Lekcja miłościTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Caitlin Crews

Lekcja miłości

Tłumaczenie: Filip Bobociński

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2021

Tytuł oryginału: Untamed Billionaire’s Innocent Bride

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2019

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2019 by Caitlin Crews

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2021

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa

ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-5588-2

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Lauren Isadora Clarke była rodowitą mieszkanką Londynu.

Nie obchodziła jej zielona brytyjska prowincja. Żywopłoty wzdłuż dróg stanowiły dla niej co najwyżej irytującą przeszkodę w dotarciu do celu. Zdecydowanie wolała miejski krajobraz, z pełną paletą zawsze dostępnych środków transportu. Lauren ceniła punktualność. Do tego dobrze żyło jej się bez niewygodnego obuwia o podeszwach przypominających bieżnik opony samochodowej.

Nie była typem wędrowca, włóczykija czy jak tam siebie zwali ci wiecznie zziajani, ubrani w wełnę i ciężkie buty ludzie. Nie widziała nic atrakcyjnego w mozolnym wspinaniu się na wzniesienia tylko po to, by się z nich potem zsunąć, umorusawszy się wcześniej błotem. Wielokilometrowe marsze pod pretekstem pooddychania świeżym powietrzem nie trafiały do niej.

Lauren lubiła beton, cegły, londyńskie metro i knajpy z jedzeniem na wynos na każdym rogu. Reagowała alergicznie nawet na samą wzmiankę o „głębokim, ciemnym lesie”.

A jednak maszerowała teraz czymś, co lokalny oberżysta łaskawie nazwał drogą – była to co najwyżej wydeptana ścieżka – biegnącą przez sam środek gęstego, węgierskiego lasu.

Przynajmniej jeszcze nie odezwało się jej uczulenie. Była jednak zbyt skupiona na narzekaniu na swoją obecną sytuację, by to docenić.

Przede wszystkim, nie miała odpowiedniego obuwia – nie tylko obecnie, ale w ogóle w szafce. Nie wierzyła w ten cały kult odpowiedniego obuwia. Jej życie było wybitnie odpowiednie. Pilnowała porządku w swoich finansach, płaciła rachunki na czas, poświęciła życie sprawowaniu obowiązków osobistej asystentki bardzo bogatego i potężnego prezesa Combe Industries. Niezachwianie osiągała najlepsze rezultaty. Lubiła myśleć, że jest niezastąpiona.

Jej buty były niepraktycznymi, ozdobnymi elementami kreacji, które miały przypominać jej o tym, że jest kobietą. Przydawało się to, gdy szef traktował ją jak natrętny element wyposażenia biura, funkcjonujący samoczynnie, najlepiej bez jakiejkolwiek pomocy lub nadzoru.

– Moja matka oddała dziecko do adopcji, zanim poślubiła ojca – zwierzył się kilka tygodni temu jej szef, Matteo Combe, swym jak zwykle poważnym głosem.

Lauren, jak każdy, kto znalazł się w pobliżu stoiska z tabloidami, czekając w kolejce do kasy, wiedziała wszystko o rodzicach jej szefa. Wiedziała nawet więcej niż inni – w końcu przez większość swej kariery pracowała dla Mattea. Piękna i uwielbiana Alexandrina San Giacomo, folgująca swym zachciankom arystokratka, wbrew rozsądkowi i swemu weneckiemu dziedzictwu wyszła za bogatego, acz zdecydowanie nieokrzesanego Eddie’ego Combe’a, którego przodkowie wyrąbali sobie drogę ucieczki z fabryk północnej Anglii – często własnymi pięściami.

Historia miłosna tej dwójki wywołała lawinę skandali, a ich burzliwe małżeństwo prowadziło do licznych spekulacji prasowych. Zmarli oboje na przestrzeni kilku tygodni, co spowodowało jeszcze większe poruszenie.

Nie było jednak słowa o nieślubnym synu.

Lauren nie trzeba było tłumaczyć, że gdy ta informacja wycieknie – a tego typu rzeczy ostatecznie zawsze wychodzą na światło dzienne – rozlegnie się wściekłe ujadanie watahy pismaków.

– Chcę, byś go znalazła – powiedział jej Matteo tonem, jakby prosił o podanie mu kawy. – Nie chcę sobie nawet wyobrażać, w jakiej znalazł się sytuacji, ale potrzebuję go tu, przygotowanego na atak mediów i, jeśli to możliwe, uległego.

– Twój od dawna zaginiony brat, którego nigdy nie widziałeś. Możliwe, że bezwarunkowo gardzi tobą, twoją matką i wszystkim związanym z San Giacomo. Naprawdę sądzisz, że ktoś taki będzie uległy wobec twojej woli?

– Wierzę w twoje zdolności – odparł Matteo.

Lauren niemal natychmiast usprawiedliwiła w duchu ten obłęd, ponieważ jej szef miał potwornie trudny okres. Jego rodzice zmarli jedno po drugim. Z kolei jego siostra narkomanka zaszła w ciążę, przez co Matteo zdzielił pięścią ojca jej dziecka. Zdaniem Laury taka reakcja była najbardziej zrozumiała. Niestety, Matteo uderzył go na pogrzebie ojca.

Cios, jaki wymierzył księciu Aresowi z Atilii, był filmowany i fotografowany nie tylko przez paparazzi, ale i przez część żałobników. Rada dyrektorów firmy wykorzystała okazję, by obrócić się przeciwko niemu. Matteo został przez nich zmuszony do poddania się terapii radzenia sobie z gniewem i było całkiem możliwe, że radzie uda się go usunąć ze stanowiska, jeśli raport psychoterapeuty nie będzie zbyt pochlebny.

Oczywiście, Lauren go usprawiedliwiała.

– Czy kiedykolwiek nie usprawiedliwiałaś jego zachowań? – rzuciła znad ekranu telefonu jej współlokatorka, Mary, gdy Lauren w pośpiechu szykowała się do opuszczenia Londynu.

– To ważny i bardzo zajęty człowiek, Mary.

– A ty zawsze znajdziesz okazję, by nam o tym przypomnieć.

Jedynym powodem, dla którego tolerowała te pyskówki – powiedziała sobie w duchu Lauren, pokonując kolejny odcinek ścieżki na krańcu świata – był fakt, że trudno znaleźć dobrych współlokatorów. Mary zaś miała obsesję na punkcie utrzymywania kontaktu z trzydziestoma tysiącami znajomych rozsianych po całym świecie, przez co większość czasu spędzała zamknięta w swoim pokoju, pogrążona w mediach społecznościowych, Lauren zaś miała resztę mieszkania dla siebie. Czasami nawet miała czas się nim nacieszyć.

Zresztą, ma trochę racji – usłyszała cichy głosik w swojej głowie.

Jednak Lauren przybyła tu, by wypełniać polecenia Mattea, a nie kwestionować swoją lojalność wobec niego.

Dziś jej para typowych, zdobionych ćwiekami i falowanym materiałem szpilek uczyniła nieplanowaną wyprawę przełajową poprzez węgierskie lasy. Było to bardziej nieprzyjemne, niż sobie wyobrażała, a Lauren miała bogatą wyobraźnię.

Spojrzała ze złością na swe stopy, zacisnęła mocniej dookoła siebie czerwony płaszcz, pomyślała kilka nieuprzejmych rzeczy o swoim szefie, których nigdy nie powiedziałaby na głos, po czym ruszyła dalej ścieżką.

Nie było jej łatwo wytropić właściwego Dominika Jamesa.

Nie posiadała żadnych informacji oprócz kilku szczegółów zapisanych przez matkę Mattea w testamencie. Lauren zaczęła poszukiwania u prawnika, który sporządził ostatnią wolę i testament Alexandriny. Był to przebiegły starzec, bardziej przyzwyczajony do załatwiania spraw arystokratów niż bycia wypytywanym przez ich pracowników. Posłał jej przenikliwe spojrzenie znad okularów, których, jak sądziła, wcale nie potrzebował, i zapewnił, że gdyby był w posiadaniu jakichś dodatkowych, związanych ze sprawą informacji, niewątpliwie by je zawarł w dokumentacji.

Lauren jakoś w to wątpiła.

Podczas gdy Matteo przebywał na sesjach terapii radzenia sobie z gniewem, a przyszłość Combe Industries wisiała na włosku, Lauren rzuciła się w wir poszukiwań. Fakty były niepokojąco proste. Alexandrina, dziedziczka olbrzymiej fortuny San Giacomo, znana na całym świecie nieszczęśliwa bogata dziewczynka, zaszła w ciążę w wieku piętnastu lat ze zdecydowanie nieodpowiednim, starszym od niej chłopcem. Rodzina odkryła prawdę, gdy dziewczyna nie była w stanie już dłużej ukrywać swojego stanu, i przeniosła ją z jednej szkoły przyklasztornej do drugiej, zdecydowanie bardziej drakońskiej.

Dziecko urodziło się latem, gdy Alexandrina miała szesnaście lat. Po cichu usunięta ze szkoły przez Kościół, jesienią wróciła do życia salonowego, jakby się nic nie wydarzyło. O ile Lauren było wiadomo, Alexandrina nie wspomniała o swoim pierwszym synu aż do zostawienia mu spadku w testamencie.

„Memu pierworodnemu synowi, Dominikowi Jamesowi, odebranemu mi, gdy sama byłam zaledwie dzieckiem, zapisuję trzecią część majątku i dóbr doczesnych”.

Nazwisko było wskazówką. James, jak się okazało, to zangielszczona wersja Giacoma. Lauren wyśledziła wszystkich Dominików Jamesów w stosownym wieku, jakich udało jej się znaleźć. W końcu zawęziła poszukiwania do dwóch. Pierwszego skreśliła po tym, jak odkryła jego wyraźnie niepasujący kod DNA na jednej ze stron do śledzenia przodków. Został więc ten drugi.

 

Pozostały Dominik James wychowywał się w kilku włoskich sierocińcach, zanim uciekł do Hiszpanii. Tam spędził wiek dojrzewania, podróżując od wioski do wioski w sposób, który Lauren mogła opisać wyłącznie jako włóczęgostwo. Wstąpił do włoskiej armii, gdy skończył dwadzieścia lat, po odbyciu służby znowu zniknął. Niedawno się pojawił, by zacząć studia, ale niedługo potem znów zniknął z życia publicznego.

Trochę jej to zajęło, ale poszukiwania doprowadziły ją do tego gęstego, odosobnionego kawałka węgierskiej puszczy. Po wszystkim Matteo poinformował ją, że Węgry były jedynym słowem notatki, jaką znalazł na papierowej wersji testamentu na biurku ojca.

– Właśnie to napisał ojciec na jego kopii testamentu matki – powiedział rozbawiony.

Rozbawiony, zupełnie jakby nie przyszło mu do głowy, że wiedza, że właściwy Dominik James znajduje się na Węgrzech, przydałaby jej się wcześniej.

Oczywiście, tego nie powiedziała. Podziękowała mu.

Ojciec Mattea mógł robić notatki na testamencie Alexandriny, ale niewątpliwie nie zamierzał znaleźć dziecka, które jego zmarła żona oddała na długo, zanim się poznali.

Oznaczało to, że nie tylko Lauren będzie musiała odbyć podróż, by znaleźć Dominika, ale również przekazać mu informacje o jego matce. Tutaj, pośród otaczającego ją lasu, tajemniczego i imponującego, należącego raczej do świata baśni niż rzeczywistości.

Jak to dobrze, że Lauren nie wierzyła w bajki.

Poprawiła płaszcz raz jeszcze, by uchronić się przed chłodem.

Panowała wiosna, choć tu, w lesie, nie sposób było się o tym przekonać. Wysokie i grube drzewa całkiem blokowały światło słoneczne. Cienie gęstniały, pełznąc po powierzchniach i wypełniając jej serce niepokojem.

A może to nie cienie rzucane przez gałęzie sprawiały, że czuła się tak, a nie inaczej, pomyślała cierpko, gdy próbowała jednocześnie nie zwichnąć kostki i nie połamać obcasów, ale sam fakt, że tu się w ogóle znalazła. Albo przez to, że gdy powiedziała oberżyście w izolowanym górskim miasteczku, że poszukuje Dominika Jamesa, ten ją wyśmiał.

– Powodzenia zatem. Będzie ci potrzebne – rzucił nieszczególnie pomocny człowiek. – Niektórzy mężczyźni nie chcą zostać odszukani, paniusiu, a nic dobrego nie przyniesie ignorowanie ich decyzji.

Teraz, gdy stała pośrodku lasu sama, jednocześnie odczuwając czyjąś ukrytą obecność, tamta uwaga wybrzmiała dużo bardziej złowieszczo.

Szła dalej. Granicę wsi minęła ponad trzydzieści minut temu i był to ostatni ślad cywilizacji, na jaki natrafiła. Próbowała wmówić sobie, że ma szczęście, że ścieżka nie biegła ku zboczom napawających lękiem gór, ale trudno jej było myśleć w kategoriach szczęścia, gdy dokoła niej tylko błoto. I gęsty las. Oraz ptaki, wywołujące zamieszanie w koronach drzew, gdzieś nad jej głową. Do tego dochodziły dźwięki trzaskających gałęzi, które utwierdzały ją w przekonaniu, że fakt, że nie widzi żadnych dużych leśnych zwierząt, nie znaczy, że się tu nie czają.

Obserwują ją. Czekają.

Lauren zadrżała. Po chwili jednak powiedziała sobie, że zachowuje się kretyńsko. Obeszła dookoła nierówność terenu i wtedy ją zobaczyła.

Z początku nie była pewna, czy to nie miraż, jakaś leśna wersja fatamorgany. Gdy się jednak zbliżyła, upewniła się, że to nie iluzja. Przed nią stała rustykalna budowla, skryta na polanie w cieniu drzew.

Lauren zbliżała się, stawiając powolne, ostrożne kroki po ścieżce prowadzącej do skraju polany. Przez całą drogę marzyła o uwolnieniu się od otaczającego ją lasu, ale gdy znalazła polanę, odkryła, że budzi to w niej niepokój.

Lauren nie wierzyła w złe przeczucia, stłumiła więc niepokój i, zmarszczywszy brwi, przyjrzała się budowli. Była to schludna, drewniana chatka z dopasowanych, zazębiających się konarów. Z komina unosił się dym. Nie było absolutnie żadnego powodu, by zatwardziała mieszkanka wielkiego miasta jak Lauren na ten widok czuła dziwne ukłucie w sercu. Zupełnie jakby przez całe życie wałęsała się, zagubiona tak w leśnej, jak i w betonowej puszczy, nieświadomie poszukując przytulnego, małego domku, dokładnie takiego, jak ten tutaj.

Oczywiście, było to niedorzeczne. Nigdy nie wierzyła w bajki, ale je czytała. I nie przypominała sobie, by z którejkolwiek z nich coś dobrego wyniknęło z natrafienia na pozornie idealny domek pośrodku niebezpiecznego lasu. Zwykle kończyło się to klątwą, konfrontacją z wiedźmą lub obnażającym kły wilkiem…

Nagle zauważyła, że ganek z przodu werandy nie jest pusty, jak się jej na pierwszy rzut oka wydawało. Był tam ukryty w cieniu mężczyzna.

I patrzył prosto na nią.

Jej serce wykonało zaskakującą i gwałtowną akrobację. Miała wrażenie, że gdyby się nie opanowała, natychmiast upadłaby na ziemię, tu, na granicy polany i lasu.

Nie zamierzała się jednak kulić, niezależnie od tego, kto się na nią gapił, skryty w mroku.

– Pan Dominik James? – zawołała dziarsko. Postarała się, by jej głos brzmiał dźwięcznie i wyraźnie, tak by nie zdradzał choćby śladu zdenerwowania.

Choć stała wyprostowana, nie mogła nie zwrócić uwagi, że jej nogi zdecydowanie nie podzielały jej pewności siebie i szukały jedynie pretekstu, by się pod nią ugiąć. Nie pomagało też łomoczące boleśnie serce.

Mężczyzna poruszył się. Opuścił zacieniony ganek i wyszedł na promienie słońca wypełniające polanę – świetlistą wysepkę pośrodku czarnego jak atrament mroku lasu.

Łomot jej serca przyspieszył jeszcze bardziej.

Był wysoki, o wiele za wysoki, z szerokimi barkami, na widok których spociły jej się dłonie. Zapragnęła… rzeczy, których nie pozwoliła sobie wyobrazić.

Włosy miał ciemne, gęste i rozpuszczone, zbyt długie jak na jej gust, jednak podkreślały silnie zarysowaną szczękę. Usta miał płaskie i pozbawione uśmiechu, lecz wystarczająco kształtne, by poczuła na ich widok ucisk w brzuchu. Miał na sobie proste ubranie, koszulę z długim rękawem mocno opiętą na twardej powierzchni jego torsu, ciemne spodnie, przykuwające jej uwagę do potężnie zbudowanych ud, oraz buty wybrane ze względu na ich walory użytkowe, nie estetyczne.

Jednak to jego oczy poruszyły Lauren do głębi. A może po prostu doznała nagłego olśnienia?

Oczy miał bowiem szare, niczym chmury burzowe. Zupełnie jak Matteo.

Barwa San Giacomo, pomyślała Lauren. Taką właśnie miały znane na całym świecie, piękne oczy Alexandriny.

Nie musiał się przedstawiać. Nie miała wątpliwości, że stoi przed nią zaginiony dziedzic fortuny. Nie mogła tylko zrozumieć, dlaczego wszystkie włoski na karku stanęły jej dęba.

Zmusiła się do kontynuowania wypowiedzi.

– Nazywam się Lauren Clarke – poinformowała. Upomniała się w duchu, że przecież miała zachowywać jak profesjonalistka, a nie ulegać targającym nią dziwnym doznaniom. – Pracuję dla Mattea Combe’a, prezesa i przewodniczącego rady dyrektorów Combe Industries. Jeśli nie słyszał pan wcześniej o panu Combe, to spieszę pana poinformować, że jest on synem zmarłej Alexandriny San Giacomo Combe. Mam powody przypuszczać, że pani Alexandrina była również pańską matką.

Ćwiczyła tę wypowiedź wcześniej. Wielokrotnie ustawiała słowa w swojej głowie, a tego ranka nawet wygłosiła cały monolog przed lustrem w maleńkim pokoiku w oberży. Nie widziała powodu, by owijać w bawełnę. Najlepiej zerwać plaster jednym szybkim pociągnięciem i jak najszybciej przejść do sedna sprawy.

Spodziewała się różnych reakcji. Mógł wszystkiemu zaprzeczyć. Mógł zacząć na nią krzyczeć lub kazać jej odejść. Przygotowała plany rezerwowe na każdy możliwy scenariusz…

Lecz stojący przed nią mężczyzna nie odezwał się ani słowem.

Ruszył ku niej. Zauważyła, że porusza się ze zwinnością, której nie spodziewałaby się po tak potężnej sylwetce. Była w nim jakaś śmiertelnie niebezpieczna gracja. Lauren odruchowo wstrzymała oddech.

Gdy się zbliżył, mogła zobaczyć wyraźnie wyraz jego twarzy, jego oczu. Uderzyło ją, że znalazła w nich coś na kształt pełnego pogardy rozbawienia. Na coś takiego nie była przygotowana.

– W zostawionym przez panią Combe testamencie zamieszczone są dotyczące pana zapisy – zmusiła się, by kontynuować. – Mój pracodawca zamierza uszanować ostatnią wolę swojej matki, panie James. Przysłał mnie tutaj w celu rozpoczęcia związanych z tym procedur.

Mężczyzna nadal milczał. Gdy znalazł się już twarzą w twarz z Lauren, zwolnił krok, ale nic nie mówił, jedynie bacznie się jej przyglądał. Jego spojrzenie wędrowało po niej w sposób, który odbierała jako niedopuszczalne naruszenie jej intymności. Czuła, jak w odpowiedzi zalewa się rumieńcem.

Zupełnie, jakby przesuwał dłońmi po całym jej ciele. Jakby próbował gładkości włosów spiętych nisko w kucyk. Albo jakby sprawdzał grubość tkaniny czerwonego, zawijanego płaszcza, chroniącego ją przed rześkim powietrzem węgierskich puszczy. Wyimaginowane dłonie zsuwały się po jej nogach aż do ślicznych, niepraktycznych bucików, po czym wspinały się z powrotem do góry.

– Pan Combe jest człowiekiem bogatym i wpływowym. – Trudno jej było zachować rzeczowy i władczy ton, gdy ten mężczyzna był tak… blisko. Patrzył na nią jak na posiłek, nie jak na posłańca. – Wspominam o tym nie po to, by sugerować, że nie chce on wypełnić swych zobowiązań wobec pana. Wręcz przeciwnie. Jednak jego pozycja wymaga, byśmy załatwili sprawę z jak największą delikatnością. Mam nadzieję, że pan rozumie.

Nagle dotarło do niej mnóstwo bodźców. Uderzyły jednocześnie. Mężczyzna – Dominik, powiedziała sobie w duchu, bo to musiał przecież być on – niedawno brał prysznic. Widziała ślady wilgoci na jego długich włosach. Do tego czuła jego zapach: kombinację aromatu mydła z wonią ciepłego, czystego i zdecydowanie zdrowego mężczyzny.

Wszystko to wywołało u niej zawroty głowy, a serce tłukło jej się w piersi jak bęben.

Las zastygł dookoła nich w oczekiwaniu. Oczywiście, nie ucichł całkowicie, ale brakowało jej w nim uspokajających odgłosów miejskiego życia. Odwróciłyby jej uwagę od ciekawskiego, przeszywającego, jednolicie szarego spojrzenia.

Jej nerwy były bliskie zwarcia.

– Przepraszam – rzekła, jako alternatywę mając jedynie paniczną ucieczkę. – Czy mówi pan po angielsku?

Lekko ugiął kącik ust na poważnej twarzy. Z niezrozumiałych dla siebie powodów zastygła bez ruchu Lauren patrzyła, jak sięga ku niej, pokonując ostatnie dzielące ich kilkadziesiąt centymetrów.

Spodziewała się, że dotknie jej twarzy albo pogładzi ją po włosach. Nie zrobił żadnej z tych rzeczy. Poczuła pierwotne, dotkliwie głębokie uczucie rozczarowania, gdy zamiast tego chwycił palcami rąbek jej płaszcza.

Zupełnie, jakby sprawdzał jakość wełny.

– Co pan robi? – zapytała. Wszelkie nadzieje na zachowanie profesjonalnej pozy prysły. Kolana haniebnie jej miękły w bezprzykładnym akcie zdrady. Nie poznawała głosu, jaki z siebie wydała: przerywany gwałtownym, płytkim oddechem był zawstydzająco bezdźwięczny.

Był bliżej, niż powinien. Była pewna, że sama nie jest w stanie się wycofać. Przyglądając jej się, przechylił głowę w sposób, który sprawił, że zadrżała.

Zaraz potem całkowicie znieruchomiała.

– Piękna blondynka weszła do lasu, ubrana jedynie w jaskrawoczerwony płaszczyk. – Czuła, jakby rzucił na nią urok. Ponownie przyszły jej na myśl znane baśnie. Głos miał głęboki, bogaty w barwy, naznaczony lekkim akcentem. – Myślałaś, że jak się ta historia zakończy?

I wtedy nachylił się ku niej i ją pocałował.