Płonące dziewczyny

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Płonące dziewczyny
Płonące dziewczyny
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 74,98  59,98 
Płonące dziewczyny
Płonące dziewczyny
Audiobook
Czyta Marcin Hycnar
39,99  28,79 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Roz­dział 4

Ksiądz biskup powi­nien był mi powie­dzieć!

Głos Dur­kina w słu­chawce jest ledwo sły­szalny.

– Deli­katna… acja… lepiej nie… szcze­góły…

– Nic mnie to nie obcho­dzi! Powin­nam była wie­dzieć.

– Ja nie… oso­bi­ście… przy­kro mi.

– Kto jesz­cze wie?

– Nie­wiele osób… zna­lazł go admi­ni­stra­tor… rada para­fialna.

Czyli praw­do­po­dob­nie wie cała wieś. Dur­kin znowu glę­dzi. Wychy­lam się dalej z okna sypialni na pię­trze. To jedyne miej­sce, gdzie łapię sygnał. Poja­wia się magiczna trze­cia kre­ska zasięgu.

– Wie­lebny Flet­cher… pro­blemy psy­chiczne… Na szczę­ście podał się wcze­śniej do dymi­sji, więc ofi­cjal­nie nie peł­nił funk­cji pastora…

Innymi słowy, nie jest to pro­blem Kościoła. Brak empa­tii Dur­kina ma w sobie coś pato­lo­gicz­nego. Czę­sto myślę, że jego talenty można by lepiej wyko­rzy­stać w poli­tyce niż w Kościele, ale cóż, może nie ma wiel­kiej róż­nicy. I duchowni, i poli­tycy prze­ma­wiają do ludzi świę­cie prze­ko­na­nych, że to, w co wie­rzą, jest słuszne.

– Powin­nam była wie­dzieć. To wpływa na moją pracę. Na to, jak miesz­kańcy postrze­gają Kościół i obec­nego pastora.

– Oczy­wi­ście. Przy­kro mi. Doszło do nie­do­pa­trze­nia. – Jestem pewna, że kła­mie. Po pro­stu nie chciał mi dać kolej­nego pre­tek­stu do odmowy. – To wszystko, Jack?

– Nie, jest jesz­cze jedna sprawa. – To nie powinno mieć zna­cze­nia. Skoro po śmierci prze­no­simy się w zaświaty, oko­licz­no­ści są nie­ważne. A jed­nak są ważne. – Jak to zro­bił?

Dłu­gie mil­cze­nie. Znam Dur­kina od dawna i wiem, że zasta­na­wia się, czy nie skła­mać. Po chwili wzdy­cha.

– Powie­sił się w kaplicy.

Flo klę­czy na pod­ło­dze salo­niku i wyj­muje rze­czy z pudeł. Na szczę­ście nie ma ich dużo. Kiedy przy­je­chała fur­go­netka firmy trans­por­to­wej, dwóch wyta­tu­owa­nych mło­dych ludzi wypa­ko­wało nasz docze­sny doby­tek w dwa­dzie­ścia minut. Nie­wielki doro­bek jak na połowę życia.

Sia­dam na wytar­tej kana­pie, ledwo miesz­czą­cej się w cia­snym salo­niku. Dom jest mały, krzywy, sufity są niskie. Nie można otwo­rzyć żad­nego okna, co spra­wia, że w środku jest nie­zno­śnie gorąco; muszę nie­ustan­nie pamię­tać, by pochy­lać głowę w drzwiach mię­dzy salo­ni­kiem a kuch­nią (a wcale nie jestem wysoka).

Łazienka jest poma­lo­wana na oliw­ko­wo­zie­lony kolor i lekko zagrzy­biona. W domu są dwa urzą­dze­nia do ogrze­wa­nia: kocioł opa­lany ole­jem i sta­ro­żytny żela­zny pie­cyk. Praw­do­po­dob­nie trzeba je spraw­dzić, bo w zimie możemy umrzeć wsku­tek zatru­cia cza­dem.

Są jed­nak pozy­tywne strony. Miesz­ka­nie jest dar­mowe: nie muszę pła­cić czyn­szu. Możemy się jakoś urzą­dzić. Ale jesz­cze nie w tej chwili. Teraz mam ochotę coś zjeść, obej­rzeć tele­wi­zję i iść spać.

Flo unosi głowę.

– Mam nadzieję, że dzi­siej­sze wyda­rze­nia nie zmie­niły two­jej opi­nii, że to potworne zadu­pie.

– Nie, ale dziś wie­czo­rem jestem za bar­dzo zmę­czona i głodna, żeby się tym przej­mo­wać. Przy­pusz­czam, że w pobliżu nie ma żad­nego barku z jedze­niem na wynos?

– W sąsied­nim mia­steczku jest Domino’s Pizza – mówi Flo. – Wyszu­ka­łam ją po dro­dze w Google.

– Alle­luja! Cywi­li­za­cja! Zoba­czymy, co pusz­czają w Net­flik­sie?

– Zdaje się, że Bri­tish Tele­com jesz­cze nie pod­łą­czył sze­ro­ko­pa­smo­wego inter­netu? – odpo­wiada.

„Cho­lera, rze­czy­wi­ście nie pod­łą­czył”.

– Więc chyba jeste­śmy ska­zane na nor­malną tele­wi­zję – odzy­wam się.

– Nie­stety nie.

– Słu­cham? Dla­czego? – pytam ze zdzi­wie­niem.

Flo wstaje, siada obok mnie na kana­pie i obej­muje mnie ramie­niem.

– Co jest nie tak z tym obraz­kiem, Micha­elu? – pyta. Uśmie­cham się na alu­zję do Stra­co­nych chłop­ców. Przy­naj­mniej cze­goś się ode mnie nauczyła. – Na dachu nie ma anteny tele­wi­zyj­nej. Wiesz, co ozna­cza brak anteny tele­wi­zyj­nej?

– O Boże… – Odrzu­cam głowę do tyłu. – Naprawdę?!

– Tak.

– W co myśmy się wpa­ko­wały?

– Miejmy nadzieję, że to nie druga Santa Carla3.

– Jakoś sobie pora­dzę z wam­pi­rami. Mam przy­naj­mniej krzyż.

– Jest jesz­cze tajem­ni­cze pudło.

Pudło. Byłam wście­kła na Dur­kina, który nie raczył mnie poin­for­mo­wać o oko­licz­no­ściach śmierci Flet­chera, i pra­wie zupeł­nie zapo­mnia­łam o pudle. Roz­glą­dam się.

– Nie pamię­tam, gdzie je poło­ży­łam.

– W kuchni.

Flo wstaje, wraca z pudłem i sta­wia je obok mnie. Spo­glą­dam na nie z powąt­pie­wa­niem.

„Wie­lebna Jack Bro­oks”.

– A zatem? – Flo trzyma w ręku nożyczki.

Biorę je i prze­ci­nam taśmę kle­jącą. W środku jest coś zapa­ko­wa­nego w bibułkę. Na wierz­chu leży nie­wielka kar­teczka. Wyj­muję ją.

Nie ma bowiem nic ukry­tego, co by nie wyszło na jaw, ani nic taj­nego, co by nie stało się wia­dome. Dla­tego, co mówi­cie w ciem­no­ści, będzie sły­szane w świe­tle dzien­nym, a co w komo­rach na ucho szep­ta­li­ście, będzie roz­gła­szane na dachach.

Ewan­ge­lia św. Łuka­sza, XII, 2–34

Zer­kam na Flo, która pyta­jąco unosi brwi.

– Tro­chę melo­dra­ma­tyczne.

Odkła­dam kartkę i roz­wi­jam bibułkę. Owi­nięto nią odra­paną, brą­zową teczkę ze skóry.

Patrzę na nią. Czuję gęsią skórkę na ramio­nach.

– Zamie­rzasz ją otwo­rzyć? – pyta Flo.

Nie­stety nie potra­fię zna­leźć roz­sąd­nego pre­tek­stu, by tego nie robić. Wyj­muję teczkę i kładę na kana­pie. Coś grze­cho­cze w środku. Otwie­ram zatrza­ski.

„Nie ma bowiem nic ukry­tego, co by nie wyszło na jaw, ani nic taj­nego, co by nie stało się wia­dome”.

Wnę­trze jest wyście­łane czer­wo­nym jedwa­biem, zawar­tość umo­co­wana paskami: Biblia w skó­rza­nej opra­wie, duży kru­cy­fiks, woda świę­cona, kawałki muślinu i duży ząb­ko­wany nóż.

– Co to takiego? – pyta Flo.

Prze­ły­kam ślinę, czu­jąc lek­kie mdło­ści.

– Zestaw do egzor­cy­zmów.

– O la la! – Marsz­czy brwi. – Nie wie­dzia­łam, że uży­wa­cie noży do egzor­cy­zmów.

– Zwy­kle nie uży­wamy.

Wycią­gam dłoń i doty­kam wytar­tej kościa­nej ręko­je­ści. Wydaje się chłodna i gładka. Wyj­muję nóż z teczki. Jest ciężki, ząb­ko­wane kra­wę­dzie są ostre i pokryte brą­zo­wymi plam­kami.

Flo pochyla się do przodu.

– Mamo, czy to…

– Tak.

Wydaje się, że to lejt­mo­tyw dzi­siej­szego dnia.

Krew.

Roz­dział 5

Świa­tło księ­życa. Trudno sobie wyobra­zić, że można żyć ina­czej, a jed­nak to prawda.

Wyciąga dłoń, chwyta świa­tło, pozwala mu spły­nąć na trawę. „Trawa”. To też coś nowego. W wię­zie­niu nie było trawy. Niczego mięk­kiego. Nawet pościel była sztywna i szorstka. Świa­tło księ­życa sączyło się przez wąskie okna, czę­ściowo zasła­niały je oko­liczne budynki. A póź­niej roz­trza­ski­wało się na beto­nie albo stali.

Tutaj świa­tło roz­lewa się swo­bod­nie, nic go nie krę­puje. Park wydaje się ską­pany – wła­śnie tak, ską­pany! – w sre­brzy­stym bla­sku pada­ją­cym na trawę. I co z tego, że jest rzadka i wydep­tana, pokryta śmie­ciami, butel­kami po cydrze i nie­do­pał­kami? Ma wra­że­nie, że zna­lazł się w raju. Jakimś pie­przo­nym Ede­nie. Nocuje na ławce na roz­ło­żo­nych kar­to­no­wych pudłach, w śpi­wo­rze ukra­dzio­nym pija­kowi. Zło­dzieje i żebracy nie mają honoru. Ławka wydaje się wspa­nia­łym łożem z kolu­mien­kami, jedwabną pościelą i pucho­wymi podusz­kami.

Jest wolny. Po czter­na­stu latach. Tym razem nie wróci za kraty. Jest czy­sty, odbył tera­pię. Uwol­nił się od nałogu, grzecz­nie się zacho­wy­wał.

„Ni­gdy nie jest za późno – mówili psy­cho­lo­dzy. – Cią­gle możesz roz­po­cząć nowe życie. Uwol­nić się od prze­szło­ści”.

Oczy­wi­ście to kłam­stwo. Ni­gdy nie da się zapo­mnieć o prze­szło­ści. Wle­cze się za czło­wie­kiem jak wierny, stary pies, nie chce odejść. A cza­sami gry­zie w tyłek.

Śmieje się cicho. To by się jej podo­bało. Zawsze mówiła, że ma poczu­cie humoru. Może, ale potrafi także bić i kopać. Nie mógł powstrzy­mać gniewu. Kom­plet­nie go zamro­czyło. Nie potra­fił wykrztu­sić słowa, miał przed oczami czer­woną mgłę. Dzwo­niło mu w uszach i czuł ści­ska­nie w gar­dle.

„Musisz pano­wać nad gnie­wem, bo ina­czej zwy­cięża zło” – mówiła.

W nocy, w celi, wyobra­żał ją sobie obok sie­bie. Gła­dziła go po wło­sach, szep­tała, uspo­ka­jała. Poma­gała znieść wię­zie­nie i głód nar­ko­ty­ków. Roz­gląda się w ciem­no­ści, szu­ka­jąc jej wzro­kiem. Nie, jest sam. Ale już nie­długo.

Pod­ciąga śpi­wór pod brodę, kła­dzie głowę na ławce. Noc jest cie­pła. Jest szczę­śliwy, że śpi na wol­nym powie­trzu. Może patrzeć na księ­życ i gwiazdy, myśleć o jutrze.

Jak brzmiała ta pio­senka o jutrze? Tylko jeden dzień czy jakoś tak…

„Szkoda, że nie jeste­śmy sie­ro­tami jak Annie – mówiła. – Wtedy mogli­by­śmy uciec”.

Przy­tu­lała się do niego. Chude ramiona i roz­czo­chrane włosy pach­nące cia­stecz­kami.

Uśmie­cha się. „Jutro, jutro cię znajdę”.

Roz­dział 6

Poranne nabo­żeń­stwo nie­dzielne to główny popis sce­niczny duchow­nego w całym tygo­dniu. Jeżeli chce przy­cią­gnąć tłumy – czyli prze­szło dzie­sięć osób – ma na to szansę tylko w nie­dzielę.

W moim daw­nym kościele w Not­tin­gham, gdzie więk­szość para­fian była czar­no­skóra, w nie­dziele wszy­scy ubie­rali się jak na wielką uro­czy­stość: kape­lu­sze, gar­ni­tury, małe dziew­czynki z war­ko­czy­kami i dużymi kokar­dami we wło­sach. Tak samo wyglą­dała Ruby.

 

Dzięki temu dzień nabie­rał wyjąt­ko­wego cha­rak­teru. Ja też czu­łam się wyjąt­kowo. Zwłasz­cza że wie­dzia­łam, że jeśli się dobrze przyj­rzeć, stroje para­fian są czę­sto tro­chę pod­nisz­czone albo za cia­sne w talii. Pocho­dzili z naj­uboż­szej dziel­nicy mia­sta, a jed­nak się sta­rali. Byli dumni, że przy­cho­dzą do kościoła w nie­dzielny ranek w przy­zwo­itych ubra­niach.

W nie­któ­rych innych kościo­łach, w któ­rych pra­co­wa­łam, w nie­dzielne ranki widy­wało się włó­czę­gów śpią­cych na ław­kach. Mimo to duchowny musi się sta­rać dobrze wyko­ny­wać swoją pracę.

Może to oczy­wi­ście uznać za nieco znie­chę­ca­jące, ale zawsze sobie powta­rzam, że jeśli moje kaza­nia poma­gają choćby jed­nej oso­bie, odno­szę wiel­kie zwy­cię­stwo. Kościół nie jest dla ludzi wie­rzą­cych, tylko dla tych, któ­rzy nie mają w co wie­rzyć. Samot­nych, zagu­bio­nych, bez­dom­nych. Sta­nowi azyl. Wła­śnie tym stał się dla mnie, gdy nie mia­łam dokąd iść, do kogo się zwró­cić. Ktoś mi pomógł. Ni­gdy nie zapo­mnia­łam oka­za­nej mi dobroci. Teraz pró­buję za nią odpła­cić.

Nie wiem, czego ocze­ki­wać po para­fia­nach z Cha­pel Croft. Małe wio­ski są czę­sto przy­wią­zane do tra­dy­cji. Kościół odgrywa ważną rolę. Z dru­giej strony para­fia­nie bywają starsi. To zabawne, jak wielu ludzi odnaj­duje wiarę, gdy musi zamó­wić pierw­szą pro­tezę zębową.

Nie będę dziś odpra­wiać nabo­żeń­stwa. Ofi­cjal­nie obejmę sta­no­wi­sko dopiero za dwa tygo­dnie. Dziś rano pierw­sze skrzypce gra wie­lebny Rush­ton z War­blers Green. Wymie­ni­li­śmy już kilka mejli. Wydaje się miły, zaan­ga­żo­wany i prze­pra­co­wany. Jak więk­szość duchow­nych na wsi. Obsłu­guje trzy para­fie, więc przy­jazd do Cha­pel Croft to dla niego wyzwa­nie. Sko­men­to­wał to nastę­pu­jąco:

„Bóg jest wszech­obecny, ale ja muszę się dopiero nauczyć prze­by­wać w czte­rech miej­scach jed­no­cze­śnie”.

Czę­ściowo wyja­śnia to, dla­czego mia­no­wano mnie w tak pil­nym try­bie. Ale nie­zu­peł­nie.

Dziwna prze­syłka tro­chę wytrą­ciła mnie z rów­no­wagi. W nocy źle spa­łam. Nie­ustan­nie wyry­wała mnie ze snu cisza. Nie sły­sza­łam uspo­ka­ja­ją­cego wycia syren w oddali ani pija­ków krzy­czą­cych pod oknem. Stale przy­po­mi­na­łam sobie wyda­rze­nia dnia; Poppy z twa­rzą zalaną krwią. Ząb­ko­wany nóż. Na twarz Poppy nakła­dała się twarz Ruby. Wszystko łączyła krew.

„Dla­czego się zgo­dzi­łam tu przy­je­chać? Na co liczę?”

Tuż po siód­mej wresz­cie wstaję z łóżka. Za oknem kuka kukułka. Praw­dziwa cho­lerna kukułka. Parzę kawę, czuję pokusę wyję­cia puszki z tyto­niem i bibuł­kami z miej­sca, gdzie ją ukry­łam, pod ścierką w szu­fla­dzie w kuchni.

Flo zadrę­cza mnie, żebym rzu­ciła pale­nie. Pró­buję i nic z tego nie wycho­dzi: „Duch wpraw­dzie jest ochotny, ale ciało mdłe”5. Pota­jem­nie zwi­jam skręta przy stole, wkła­dam stary dres i buty spor­towe, a póź­niej wypa­lam papie­rosa przed domem, usi­łu­jąc zapo­mnieć o posęp­nym nastroju. Jest już cie­pło, choć niebo się zachmu­rzyło. Nowy dzień. Nowe wyzwa­nia. Zawsze dzię­kuję Bogu za jedną rzecz. Nie mamy gwa­ran­cji, że doży­jemy jutra. Każdy dzień to dar, więc trzeba go mądrze wyko­rzy­stać.

Oczy­wi­ście, jak więk­szość duchow­nych, nie zawsze prze­strze­gam przy­ka­zań, które gło­szę.

Dopa­lam papie­rosa, idę na górę i biorę kąpiel w let­niej wodzie. Póź­niej suszę włosy i dopro­wa­dzam się do jakiego takiego wyglądu. Nie mam zbyt wielu siwych wło­sów ani zmarsz­czek, ale moja twarz jest tro­chę pod­puch­nięta. Przy­pusz­czam, że wyglą­dam jak prze­ciętna zmę­czona matka w wieku około czter­dzie­stu pię­ciu lat. Wer­dykt – trzeba się z tym pogo­dzić.

Scho­dzę na dół. Dziwne, ale Flo już wstała; leży na kana­pie w salo­niku z fili­żanką her­baty i książką. Wygląda na to, że to naj­now­szy Ste­phen King.

– Jak wyglą­dam?

– Na wykoń­czoną.

– Dzięki. A poza tym?

Wło­ży­łam dżinsy, czarną koszulę i kolo­ratkę, by ludzie wie­dzieli, kim jestem, choć chwi­lowo nie peł­nię ofi­cjal­nej funk­cji.

– Nie jestem pewna, czy dobrze ci w czerni.

– Neo­nowa sukienka i kaba­retki przy­da­dzą się na lep­szą oka­zję.

– Jaką?

– Może Wigi­lię?

– Przy­zwy­cza­jaj ich powoli.

– Taki mam plan.

Uśmie­cha się.

– Wyglą­dasz świet­nie, mamo.

– Dzię­kuję. – Waham się. – A ty?

– Co ja?

– Nic ci nie jest?

– Wszystko w porządku.

– Naprawdę?

– Możemy to sobie daro­wać, mamo? Nie, nie jestem na cie­bie wście­kła. Tak, jestem wście­kła, że wyje­cha­li­śmy z Not­tin­gham. Ale tylko na pewien czas, prawda? Tak jak mówisz: trzeba się z tym pogo­dzić.

– Cza­sami jesteś zbyt doro­sła jak na swój wiek. Moim zda­niem to ci szko­dzi.

– Któ­raś z nas musi być doro­sła.

Mam ochotę do niej podejść i ją przy­tu­lić, ale znowu zato­piła nos w książce.

– Przyj­dziesz na poranne nabo­żeń­stwo?

– Muszę?

– To zależy od cie­bie.

– Mia­łam ochotę obej­rzeć cmen­tarz. Zro­bić tro­chę zdjęć.

– Okej. Dobrze się baw.

Usi­łuję ukryć roz­cza­ro­wa­nie. Rozu­miem, że nie chce słu­chać suchego, nud­nego nabo­żeń­stwa w małej, zatę­chłej kaplicy. Ma pięt­na­ście lat. Uwa­żam, że nie należy zmu­szać dzieci, by wie­rzyły w to samo co my.

Moja matka pró­bo­wała mnie zmu­szać. Kiedy byłam mała, zmu­szała mnie do uczest­nic­twa w nabo­żeń­stwach. Wier­ci­łam się w naj­lep­szej, spra­nej sukience, nie mogłam wytrzy­mać. Ławki były twarde, kaplica zimna; pła­ka­łam na widok pastora w czar­nych sza­tach. Póź­niej reli­gia stała się jedną z obse­sji mamy, wraz z ginem i gło­sami roz­le­ga­ją­cymi się w jej gło­wie. Ucie­kłam, gdy tylko nada­rzyła się oka­zja.

Wiara powinna być świa­do­mym wybo­rem, a nie pra­niem mózgu, kiedy dziecko jest za małe, by ją rozu­mieć albo kwe­stio­no­wać. Wiara nie jest czymś, co prze­ka­zuje się jako tra­dy­cję rodzinną. Nie jest nama­calna ani abso­lutna. Nawet dla duchow­nego. To coś, nad czym trzeba pra­co­wać, jak nad mał­żeń­stwem albo dziećmi.

Zda­rzają się chwile zwąt­pie­nia. To natu­ralne. Dzieją się złe rze­czy. Rze­czy, które spra­wiają, że zaczy­namy się zasta­na­wiać, czy Bóg naprawdę ist­nieje, a jeśli ist­nieje, dla­czego jest takim sukin­sy­nem. Ale złe rze­czy nie zda­rzają się z powodu Boga; taka jest prawda. Nie sie­dzi w nie­biań­skiej ste­rowni, zasta­na­wia­jąc się, jak „spraw­dzić naszą wiarę”, niczym wszech­po­tężny Ed Har­ris w Tru­man Show.

Złe rze­czy się zda­rzają, ponie­waż życie to ciąg przy­pad­ko­wych, nie­prze­wi­dy­wal­nych zda­rzeń. Po dro­dze popeł­niamy błędy, ale Bóg nam wyba­cza. Mam przy­naj­mniej taką nadzieję.

Zdej­muję bluzę z opar­cia krze­sła w kuchni i wsu­wam głowę do salo­niku.

– W porządku. Lepiej już pójdę.

– Mamo?

– Tak?

– Co zamie­rzasz zro­bić z tą walizką?

Naprawdę nie wiem. Nie chcę się przy­znać, jak bar­dzo mną wstrzą­snęła. Na pewno nie przed Flo. „Skąd się wzięła? Kto ją zosta­wił? I dla­czego?”

– Jesz­cze nie wiem. Może poroz­ma­wiam o niej z Aaro­nem?

Robi zabawną minę.

– Prze­cho­dzą mnie ciarki na jego widok.

Chcę powie­dzieć, żeby nie oce­niała go surowo, ale tak naprawdę mnie też prze­cho­dzą ciarki. Nie wiem dla­czego. Duchowni czę­sto spo­ty­kają dzi­wa­ków i samot­ni­ków, ale Aaron ma w sobie coś szcze­gól­nego. Coś, co wywo­łuje uczu­cia, o któ­rych wola­ła­bym zapo­mnieć.

– Poroz­ma­wiajmy o tym póź­niej, dobrze?

Wsu­wam ramiona w rękawy bluzy.

– Dobrze. Mamo?

– Co takiego?

– Lepiej włóż inną bluzę. Ta pach­nie papie­ro­sami.

Roz­dział 7

Kiedy wcho­dzę, Aaron roz­ma­wia w tyl­nej czę­ści kaplicy z tęgim, kędzie­rza­wym pasto­rem. Jest wpół do dzie­sią­tej i pierwsi wierni jesz­cze się nie poja­wili.

Z jakie­goś powodu, może dla­tego, że natych­miast się odwra­cają, mam wra­że­nie, że mówili o mnie. Może to para­noja, może nie. Dla­czego nie mie­liby o mnie roz­ma­wiać? Jestem nowa. Czuję się nie­zręcz­nie. Uśmie­cham się z wysił­kiem.

– Witam. Nie prze­szka­dzam?

Kędzie­rzawy pastor się roz­pro­mie­nia.

– Wie­lebna Bro­oks! Jestem pastor Rush­ton, Brian. W końcu się pozna­li­śmy! – Wyciąga pulchną dłoń. Jest niskim gru­bym męż­czy­zną z cęt­ko­waną fio­le­tową twa­rzą świad­czącą o tym, że lubi dobrze zjeść i wypić. Oczy ma jasne i ruchliwe, nieco psotne. Gdyby nie kolo­ratka, wzię­ła­bym go za wła­ści­ciela pubu albo Bra­ciszka Tucka. – Bar­dzo się cie­szymy, że wresz­cie przy­je­cha­łaś, zwłasz­cza ja.

Ści­skam mu rękę.

– Dzię­kuję.

– Już się tro­chę zaakli­ma­ty­zo­wa­łaś? A może jesz­cze za wcze­śnie, by o to pytać?

– Idzie mi nie­źle, choć przy­sto­so­wa­nie zawsze zaj­muje tro­chę czasu. Wie ksiądz, jak to jest.

– Ni­gdy nie zmie­nia­łem para­fii. Miesz­kam w War­blers Green od chwili, gdy zosta­łem wika­rym, pra­wie trzy­dzie­ści lat temu. Okropny ze mnie leń, zdaję sobie z tego sprawę. Ale uwiel­biam tę para­fię, a poza tym – pochyla się kon­spi­ra­cyj­nie w moją stronę – w pobliżu jest nie­zły pub.

Wybu­cha niskim, rubasz­nym, zaraź­li­wym śmie­chem.

– Trudno księ­dza za to winić.

– To chyba duża zmiana w porów­na­niu z Not­tin­gham?

– Z pew­no­ścią.

– Spró­buj się przy­zwy­czaić do Cha­pel Croft. Jeste­śmy ubo­gimi wie­śnia­kami, wcale nie takimi złymi, jeśli nas lepiej poznać. Ostat­nio nie spa­li­li­śmy nikogo na sto­sie. Cóż, przy­naj­mniej od prze­si­le­nia zimo­wego.

Znowu wybu­cha śmie­chem, a jego twarz staje się jesz­cze bar­dziej czer­wona. Wyciąga chu­s­teczkę i ociera czoło.

Aaron odchrzą­kuje.

– Temat dzi­siej­szego kaza­nia to nowi przy­ja­ciele i nowy począ­tek – mówi ponu­rym, mono­ton­nym gło­sem, który nie brzmi zbyt przy­jaź­nie. – Wie­lebny Rush­ton uznał go za odpo­wiedni.

– Nie musisz niczego mówić ani robić – dodaje Rush­ton. – Zaj­miemy się tym póź­niej. Ale dobrze, że przy­szłaś. – Mruga do mnie. – Roze­szły się wia­do­mo­ści o twoim przy­by­ciu. Wszy­scy chcą zoba­czyć nową pastorkę.

Sztyw­nieję.

– Dosko­nale.

– Cóż, lepiej się przy­go­tujmy. – Rush­ton chowa chu­s­teczkę do kie­szeni i splata ręce. – Wkrótce przy­bę­dzie publicz­ność!

Aaron rusza w stronę ołta­rza. Sia­dam na ławce z przodu.

– Och… – Rush­ton odwraca się w moją stronę w spo­sób, który wydaje się tro­chę zbyt non­sza­lancki. – Aaron wspo­mniał, że pozna­łaś wczo­raj Simona Har­pera i jego córkę.

Więc to o tym roz­ma­wiali.

– Ow­szem. Pozna­li­śmy się w dość nie­zwy­kłych oko­licz­no­ściach.

Mil­czy przez chwilę, po czym odpo­wiada, sta­ran­nie dobie­ra­jąc słowa:

– Rodzina Har­pe­rów mieszka tu od wielu poko­leń. Ich przod­kami byli męczen­nicy z Sus­sex… Sły­sza­łaś o męczen­ni­kach?

– Pro­te­stanci spa­leni na sto­sie za pano­wa­nia Krwa­wej Marii.

Roz­pro­mie­nia się.

– Bar­dzo dobrze.

– Czy­ta­łam o tym w inter­ne­cie.

– Ach, w oko­licy czę­sto się o tym opo­wiada. Przod­ko­wie Simona Har­pera spło­nęli na sto­sie jako męczen­nicy. Na cmen­ta­rzu jest ich pomnik.

– Widzia­ły­śmy go. Ktoś poło­żył pod nim pło­nące dziew­czyny.

Unosi krza­cza­ste brwi.

– Pło­nące dziew­czyny? Rze­czy­wi­ście, odro­bi­łaś lek­cję. Nie­któ­rzy uwa­żają to za dość maka­bryczny zwy­czaj, ale tu, w Sus­sex, jeste­śmy bar­dzo dumni z naszych męczen­nic! – Znowu się śmieje, po czym jego twarz poważ­nieje. – Tak czy ina­czej, Har­pe­ro­wie to coś w rodzaju fila­rów miej­sco­wej spo­łecz­no­ści. Cie­szą się wiel­kim sza­cun­kiem. Para­fia wiele im zawdzię­cza, podob­nie jak Kościół.

– Dla­czego?

– Daro­wi­zny, zbiórki publiczne. Ich firma zatrud­nia wielu miej­sco­wych.

„Pie­nią­dze” – myślę. Wszystko zawsze spro­wa­dza się do pie­nię­dzy.

– Zasta­na­wia­łam się, czy ich nie odwie­dzić – mówię. – Spraw­dzić, czy Poppy dobrze się czuje.

– Cóż, nawią­za­nie przy­ja­znych sto­sun­ków z Har­pe­rami na pewno nie zaszko­dzi. – Spo­gląda na mnie prze­bie­gle. – Jeśli chcesz o coś zapy­tać, o cokol­wiek, z przy­jem­no­ścią pomogę.

 

Myślę o skó­rza­nej walizce leżą­cej na stole w kuchni. O dziw­nej kartce. Czy Rush­ton coś o tym wie? Może. Ale nie jest to naj­lep­sza pora, by o tym wspo­mi­nać.

– Dzię­kuję. – Uśmie­cham się. – Jeśli coś mi przyj­dzie do głowy, natych­miast się do księ­dza zwrócę.

Nabo­żeń­stwo mija szybko. Kaplica jest pra­wie w poło­wie wypeł­niona. Praw­do­po­dob­nie ludzie przy­szli z cie­ka­wo­ści, ale nie jestem przy­zwy­cza­jona do takiego widoku. Nawet w moim poprzed­nim kościele, do któ­rego jak na miej­skie stan­dardy przy­cho­dziło sporo ludzi, mia­łam szczę­ście, gdy była zajęta jedna czwarta ławek. W Cha­pel Croft nie wszy­scy uczest­nicy nabo­żeń­stwa to osoby star­sze. Zauwa­żam ciem­no­wło­sego męż­czy­znę w wieku czter­dzie­stu kilku lat sie­dzą­cego na końcu jed­nego z rzę­dów ławek i kilka rodzin, ale nie Har­pe­rów, więc ich wspar­cie z pew­no­ścią ogra­ni­cza się do pie­nię­dzy.

W cza­sie nabo­żeń­stwa czuję na sobie spoj­rze­nia zebra­nych. Mówię sobie, że to zro­zu­miałe. Jestem nowa. Jestem kobietą. Widzą kolo­ratkę, nie mnie.

Rush­ton mówi cie­płym, żywym tonem. Jest dow­cipny we wła­ści­wych miej­scach i nie prze­sa­dza z cyto­wa­niem Biblii. Może wyda się to dziwne, ale ludzie nie przy­cho­dzą do kościoła słu­chać Biblii. Przede wszyst­kim napi­sano ją tysiące lat temu. Jest tro­chę oschła. Dobrzy pasto­rzy mówią o Biblii w taki spo­sób, że staje się odbi­ciem życia i trosk para­fian. Rush­ton świet­nie to potrafi. Gdy­bym nie czuła na sobie tylu spoj­rzeń, robi­ła­bym notatki.

Cho­ciaż pra­cuję jako pastorka już od pięt­na­stu lat, mam wra­że­nie, że cią­gle się uczę. Może jestem świa­doma, że kobietę znacz­nie trud­niej trak­to­wać poważ­nie? A może podob­nie czują się cza­sami wszy­scy doro­śli? Jak­by­śmy tylko bawili się w doro­słych, ale w głębi duszy wciąż byli dziećmi cho­dzą­cymi w za dużych ubra­niach i marzą­cymi o tym, by ktoś powie­dział, że potwory nie ist­nieją.

Kaza­nie Rush­tona jest krót­kie. Wkrótce wierni zaczy­nają się roz­cho­dzić. Rush­ton stoi przy drzwiach, ści­ska im ręce i wymie­nia grzecz­no­ściowe uwagi. Trzy­mam się z dala, nie chcąc prze­szka­dzać. Kilka osób pyta, jak się akli­ma­ty­zuję. Inni mówią, że miło jest zoba­czyć w kościele nową twarz. Kilku osten­ta­cyj­nie mnie igno­ruje. Nie prze­szka­dza mi to. W końcu mija mnie ostat­nia siwa, puszy­sta głowa i wzdy­cham z ulgą. Pierw­szy występ publiczny dobiegł końca. Rush­ton wyj­muje klu­czyki do samo­chodu.

– W porządku, muszę być w War­blers Green o jede­na­stej trzy­dzie­ści, więc zoba­czymy się jutro.

– Jutro?

– Spo­tka­nie w spra­wach para­fial­nych. O dzie­wią­tej rano, tu, w kaplicy. Trzeba się zająć nud­nymi admi­ni­stra­cyj­nymi spra­wami.

– Och, oczy­wi­ście.

Musia­łam zapo­mnieć. A może nikt o tym nie wspo­mniał? Prze­nie­sie­nie odbyło się bar­dzo szybko, wręcz podej­rza­nie szybko, jakby Dur­kin nie mógł się docze­kać, aż się mnie pozbę­dzie.

– Może warto się też spo­tkać w mniej ofi­cjal­nym oto­cze­niu, na przy­kład przy kawie albo, jesz­cze lepiej, kuflu piwa? – pyta Rush­ton.

– Bar­dzo chęt­nie.

– Dosko­nale. Mam twój numer. Skon­tak­tuję się z tobą przez What­sApp. – Chwyta moją rękę i ener­gicz­nie nią potrząsa. – Jestem pewien, że świet­nie się zaakli­ma­ty­zu­jesz.

Uśmie­cham się.

– Już się czuję jak u sie­bie w domu.

Idzie do jasno­żół­tego fiata. Kiwam mu ręką na poże­gna­nie i wra­cam do kaplicy. Aaron zebrał ksią­żeczki do nabo­żeń­stwa i znik­nął w zakry­stii. Nie wiem, jakie jest wykształ­ce­nie Aarona, ale na pewno potrafi poja­wiać się i zni­kać jak duch.

Przez chwilę stoję i spo­glą­dam na kaplicę. Po wyj­ściu wier­nych zawsze poja­wia się spe­cy­ficzne uczu­cie: mam ochotę wes­tchnąć z ulgą, bo wiem, że czeka mnie zasłu­żony odpo­czy­nek. Kon­takt z ludźmi nie pozo­staje bez echa.

Jed­nak kaplica nie jest pusta. Nie­zu­peł­nie. Ktoś sie­dzi w ławce z przodu. Myśla­łam, że wszy­scy wyszli; zasta­na­wiam się, dla­czego Aaron pozwo­lił komuś zostać. Oczy­wi­ście Bóg nikogo nie odtrąca, ale nie­wiele kościo­łów stać na to, by były otwarte przez cały dzień. W ubo­giej dziel­nicy miej­skiej otwarty kościół przy­cią­gałby pija­ków, nar­ko­ma­nów i pro­sty­tutki. Tu praw­do­po­dob­nie poja­wi­łyby się lisy, nie­to­pe­rze i kró­liki.

Idę powoli nawą w stronę postaci. Jest tylko cie­niem w sła­bym świe­tle.

– Prze­pra­szam?

Postać się nie poru­sza. Jest niska, przy­po­mina dziecko, ale prze­cież nikt nie zosta­wiłby dziecka w kaplicy, prawda?

– Nic ci nie jest?

Postać cią­gle się nie odwraca. I nagle zdaję sobie sprawę, że czuję jakiś zapach. Słaby, ale nie do pomy­le­nia. Dym. Spa­le­ni­zna.

– Pani pastor?

Wzdry­gam się i gwał­tow­nie odwra­cam, mru­żąc oczy z powodu jasnego świa­tła wpa­da­ją­cego przez drzwi kaplicy. Widzę Aarona. Znowu zma­te­ria­li­zo­wał się jak duch.

– Jez… mógłby pan prze­stać to robić?

– Co robić?

– Prze­pra­szam, nie­ważne. Co to za dziecko?

– Jakie dziecko?

Patrzę na postać sie­dzącą w pierw­szej ławce. Mru­gam i nie mogę wykrztu­sić słowa. Ławka jest pusta; wisi na niej czarna kurtka zosta­wiona przez jed­nego z para­fian. Kap­tur można pomy­lić z ludzką głową.

Kształt ust Aarona dziw­nie się zmie­nia. Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że się uśmie­cha.

– To chyba kurtka pani Hart­man. Zawsze o niej zapo­mina. Odwiozę ją póź­niej.

Pod­cho­dzi, bie­rze kurtkę i prze­wie­sza sobie przez ramię. Czuję, że się rumie­nię.

– Rozu­miem. Dzię­kuję. Prze­pra­szam… – Milknę. Mówię od rze­czy. Powin­nam odzy­skać auto­ry­tet. – Mogła­bym sama odwieźć kurtkę pani Hart­man.

Marsz­czy brwi.

– Mieszka daleko, przy Peabody Lane, koło farmy Har­pe­rów.

Nad­sta­wiam uszu. Po chwili wycią­gam rękę.

– To żaden pro­blem.