Hiszpański bal

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Caitlin Crews

Hiszpański bal

Tłumaczenie: Anna Dobrzańska-Gadowska

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2021

Tytuł oryginału: Secrets of His Forbidden Cinderella

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2020

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2020 by Caitlin Crews

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2021

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-6436-5

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Jego ekscelencji nie ma w domu, proszę pani. – Lokaj pociągnął nosem i obrzucił gościa otwarcie niechętnym spojrzeniem. – Nie można tak po prostu wpaść z niezapowiedzianą wizytą do księcia Marinceli, dziewiętnastego noszącego ten tytuł, najszlachetniejszego granda Hiszpanii.

Amelia Ransom, ceniona jedynie przez najbliższych przyjaciół, bez względu na swoje niewątpliwie niskie pochodzenie, zmusiła się do uśmiechu.

– Wiem, że książę jest w domu – oświadczyła.

Jej znajoma, która mieszkała w jednej z okolicznych wiosek, poinformowała ją, że przed dwoma dniami należący do księcia samolot został zauważony w trakcie podchodzenia do lądowania. Poza tym nad rezydencją od dwóch dni powiewała flaga z rodowym herbem, a to oznaczało, że książę przebywa w domu.

– Źle mnie pani zrozumiała – odparł służący grobowym, przesyconym oburzeniem głosem, na dźwięk którego Amelia powinna z zawstydzeniem ukryć twarz w dłoniach i oddalić się truchcikiem.

I może faktycznie tak by się właśnie zachowała, gdyby nie to, że Teo de Luz, grand Hiszpanii, był jej przybranym bratem.

– Jego ekscelencji nie ma w domu dla pani – dokończył lokaj.

Kusiło ją, by na tym zakończyć sprawę. Nie dla przyjemności odbyła długi, męczący lot z San Francisco do Paryża, skulona na ostatnim miejscu, jakie linie lotnicze miały do zaoferowania, a następnie już znacznie krótszy z Paryża do Madrytu, nie dla zabawy wynajęła samochód, by poprzez łagodne wzgórza dotrzeć do posiadłości, która od wieków znajdowała się w posiadaniu rodziny de Luz.

– Myślę, że jego ekscelencja jednak zechce się ze mną zobaczyć – powiedziała, siląc się na spokój. – Naprawdę. Proszę go zapytać.

– Wykluczone – oznajmił mężczyzna lodowatym tonem. – Nie mam pojęcia, w jaki sposób wdarła się pani na teren posiadłości i dotarła aż tutaj, by dobijać się do drzwi rezydencji zupełnie jak… Zupełnie jak jakiś komiwojażer.

Zabrzmiało to tak, jakby praca komiwojażera była straszliwą przypadłością zdrowotną, czymś w rodzaju syfilisu albo jeszcze gorzej.

Gdyby służący wiedział, z jaką wiadomością przybyła Amelia, niewątpliwie przeżegnałby się pośpiesznie i może nawet splunął na ziemię… Zrozumiałaby taką reakcję, ponieważ sama miała podobne odczucia.

– Rozumiem, że za wszelką cenę chroni pan księcia przed wielbicielkami, które w każdej chwili mogą się starać go dopaść. – Uśmiechnęła się pogodnie, jakby lokaj był przyjaźnie nastawiony i gotowy wysłuchać jej argumentów. – W tej chwili jest chyba najpopularniejszym kawalerem na świecie, więc nawet się specjalnie nie dziwię.

Nieraz była świadkiem zamieszania, co wyprawiały kobiety w obecności Tea, i to jeszcze na długo, zanim odziedziczył książęcy tytuł. Właśnie dlatego nie próbowała przejechać przez główną bramę, o całe kilometry oddaloną od rezydencji, która w pełni zasługiwała na miano pałacu – tamtej bramy strzegli ochroniarze, mający za zadanie nie wpuszczać nieproszonych gości.

Amelia odpowiednio wcześnie skręciła w jedną z zapomnianych alejek, z której korzystali przede wszystkim główny łowczy i jego personel, a potem zostawiła wynajęte auto nad jeziorem, w miejscu, gdzie dawniej lubiła czytać. Stamtąd poszła pieszo, chcąc przewietrzyć głowę zmęczoną długim lotem i brakiem snu i przygotować się do czekającej ją rozmowy. Pewnie powinna była obmyśleć bardziej szczegółowy plan działania, ale nie zrobiła tego. Trudno.

Służący wyjął z kieszeni marynarki wąski smartfon, z niewątpliwym zamiarem wezwania ochrony. Tego Amelia nie chciała.

– Pewnie bierze mnie pan za jedną z fanek Tea – powiedziała szybko – ale ja jestem jego przybraną siostrą.

Lokaj nie zionął wprawdzie ogniem, protestując przeciwko nazwaniu księcia pana jego imieniem, ale zmierzył ją lekceważącym spojrzeniem.

– Książę nie posiada przybranej siostry.

– Byłam nią jakiś czas temu – wyjaśniła dziewczyna. – Sądzę jednak, że pewnych więzi nie da się zerwać razem z małżeństwem, prawda?

Jej uśmiech przygasł, ponieważ mężczyzna nadal patrzył na nią tak, jakby była gadającym szczurem.

– Mocno wątpię, czy jego ekscelencja uznaje jakiekolwiek więzi tego rodzaju – wycedził. – Pokrewieństwo łączy jego ekscelencję jedynie z przedstawicielami rodów arystokratycznych, a nawet królewskich, i wszystkie te koneksje są zapisane w oficjalnych dokumentach. Nie ma w nich żadnej wzmianki o jakichś przybranych siostrach.

W tej sytuacji nie pozostało jej nic innego, jak tylko wyciągnąć asa z rękawa.

– Ale nie wie pan, co Teo myśli o różnych rodzinach, z którymi jego ojciec związał się przez małżeństwa, mam rację? Naprawdę chce pan mnie odprawić, nie zapytawszy księcia o zdanie?

Długą chwilę oboje patrzyli na siebie w milczeniu, czekając, kiedy to drugie wreszcie się podda.

Amelia żałowała, że nie zatrzymała się gdzieś, żeby przynajmniej trochę się odświeżyć. W San Francisco wrzuciła na siebie to, co akurat wpadło jej w ręce, i obawiała się, że teraz było to widać. Nie przejmowała się, że Teo zobaczy ją w zmaltretowanym po podróży ubraniu, powinna była jednak pamiętać, że służący w takich rezydencjach są znacznie większymi snobami niż ich wysoko urodzeni pracodawcy. Jej wełniana kurtka skutecznie osłaniała przed zimnym styczniowym wiatrem, ale była już mocno znoszona, dżinsy, w których spała w samolocie, najlepsze chwile miały za sobą i były aż nadto wyraźnie amerykańskie, a buty, w domu czyste i całkiem porządne, teraz, w bladym świetle hiszpańskiego poranka, wręcz domagały się różnych związanych z pastą zabiegów.

Wszystko to było wyraźnie widoczne, szczególnie w obliczu faktu, że pałac rodu de Luz przypominał budowlę z bajki. Posiadał wieżyczki i wyniosłe wieże, skrzydła z jednej i drugiej strony, a otoczony był nienagannie utrzymanymi trawnikami, sięgającymi aż po horyzont.

Wszyscy mężowie matki Amelii byli utytułowanymi dżentelmenami, przedstawicielami rodów z najwyższymi koneksjami, celebrytami i politykami, których sławetna Marie French oczarowała, rzuciła na kolana, a następnie zostawiła, jednak żaden nie zrobił na dziewczynie tak wielkiego wrażenia jak Luis Calvo, osiemnasty z kolei książę Marinceli, ojciec Tea. W czasie trwania tego małżeństwa nastoletnia Amelia znalazła się w samym środku świata rodziny de Luz, niesłychanie arystokratycznego, bogatego i ekskluzywnego.

Doświadczenie to okazało się równie ekscytujące, co niszczące. Marie zawsze wybierała bardzo bogatych mężczyzn, lecz rozmiary majątku rodu de Luz trudno było sobie wyobrazić. Majątek ten gromadziło i konsolidowało dziewiętnaście pokoleń potężnych, niezwykle wpływowych ludzi.

Po rozwodzie z Luisem Calvo Amelia nie wróciła do równowagi równie szybko jak po innych małżeństwach, które na przestrzeni lat zawierała jej matka. I chodziło tu nie tylko o sam związek, ale i o to szczególne, urokliwe miejsce, a jeszcze bardziej o mężczyznę, który mieszkał tu teraz, odziedziczywszy je po śmierci ojca. Mężczyznę, o którym starała się zapomnieć tak intensywnie, lecz problem, jaki powstał w rezultacie tych starań, okazał się jeszcze większy.

Przyjechałam tu, żeby wypracować jakieś rozwiązanie, powiedziała sobie.

Teo de Luz, kiedyś jej ponury, surowy i wrogo nastawiony przybrany brat, obecnie książę, jeden z najwyżej postawionych grandów Hiszpanii, nie należał do ludzi, na których można natknąć się gdzieś przypadkiem. Nie można było liczyć, że spotka się go w jakiejś kawiarni, pewnie dlatego, że był właścicielem połowy plantacji kawy w Kenii. Nie zaglądał do publicznych siłowni i nie zniżał się do jadania w restauracjach czy barach. Teo zatrudniał szoferów, latał własnymi odrzutowcami, sklepy zamykano, by mógł spokojnie dokonać zakupów, restauracje oferowały mu prywatne sale, a w tych nielicznych popularnych miejscach, gdzie nie posiadał własnych rezydencji, zatrzymywał się w wynajętych, ustronnych willach, nigdy w publicznych hotelach.

 

Instytucje, w których szukał rozrywki, nie umieszczały tablic z nazwami na swoich drzwiach. Wybrani wiedzieli, gdzie ich szukać, a inni nie, po prostu.

Jako córka Marie French, Amelia dorastała w bezpośrednim sąsiedztwie wielkich fortun, ale nigdy z nich nie korzystała. Jej matka cieszyła się wątpliwą sławą z powodu swoich licznych rozwodów i z pewnością zgromadziła przyjemną sumkę z alimentów, ugód rozwodowych, biżuterii oraz nieruchomości, podarowanych przez tego czy innego kochanka, lecz bogactwo i wpływy będące w posiadaniu rodziny de Luz znajdowały się całkowicie poza jej zasięgiem, także i dlatego, że takiej potęgi nie była w stanie zbudować jedna osoba.

Coś takiego wymagało pracy dwudziestu pokoleń.

Gdyby Amelia mogła cofnąć czas lub wymazać związany z Teem fragment swojej przeszłości, nie wahałaby się ani chwili. Niestety, było to myślenie życzeniowe.

– Proszę powiedzieć Teowi, że to ja – poleciła z uśmiechem górującemu nad nią mężczyźnie. – Amelia. Jego ulubiona przybrana siostra.

Doskonale wiedziała, że nie jest ulubioną przybraną siostrą Tea i że zwykła ludzka sympatia w ogóle nie wchodzi tu w grę, ale tą informacją nie zamierzała się z nikim dzielić. Poczuła, jak zimny wiatr kąsa jej nogi i przez głowę przemknęła jej myśl, że lokaj zaraz zatrzaśnie jej ciężkie odrzwia przed nosem i wezwie ochroniarzy, by usunęli ją z terenu książęcej posiadłości.

Miała nawet nadzieję, że tak się stanie. Bo przecież to, że przyleciała do Hiszpanii, zapukała do jego drzwi i podjęła próbę przekazania mu wiadomości, którą musiała mu przekazać, powinno być wystarczające. Najzupełniej, a nawet aż nadto.

Nie mogła zrobić nic więcej. Nie jej wina, że Teo postanowił zabarykadować się w swojej rezydencji.

Ostatniej jesieni był bardziej przystępny, odezwał się cichy głos w jej głowie. Chyba głos sumienia, niestety.

Ostatnim razem była tu pod koniec września. Zjawiła się pod osłoną nocy, wtapiając się w tłum, który kłębił się na terenie posiadłości z okazji maskarady, którą organizowano tu każdej jesieni dla upamiętnienia urodzin dziesiątego księcia Marinceli. Pałac jaśniał w ciemności niczym jakaś fantastyczna budowla.

Przyjechała tu wtedy w zupełnie innym celu. Upatrywała w tej wizycie jedyną okazję do przeprowadzenia czegoś w rodzaju egzorcyzmu i zrobiła wszystko, by odnieść sukces. Ubrała się w zupełnie nie swoim stylu, posunęła się nawet tak daleko, że ufarbowała włosy i włożyła barwione szkła kontaktowe, ponieważ miała fiołkowe oczy matki, oczy, które ludziom raczej zapadały w pamięć.

Przez następne miesiące szczerze sobie gratulowała. Cóż, czasami terapia wstrząsowa była najskuteczniejszą metodą. I nawet gdy zrozumiała, co tak naprawdę zrobiła, nie żałowała swojej decyzji, lecz tylko jej rezultatu.

Jednak teraz, blisko południa tego zimnego dnia, nie czuła się najlepiej. Tę część Hiszpanii smagała ponura zimowa burza, która sprawiła, że jazda samochodem z Madrytu nie była łatwa. W górach drogi były oblodzone i Amelia musiała naprawdę bardzo uważać. Nie miała wielkiej ochoty na podróż powrotną w takich samych warunkach, szczególnie jeśli nie udałoby jej się zdobyć tego, po co przyjechała.

Zawsze mogła jeszcze wynająć pokój w jakimś hotelu albo opracować nowy plan, jak porozmawiać z Teem, albo po prostu wrócić do domu i stawić czoło nowemu życiu. Zaczęła się już zastanawiać, jak będzie ono wyglądać, kiedy służący cofnął się i skinął głową.

Niechętnie, ale jednak.

– Proszę zaczekać tutaj – powiedział, gestem zapraszając ją do holu, niepodobnego do żadnego innego.

Zawsze wydawało jej się, że jest jak sala balowa, z żyrandolami, lustrami w pięknych ramach i mozaikowymi ścianami. Rezydencja rodziny de Luz nie robiła szczególnie przyjaznego wrażenia, raczej odwrotnie – była to forteca, twierdza, miejsce schronienia pozbawionego tronu władcy, przyjścia na świat królowej oraz scena wielu innych dramatycznych wydarzeń, o których nastoletnia Amelia z wypiekami na twarzy czytała w długie, samotne zimowe wieczory.

Z holu przechodziło się prosto do olbrzymiej, zajmującej trzy piętra biblioteki, bogatszej niż wiele uniwersyteckich kolekcji.

Amelia uśmiechnęła się do lokaja, nieco nieszczerze, to prawda, lecz on nie odwzajemnił się tym samym. Cicho zamknął ciężkie drzwi, wskazał dziewczynie kamienną ławę pod ścianą i w milczeniu czekał, aż usiądzie.

– To prywatny dom, proszę pani, nie muzeum – oświadczył. – Z całą pewnością nie jest otwarty dla zwiedzających. Proszę się stąd nie ruszać, rozumie pani?

– Oczywiście. – Amelia lekko ściągnęła brwi, zupełnie jakby taka myśl była jej całkowicie obca.

Dziesięć lat temu, kiedy pałac był jej domem, przynajmniej z nazwy, również nie czuła się tu swobodnie. Teo bynajmniej nie ukrywał przed nią, że nie jest tu mile widziana, a jego chłodny, pełen dystansu ojciec interesował się wyłącznie swoją świeżo poślubioną żoną. Służba miała własne zdanie na temat osławionej Marie French i z pewnością nie cieszyła się, że ktoś taki został ich nową panią. Nastoletnia córka Marie była tylko, w najlepszym razie, ofiarą w tej dziwnej wojnie, a w każdym razie właśnie tak się czuła.

Wiecznie poważny, pełen nieskrywanego niesmaku Teo, ze swoimi ognistymi czarnymi oczami, orlim arystokratycznym nosem i zmysłowymi wargami nawiedzał jej sny częściej, niż chciałaby się do tego przyznać. Znaczenie tych snów zrozumiała dopiero znacznie później, lecz to niewiele jej pomogło.

Zeszłego lata podjęła próbę dokonania dużych życiowych zmian. Przede wszystkim na dobre osiadła w San Francisco – nie chciała więcej podróżować z matką, zmuszana do odgrywania ról, które coraz mocniej nadwyrężały ich i tak już niekonwencjonalne więzi. Pierwsza okazja do zmian nadarzyła się wcześniej, kiedy Amelia postanowiła pójść do college’u. Marie uznała to za zjawisko zabawne i kompletnie niezrozumiałe.

– Tak naprawdę liczy się tylko szkoła życia, głuptasie – oświadczyła, parskając śmiechem. – I na dodatek nie trzeba za nią płacić.

W przeciwieństwie do wielu innych wesołych „zawodowych” rozwódek, Marie zawsze otwarcie cieszyła się z posiadania dziecka, czego zupełnie nie rozumiały tabloidy. Trudno było ją jednoznacznie zaszufladkować. Czy polowała na bogatych mężczyzn? Pewnie tak, ale jednocześnie była też ujmująca i pełna uroku. Kolekcjonowała mężów, ponieważ traciła dla nich głowę i serce, wydawała ich pieniądze, bo je mieli, a kiedy ją znudzili, zostawiała ich i szła dalej. I mimo wszystkich jej wad wielu z jej porzuconych mężczyzn nadal uganiało się za nią po całym świecie, za wszelką cenę pragnąc ponownie ją zdobyć.

Amelia nigdy nie potrafiła powiedzieć, czy podziwia matkę, czy jest bezradna wobec jej zachowań.

– Nie wydaje mi się, aby łatwe życie, finansowane z alimentów wypłacanych przez bogatych mężczyzn, mogło pretendować do nazwy „szkoły” – powiedziała.

Marie wymownie wyrzuciła ręce do góry i Amelia zrozumiała, że odniosła pierwsze zwycięstwo.

Uwielbiała college. Spędziła w Bostonie cztery cudowne lata, ucząc się, spacerując ulicami, przesiadując w parku w rozleniwione letnie popołudnia; w weekendy zwiedzała malutkie portowe miejscowości, rozsiane wzdłuż skalistego wybrzeża Maine, rozbijała namiot w Berkshires, złotą jesienią wyprawiała się na piesze wędrówki po całej Nowej Anglii, kupując świeżutki syrop klonowy w Vermont i zatrzymując się na noc na farmach przywodzących na myśl powieści Edith Wharton.

Studiowała antropologię, socjologię i poezję, zaliczyła jednak także kursy biznesowe i finansowe, które dały jej solidne podstawy do zajęcia się sprawami matki. I przez cztery wspaniałe lata była „tylko” studentką jednej z najlepszych uczelni w kraju. Kiedy odebrała dyplom, wróciła do pracy, do której przygotowywała się przez całe życie – została osobistą asystentką Marie, jej finansowym menedżerem, specjalistką od marketingu oraz, aż zbyt często, dostępną dwadzieścia cztery godziny na dobę terapeutką.

Właśnie ta ostatnia rola najszybciej zmęczyła Amelię. W czerwcu ubiegłego roku postanowiła poświęcić więcej uwagi własnemu życiu i zamieszkać w pięknym San Francisco.

– Ale ja prawie nigdy nie zaglądam do San Francisco – zaprotestowała Marie.

I roześmiała się, gdy Amelia w odpowiedzi tylko popatrzyła na nią bez słów.

– W porządku. – Poklepała córkę po dłoni.

Lato w San Francisco okazało się dokładnie tym, o czym Amelia zawsze marzyła. Miała dwadzieścia sześć lat i niewątpliwie był to idealny wiek na rozpoczęcie samodzielnego życia w tym zachwycającym, czarownym mieście. Sprawy matki mogła śmiało monitorować z daleka – okoliczności tylko z rzadka wymagały, by osobiście uporządkowała chaos rozpętany przez Marie gdzieś na drugim końcu świata.

Doszła nawet do wniosku, że mogłaby zacząć umawiać się na randki, bo przecież, jak twierdzili jej przyjaciele i znajomi, tak zachowują się normalni ludzie, którzy nie zawierają małżeństw w bezmyślnym pośpiechu, aby potem dostarczać adwokatom możliwości łatwego zarobku.

Jednak za każdym razem, kiedy starała się zapomnieć o całym świece pod wpływem namiętności – lub trzeciego kieliszka wina – wyobraźnia podsuwała jej tamtą niemożliwą do wyrzucenia z pamięci twarz – ogniste czarne oczy, wydatny nos, zmysłowe wargi, profil jak z rewersu starej monety.

Do diabła z tym Teem.

Okropna prawda, którą odkryła zeszłego lata, polegała na tym, że w żaden sposób nie umiała się uwolnić spod uroku, jaki rzucił na nią były przybrany brat. I całkiem możliwe, że nigdy nie pomyślałaby o wyprawie do Hiszpanii, gdyby nie to, że akurat i tak była już w Europie, bo Marie, jak zwykle, potrzebowała jej obecności w kluczowym momencie życia, jakim nieodmiennie było zakończenie kolejnego romansu i rozpoczęcie następnego, tym razem we Włoszech.

W takiej sytuacji nie powinno dziwić nikogo, a najmniej samą Amelię, że zaczęła myśleć o maskaradzie na terenie hiszpańskiej posiadłości rodziny de Luz. Nie miała cienia wątpliwości, że maskarada stwarza doskonałą okazję do rozprawienia się z Teem, raz na zawsze. Do wyrzucenia go z pamięci, ze swego organizmu. Musiała to zrobić, ponieważ czuła, że aby rozpocząć tak upragnione normalne życie, powinna zmierzyć się z Teem.

Ta myśl na dobre zagnieździła się w jej głowie i nie dawała jej spokoju. Tak czy inaczej, ostatecznie uległa wewnętrznemu imperatywowi i dość szybko odkryła, że wcale nie rozwiązała dręczącego ją problemu, lecz raczej osobiście stworzyła sytuację, której przyszło jej gorzko żałować.

I oto teraz była tutaj, w punkcie wyjścia, jeśli można tak powiedzieć. Trzy miesiące po tamtym wydarzeniu siedziała na kamiennej ławie, otoczona starymi rzeźbami, których oczy wpatrywały się w nią krytycznie, zupełnie jakby wiedziały, co zrobiła, i potępiały ją z całą surowością.

Rozpięła kurtkę, pozwalając klapom kołnierza opaść na boki. Już całe wieki temu nauczyła się, że udawanie kogoś innego nie ma najmniejszego sensu – była Amerykanką i wszelkie próby przesłonięcia tego obrazu były z góry skazane na porażkę. Nie ulegało wątpliwości, że określona grupa Europejczyków mogła uważać ją za niepasującą do ich towarzystwa, zresztą nawet gdyby stosowała się do najbardziej poprawnych zasad wychowania, i tak zawsze postrzegano by ją przez to szczególne szkiełko, jakim była jej matka.

Dobrze natomiast było pamiętać, że to, czego nie da się zmienić, można wykorzystać jako broń.

Z dala dobiegł ją odgłos zbliżających się kroków, wyprostowała więc ramiona i wzięła głęboki oddech, ale w drzwiach znowu stanął służący. Zmierzył ją podejrzliwym wzrokiem, jakby był prawie pewny, że pod jego nieobecność wycięła parę bezcennych płócien z ram, zwinęła je w rulon i wetknęła sobie za pasek dżinsów, i nie odpowiedział na jej szeroki uśmiech. Jakżeby inaczej.

– Proszę za mną – przemówił ociekającym dezaprobatą głosem. – Książę jest bardzo wpływowym człowiekiem i, co za tym idzie, ogromnie zajętym. To zaszczyt, że zgodził się poświęcić pani kilka chwil.

– Nie zapomnę mu podziękować, na pewno. – Amelia podniosła się. – I to bardzo serdecznie.

Jej słowa nie zrobiły na starszym mężczyźnie oczekiwanego wrażenia. Odwrócił się na pięcie i ruszył ku długiej galerii, łączącej główną część pałacu z jego skrzydłami. Ze ścian patrzyły na Amelię portrety czarnookich, wyniosłych mężczyzn w historycznych strojach. Doskonale je pamiętała, bo była tu przecież wcześniej, jako szesnastolatka, z zafascynowaniem obserwując ewolucję rysów Tea poprzez wieki i pokolenia.

Wszystkie pokoje i inne pomieszczenia, przez które przechodzili, były takie same – wszystko tu lśniło, wszystko było w doskonałym guście, żadnych drobiazgów, bibelotów ani rzeczy osobistych. Nigdzie żadnych wystających spod kanapy kapci ani zostawionych na stole kubków po kawie czy herbacie. I trudno było nawet mówić tu o antykach, ponieważ każdy przedmiot i sprzęt był praktycznie bezcenny – najdosłowniej bezcenny, gdyż ich wartość wykraczała poza granice wyobraźni przeciętnego człowieka. Dom pełen był starannie wybranych i dobranych dzieł sztuki, zakupionych lub podarowanych rodzinie przez przyjaciół, wasali i sojuszników.

 

Lokaj zatrzymał się przed zamkniętymi drzwiami, otworzył je i ruchem głowy polecił dziewczynie wejść do środka. Amelia uświadomiła sobie, że musi to być gabinet księcia. Dziesięć lat temu ojciec Tea spędzał tu całe dni, kiedy przebywał w domu, stąd nadzorując i prowadząc swoje interesy.

Dopiero teraz, gdy przekroczyła próg gabinetu, uświadomiła sobie, że ten pokój różni się od innych. Emanował wprawdzie bogactwem i spokojną elegancją, ale półki pełne były książek, które tworzyły osobistą kolekcję i z których wyraźnie korzystano, a na parapecie nad kominkiem stały rodzinne zdjęcia w skromnych ramkach, zupełnie jakby mieszkał tu normalny człowiek, zbierający nie tylko cenne przedmioty, lecz także wspomnienia. Przez oszkloną kopułę i ogromne okno wpadało do środka rozproszone światło zimowego dnia.

Amelia rozejrzała się powoli i ostrożnie, dopiero teraz w pełni świadoma swego przerażenia, i wreszcie zatrzymała wzrok na mężczyźnie, który tu na nią czekał, oparty o masywne, bardzo stare i bardzo piękne biurko. Teo de Luz, kiedyś jej przybrany brat, a dziś poważny życiowy problem, żywo przypominał jedną ze zdobiących pałacowe korytarze rzeźb, stworzonych przez dawnych mistrzów o zaczarowanych dłoniach.

Był piękny, pewny siebie i wyniosły, chyba jeszcze bardziej imponujący niż jego rezydencja. Amelia odchrząknęła, podniosła głowę i odkryła, że nie jest w stanie wykrztusić ani słowa, bo Teo wydał jej się kimś więcej niż zwyczajny mężczyzna. Takim go zapamiętała – był wyższy, lepiej zbudowany, szerszy w ramionach i złożony prawie wyłącznie z mięśni. Jego czarne oczy lśniły, włosy nadal były kruczoczarne, krótko ostrzyżone, bez choćby cienia siwizny na skroniach, wyraźnie zaznaczone kości policzkowe współgrały z ostrą, męską linią nosa, a zarys niemożliwie zmysłowych warg budził podniecenie.

Szczególnie teraz, gdy wiedziała, co potrafił nimi robić.

Tamtej wrześniowej nocy nie widziała go dokładnie, zresztą między innymi o to jej chodziło. Była wtedy śmiała, wręcz wyzywająca, a on zareagował na jej poczynania płomienną namiętnością, która dosłownie pozbawiła ją tchu i rzuciła prosto w jego ramiona. Kochali się pod ścianą, nie mogąc czekać ani chwili dłużej, a później w salonie, nadal w maskaradowych kostiumach, w ubraniach pośpiesznie zsuniętych lub zdartych, w pośpiechu i pożądaniu.

Szybko się okazało, że tego pośpiechu i pożądania było aż zbyt dużo. I to mimo tego, że Teo na jej oczach założył prezerwatywę.

Teraz patrzył na nią badawczo, bez tamtego lekkiego uśmiechu. Obserwował ją zimno, surowo, z dezaprobatą. Zbyt późno, jak zawsze, przypomniała sobie, że nosił w sobie dziedzictwo wielu pokoleń, że był księciem, człowiekiem potężnym i niezwykle wpływowym.

Dziesięć lat temu, kiedy w ogóle zdarzyło mu się na nią spojrzeć, patrzył na nią właśnie w taki sposób. Tyle że teraz odbierała to znacznie gorzej.

– Co za niespodzianka – odezwał się spokojnie. – I to bynajmniej nie bardzo przyjemna.

Uniósł jedną czarną jak atrament brew i mało brakowało, by Amelia dygnęła uniżenie.

– Cześć, Teo – odparła.

Jak ostatnia idiotka.

– Musisz mi przypomnieć swoje imię – powiedział. – Obawiam się, że nie zachowałem w pamięci szczegółów wszystkich nieszczęsnych romantycznych wyborów mojego ojca.

Nie wierzyła, że rzeczywiście nie wiedział, kto przed nim stoi.

– Rozumiem to. – Kiwnęła głową. – Ja także musiałam wyrzucić z pamięci co najmniej kilka małżeństw mojej matki.

Nad idealną dolną szczęką Tea zadrgał jakiś mięsień.

– Pozwól, że ostrzegę cię, zanim posuniemy się dalej – rzekł. – Jeżeli przyjechałaś w celu wyciągnięcia ode mnie pieniędzy z powodu jakichś więzi, o których zapomniałem, zanim zostały zerwane, to spotka cię rozczarowanie. A ponieważ nie przychodzi mi do głowy żaden inny powód, dla którego mogłabyś zakłócać mój spokój, to muszę cię poprosić, żebyś wyszła.

Amelia zmierzyła go uważnym spojrzeniem.

– Mogłeś przekazać mi tę wiadomość przez lokaja.

– Przyznaję, że uległem ciekawości, która teraz została już zaspokojona. Więc możesz odejść.

Amelia z trudem zapanowała nad automatycznym odruchem posłuszeństwa.

– Nie chcesz się dowiedzieć, dlaczego przyjechałam?

– Z całą pewnością nie.

– W takim razie nie zajmie to dużo czasu.

Czuła… Czuła aż za dużo. Przede wszystkim wstyd, że przyjechała tu do niego, że uznała taką konieczność i uległa jej. Matka zawsze jej powtarzała, żeby nie odkładać tego, co nieprzyjemne, bo im szybciej zakończy przykrą sytuację, tym więcej będzie miała czasu, by myśleć o tym, co dobre.

Więc co z tego, że teraz trudno jej było wydobyć głos z suchego gardła?

– Jestem w ciąży – oznajmiła. – Ty jesteś ojcem dziecka. I nie mów, że to niemożliwe, bo byłam tu podczas maskarady ubiegłej jesieni. Tak, z włosami ufarbowanymi na rudo. A ponieważ pytałeś, przypomnę ci, że nazywam się Amelia Ransom. Kiedyś byłeś moim przybranym bratem. Mam nadzieję, że to ci nie przeszkadza.