PożarTekst

Z serii: Mściciele #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

7

Opuścić. Newcago.

Ja nigdy… To znaczy…

Wyjeżdżam.

Właśnie powiedziałem, że mam zamiar jechać do Babilaru. To było pod wpływem chwili. Kiedy Tia i Profesor wyszli z pokoju, stałem w wejściu, starając się zrozumieć, co właśnie uczyniłem.

Nigdy wcześniej nie opuszczałem Newcago. Nigdy nawet o tym nie myślałem. W mieście byli Epicy, ale poza nim był chaos.

Newcago było wszystkim, co znałem. A teraz miałem je opuścić.

Żeby znaleźć Megan, pomyślałem, przezwyciężając niepokój i podążyłem za Tią i Profesorem do głównego pomieszczenia. To zajmie tylko chwilę.

Tia podeszła do swego biurka i zaczęła zbierać notatki — najwyraźniej, skoro Profesor wybierał się do Babilaru, ona także. Profesor zaczął tymczasem wydawać polecenia Cody’emu i Abrahamowi. Chciał, by pozostali w Newcago i ochraniali miasto.

— Tak — powiedziałem. — Pakuj się. Wyjeżdżasz. Oczywiście. To właśnie planowałem zrobić. Brzmi zabawnie.

Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Toteż, czerwieniąc się, zacząłem pakować swój plecak. Nie miałem wiele rzeczy. Moje zapiski, które Tia skopiowała. Dwie zmiany ubrania. Kurtka. Mój karabin…

Mój karabin. Postawiłem plecak na ziemi i wyjąłem z niego uszkodzoną broń, a potem podszedłem do Abrahama i pokazałem mu ją tak, jak dziecko pokazuje chirurgowi swoją ranę.

Obejrzał sprzęt, a potem popatrzył na mnie.

— Dam ci inny z naszego składu — powiedział.

— Ale…

Abraham położył mi dłoń na ramieniu.

— To stara broń i dobrze ci służyła. Ale nie sądzisz, że potrzebujesz czegoś nowocześniejszego, Davidzie?

Spojrzałem na połamany karabin. P31 był wspaniałą bronią, bazującą na modelu M14, jednym z najlepszych karabinów, jakie kiedykolwiek wykonano. Były to solidne sztuki broni wyprodukowane, nim wszystko zaczęło być nowoczesne, wymyślne i sterylne. Produkowaliśmy P31 w fabryce Stalowego Serca, kiedy byłem dzieckiem; karabiny te były wytrzymałe i niezawodne.

Jednakże Stalowe Serce nie wyposażał w tę broń swoich żołnierzy; P31 produkowano na sprzedaż. Stalowe Serce nie chciał dawać nowoczesnego sprzętu potencjalnym wrogom.

— Tak — odrzekłem. — W porządku.

Położyłem karabin na stole. To nie było tak, że byłem do niego przywiązany. To była tylko rzecz. Naprawdę.

Abraham uścisnął moje ramię w geście współczucia, a potem zaprowadził mnie do pomieszczenia ze sprzętem, gdzie zaczęliśmy przekopywać pudła.

— Będzie ci potrzebna broń o średnim zasięgu. 5.56 byłoby w porządku?

— Tak sądzę.

— AR-15?

— Ech. AR-15? Nie chcę, żeby mój karabin łamał się co dwa tygodnie. A poza tym każdy kiepski naśladowca i jego pies ma obecnie M16 albo M4.

— G7.

— Niewystarczający.

— FAL?

— 7.62? Może — odrzekłem. — Chociaż nie znoszę cyngli.

— Wybredny niczym kobieta w sklepie z butami — zrzędził Abraham.

— Hej — odparłem — to obraza. — Znałem mnóstwo kobiet, które były bardziej wybredne w kwestii posiadanej broni niż w kwestii butów.

Abraham pogrzebał w skrzyni i wyjął zeń jakiś karabin.

— Proszę. A co myślisz o tym?

— Gottschalk? — zapytałem sceptycznie.

— Tak. Jest bardzo nowoczesny.

— To niemiecka produkcja.

— Niemcy robią bardzo dobrą broń — powiedział Abraham. — Ma wszystko, czego będziesz potrzebował. Jest automatyczny, szybki, ma półautomatyczne ustawienia, daleki zasięg, sprężony elektronowo, wysuwany teleskop, bardzo duże magazynki, możliwość oddawania strzałów z błyskami, nowoczesną amunicję. Bardzo precyzyjny, ma znakomite przyrządy celownicze i spust, który chodzi idealnie.

Niepewnie wziąłem karabin do ręki. Był tak… czarny.

Lubię karabiny z jakimiś drewnianymi elementami, w których czuć pewną naturalność. Lubię mieć wrażenie, że taką broń mogę brać na przykład na polowanie, a nie tylko zabijać nią ludzi. Ten karabin był w całości zrobiony z czarnego metalu. Przypominał broń, której używała armia.

Abraham poklepał mnie po ramieniu, tak jakby decyzja została już podjęta, i wyszedł, by porozmawiać z Profesorem. Ująłem karabin za lufę. Wszystko, co mówił o nim Abraham, było prawdą. Znałem swoje karabiny, a gottschalk był dobrą bronią.

— Jesteś na okresie próbnym — powiedziałem do niego. — Lepiej mnie nie zawiedź.

Wspaniale. Teraz gadam do karabinów. Westchnąłem i przewiesiłem go przez ramię, a potem załadowałem parę magazynków.

Opuściłem magazyn i rzuciłem okiem na swój mały pakunek z rzeczami. Spakowanie całego mojego życia nie zabrało wiele czasu.

— Grupa Devina z St. Louis jest już w drodze — Profesor mówił do Abrahama i Cody’ego. — Pomogą ci ochraniać Newcago. Nie informujcie nikogo o moim wyjeździe i nie walczcie z żadnymi Epikami, dopóki nie przybędzie nowa grupa. Pozostawajcie w kontakcie z Tią i dawajcie jej znać o wszystkim, co się tu będzie działo.

Abraham i Cody skinęli głowami. Przywykli do tego, że grupa rozdzielała się i przenosiła. Wciąż nie wiedziałem, ilu w sumie ludzi należało do Mścicieli. Niekiedy członkowie mówili o sobie tak, jakby byli jedną grupą, ale ja wiedziałem, że to tylko poza, w razie gdyby ktoś chciał szpiegować grupę.

Abraham uścisnął mi rękę, po czym wyciągnął coś z kieszeni i podniósł do góry. Był to mały, srebrny łańcuszek z breloczkiem w kształcie litery S. Znak Wiernych, religii, której był wyznawcą.

— Abraham… — zacząłem.

— Wiem, że nie wierzysz — powiedział. — Ale teraz właśnie doświadczasz spełniania się proroctwa. Jest tak, jak powiedział twój ojciec. Bohaterowie przybędą. W jakiś sposób już przybyli.

Spojrzałem w bok, tam, gdzie znajdował się marynarski worek, który na polecenie Profesora miał przenieść Cody. Zacisnąłem w ręku breloczek Abrahama i skinąłem głową. On i jemu podobni wierzyli, że źli Epicy byli próbą zesłaną przez Boga, dobrzy Epicy zaś przybędą, jeśli ludzkość zdoła przetrwać.

To było naiwne. Tak, zacząłem rozważać, w jaki sposób dobrzy Epicy, tacy jak Profesor, mogą nam pomóc, ale nie kupowałem całej tej religijnej paplaniny. Jednakże Abraham był moim przyjacielem, prezent zaś był oznaką serdeczności.

— Dziękuję — powiedziałem.

— Czekaj — rzekł Abraham. — To prawdziwy test człowieczeństwa. Kto wytrwa, a kto utonie w samozadowoleniu.

Podniósł pakunek Tii. Ani ona, ani Profesor nie szykowali się dłużej ode mnie. Jeśli jesteś Mścicielem, przyzwyczajasz się, jak żyć bez zbędnych rzeczy. Odkąd dołączyłem do grupy, zmienialiśmy kryjówki już cztery razy.

Nim wyruszyliśmy, zajrzałem do pokoju Edmunda, żeby się pożegnać. Siedział przy lampie i czytał jakąś książkę, starą powieść science fiction o pożółkłych stronach. Był najdziwniejszym Epikiem, jakiego mogłem sobie wyobrazić. Mówił cicho, był szczupły, starszawy… Wstał z delikatnym uśmiechem na ustach.

— Tak? — zapytał.

— Wyjeżdżam na jakiś czas — odrzekłem.

— Och! — Wcale nie słuchał. Edmund spędzał większą część czasu w swoim pokoju, czytając. Swoją służebną rolę uznawał za coś oczywistego, jednocześnie wydając się zadowolony z życia, jakie prowadził. Był dawcą, podobnie jak Profesor. Edmund oferował swą moc mężczyznom i kobietom służącym w armii, którzy używali jej do ładowania ogniw energetycznych zasilających miasto.

— Edmund? — zapytałem, gdy uścisnęliśmy sobie dłonie. — Czy wiesz, jaka jest twoja słaba strona?

Wzruszył ramionami.

— Mówiłem ci już wcześniej, że nie mam takiej.

Podejrzewaliśmy, że nie mówił prawdy. Profesor nie naciskał; we wszystkich innych kwestiach Edmund zawsze się z nami zgadzał.

— Edmundzie, to może być ważne — powiedziałem łagodnie — dla powstrzymania Epików. Wszystkich. — Nie było wielu Epików, z którymi ludzie w ogóle mogli porozmawiać, a cóż dopiero o ich słabościach.

— Przykro mi — odparł Edmund. — Wydawało mi się przez chwilę, że to wiedziałem, ale się myliłem. Jestem w tej kwestii tak samo pogubiony jak inni.

— A jakie miałeś podejrzenia?

— Znalezienie się w pobliżu w psa — powiedział. — Ale nie wpływa to na mnie tak, jak myślałem.

Zmarszczyłem brwi, notując w pamięci, by wspomnieć o tym Profesorowi. Udało mi się wyciągnąć od Edmunda więcej niż kiedykolwiek dotąd.

— Tak czy inaczej, dzięki — rzekłem. — I dzięki za to, co robisz dla Newcago.

Edmund podszedł do krzesła i podniósł książkę.

— Każdy inny Epik zawsze będzie mnie kontrolował, czy będzie to Stalowe Serce, czy Limelight. To nie ma większego znaczenia. Nie zależy mi na tym, by być u władzy. — Usiadł i powrócił do lektury.

Westchnąłem i wycofałem się do głównego pomieszczenia. Profesor wkładał właśnie na plecy jakiś pakunek. Dołączyłem do niego i ruszyliśmy ku podziemiom Newcago.

Rozmawialiśmy trochę, wędrując przez około pół godziny tunelami do tajnych garaży znajdujących się obok wyjazdu prowadzącego z podziemi do miasta. Tutaj Abraham i Cody zapakowali nasze rzeczy do jeepa. Miałem nadzieję, że polecimy jednym z copterów, ale zbytnio zwracalibyśmy na siebie uwagę.

— Uważaj na púca1, przyjacielu — rzekł Cody, ściskając moją dłoń. — Poza Newcago umieją przybierać różne postacie.

— Znowu — mruknęła Tia, sadowiąc się naprzeciwko mnie. — Ta postać pochodzi z mitologii irlandzkiej, durniu.

Cody mrugnął do mnie i rzucił mi swoją czapkę bejsbolową w kolorze moro.

— Trzymajcie się. — Uniósł kciuk do góry, a potem on i Abraham wycofali się do podziemi.

 

I oto, w chwilę potem, siedziałem z tyłu jeepa z rozwiewanymi przez wiatr włosami, z nowym karabinem w dłoniach, obserwując, jak pozostawiam za plecami dziewiętnaście lat mojego dotychczasowego życia. Ciemny zarys na tle nieba był widokiem, który rzadko było mi dane obserwować. Nawet przed pojawieniem się Calamity zawsze byłem w mieście albo w jego podziemiach.

Kim byłem, jeśli nie znajdowałem się w Newcago? Czułem podobną pustkę jak w te noce, podczas których zastanawiałem się, co zrobić ze swoim życiem teraz, gdy on już nie żyje. Teraz, kiedy zwyciężyłem, a mój ojciec został pomszczony.

Pytania przygniotły mnie niczym dinozaur siadający w swym gnieździe. Moje życie nie koncentrowało się już na jednym mieście czy na jednym Epiku. Było związane z wojną. Ze znalezieniem sposobu, by powstrzymać Epików.

Raz na zawsze.

1 Púca — duszek z irlandzkich legend, którego cechą była zmiennokształtność. Przybierał m.in. postać czarnego konia, królika i kozy oraz człowieka ze zwierzęcymi częściami ciała (przyp. tłum.). [wróć]

CZĘŚĆ II

8

Kartki łopotały mi w rękach, gdy mknęliśmy autostradą. Jechaliśmy po stosunkowo niepopękanym pasie asfaltu, choć wciąż natrafialiśmy na gorsze odcinki drogi. Nigdy nie sądziłem, że autostrada taka jak ta może tak szybko ulec zniszczeniu. Od pojawienia się Calamity minęło mniej niż trzynaście lat, a w asfalcie było już pełno wybojów i wyrastających z dziur roślin, które przypominały palce zombie wystające z grobów.

Wiele miast, które mijaliśmy, było zrujnowanych, z popękanymi szybami w oknach i walącymi się budynkami. Zauważyłem kilka miast w lepszej kondycji, oświetlonych światłem płomieni ogniska, ale przypominały raczej bunkry otoczone murami i polami — były to lenne obszary rządzone przez różnych Epików.

Podróżowaliśmy nocą, a choć od czasu do czasu widziałem ogniska, nie dostrzegłem nawet jednego błysku światła. Newcago naprawdę było anomalią. Nie tylko były w nim stalowe drapacze chmur, które elegancko rysowały się na widnokręgu. Rządy Stalowego Serca zapewniły nawet podstawowe usługi.

Profesor prowadził w goglach. Przednie światła jeepa zostały zastąpione reflektorami UV, które były niewidoczne dla ludzi bez specjalnych wizjerów. Siedziałem na tylnym siedzeniu jeepa, wczytując się w notatki i opracowania, które dała mi Tia. Trzymałem je na kolanach w małym pudełku, które miało w środku maleńką latarkę, i to w większości maskowało światło.

Samochód zwolnił, po czym zaczął podskakiwać raz w górę, raz w dół, podczas gdy Profesor ostrożnie przejeżdżał po popękanej łacie asfaltu. Po obu stronach drogi stały samochody przypominające łuski olbrzymich żuków; najpierw ściągnięto z nich benzynę, a potem wymontowano części. Na szczęście nasz samochód działał dzięki jednemu z ogniw energetycznych Edmunda.

Kiedy tak jechaliśmy, powoli omijając wertepy, usłyszałem w ciemnościach odgłos przypominający łamanie gałęzi. Tylna część jeepa nie była duża, lecz nie miała dachu, tak więc łatwo mogłem odłożyć pudełko na bok i manewrować moim karabinem. Podniosłem go na wysokość barku i stuknąłem guzik uruchamiający automatyczny celownik. Byłem zmuszony przyznać, że funkcjonował znakomicie, samoczynnie przełączając się na tryb pracy nocą i pozwalając mi zrobić zbliżenie na źródło dźwięku.

Poprzez celownik holograficzny dostrzegłem kilku włóczęgów w podartych ubraniach, którzy kucali w ciemnościach za wrakami samochodów. Przypominali dzikich — mieli długie brody i niedbale pozszywane ubrania. Obserwowałem ich z czujnością, starając się dostrzec, czy nie mają broni. Nagle pokazała się kolejna głowa. Małej, może pięcioletniej dziewczynki. Jeden z mężczyzn uciszył ją i zmusił, by się pochyliła, po czym dalej obserwował naszego jeepa aż do chwili, gdy minęliśmy łatę na zniszczonej drodze i przyspieszyliśmy, pozostawiając ich w tyle.

Opuściłem karabin.

— Tu jest naprawdę niebezpiecznie.

— Za każdym razem, gdy któreś z miast próbuje funkcjonować — powiedziała siedząca na przednim miejscu Tia — jakiś Epik decyduje się albo w nim rządzić, albo sprawia, że miasto leży w gruzach.

— Jest jeszcze gorzej — rzekł cicho Profesor — gdy jeden z nich wzrasta w siłę.

Pojawienie się nowych Epików było rzadkością, ale się zdarzało. W mieście takim jak Newcago mieliśmy nowego Epika raz na cztery, pięć lat. Ale byli oni niebezpieczni, jako że raz zamanifestowawszy swą siłę, prawie zawsze na początku zachowywali się jak szaleńcy, używając swoich zdolności w sposób nieokiełznany i niszczycielski. Stalowe Serce szybko podporządkowywał sobie takie indywidua. Tutaj nie było nikogo, kto mógłby powstrzymać niszczycielskie działania nowych Epików.

Usadowiłem się wygodnie, nieco zaniepokojony, ale w końcu powróciłem do lektury. To była nasza trzecia noc spędzona w drodze. Kiedy nastał świt, Profesor zawiózł nas w ukryte, bezpieczne miejsce. Wydaje się, że Mściciele mieli ich wiele wzdłuż głównych dróg. Zazwyczaj były to jamy wycięte w skałach za pomocą tensorów i zaopatrzone w ukryte drzwi.

Nie naciskałem na Profesora w kwestii tensorów. Nawet ze mną mówił o nich jako o wynalazku technologicznym, a nie jako przykrywce jego mocy. Pozwolił używać ich jedynie Mścicielom ze swej grupy, co miało sens. Moce Epików działały na dużą odległość. Z tego, co zdążyłem zaobserwować, tensory czy pola ochronne działały, jeśli było się w zasięgu mniej więcej dziewiętnastu kilometrów od Profesora.

Fakt, który czynił całą sprawę jeszcze bardziej kłopotliwą, był taki, że Mściciele dysponowali technologią, która naśladowała moce Epików. Na przykład automat Gaussa czy wykrywacz, który był narzędziem umożliwiającym zbadanie, czy ktoś jest Epikiem, czy nie. Podejrzewałem, że te rzeczy też miały tajemny związek z mocami Profesora, ale zapewnił mnie, że tak nie jest. Możliwe było zabicie Epika, a potem użycie czegoś z ich DNA dla zmiany struktury genetycznej maszyn naśladujących ich moce.

To właśnie czyniło oszustwo Profesora tak wiarygodne. Dlaczego ktoś miałby sądzić, że przywódca twej grupy jest Epikiem, skoro istniało świetne, technologiczne wyjaśnienie wszystkich rzeczy, które mogliśmy robić?

Przejrzałem do końca zszyte kartki, które dostałem od Tii i znalazłem profil Sourcefield, który sporządziliśmy wkrótce po tym, jak przybyła do Newcago. Emiline Bask, przeczytałem. „Była pracownica hotelarstwa. Fanka azjatyckiego kina pulp. Stała się Epikiem dwa lata po pojawieniu się Calamity”.

Przeczytałem jej historię. Spędziła jakiś czas w Detroit, Madison i Little Blackstone. Na kilka lat sprzymierzyła się z Nieruchomym i popierającymi go Epikami, potem zniknęła na krótki czas, by pojawić się w Newcago z zamiarem zabicia członków naszej grupy. To było interesujące, ale nie tego szukałem. Chciałem poznać jej dzieje, gdy jeszcze nie była Epikiem, a zwłaszcza jej osobowość z tamtego okresu. Czy tak jak Stalowe Serce była wichrzycielem?

Na ten temat znalazłem tylko kilka paragrafów. Była wychowywana przez ciotkę po tym, jak matka popełniła samobójstwo. Na końcu znajdowała się notatka: „Trauma matki miała oczywiście związek z jej dziadkami”.

Pochyliłem się do przodu, bo jeep nabierał prędkości.

— Tia?

— Hmm? — zapytała, podnoszą wzrok znad tableta, który trzymała w pudełku podobnym do mojego, chroniąc go przed światłem.

— Co to znaczy: trauma matki Sourcefield miała związek z jej dziadkami?

— Nie jestem pewna — odrzekła. — To, co ci dałam, to część większej całości, którą stworzył Jori; nam przesłał tyko najpotrzebniejsze informacje.

W moich własnych notatkach nie było wiele o Sourcefield. Popatrzyłem na nie raz jeszcze, wykorzystując światło z pudełka.

— Czy nie zechciałabyś go poprosić o resztę informacji?

— Dlaczego tak fascynują cię martwi Epicy? — zapytała Tia.

Profesor patrzył przed siebie, wydawało się jednak, że się ożywił.

— Pamiętasz Mitosis? — zapytałem. — Epika, który próbował przejąć Newcago parę miesięcy temu?

— Oczywiście.

— Jego słabością była muzyka rockowa — powiedziałem. — A zwłaszcza jego własna muzyka. — Nim został Epikiem, był pomniejszą gwiazdą rocka.

— I co?

— To bardzo znaczący zbieg okoliczności, nieprawdaż? Jego własna muzyka niwelowała jego moc. Tia, a co jeśli jest pewien wzorzec występowania słabości? Taki, którego jeszcze nie złamaliśmy?

— Ktoś by go już dostrzegł — rzekł Profesor.

— Czyżby? — zapytałem. — Wcześniej nikt nawet nie wiedział o słabościach. Epicy nie byli skorzy mówić o nich ludziom. Poza tym, panował powszechny chaos.

— Nie tak jak teraz? — spytała Tia.

— Teraz… mamy chaos zinstytucjonalizowany — rzekłem. — Zwróćcie uwagę, od jak dawna działają Mściciele? Jak dawno temu zaczęto gromadzić dane na temat słabości Epików? To trwa dopiero od kilku lat, prawda? A do tego czasu wiedziano jedynie, że słabości Epików są dziwaczne i przypadkowe. A co, jeżeli tak nie jest?

Tia postukała w swój tablet.

— Sądzę, że warto się nad tym zastanowić. Dostarczę ci więcej informacji na temat przeszłości Sourcefield.

Skinąłem głową i spojrzałem na wschód. W ciemnościach nie widziałem wiele, ale mgiełka, widoczna na horyzoncie, zaskoczyła mnie. Czy to było światło?

— Już świta? — zapytałem, sprawdzając komórkę.

— Nie — odrzekł Profesor. — To miasto.

Odrodzony Babilon.

— Tak szybko?

— David, podróżujemy od ponad dwóch dni — powiedziała Tia.

— Tak, ale Babilar znajduje się po drugiej stronie kraju! Myślałem… nie wiem, że podróż zajmie nam przynajmniej tydzień. Albo dwa.

Profesor prychnął.

— Kiedy drogi były dobre, można było pokonać tę trasę w jeden dzień, i to z łatwością.

Usadowiłem się wygodniej, by nie dokuczały mi wyboje, które stały się bardziej kłopotliwe, gdy Profesor przyśpieszył. Najwidoczniej chciał dotrzeć do miasta, nim zacznie się dzień. Mijaliśmy przedmieścia, które były po prostu tak bardzo… puste. Wyobrażałem sobie stojące wszędzie budynki albo wciśnięte między nie gospodarstwa rolne. Prawda była taka, że krajobraz poza Newcago był wypełniony… no cóż, po prostu niczym.

Świat był i większym, i mniejszym miejscem, niż to sobie wyobrażałem.

— Profesorze, skąd zna pan Regalię? — wyrzuciłem z siebie.

Tia zerknęła na mnie. Profesor prowadził w milczeniu.

— Co wiesz na temat Regalii, David? — zapytała Tia, prawdopodobnie chcąc w ten sposób przerwać ciszę. — Co masz o niej w swoich notatkach?

— Przejrzałem je — odrzekłem podekscytowany. — Jest jedną z najpotężniejszych Epików i jedną z najbardziej tajemniczych. Steruje wodą, przewiduje przyszłość, ma przynajmniej jeszcze jedną zdolność.

Tia parsknęła.

— Co takiego? — zapytałem.

— Twój ton — odrzekła. — Brzmisz niczym fan, który opowiada o swoim ulubionym filmie.

Zarumieniłem się.

— Myślałam, że nienawidzisz Epików — powiedziała Tia.

— Bo tak jest. — Cóż, poza jednym Epikiem, w którym w jakiś sposób się zakochałem. I Profesorem. I, jak sądzę, Edmundem. — To skomplikowane. Nienawidziłem Stalowego Serca. Naprawdę go nienawidziłem — i dlatego, jak przypuszczam, wszystkich innych Epików również. Ale swoje życie spędziłem, studiując ich zachowania, ucząc się o nich…

— Nie możesz się w coś całkowicie zagłębić — powiedział cicho Profesor — bez poczucia, że to szanujesz.

— Tak — zgodziłem się.

Jako dziecko byłem zafascynowany rekinami. Czytałem wszystkie książki, które mogłem znaleźć na ich temat, włączając w to również makabryczne relacje o zgonach przez nie spowodowanych. Uwielbiałem czytać o rekinach, ponieważ były tak śmiertelnie niebezpieczne i tak niesamowite. Epicy mieli te same cechy, tylko w znacznie większym stopniu. Istoty takie jak Regalia — tajemnicze, dynamiczne, potężne — były fascynujące.

— Nie odpowiedział pan na moje pytanie — zauważyłem — skąd zna pan Regalię.

— Nie — rzekł Profesor. — Nie odpowiedziałem.

Wiedziałem, że dalej nie należy naciskać. Wkrótce dotarliśmy do ruin jakiegoś większego miasta, ale nie wyglądało na to, żeby był to Babilar — nie dotarliśmy jeszcze do świetlnej mgiełki. W tym miejscu panowały egipskie ciemności, nie paliły się tu żadne ogniska, nie mówiąc już o żadnych światłach. To, co widziałem wcześniej, znajdowało się poza zrujnowanym miastem, w oddali — ale nawet nie były to prawdziwe światła. Było to coś na kształt delikatnej poświaty, którą może tworzyć wiele oświetlonych obszarów, choć nie mogłem wyodrębnić wyraźnych świateł. Byliśmy wciąż zbyt daleko, a budynki zasłaniały mi widok. Odłożyłem karabin na bok i obserwowałem mijany krajobraz przez teleskop z uruchomioną opcją widzenia w nocy. Chociaż to miasto było okazalsze niż pozostałe, które mijaliśmy po drodze, to większość rzeczy w nim była zardzewiała, rozpadająca się. Poza tym wyglądało źle z innego jeszcze powodu. Było tak bardzo szare, zniszczone. Tak bardzo… podrabiane.

 

Bo wygląda niczym z filmu, zdałem sobie sprawę, przywołując na myśl projekcje, które oglądaliśmy z dzieciakami w Fabryce. Wszyscy mieszkaliśmy w Newcago, mieście zrobionym z czystej stali. Wyblakłe znaki, mury z cegieł, sterty drewna — to były rzeczy z innego świata. Wcześniej widziałem je tylko na filmie.

Reszta świata uznawała to za normalne. Zdumiewające.

Jechaliśmy przez wymarłe miasto dość długo. Wciąż podążaliśmy autostradą, ale w wolnym tempie. Przypuszczałem, że Profesor nie chciał robić zbyt wiele hałasu. Wreszcie zjechał z autostrady i zaczęliśmy zmierzać w kierunku ciemnego miasta.

— Czy to Babilar? — zapytałem cicho.

— Nie — rzekł Profesor. — To jest… było… New Jersey. A dokładnie Fort Lee.

Czułem, że się denerwuję. Pomiędzy łuskami zniszczonych budynków każdy mógł nas obserwować. To miejsce było opuszczonym, olbrzymim grobowcem z czasów przed nadejściem Calamity.

— Ależ pusto — wyszeptałem, podczas gdy Profesor prowadził jeepa w dół ulicy.

— Mnóstwo ludzi zginęło, walcząc z Epikami — szeptem odrzekła Tia. — I jeszcze więcej, gdy Epicy zaczęli na serio na to odpowiadać. Ale większość ludzi zginęła w chaosie, który nastąpił, gdy cywilizacja po prostu… poddała się.

— Mnóstwo ludzi unika miast — powiedział Profesor. — Trudno tu coś wyhodować i ciągną tu najgorsi włóczędzy. Jednakże okolica nie jest tak pusta, jak sądzisz. — Skręcił za róg. Nie uszło mojej uwagi, że na kolanach Tii spoczywa karabin, choć nigdy wcześniej nie widziałem, by strzelała z broni. — Poza tym — dodał Profesor — większość mieszkańców udała się teraz na wyspę.

— Żyje się tam łatwiej? — zapytałem.

— To zależy. — Profesor zatrzymał jeepa na środku ciemnej drogi i odwrócił się. — Jak bardzo ufasz Epikom?

Było to podchwytliwe pytanie, zważywszy, kto je zadał. Profesor wysiadł z jeepa, a jego buty potarły o asfalt. Tia wysiadła z drugiej strony i oboje zaczęli iść w kierunku widocznego na horyzoncie budynku.

— Co to takiego? — zapytałem ich, podnosząc się na tylnym siedzeniu jeepa. — Gdzie jest droga do Babilaru?

— Nie może prowadzić do Babilaru — odrzekł Profesor, wchodząc na stopnie budynku.

— Zbyt widoczna? — zapytałem, wyskakując z auta i dołączając do nich.

— To też — rzekł Profesor. — Ale przede wszystkim dlatego, że miasto nie ma żadnych ulic. Chodź. Już czas, byś poznał swą nową grupę.

Otworzył drzwi.