Siostrzeniec CzarodziejaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Siostrzeniec Czarodzieja
Siostrzeniec Czarodzieja
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 40,90  32,72 
Siostrzeniec Czarodzieja
Siostrzeniec Czarodzieja
Siostrzeniec Czarodzieja
Audiobook
Czyta Agnieszka Greinert, Jerzy Zelnik
25 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– I tam właśnie, jak sądzę, wysłałeś Polę? – zapytał Digory z policzkami czerwonymi od gniewu. – Więc powiem ci – dodał – powiem ci, co myślę, mimo że jesteś moim wujem. Zachowałeś się jak tchórz, wysyłając małą dziewczynkę tam, dokąd sam boisz się udać.

– Dosyć, mój panie! – zawołał wuj Andrzej, uderzając dłonią w stół. – Nie będę wysłuchiwał takich rzeczy z ust małego, brudnego uczniaka. Niczego nie rozumiesz. Jestem wielkim uczonym, magiem, wtajemniczonym, który PRZEPROWADZA EKSPERYMENT. To oczywiste, że potrzebne mi są stworzenia, NA KTÓRYCH mogę eksperymentować. Coś takiego! Za chwilę powiesz, że powinienem był poprosić o pozwolenie świnki morskie! Nie osiąga się wielkiej mądrości bez ofiar. Ale pomysł, żebym to ja sam był przedmiotem mojego eksperymentu, jest naprawdę śmieszny! To tak, jakbyś żądał od generała, by walczył jak prosty żołnierz. A przypuśćmy, żebym zginął, co wówczas stałoby się z dziełem całego mojego życia?

– Och, mam już dość tego kazania! – przerwał mu Digory. – Czy zamierzasz sprowadzić Polę z powrotem?

– Miałem ci właśnie powiedzieć, kiedy tak grubiańsko mi przerwałeś, że znalazłem w końcu sposób na drogę powrotną. Te zielone obrączki pozwalają wrócić do naszego świata.

– Ale przecież nie dałeś Poli zielonej obrączki!

– Nie – zgodził się wuj Andrzej, wybuchając okrutnym śmiechem.

– A więc ona nie może wrócić! – zawołał Digory. – To przecież tak, jakbyś ją zamordował!

– Ona może wrócić – powiedział wuj Andrzej spokojnie – jeśli ktoś drugi przeniesie się do Innego Świata za pomocą żółtej obrączki, zabierając ze sobą dwie zielone: jedną dla siebie, drugą dla niej.

Dopiero teraz Digory zrozumiał, że został schwytany w pułapkę, i wpatrywał się w wuja Andrzeja bez słowa z szeroko otwartymi ustami i pobladłymi policzkami.

– Mam nadzieję – rzekł w końcu wuj Andrzej dobitnym i nieco namaszczonym głosem, jakby był wspaniałym wujem, który właśnie dał komuś solidny napiwek i jakąś dobrą radę – MAM NADZIEJĘ, Digory, że nie okażesz się tchórzem. Byłbym naprawdę niepocieszony, gdyby się okazało, że jeden z członków naszej rodziny nie znajdzie w sobie dość honoru i rycerskości, by przyjść z pomocą... eeee... damie w niebezpieczeństwie.

– Och, przestań! – krzyknął Digory. – Gdybyś w ogóle miał jakiś honor i to wszystko, sam byś się tam udał. Ale wiem dobrze, że na to cię nie stać. Dobra. Widzę, że muszę to zrobić. Powiem ci tylko, że jesteś prawdziwym potworem. Podejrzewam, że wszystko to dobrze zaplanowałeś, tak aby ona przeniosła się tam, nie wiedząc, co czyni, i abym ja udał się w ślad za nią.

– Ależ oczywiście! – przyznał wuj Andrzej z jadowitym uśmiechem.

– Pięknie. Zrobię to. Ale jest jeszcze jedna rzecz, którą muszę ci przedtem powiedzieć. Aż do dzisiaj nie wierzyłem w żadne czary. Teraz widzę, że się myliłem. Jeśli tak się rzeczy mają, to te wszystkie starodawne opowieści o wróżkach i czarach mogą być mniej lub bardziej prawdziwe. A ty jesteś po prostu przeklętym, okrutnym czarodziejem, o jakich się mówi w tych opowieściach. I powiem ci, nigdy jeszcze nie czytałem takiej, w której osobnicy twego pokroju nie dostaliby w końcu za swoje. Założę się, że i ciebie to spotka. I będzie to, mam nadzieję, sowita zapłata.

Ze wszystkich słów, jakie Digory wypowiedział w pracowni wuja, dopiero te ostatnie zrobiły na nim wrażenie. Poderwał się, a na jego twarzy odmalowała się taka zgroza, że choć był prawdziwym potworem, budził jednak współczucie. Lecz trwało to bardzo krótko. W chwilę później zdobył się na nieco wymuszony uśmiech i powiedział:

– Tak, tak, to chyba zupełnie naturalne dla chłopca wychowanego wśród kobiet. Opowieści starej babci, co?... Nie sądzę, abyś musiał teraz martwić się o MNIE, Digory. Czy nie powinieneś raczej niepokoić się o losy swojej małej przyjaciółki? Jest już tam od dłuższego czasu. Jeśli czyhają na nią TAM jakieś niebezpieczeństwa... no cóż, byłoby ci chyba przykro, gdybyś przybył o sekundę za późno.

– CIEBIE to guzik obchodzi! – zawołał Digory ze złością. – Niedobrze mi się robi od tego gadania. Co mam zrobić?

– Naprawdę musisz się nauczyć panować nad sobą, mój chłopcze – rzekł chłodno wuj Andrzej – bo wyrośniesz na człowieka podobnego do ciotki Letycji. No, ale dość tego. Teraz posłuchaj uważnie.

Wstał, włożył parę rękawic i podszedł do stołu, na którym leżała tacka z obrączkami.

– Zaczynają działać dopiero wtedy – powiedział – gdy dotkną skóry. W rękawiczkach mogę je podnieść... o, tak jak teraz... i nic się nie dzieje. Jeśli będziesz je miał w kieszeni, nic się nie stanie, chyba że włożysz tam rękę i dotkniesz żółtej obrączki, znikniesz z tego świata. Kiedy już będziesz w Innym Świecie, to ZAKŁADAM... oczywiście nie zostało to jeszcze sprawdzone, ale ZAKŁADAM... że w chwili, gdy dotkniesz zielonej obrączki, znikniesz z tamtego świata i... ZAKŁADAM... pojawisz się znowu w tym. Teraz posłuchaj. Biorę te dwie zielone i wkładam ci do prawej kieszeni. Zapamiętaj to dobrze. PRosto na ZIEmię! PR to początek słowa „prawa”, a ZIE to początek słowa „zielona”. PRosto na ZIEmię! – i sięgasz do PRawej kieszeni po ZIEloną obrączkę. Jedna jest dla ciebie, druga dla tej dziewczynki. A teraz weź tę żółtą. Na twoim miejscu założyłbym ją sobie na palec. W ten sposób na pewno jej nie zgubisz.

Digory już miał dotknąć żółtej obrączki, gdy nagle powstrzymał się.

– Zaraz – powiedział. – A co z moją matką? Co będzie, jak zapyta, gdzie jestem?

– Im wcześniej wyruszysz, tym szybciej wrócisz – odrzekł wuj Andrzej beztrosko.

– Ale tak naprawdę, to nie wiadomo, czy w ogóle wrócę – zauważył Digory ponuro.

Wuj Andrzej wzruszył ramionami, podszedł do drzwi, przekręcił klucz, otworzył je i powiedział:

– Proszę bardzo. Jak sobie życzysz. Idź na dół i zjedz obiad. Zostaw swoją przyjaciółkę w Tamtym Świecie. Jeśli w tym czasie zostanie pożarta przez dzikie zwierzęta, jeśli się utopi lub umrze z głodu albo jeśli się zgubi i zostanie tam na zawsze – pamiętaj, że to będzie twój wybór. Mnie jest wszystko jedno. Tylko dobrze by było, żebyś przed podwieczorkiem wpadł do pani Plummer i wyjaśnił jej, że już nigdy nie zobaczy swojej córeczki, bo bałeś się dotknąć tej obrączki.

– A niech cię diabli porwą! – zawołał Digory. – Chciałbym być teraz tak duży, żeby cię rąbnąć w łeb!

Potem zapiął kurtkę, wziął głęboki oddech i podniósł obrączkę. I pomyślał wówczas, a i później zawsze myślał tak samo, że po prostu nie mógł postąpić inaczej.

ROZDZIAŁ 3

Las Między Światami


PRACOWNIA WUJA ANDRZEJA NAGLE ZNIKŁA. Na moment wszystko się zamazało, poplątało i zawirowało. A potem Digory zobaczył zielone, mgliste światło padające na niego z góry i ciemność przed sobą. Wyglądało na to, że jest zawieszony w jakiejś przestrzeni; trudno było powiedzieć, czy stoi, czy leży, czy siedzi. Nic go nie dotykało. „Chyba jestem w wodzie – pomyślał Digory. – Albo raczej POD wodą”. Ta myśl go przeraziła, ale prawie natychmiast poczuł, że unosi się szybko do góry. A potem jego głowa wynurzyła się nagle na powietrze i po chwili wczołgiwał się już na gładki, porośnięty trawą brzeg sadzawki. Kiedy się podniósł, zauważył, że ani nie jest mokry, ani też nie łapie z trudem powietrza, jak należałoby oczekiwać po kimś, kto przed chwilą wynurzył się spod wody. Stał na brzegu niewielkiej sadzawki – ze trzy metry średnicy – w jakimś lesie. Drzewa rosły dość blisko siebie i były tak gęsto pokryte liśćmi, że nie prześwitywał przez nie ani kawałek nieba. Przez liście sączyło się tylko zielone światło, ale gdzieś wyżej musiało świecić mocne słońce, bo zielona poświata była jasna i ciepła. Trudno sobie wyobrazić bardziej cichy las. Nie widział tu ani ptaków, ani owadów, ani zwierząt, ani wiatru. Czuł prawie, jak rosną drzewa. Prócz sadzawki, z której właśnie wyszedł, było tam mnóstwo innych – sadzawka obok sadzawki, co parę metrów, jak daleko mógł sięgnąć wzrokiem. Czuł prawie, jak drzewa piją korzeniami wodę. Pomimo ciszy i bezruchu był to bardzo ŻYWY las. Kiedy Digory próbował go później opisać, mówił: „Było to bardzo BOGATE miejsce, tak bogate, jak świąteczne ciasto ze śliwkami”.

Najdziwniejsze, że Digory prawie zupełnie zapomniał, w jaki sposób tu się znalazł. W każdym razie nie myślał wcale o Poli, o wuju Andrzeju, a nawet o matce. Nie czuł też w ogóle strachu, podniecenia lub zdziwienia. Gdyby go ktoś zapytał: „Skąd przybyłeś?”, odpowiedziałby chyba: „Zawsze tu byłem”. Tak właśnie się czuł: jak ktoś, kto zawsze tu był i nigdy się nie nudził, chociaż tutaj nigdy nic się nie zdarzało. Wiele lat później opisywał to tak: „To nie jest taki rodzaj miejsca, w którym się coś dzieje. Drzewa wciąż rosną... to wszystko”.

Digory patrzył i patrzył na ten dziwny las i dopiero po długim czasie spostrzegł pod jednym z drzew jakąś dziewczynkę leżącą na plecach. Powieki miała przymknięte, ale nie do końca, jakby znajdowała się między snem a przebudzeniem. Aż w końcu otworzyła szeroko oczy, popatrzyła na niego długo – i nic nie powiedziała. A później, po długiej chwili milczenia, przemówiła sennym, pełnym zadowolenia głosem:

– Myślę, że gdzieś już ciebie widziałam.

– I ja myślę podobnie o tobie – rzekł Digory. – Długo tu jesteś?

– Och, chyba byłam tu zawsze... Zresztą... nie wiem. W każdym razie od dawna.

– I ja też – powiedział Digory.

– Nie, ty nie. Widziałam, jak przed chwilą wyszedłeś z sadzawki. – Tak, chyba tak... – zgodził się Digory nieco zaskoczony. – Musiałem zapomnieć.

Milczeli oboje przez dłuższy czas.

– Posłuchaj – odezwała się wreszcie dziewczynka – czy my naprawdę nie spotkaliśmy się już przedtem? Mam jakieś takie wspomnienie... jakiś obraz w głowie... chłopiec i dziewczynka, tacy jak my, żyjący zupełnie gdzie indziej, robiący różne rzeczy. Może to był tylko sen.

 

– Mnie się śniło to samo – rzekł Digory. – O chłopcu i dziewczynce mieszkających obok siebie... i coś o chodzeniu po krokwiach. Pamiętam, że dziewczynka miała bardzo brudną twarz.

– Czy coś ci się nie pomieszało? W moim śnie to właśnie chłopiec miał bardzo brudną twarz.

– Nie pamiętam twarzy tego chłopca – powiedział Digory, a w chwilę później dodał: – Hej! A co to takiego?

– Ojej! Przecież to świnka morska! – zawołała dziewczynka. I rzeczywiście, w trawie myszkowała zwykła, tłusta świnka morska. Dziwiło tylko to, że tułów miała przewiązany tasiemką, a na tasiemce kołysała się błyszcząca, żółta obrączka.

– Patrz! Patrz! – zawołał Digory. – Obrączka! I zobacz! Ty też masz taką na palcu. I ja też.

Teraz dziewczynka usiadła, po raz pierwszy czymś naprawdę zaciekawiona. Wpatrywali się w siebie z uporem, chcąc sobie wszystko przypomnieć. Aż wreszcie, dokładnie w tym samym momencie, dziewczynka krzyknęła: „Pan Ketterley!”, a chłopiec krzyknął: „Wuj Andrzej!” – i wiedzieli już, kim są, i zaczęli sobie przypominać całą historię. Po kilku minutach ożywionej rozmowy przypomnieli sobie wszystko. Digory opowiedział o nikczemności wuja Andrzeja.

– Co teraz zrobimy? – zapytała Pola. – Bierzemy tę świnkę morską i wracamy?

– Nie ma się co spieszyć – odrzekł Digory, ziewając.

– A ja myślę, że jest – powiedziała Pola. – Tu jest trochę za cicho i za spokojnie. Jest tak... tak sennie. Ty już prawie śpisz. Boję się, że jeśli zaśniemy, to będziemy tu po prostu leżeć i spać do końca świata.

– To bardzo przyjemne miejsce.

– Tak, bardzo przyjemne. Ale musimy wrócić. – Pola wstała i zaczęła się skradać do świnki morskiej. Ale po chwili zmieniła zamiar.

– Przecież możemy ją tu zostawić – powiedziała. – Tu jest szczęśliwa, a jeśli ją zabierzemy do domu, twój wuj może z nią zrobić coś okropnego.

– Za to mogę dać głowę – zgodził się Digory. – Pomyśl tylko, jak NAS potraktował. Ale właściwie, jak się dostaniemy z powrotem do domu?

– Myślę, że musimy wleźć do tej sadzawki.

Podeszli bliżej i stanęli na brzegu, wpatrując się w gładką powierzchnię, odbijającą zielone, gęsto pokryte liśćmi gałęzie. Sadzawka wyglądała na bardzo głęboką.

– Nie mamy kostiumów kąpielowych – zuważyła Pola.

– A po co nam kostiumy, głupia – roześmiał się Digory. – Przecież wejdziemy do środka w ubraniach. Nie pamiętasz, że były suche, jak z niej wychodziliśmy?

– Umiesz pływać?

– Trochę. A ty? No... Nie bardzo. – Nie sądzę, by nam to było potrzebne – stwierdził Digory. – Przecież chcemy zanurzyć się jak najgłębiej, prawda?

Żadne z nich nie było zachwycone myślą o wskoczeniu do sadzawki, ale też żadne nie wypowiedziało tego na głos. Wzięli się za ręce i na „raz – dwa – trzy!” skoczyli, zamykając oczy. Rozległ się głośny plusk. Ale kiedy otworzyli oczy, stwierdzili, że wciąż stoją, trzymając się za ręce, w zielonym lesie – po kostki w wodzie. Sadzawka miała wyraźnie zaledwie kilka cali głębokości. Wyszli z pluskiem na suchy brzeg.

– Co się stało, do licha? – zapytała Pola trochę zaniepokojona, ale nie tak przerażona, jak moglibyście się spodziewać, bo w tym lesie trudno się było naprawdę czegoś bać. Był zbyt spokojny i ciepły.

– Och! Już wiem! – zawołał Digory. – No jasne, to nie może działać. Mamy wciąż na palcach te żółte obrączki. Pamiętasz, mówiłem ci, że one służą do podróży w tę stronę. Żeby wrócić, trzeba użyć zielonych. Musimy je zamienić. Masz kieszenie? Dobrze. Włóż swoją obrączkę do lewej kieszeni. Mam tu w prawej kieszeni dwie zielone. O, jedna jest dla ciebie.

Włożyli na palce zielone obrączki i znowu stanęli na krawędzi sadzawki. Ale zanim skoczyli, Digory krzyknął.

– Co się stało? – zapytała Pola.

– Wpadła mi do głowy wspaniała myśl. Czym, według ciebie, są te wszystkie sadzawki?

– Nie rozumiem...

– No, przecież pomyśl, jeśli możemy wrócić do naszego świata, skacząc do TEJ sadzawki, to czy nie możemy znaleźć się zupełnie gdzie indziej, skacząc do innej? Załóżmy, że na dnie każdej jest jakiś świat.

– Ale ja myślałam, że my już jesteśmy w tym Innym Świecie czy Innym Miejscu, jak to nazywał wuj Andrzej. Przecież sam powiedziałeś, że...

– Ach, guzik mnie obchodzi wuj Andrzej – przerwał jej Digory. – Nie wierzę, żeby w ogóle o tym wiedział. Nigdy nie miał tyle odwagi, by samemu użyć pierścieni. Potrafił tylko mówić o JEDNYM Innym Świecie. A jeśli jest ich mnóstwo?

– To znaczy, że ten las byłby tylko jednym z nich?

– Nie, nie sądzę, żeby był w ogóle jakimś światem. Myślę, że to jest coś w rodzaju międzyświata.

Pola miała nieco głupią minę.

– Nie rozumiesz? – zapytał Digory. – No więc posłuchaj. Pomyśl o naszym ciemnym tunelu pod dachem. To nie jest po prostu jeden z pokojów na poddaszu, należących do któregoś z domów. Ten tunel w pewien sposób w ogóle nie należy do żadnego z domów. Ale gdy do niego wejdziesz, możesz nim iść i wyjść w którymkolwiek domu z całego rzędu. A może ten las jest właśnie czymś takim? Może to jest miejsce, które nie należy do żadnego ze światów, ale gdy się już je znalazło, można z niego przejść do wszystkich?

– No tak... ale nawet jeśli można... – zaczęła Pola, lecz Digory ciągnął dalej, jakby jej nie słyszał:

– I oczywiście to by wszystko wyjaśniało. Właśnie dlatego jest tu tak cicho i sennie. Nic tu się nigdy nie dzieje. Tak jak na Ziemi. To w swoich domach ludzie rozmawiają, robią różne rzeczy, jedzą. A w takich międzymiejscach, za ścianami i nad sufitami, i pod podłogą czy w naszym tunelu, możesz się znaleźć w którymkolwiek z domów. Myślę, że z tego miejsca można się dostać naprawdę wszędzie! Przecież nie musimy skakać z powrotem do tej samej sadzawki, przez którą się tu dostaliśmy. W każdym razie jeszcze nie teraz.

– Las Między Światami – powiedziała Pola rozmarzonym głosem. – To brzmi bardzo ładnie.

– Dalej! – zawołał Digory. – Którą sadzawkę próbujemy?

– Posłuchaj – powiedziała Pola – nie mam zamiaru wypróbować żadnej nowej sadzawki, dopóki nie będę miała pewności, że MOGĘ wrócić przez tę starą. Nawet nie wiemy, czy to działa.

– Tak. Wrócić i zostać złapanym przez wuja Andrzeja, który nam zabierze pierścienie, zanim zdołamy ich użyć. Nie, dziękuję.

– A czy nie możemy wskoczyć do naszej sadzawki i przebyć tylko część drogi w dół? Po prostu, żeby zobaczyć, czy to działa. Jeśli będzie działało, możemy zamienić obrączki i wrócić tu, zanim znajdziemy się na dobre w pracowni pana Ketterleya.

– Przebyć tylko CZĘŚĆ drogi?!

– No przecież wynurzanie się trochę trwało. Myślę, że zanurzanie też trochę potrwa.

Digory’emu pomysł nie bardzo przypadł do gustu, ale w końcu dał za wygraną, bo Pola stanowczo odmówiła udziału w odkrywaniu nowych światów, dopóki nie będzie pewna, że może wrócić do starego. Była dzielną dziewczynką i nie bała się różnych niebezpiecznych rzeczy (na przykład os), ale nie interesowało jej aż tak bardzo odkrywanie czegoś, o czym nikt dotąd nie słyszał. Digory natomiast chciał poznać wszystko. Kiedy dorósł, stał się owym słynnym profesorem Kirke, o którym możecie przeczytać w innych moich książkach.

W końcu po długiej dyskusji uzgodnili, że włożą na palce zielone obrączki, chwycą się za ręce i skoczą. Gdy tylko zaczną się zbliżać do pracowni wuja Andrzeja albo tylko do ich starego świata, Pola ma zawołać „Zamiana!”, a wówczas oboje natychmiast zamienią zielone obrączki na żółte. („Teraz już rozumiesz, po co są dwa kolory – powiedział Digory – żeby się nie pomylić”.) Digory upierał się, że to on powinien zawołać „Zamiana!”, ale Pola postawiła na swoim.

Włożyli zielone obrączki, wzięli się za ręce i na „raz – dwa – trzy!” skoczyli do sadzawki. Tym razem podziałało. Bardzo mi jest trudno opowiedzieć, co czuli, bo wszystko stało się niezwykle szybko. Najpierw zobaczyli jaskrawe światła na tle czarnego nieba. Digory był później przekonany, że widzieli planety i gwiazdy, i przysięgał, że widział z bliska Jowisza, dość blisko, by rozpoznać jego księżyce. Ale prawie w tej samej chwili pojawiły się rzędy dachów i kominów, zobaczyli Katedrę Świętego Pawła i zrozumieli, że patrzą na Londyn, tyle że mogli widzieć przez ściany wszystkich domów. Zobaczyli postać wuja Andrzeja, najpierw bardzo zamgloną i jakby przezroczystą, lecz gęstniejącą i z każdą sekundą coraz bardziej wyraźną, tak jak w soczewce lunety dostrajanej do odległości. Lecz tuż przedtem, zanim stała się prawdziwym, żywym człowiekiem, Pola zdążyła zawołać: „Zamiana!” Szybko zamienili obrączki i nasz świat rozwiał się jak sen, a zielone światło w górze robiło się coraz mocniejsze i mocniejsze, aż w końcu głowy dzieci wynurzyły się nad powierzchnię sadzawki. Wdrapali się na brzeg. A naokoło rósł gęsty las, tak zielony, rozświetlony i cichy jak zawsze. Próbna wyprawa nie trwała dłużej niż minutę.

– No i co? – zawołał Digory. – Wszystko działa. A teraz: na poszukiwanie przygód! Każda sadzawka jest ich pełna. Wypróbujmy tę.

– Poczekaj! – Pola złapała go za rękaw. – Czy nie powinniśmy zaznaczyć TEJ sadzawki?

Spojrzeli na siebie i twarze im pobladły, gdy zrozumieli, co chciał przed chwilą zrobić Digory. Bo przecież w lesie były tysiące sadzawek, a wszystkie jednakowe, podobnie jak drzewa, więc gdyby tylko raz opuścili sadzawkę prowadzącą do naszego świata bez zrobienia przy niej jakiegoś znaku, to szansa ponownego jej odnalezienia równałaby się w najlepszym razie jednej do stu.

Digory’emu ręce się trochę trzęsły, gdy otwierał scyzoryk i wycinał długi pas darni na brzegu sadzawki. Gleba pachniała przyjemnie, a jej kolor – czerwonobrązowy – wyraźnie się odcinał od zieleni trawy.

– To dobrze, że przynajmniej JEDNO z nas ma trochę oleju w głowie – powiedziała Pola.

– Nie musisz się tym wciąż chwalić – burknął Digory. – A w ogóle nie marudź, okropnie jestem ciekawy, co nas czeka w jednej z tych sadzawek.

Pola odpowiedziała mu coś niezbyt miłego, a on odpowiedział jej jeszcze bardziej ostro. Sprzeczka trwała kilka minut, ale nie sądzę, by warto było dokładnie ją opisywać. Przejdźmy od razu do chwili, w której oboje stali już – z bijącymi sercami i nieco przerażonymi twarzami – na krawędzi nieznanej sadzawki, z żółtymi obrączkami na palcach. Raz jeszcze chwycili się za ręce i raz jeszcze zawołali: „Raz – dwa – trzy!”

Plusk! I raz jeszcze okazało się, że wskoczyli do kałuży. Zamiast znaleźć się w nowym świecie, stali znowu po kostki w wodzie, już drugi raz tego ranka (jeżeli to był ranek; w Lesie Między Światami pora dnia wydawała się nigdy nie zmieniać).

– Niech to piorun trzaśnie! – zawołał Digory. – Co się tym razem stało? Przecież włożyliśmy żółte obrączki. Wuj mówił, że żółte służą do podróży na zewnątrz.

Prawda była taka, że wuj Andrzej, który nie miał zielonego pojęcia o istnieniu Lasu Między Światami, mylił się też co do właściwości pierścieni. Żółte nie oznaczały wcale „na zewnątrz”, a zielone nie oznaczały „z powrotem”, w każdym razie nie w ten sposób, jak myślał. Wszystkie pierścienie zrobione były z pyłu, który pochodził z tego właśnie Lasu. Ale jedynie materiał, z którego zrobiono żółte pierścienie, miał moc przenoszenia każdego do Lasu: był to pył, który chciał wrócić na swoje miejsce, czyli do Międzyświata. Natomiast materiał, z którego były zrobione zielone pierścienie – przeciwnie: chciał opuścić swoje dawne miejsce, dlatego też zielony pierścień przenosił właściciela z Lasu do jakiegoś świata. Jak widzicie, wuj Andrzej zajmował się rzeczami, których do końca nie rozumiał, jak zresztą bywa z większością czarodziejów. Oczywiście Digory też nie znał dobrze właściwości pierścieni, ale kiedy przedyskutował z Polą wszystkie możliwości, postanowili wypróbować zielone z nową sadzawką, po prostu po to, żeby zobaczyć, co się stanie.

– Jeśli ty się nie boisz, to i ja nie – powiedziała Pola. Nie oznacza to, że była taka odważna. Tak naprawdę, w głębi serca, była teraz pewna, że w nowej sadzawce nie działają ani żółte, ani zielone pierścienie, więc nie ma się czego bać. Nie jestem całkiem pewien, czy Digory nie myślał podobnie. W każdym razie, kiedy włożyli zielone obrączki na palce, stanęli na krawędzi sadzawki i wzięli się za ręce, z całą pewnością czuli się o wiele lepiej i o wiele mniej uroczyście niż za drugim razem.

– Raz – dwa – trzy! Naprzód! – zawołał Digory. I skoczyli.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?