – Twoja żywiołowość mogłaby mnie w pewnych okolicznościach zaintrygować, ale moi ludzie z pewnością odbierają to inaczej.

Zaśmiała się krótko, co zabrzmiało niemal tak obraźliwie jak jej nieprzyzwoita uwaga.

– Opinia twoich opiekunów obchodzi mnie jeszcze mniej niż twoja.

Malak nie zareagował na tę zuchwałość tak, jak by chciał. A to dlatego, że nie znajdowali się w Kalii, tylko w Ameryce, gdzie ludzie zwróciliby na niego uwagę, gdyby przerzucił sobie wrzeszczącą kobietę przez ramię i zabrał do czekającego na ulicy auta, bez względu na to, czy chronił go immunitet dyplomatyczny, czy też nie.

Poza tym nie taką strategię zamierzał obrać. Pozwalanie Shonie myśleć, że może się tak do niego odzywać, stwarzało niebezpieczny precedens, ale potrafił sobie poradzić z takim brakiem szacunku. Myślał o kilku całkiem przyjemnych sposobach zmiany jej nastawienia. Przychodziły mu do głowy nawet tutaj, w tej obskurnej knajpie, ostatnim miejscu na ziemi, w którym by się spodziewał, że ogarnie go… fala pożądania.

Nie chciał porywać Shony ani syna. Chociaż z pewnością by to zrobił, gdyby musiał. Ale wiedział, że wtedy na pewno uznałaby go za wroga. To nie posłużyłoby jego planom. Żadne z nich nie pragnęło tego nieuniknionego połączenia ani małżeństwa, jakie miało z tego wyniknąć. Byłoby jednak o wiele lepiej, gdyby Shona poddała się temu, co nieuchronne, a nie sprzeciwiała mu się na każdym kroku.

A już z pewnością przemoc nie pomogłaby mu w nawiązaniu dobrego kontaktu z dzieckiem, którego jeszcze nie poznał. Ostatecznie, dobrze wiedział, jak to jest dorastać w cieniu nieudanego małżeństwa rodziców. Nie chciał narażać na to własnego syna, mimo że o jego istnieniu dowiedział się zaledwie przed tygodniem i ten fakt jeszcze nie do końca do niego dotarł.

– Poczekam na ciebie na zewnątrz – powiedział wspaniałomyślnie, jak gdyby okazywał jej wielką łaskę. A potem dodał, jakby czytał jej w myślach: – Moi ludzie są przy każdym wyjściu, Shono, więc nie uda ci się uciec. Mogę też zapłacić twojemu szefowi za to, żeby cię zwolnił. To nawet przyspieszyłoby całą sprawę.

– Oczywiście, możesz mnie straszyć, że stracę środki do życia – odparła, patrząc na niego z odrazą. – Taka praca z pewnością nie ma dla ciebie znaczenia? Nie musisz podawać do stołu. Pewnie myślisz, że to wszystko pojawia się samo, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Malak nie zaszczycił tej uwagi odpowiedzią. Odwrócił się na pięcie i wyszedł na ulicę. Nad Dzielnicą Francuską powoli zapadała noc, a upał zaczął ustępować. Tu, w gęstniejącym świetle zmierzchu mógł zapanować nad gniewem, zanim wywoła jakiś międzynarodowy incydent. Coś, czym z pewnością nie przejąłby się sam w najmniejszym stopniu, ale co mogłoby jeszcze bardziej zaalarmować ludzi w Kalii, którzy tyle przeszli w ostatnich burzliwych miesiącach.

Myślał, że Shona dyskretnie wyjdzie zaraz za nim na zewnątrz, ale tak się nie stało. Kazała mu czekać. Nie przerwała pracy, tak jak się spodziewał, tylko pozostała do końca zmiany. A w każdej wolnej chwili sprawdzała wszystkie wyjścia, o czym posłusznie informowali go jego ludzie pilnujący wszystkich drzwi. Malak niemal zaczął podziwiać jej skrupulatność i wytrwałość.