Wśród GwiazdTekst

Z serii: Skyward #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

6

Ruszyłam za Cobbem zbyt czystymi korytarzami Platformy numer jeden. Po co wracaliśmy do doków myśliwców?

Liczył mijane drzwi, aż przystanął przy doku, w którym trzymałam M-Bota. Coraz bardziej zdziwiona, przeszłam za nim przez wąskie drzwi. Spodziewałam się, że zastanę za nimi personel naziemny, wykonujący zwykły przegląd po akcji. Tymczasem w pomieszczeniu był tylko myśliwiec i jedna osoba. Rodge.

— Rig? — spytałam, używając jego kryptonimu z okresu, gdy był w eskadrze Do Gwiazd. Wprawdzie tylko przez kilka dni, ale nadal był jednym z nas.

Rodge — który sprawdzał coś na skrzydle M-Bota — podskoczył, gdy go zawołałam. Odwrócił się, zobaczył nas i natychmiast się zaczerwienił. Przez moment był dawnym Rodge’em: prostolinijnym, niezgrabnym i trochę dziwnym. Prawie upuścił swój tablet, pospiesznie salutując Cobbowi.

— Admirale! — powiedział. — Nie spodziewałem się pana tak szybko.

— Spocznij, poruczniku — rzekł Cobb. — Jak tam projekt?

Projekt? Cobb wspomniał wcześniej o jakimś projekcie… czyżby dotyczącym M-Bota?

— Proszę samemu zobaczyć, panie admirale — rzekł Rodge, po czym postukał w ekran tabletu.

Kształt M-Bota się zmienił, a ja jęknęłam, zaskoczona. W mgnieniu oka upodobnił się do jednego z tych czarnych statków pilotowanych przez asów Krelli.

Hologramy, pojęłam. M-Bot był jednostką dalekiego zasięgu, zaprojektowaną — na ile mogliśmy to stwierdzić — do misji szpiegowskich. Miał coś, co nazywał aktywnym kamuflażem, czyli po prostu używał hologramów, żeby zmieniać swój wygląd.

— Nie jest idealny, panie admirale — powiedział Rodge. — M-Bot nie może stać się niewidzialny, a przynajmniej nie w stopniu uniemożliwiającym wykrycie. Natomiast może zmieniać wygląd swojego kadłuba. Ponieważ nie ma dokładnie takiego samego kształtu jak myśliwiec Krelli, musiałem w kilku miejscach pokombinować. Zauważy pan, że powiększyłem hologramy skrzydeł, żeby zamaskować końce kadłuba.

— Niewiarygodne — mruknęłam, chodząc wokół statku. — M-Bot, nie miałam pojęcia, że to potrafisz.

Rodge spojrzał na swój tablet.

— Hmm… on przysłał mi wiadomość tekstową, Spin. Mówi, że nie rozmawia z tobą, ponieważ wyłączyłaś mu głos.

Przewróciłam oczami, podziwiając dzieło Rodge’a.

— A więc… jaki jest cel tej maskarady?

Stojący przy drzwiach Cobb założył ręce na piersi.

— Poprosiłem moich sztabowców, naukowców i inżynierów, żeby zajęli się problemem hipernapędu. Jak możemy wydostać się z tej planety? Otrzymałem same kompletnie bezużyteczne odpowiedzi, oprócz jednej. Ta jest tylko umiarkowanie bezużyteczna.

Podeszłam do Rodge’a, który szczerzył zęby w uśmiechu.

— Co? — zapytałam.

— Pamiętasz te wszystkie noce — rzekł — kiedy przychodziłaś mnie budzić i zmuszałaś do udziału w jakiejś zwariowanej eskapadzie?

— Taak?

— No cóż, pomyślałem, że mogę się trochę zrewanżować. — Odwrócił się i wskazał na M-Bota, przy czym wrócił ten nowy, pewny siebie Rodge. Uśmiechnął się szeroko, z błyskiem w oczach. Oto człowiek w swoim żywiole. — M-Bot ma bardzo zaawansowane wyposażenie szpiegowskie. Może tworzyć realistyczne hologramy. Podsłuchiwać rozmowy z odległości kilkuset metrów. Z łatwością może rozszyfrowywać transmisje i programy komputerowe nieprzyjaciela. Wykorzystywaliśmy go jako pierwszoliniową jednostkę bojową, ale nie takie jest jego zastosowanie. Dopóki używamy go tylko do walki, nie wykorzystujemy w pełni jego potencjału. Gdy admirał poprosił o pomysły, jak przejąć hipernapęd używany przez wroga, uświadomiłem sobie, że odpowiedź mamy pod nosem. I czasem nawet mówi nam, jak dziwnie wyglądamy.

— Chcesz go użyć do infiltracji Zwierzchnictwa — powiedziałam, nagle wszystko pojmując. — Chcesz, by udawał statek Krelli i w jakiś sposób wykradł ich technologię hipernapędu!

— Wysyłają drony ze stacji kosmicznej znajdującej się w pobliżu — oznajmił Rodge. — I zauważyliśmy przybywające tam nowe statki, które używają hipernapędów. To, czego potrzebujemy, mamy tuż pod nosem. M-Bot może także zmienić hologramami nasz wygląd. Może sprawić, że nasz niewielki oddział — wyposażony w przenośne receptory, takie jak twój — będzie wyglądał jak grupka Krelli. Jeśli w jakiś sposób — w bitewnym zamieszaniu — upodobnimy M-Bota do jednostki wroga, może zdołamy nim wylądować na ich stacji. Wyślemy mały oddział szpiegów, którzy będą udawali Krelli wystarczająco długo, aby ukraść jeden z ich statków i uciec. Mając go, moglibyśmy stworzyć hipernapęd i wydostać się z Detritusa.

Poczułam, że opada mi szczęka.

— Rodge, to zwariowany plan.

— Wiem!

— Podoba mi się!

— Wiem!

Staliśmy tam oboje, uśmiechając się jak wtedy, gdy zdjęliśmy szkocki miecz obosieczny ze ściany pracowni historycznej. Ledwie unieśliśmy go we dwoje, ale, ludzie, mieliśmy w rękach prawdziwy miecz.

Teraz razem spojrzeliśmy na Cobba.

— Statki Krelli zapewne mają transpondery — rzekł — do identyfikacji.

— M-Bot powinien z łatwością jeden skopiować — oznajmił Rodge.

— I myślisz, że możesz to zrobić, Spensa? — zapytał mnie Cobb. — Udać jedną z nieprzyjacielskich jednostek? Wiarygodnie? Dostać się na stację wroga i ukraść jeden z ich statków?

— Ja… — przełknęłam ślinę i starałam się być obiektywna. — Nie, panie admirale. Jestem pilotem, nie szpiegiem. Nie mam odpowiedniego przeszkolenia. Tak więc… no cóż, pewnie bym się wygłupiła.

Wyznałam to z żalem, gdyż plan był doskonały. Trzeba jednak być realistką.

— Jorgen powiedział to samo — rzekł Cobb.

— Zna ten plan? — spytałam.

— Przedstawiliśmy ten pomysł jemu i innym dowódcom eskadr na ostatniej naradzie. Wszyscy byliśmy zgodni, że nikt w SPŚ nie ma takiego przeszkolenia. Przez osiemdziesiąt lat przygotowywaliśmy się do walki, nie szpiegowania. Nie mamy szpiegów. Jednak… Jorgen zaproponował, żebyśmy stworzyli program szkoleniowy. Spin, jeśli to zrobimy, zechcesz w nim wziąć udział?

— Oczywiście — odparłam, chociaż perspektywa kolejnych zajęć, i rzadszego latania, niezbyt mnie cieszyła.

— To dobrze, ponieważ ten twój myśliwiec nie pozwoli się pilotować nikomu innemu. — Cobb pokręcił głową. — Myślę, że to jedyny sensowny plan, jaki mamy, chociaż wcale mi się nie podoba. Nie wyobrażam sobie, aby ktoś z nas, choćby nie wiem jak dobrze wyszkolony, mógł wiarygodnie udawać Krella. Zbytnio się różnimy. Ponadto z pewnością wyda im się dziwne, jeśli nasz statek wyląduje na ich stacji, ignorując protokół. Musielibyśmy znaleźć jakieś wytłumaczenie dla dziwnego zachowania naszej jednostki. Może awaria systemów? W każdym razie, poruczniku McCaffrey, udzielam panu pozwolenia na kontynuowanie pracy nad tą koncepcją. Może obejmiemy szkoleniem szpiegowskim całą eskadrę Do Gwiazd. Proszę przysłać mi szczegółowy plan. Wolałbym, żebyśmy nie byli tak przyparci do muru. Możemy nie mieć dość czasu na odpowiednie przygotowania, jakich wymaga ten plan. Ponieważ są tu już ich krążowniki…

Otworzyłam usta, żeby przytaknąć, ale zmieniłam zdanie. Wyczułam coś na granicy świadomości. Jakiś dziwny dźwięk, jakby pomruk. Przechyliłam głowę, nasłuchując. To było coś nowego.

Słyszałam, pomyślałam, gdy ten dźwięk przybrał na sile i ucichł. Spróbowałam wytężyć moje cytoniczne zmysły, aby ustalić, co oznaczał. Czyżby… coś właśnie przybyło?

Zapiszczał interkom. Cobb podszedł do ściany i odebrał połączenie.

— Tak?

— Panie admirale — powiedział Rikolfr. — Jeden z naszych statków zwiadowczych zauważył obcy statek, który pojawił się tuż przy pierścieniu fortów obronnych. To mała jednostka, wielkości myśliwca. Wydaje się, że wyszedł z nadprzestrzeni.

— Jeden statek? — spytał Cobb.

— Tylko jeden, panie admirale. I nie jest to żaden ze znanych nam typów maszyn Zwierzchnictwa. Zbieramy grupę reagowania na planecie, ale to dość niezwykła sytuacja. Po co wysyłaliby jeden statek? Raczej minęły już dni, gdy próbowali nas zaskoczyć i zbombardować Altę.

— Jak daleko jest od Detritusa? — zapytałam, znając już odpowiedź. Był blisko. Czułam to.

— 100.3.3333 — odrzekł Rikolfr. — Analitycy uważają, że to jakiś nowy model drona, wysłany w celu sprawdzenia czasu reakcji platform obronnych.

— Polecę to sprawdzić, panie admirale — powiedziałam Cobbowi. — Stąd dolecę do niego prędzej niż grupa z planety.

Cobb zmierzył mnie wzrokiem.

— Proszę, admirale. Nie zrobię niczego głupiego.

— Każę Chybkiej polecieć z tobą — rzekł. — Nie próbuj jej zgubić i nie atakuj tego statku bez mojego rozkazu. Zrozumiano?

Skinęłam głową, rozumiejąc ukryty sens tych słów. Sprawdzał mnie. Chciał wiedzieć, czy nadal umiem słuchać rozkazów. Zapewne powinnam się wstydzić, że taka próba jest potrzebna.

Zaczęłam się gramolić do kabiny, gdy Rodge i Cobb zmierzali w stronę drzwi. Miałam wiele do przemyślenia. Cały ten plan Rodge’a, nie mówiąc już o niemijającym niepokoju, wywołanym widokiem wnikacza mającego moją twarz.

Jednak w tym momencie chciałam tylko jak najszybciej usiąść w kokpicie. I dowiedzieć się, dlaczego Zwierzchnictwo wysłało jeden statek, by sprawdził siłę naszej obrony.

7

Pospiesznie wykonałam czynności przedstartowe.

— Gotowy do lotu, M-Bot? — spytałam.

Odpowiedziała mi cisza.

— M-Bot? — zapytałam ponownie, stukając palcami w konsolę i czując lekkie ukłucie niepokoju. — Nic ci nie jest?

— Nie odpowiadam — rzekł. — Ponieważ nie chcesz ze mną rozmawiać. Pamiętasz?

Och… no tak. Wciąż był zły, ponieważ wcześniej wyłączyłam mu dźwięk. Skrzywiłam się, odpięłam przenośny receptor i z powrotem podłączyłam go do deski rozdzielczej.

 

— Przepraszam za to. Narobiłbyś mi kłopotów.

— Spensa, to nie ja pakuję cię w kłopoty. Ja tylko ci o nich przypominam.

— Powiedziałam przepraszam.

— Cóż, najwyraźniej nie chcesz mojego towarzystwa. Z czego logicznie wnioskuję, wykorzystując niewiele mocy obliczeniowej, że będzie ci lepiej beze mnie.

— Czy wszystkie sztuczne inteligencje są takie obrażalskie? — spytałam.

— Stworzono nas na obraz i podobieństwo ludzi, abyśmy naśladowali ich działania i emocje.

— Uch. Sama się prosiłam, prawda?

Zerknęłam na zieloną lampkę, która zapaliła się na ścianie, sygnalizując, że Cobb z Rodge’em wyszli i hangar jest gotowy do rozhermetyzowania. Włączyłam silniki manewrowe, a wtedy wrota się otworzyły i wyprowadziłam maszynę na zewnątrz.

Po kilku minutach statek Kimmalyn wyłonił się ze swojego hangaru.

— Hej — rzuciła przez radio. — Co właściwie mamy zrobić?

— Zauważono niezidentyfikowany statek obcych zbliżający się do planety. Właśnie przelatuje przez pierścień obrony.

Przyspieszyłam i pomknęłam wzdłuż cienkiej krawędzi platformy.

Kimmalyn poleciała za mną.

— Jeden statek? Hmm.

— Wiem. — Przemilczałam to, że wyczułam, jak się pojawił. Nie wiedziałam, co to oznaczało ani nawet czy naprawdę to poczułam. — Lećmy.

— Lećmy — powiedział głos za moimi plecami, a ja drgnęłam. Obróciłam głowę i zobaczyłam żółto-niebieskiego ślimaka, który usadowił się między skrzynką z narzędziami a awaryjnym zapasem wody.

— Straszliwy? — zdziwiłam się.

Zwierzątko powtórzyło to, jak zwykle. Wspaniale. Powinnam być zła na Dobsi i resztę personelu naziemnego, że nie dopilnowali ślimaka, ale… no cóż, nie byli opiekunami zwierzaków, tylko mechanikami. Ponadto Straszliwy Ślimak miał zwyczaj włazić tam, gdzie nie powinien.

Miejmy nadzieję, że nie będę musiała wykonywać żadnych niebezpiecznych manewrów; nie byłam pewna, jakie przeciążenie wytrzyma Straszliwy Ślimak. Na razie mknęłam w kierunku obcego statku. Zgodnie z obietnicą M-Bot nie odzywał się do mnie — ale wytyczył kurs na monitorze, pokazując, jak lecieć, aby przechwycić tamtą jednostkę. Potem napisał mi wiadomość na ekranie.

Śledzę lot tamtego statku, używając naszych detektorów, i stwierdzam, że zdecydowanie nie obrał rozsądnego kursu. Jest ostrzeliwany przez wiele platform.

— Hmm… — mruknęłam. — Może technicy mieli rację. Uważają, że to dron zwiadowczy, mający wypróbować siłę naszej obrony.

Ma to sens, odpowiedział na ekranie. Gdyby ten statek zamierzał dotrzeć do Detritusa, wybrałby kurs pomiędzy platformami, trzymając się poza polem rażenia. Krelle umieją to robić.

Skręciłam i pomknęłam w kierunku wskazanym przez M-Bota, ciesząc się przyspieszeniem wgniatającym mnie w fotel. W kokpicie zawsze miałam wrażenie, że mam większą kontrolę nad moim życiem. Westchnęłam, usiłując pozbyć się niepokoju, który czułam, od kiedy zobaczyłam na filmie to… coś.

— Kontakt za półtorej minuty — ostrzegł M-Bot.

— Co się stało z urażonym milczeniem? — spytałam.

— Za bardzo ci się podobało — odrzekł. — Zdecydowałem, że milczenie to zły sposób. Zamiast tego powinienem przypominać ci, co tracisz, kiedy ze mną nie rozmawiasz — pokazując ci, jaki cudowny jest dialog ze mną.

— Hurra.

— Hurra! — powtórzył Straszliwy Ślimak.

— Cieszę się, że obaj jesteście zadowoleni.

Przyspieszyłam jeszcze trochę.

— Czekaj — powiedział M-Bot. — Czy to był sarkazm?

— Z mojej strony? Nigdy.

— To dobrze. Ja… Zaczekaj. To był sarkazm!

Przed nami migoczące światełko przedarło się przez dolną warstwę fortów obronnych. Statek… ciągnący za sobą warkocz dymu.

— Ten statek się przedostał — powiedziałam. — Jednak został trafiony.

— Nie wierzę, że ty…

— M-Bot, zarchiwizuj tę rozmowę — poleciłam. — Statek wroga… Jak poważnie jest uszkodzony?

— Dość poważnie — odpowiedział. — Dziwię się, że nadal jest w jednym kawałku. Moje obliczenia wykazują, że lecąc tym kursem, rozbije się o powierzchnię planety i wyparuje.

— Proszę o zezwolenie na podjęcie pościgu — oznajmiłam, wywołując dowództwo. — Ten statek jest na kursie kolizyjnym z powierzchnią planety.

— Zezwalam — rozległ się głos Cobba. — Jednak zachowujcie bezpieczną odległość.

Kimmalyn i ja podążyłyśmy za obcym statkiem, zmierzającym w kierunku górnej warstwy atmosfery. Widziałam, że pilot usiłował wyprowadzić statek z korkociągu, i natychmiast zrozumiałam dlaczego. Byłam na jego miejscu, w uszkodzonej maszynie spadającej spiralą ku powierzchni. W panice walczyłam z niereagującymi sterami, w duszącym dymie, ze światem wirującym mi w oczach.

Obcy statek zdołał skorygować kurs na tyle, że wszedł w atmosferę pod łagodniejszym kątem. Ktokolwiek pilotował tego drona, nie chciał…

Chwileczkę. Nie słyszałam żadnych rozkazów kierowanych z niebytu do tego statku. Co oznaczało, że to nie jest dron. W środku był żywy pilot.

Od tarcia po wejściu w warstwę atmosfery moja osłona zaczęła się jarzyć, a statek drżał w coraz gęstszym powietrzu.

Tamten statek się rozpadnie, jeśli nadal będzie leciał pod tym kątem, pomyślałam.

— Dowództwo, wchodzi pod złym kątem — zameldowała Kimmalyn. — Jakie rozkazy?

— Zamierzam złapać tę maszynę, zanim się rozbije — oznajmiłam.

— To może być niebezpieczne — zauważył Cobb.

— Przybył tu na hipernapędzie. Chcecie pozwolić mu zamienić się w pył czy spróbować zdobyć tę technologię? Może gdybyśmy ją mieli, plan Rodge’a nie byłby potrzebny.

— Dobrze, ścigajcie ten statek — powiedział. — Jednak zbiorę resztę eskadry Do Gwiazd na wypadek, gdybyście potrzebowały wsparcia.

— Tak jest — rzuciłam. — Chybka, osłaniaj mnie. Lecę po niego.

— Jasne — odparła. — A jeśli to pułapka?

— To staraj się nie śmiać, kiedy będziesz mnie z niej wyciągać.

— Spensa! Za kogo ty mnie masz? Nigdy nie drwiłabym z ciebie… w żywe oczy!

Uśmiechnęłam się, po czym pchnęłam dźwignię przepustnicy, włączając dopalacze i mknąc za tamtą maszyną. Jej ledwie kontrolowany lot nie zgadzał się z obliczeniami M-Bota, który szybko je skorygował.

Cholera, to będzie ryzykowne. Przy tej prędkości statek niemal na pewno zostałby kompletnie zniszczony przy uderzeniu o powierzchnię planety. Pilot najwyraźniej o tym wiedział i próbował wyprowadzić maszynę, lecz ta zaraz znów zanurkowała. Widocznie stery pierścienia unoszącego nie działały.

Sytuacja pogorszyła się, gdy atmosfera zgęstniała i rosnący opór powietrza sprawił, że obcy statek wpadł w śmiertelną spiralę. Na szczęście moje reduktory atmosfery zmieniały strumień powietrza, umożliwiając mi lepszą kontrolę nad sterami. Mój kokpit tylko lekko drżał, pomimo prędkości, z jaką pędziłam za tamtym statkiem.

Ogromne przeciążenie pokonało nawet doskonałe grawkompy M-Bota; znajomy ciężar wdusił mnie w fotel i ściągnął wargi, odsłaniając zaciśnięte zęby. Unieruchomił moje ręce, jakby przygniatając je obciążnikami.

Straszliwy Ślimak za moimi plecami wydał melodyjny odgłos świadczący o irytacji. Zerknęłam na niego, ale przywarł do ściany i znieruchomiał. Wyglądało na to, że sobie z tym poradzi. Ponownie skupiłam uwagę na lecącym spiralą statku, starając się nie stracić go z pola widzenia. Jego manewry były coraz mniej skoordynowane i nagle zalała mnie fala emocji płynących z kokpitu — emocji, które w jakiś sposób odebrałam. Panicznego lęku i rozpaczy.

Wyczułam coś w „tonie” tego przekazu — wydawał się wysyłany rozmyślnie. Ktokolwiek tam był… był tym samym, który mówił do mnie wcześniej i powiedział, że mnie słyszy.

Nie był to tylko obcy pilot. To był cytonik, jak ja.

Przybywam, pomyślałam, mając nadzieję, że mnie usłyszy. Trzymaj się!

— Spin? — rozległ się głos Cobba w interkomie. — Spin, musisz przejąć ten statek. Nasi analitycy sądzą, że może być załogowy.

— Staram się — wycedziłam przez zęby.

Odczyty M-Bota na mojej kopule mówiły mi, że do zderzenia zostało niecałe piętnaście sekund. Mknęliśmy w dół przez atmosferę, prosto ku pylistej powierzchni planety. Dziób mojej maszyny się jarzył i wiedziałam, że mój myśliwiec też ciągnie za sobą smugę dymu. Nie z powodu jakiegoś uszkodzenia, tylko ogromu energii uwalnianej przy tak gwałtownym przejściu przez atmosferę.

Teraz! — pomyślałam, podlatując dostatecznie blisko do obcego statku. Odpaliłam lancę świetlną i trafiłam nią dokładnie pomiędzy jego dwa silniki.

— Obróć kokpit! — krzyknęłam, wyrywając w górę, włączając pierścień unoszący, by przeciwdziałał przyciąganiu grawitacyjnemu planety — i napinając mięśnie. M-Bot obrócił mój fotel, gdy gorączkowo wychodziłam z lotu nurkowego.

Pociemniało mi w oczach, kiedy wywołane gwałtowną zmianą kursu przeciążenie przepchnęło mi krew do nóg. Fotel obrócił się, usiłując je zamortyzować, gdyż ludzkie ciało lepiej znosi przyspieszenie o wektorze skierowanym do przodu.

Kokpit zadrżał, gdy spowolniłam upadek. Cholera… Miałam nadzieję, że przeciążenie nie pozbawiło przytomności tamtego pilota. Mnie niewiele brakowało. Na kilka sekund zupełnie pociemniało mi w oczach, a skafander próżniowy zacisnął się na moich przegubach i kostkach, usiłując przepchnąć mi krew z powrotem do mózgu.

Gdy odzyskałam wzrok, odkryłam, że drżę, mam spoconą i zimną twarz, a do tego szumi mi w uszach. Statek zwolnił — na szczęście do jednostajnej prędkości 1 Maga. Fotel w moim kokpicie powrócił do pierwotnej pozycji, kiedy całkowicie wyszłam z lotu nurkowego.

Spojrzałam przez ramię na Straszliwego Ślimaka, który trelował z irytacją, rozpłaszczony na ścianie. Czy brak kości ułatwiał mu, czy utrudniał znoszenie przeciążeń? Tak czy inaczej, oboje dzielnie przetrwaliśmy ten moment.

Spojrzałam na zewnątrz i zobaczyłam powierzchnię umykającą pode mną w tył. Znajdowaliśmy się jakieś sto lub sto pięćdziesiąt metrów nad nią. Nadal trzymałam na uwięzi tamten statek — mój myśliwiec holował go na płonącej, czerwono-pomarańczowej linie lancy świetlnej.

— Trochę za blisko, Spin — powiedziała mi do ucha Kimmalyn. — Nawet jak na ciebie. Jednak… domyślam się, że to nie była pułapka?

Kiwnęłam głową, nie ufając mojemu głosowi, ponieważ wciąż oddychałam z trudem. Mimo to pewną ręką zredukowałam prędkość do zera, zawisając na pierścieniu unoszącym. Ostrożnie opuściłam obcy statek na ziemię, a potem odłączyłam lancę świetlną i wylądowałam.

Czekałam — w otwartym kokpicie, czując jak wiatr owiewa mi spoconą twarz — aż Kimmalyn wyląduje w pobliżu. Cobb powiedział, że wysyła oddział piechoty, aby zajęła się schwytanym Krellem, ale kazał mi się trzymać z daleka. Tak więc wyszłam na zewnątrz i zeskoczyłam ze skrzydła, z łoskotem uderzając podeszwami butów o niebieskoszarą powierzchnię Detritusa. Widziane stąd platformy obronne i pas złomu najniższej ich warstwy były tylko ledwie widocznymi w oddali wzorami na niebie.

Obcy statek był mniej więcej takiej samej wielkości jak M-Bot, nieco większy od naszych standardowych myśliwców. To oznaczało, że mógł być jednostką dalekiego zasięgu, mającą większą ładownię i kabinę niż zwykła maszyna. Duży kokpit znajdował się na środku owalnego kadłuba z szerokimi łukowatymi skrzydłami, pod którymi były umieszczone gniazda działek laserowych. Miał nawet wieżyczkę lancy świetlnej pod kadłubem, mniej więcej w tym samym miejscu, co M-Bot. Nie widziałam jej na żadnym z myśliwców Krelli.

Najwyraźniej był to myśliwiec. Jego lewe skrzydło miało dużą osmaloną dziurę oraz ślady odłamków po trafieniach i zostało niemal oderwane przy zbyt szybkim przejściu przez atmosferę.

Na jednym boku kadłuba widniał napis w jakimś nieznanym języku. Już nie czułam tego, co wcześniej wydawało się emanować z kokpitu, i zaczęłam się obawiać, że obcy zginął.

Nie chcąc czekać na Kimmalyn, wdrapałam się na prawe skrzydło obcego statku — jeszcze było ciepłe po przejściu przez atmosferę, ale już nie parzyło — i statek przechylił się pod moim ciężarem, przypominając mi, że nie stoi na amortyzujących wspornikach. Złapałam równowagę i podeszłam do osłony kabiny.

Przez jej szkło po raz pierwszy zobaczyłam obcego. Spodziewałam się znaleźć jakieś krabopodobne stworzenie, jedno z tych, które widziałam w kokpitach statków Krelli.

Ze zdziwienia zaparło mi dech, gdy ujrzałam tam coś zupełnie innego. Nie kraba, lecz kobietę.