Wśród GwiazdTekst

Z serii: Skyward #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

4

Poszłam z Jorgenem za Kimmalyn do pomieszczenia, które wszyscy nazywali biblioteką, chociaż nie było tam książek. Ludzie z korpusu inżynieryjnego bez przerwy pracowali tam nad starymi bazami danych. Zdemontowali kilka paneli ściennych, odsłaniając sieć biegnących tam przewodów, przypominających ścięgna. Chociaż znaczną część platformy udało się włączyć bez trudu, nadal nie mieliśmy dostępu do kilku systemów komputerowych. Kimmalyn zaprowadziła nas do grupki inżynierów w kombinezonach personelu naziemnego, którzy szeptali i rozmawiali z ożywieniem, zebrani wokół dużego włączonego monitora. Rozejrzałam się za resztą mojej eskadry, ale nie było ich tu — tylko ja, Jorgen, Kimmalyn oraz kilku oficerów sztabu admirała. Dotknęłam swego obszernego skafandra, przepoconego po walce z asem.

— Szkoda, że się nie przebrałam — mruknęłam do Jorgena.

— Mogę ci stworzyć hologram nowego stroju! — zaproponował M-Bot. — Będzie…

— Czy to zmieni fakt, że czuję się spocona? — spytałam go. Naprawdę, teraz gdy dostał tę bransoletę i projektor holograficzny, tylko szukał pretekstu, żeby się nimi popisać.

Słysząc mój głos, ktoś zerknął na nas z tłumu inżynierów. Odwrócił się i uśmiechnął, gdy nas rozpoznał.

Rodge był chudy i blady, ze strzechą rudych włosów. Teraz uśmiechał się częściej niż wtedy, gdy dorastaliśmy. Właściwie wciąż miałam wrażenie, że coś przegapiłam — bo nie wiedzieć kiedy, gdy razem naprawialiśmy M-Bota, ktoś zmienił mojego nerwowego przyjaciela w tego pewnego siebie osobnika.

Byłam z niego dumna, szczególnie gdy zauważyłam, że znów zaczął nosić swoją odznakę kadeta — tę, którą Cobb kazał dla niego zrobić w czerwonym kolorze, jako nowy symbol dokonań przysługujący wybitnym członkom personelu inżynieryjnego i naziemnego.

Rodge podszedł do nas i powiedział cicho:

— Tak się cieszę, że was znalazła. Musicie to zobaczyć.

— Co takiego? — spytał Jorgen, wyciągając szyję, żeby spojrzeć na ekran monitora.

— Ostatnie zapisy stacji — szepnął Rodge. — Ostatnie obrazy zarejestrowane przez kamery, zanim się wyłączyła. To przerwało nagrywanie i proces szyfrowania do archiwizacji nie został zakończony. To pierwszy duży fragment danych, jakie zdołaliśmy odzyskać. — Obejrzał się przez ramię. — Major Ulan nalegała, żebyśmy z pokazem zaczekali na Cobba i pomyślałem, że nikt się nie sprzeciwi, jeśli bohaterka bitwy o Altę Dwa zechce popatrzeć.

Istotnie, moje przybycie zwróciło uwagę. Kilku inżynierów trącało się łokciami, patrząc na mnie.

— Wiesz, Spin — zauważyła stojąca obok mnie Kimmalyn — towarzyszenie ci może mieć pewne zalety. Kiedy przykuwasz uwagę wszystkich, reszta z nas może robić, co chce.

— A co chciałabyś zrobić? — zapytał Jorgen. — Upić dodatkowy łyk herbaty?

Ponieważ wciąż usiłował spojrzeć na monitor, nie zauważył szokująco niegrzecznego gestu, jaki pokazała mu Kimmalyn. Wytrzeszczyłam oczy i opadła mi szczęka. Ona naprawdę mu tak pokazała?

Kimmalyn posłała mi łobuzerski uśmiech, który natychmiast zasłoniła dłonią. Co za dziewczyna… Gdy już myślałam, że ją rozgryzłam, nagle rozmyślnie robiła coś takiego, co — byłam tego pewna — miało mnie zszokować.

Dalszą rozmowę przerwały otwierające się drzwi i wejście Cobba. Zapuścił krótką białą brodę i wciąż kulał na skutek starej rany, ale laski używał tylko podczas najbardziej oficjalnych uroczystości. W ręku miał kubek z parującą kawą, a na sobie śnieżnobiały mundur admirała floty SPŚ — z rzędem baretek i medali na prawej piersi. Niechętnie zajął miejsce Ironside, gdy ta — równie niechętnie — odeszła na emeryturę. Według pewnych kryteriów Cobb był najważniejszym z żyjących ludzi. A jednak nadal był… no cóż, Cobbem.

— O co chodzi z tym plikiem rejestru? — zapytał. — I co to, do diabła, takiego?

— Panie admirale! — powiedziała major Ulan, wysoka kobieta yeongiańskiego pochodzenia. — Jeszcze nie wiemy. Czekaliśmy na pana.

— Co takiego? — mruknął Cobb. — Nie wiecie, jak wolno chodzę? Ta przeklęta stacja pewnie obróciła się trzy razy, zanim tutaj dokuśtykałem.

— Hm. Panie admirale. Pomyśleliśmy… nikt nie wierzy, że ta noga pana spowalnia… no… ani trochę, wie pan…

— Nie podlizujcie się, majorze — warknął.

— Chcieliśmy tylko okazać szacunek…

— I nie okazujcie szacunku. — Upił łyk kawy. — Czuję się przez to stary.

Ulan zaśmiała się sztucznie, na co Cobb zmarszczył brwi, wprawiając ją w jeszcze większe zakłopotanie. Współczułam jej. Obchodzenie się z Cobbem było równie trudne, co wykonanie potrójnej pętli Ahlstroma z odskokiem w tył.

Technicy zrobili Cobbowi przejście, więc Kimmalyn i ja skorzystałyśmy z okazji, by podejść bliżej ekranu. Jorgen został z tyłu, z rękami założonymi na plecach, pozwalając wyższym rangą oficerom zająć lepsze miejsca. Czasem ten chłopak był zbyt obowiązkowy. Dziewczyna niemal mogła poczuć wyrzuty sumienia, że wykorzystuje swoją sławę.

Cobb zmierzył mnie wzrokiem.

— Słyszę, że znów wycinasz numery, poruczniku — odezwał się cicho, gdy jeden ze starszych techników szukał plików.

— Hmm… — zaczęłam.

— Niewątpliwie! — odezwał się M-Bot z mojego przegubu. — Powiedziała Jorgenowi, że rozmyślnie próbowała…

Wyłączyłam mu głos. A potem, na wszelki wypadek, również projektor holograficzny. Zaczerwieniłam się i spojrzałam na Cobba.

Admirał sączył kawę.

— Porozmawiamy później. Nie chcę rozzłościć twojej Babki, pozwalając ci się zabić. W zeszłym tygodniu upiekła mi ciasto.

— Hmm, tak jest, panie admirale.

Na ekranie pojawił się szum zakłóceń, a potem obraz z kamery, ukazującej tę salę, tylko z nierozprutymi ścianami. Przy monitorach siedziała gromada osób w nieznanych nam mundurach. Zaparło mi dech. To byli ludzie.

Zawsze wiedzieliśmy, że tak będzie. Chociaż zastaliśmy Detritusa niezamieszkanego, na większości maszyn znajdowały się napisy w językach Starej Ziemi. Pomimo to dziwnie było patrzeć na tych ludzi sprzed wieków. Miliony ich — jeśli nie miliardy — musiały zamieszkiwać tę planetę i te platformy. W jaki sposób wszyscy zniknęli?

Zdawali się rozmawiać i wyglądali na wzburzonych, krzątając się w tym pomieszczeniu. Przy dokładniejszych oględzinach wydawało się, że niektórzy krzyczą, ale film był bez dźwięku. Jakiś jasnowłosy mężczyzna wszedł na fotel przed monitorem i jego twarz wypełniła ekran. Zaczął coś mówić.

— Przepraszamy, panie admirale! — powiedział jeden ze stojących blisko mnie techników. — Pracujemy nad dźwiękiem. Zaraz…

Nagle monitor eksplodował zgiełkiem. Ludzie krzyczeli i tuzin głosów nakładało się na siebie.

— …wysłać ten meldunek — rzekł mężczyzna przed monitorem, mówiąc po angielsku z wyraźnym obcym akcentem. — Mamy wstępne dowody na to, że cytoosłony planety są, wbrew powszechnie przyjętym założeniom, niewystarczające. Wnikacz podsłuchał nasze transmisje i podążył za nimi do nas. Powtarzam, wnikacz wrócił do naszej stacji i…

Zamilkł, oglądając się przez ramię. W pomieszczeniu panował chaos — jedni załamywali się i osuwali na podłogę, inni w panice krzyczeli na siebie.

Mężczyzna na naszym ekranie stukał w klawiaturę.

— Mamy obraz z jednej z zewnętrznych platform — oświadczył. — Numer 1132. Włączam go.

Pochyliłam się, gdy na monitorze pojawiły się gwiazdy — obraz z kamery w zewnętrznym kręgu fortów, ukazującej kosmos. Na dole ekranu widziałam zakrzywioną krawędź platformy.

Ludzkie głosy zamilkły. Czy w tej usianej gwiazdami ciemności widzieli coś, czego ja nie dostrzegałam? Czy to…

Pojawiło się więcej gwiazd.

Zaistniały nagle, jak dziurki w rzeczywistości. Setki… tysiące światełek, zbyt jasnych, aby były gwiazdami. Przemykały po niebie, zbierając się, gromadząc. Nawet na tym ekranie, nawet z tej ogromnej odległości w czasie i przestrzeni, wyczuwałam ich wrogość.

To nie były gwiazdy. To były oczy.

Oddech uwiązł mi w gardle. Serce łomotało mi w piersi. Pojawiało się coraz więcej tych świateł, które obserwowały mnie z ekranu. Znały mnie. Widziały mnie.

Poczułam lęk. Jednak stojący obok mnie Cobb nadal spokojnie pił kawę. W jakiś dziwny sposób jego opanowanie pomogło mi się uspokoić.

To wydarzyło się dawno temu, przypomniałam sobie. Nic mi teraz nie grozi.

Światła na ekranie zaczęły się rozmywać… To pył, uświadomiłam sobie. Pojawił się, jakby przeciekając przez otwory w rzeczywistości. Ten obłok jarzył się białą poświatą i rósł z niewiarygodną szybkością. Później pojawił się za nim jakiś duży owalny kształt, jakby wyłaniając się z nicości w środku tej chmury pyłu.

Trudno było dostrzec coś poza niewyraźnym zarysem. W pierwszej chwili mój umysł nie chciał zaakceptować jego ogromnych rozmiarów. To, co się pojawiło — ta ciemność w świecącej chmurze pyłu — było o wiele większe od fortu. Cholera! Cokolwiek to było, miało rozmiary planety.

— Mam… mam pewność, że to wnikacz — powiedział mężczyzna rejestrujący zdarzenie. — Matko święta… jest tutaj. Projekt cytoosłony zawiódł. Wnikacz wrócił i… i przyszedł po nas.

Czarna masa przesunęła się w kierunku planety. Czyżbym w tej ciemności dostrzegała jakieś ręce? A może kolce? Ten kształt wydawał się rozmyślnie mylący, gdyż na próżno usiłowałam — wbrew rozsądkowi — zrozumieć, co widzę. Wkrótce ta czerń pochłonęła wszystko. Ekran pociemniał.

Już myślałam, że zapis się skończył, lecz zaraz pojawił się na nim obraz biblioteki oraz siedzącego za biurkiem mężczyzny. Większość stanowisk była opuszczona i pozostał tam tylko on oraz jedna kobieta. Słyszałam krzyki rozlegające się na platformie, gdy ten człowiek, drżąc, podniósł się, wpadając na monitor, przed którym siedział, w wyniku czego kamera zaczęła pokazywać obraz pod innym kątem.

 

— Zanikają oznaki życia na zewnętrznym kręgu obronnym! — krzyknęła kobieta. Zerwała się ze swojego miejsca przed monitorem. — Platformy milkną. Dowództwo rozkazało nam włączyć tryb autonomiczny!

Roztrzęsiony mężczyzna znów usiadł. Przekrzywiona kamera pokazywała, jak pospiesznie stuka w klawiaturę. Kobieta cofnęła się od swojego biurka i spojrzała w górę, gdy po platformie przetoczył się głuchy łoskot.

— Autonomiczne systemy obronne włączone… — wymamrotał mężczyzna, wciąż stukając w klawisze. — Statki ratunkowe milkną. Święci…

Sala znów zatrzęsła się i światła zamigotały.

— Planeta do nas strzela! — krzyknęła kobieta. — Nasi strzelają do nas!

— Nie strzelają do nas — powiedział mężczyzna, jak w transie nadal stukając w klawiaturę. — Strzelają do wnikacza, gdy spowija planetę. My tylko jesteśmy w polu rażenia. Musimy mieć pewność, że droga przez niebyt jest zamknięta… Stąd nie mam dostępu, ale może…

Wciąż coś mamrotał, lecz moją uwagę przykuło coś innego. Światła gromadzące się na końcu tamtej sali. Zakłócały rzeczywistość, tak że przeciwległa ściana zdawała się oddalać, zmieniać w nieskończoną gwiezdną pustkę usianą tymi jasnymi, złowrogimi punkcikami.

Oczy przybyły. Kobieta w tamtej sali wrzasnęła i… znikła. Jakby skręciła się, skurczyła i zapadła w siebie, zmiażdżona przez jakąś niewidzialną siłę. Mężczyzna, który mówił, wciąż wściekle stukał w klawisze, wytrzeszczając oczy. Jak szaleniec piszący swój testament. Choć jego twarz zajmowała niemal cały ekran, widziałam gromadzącą się za nim ciemność.

Rozświetloną przez gwiazdy niebędące gwiazdami.

Wzbierającą nieskończoność.

Z ciemności wyszła jakaś postać.

To byłam ja.

5

Chwiejnie odskoczyłam, wpadając na stojących za mną oficerów. Z nagle obudzoną czujnością zacisnęłam pięści, gotowa do walki. Jeśli mnie nie przepuszczą, utoruję sobie drogę do…

— Spensa? — powiedziała Kimmalyn, chwytając mnie za rękę. — Spensa!

Zamrugałam, a potem rozejrzałam się, spocona, z szeroko otwartymi oczami.

— Jak? — wykrztusiłam. — Jak to…

Znów spojrzałam na monitor, na którym zastygł obraz dawno nieżyjącego człowieka w pomieszczeniu pełnym gwiazd. Linia na dole ekranu pokazywała, że na tym zakończył się zapis.

Nieruchomy obraz ukazywał mnie stojącą za mężczyzną. Byłam tam. BYŁAM. W moim nowym kombinezonie SPŚ. Z kasztanowymi włosami do ramion i pociągłą twarzą. Zastygła, z wyciągniętą ręką.

A mój wyraz twarzy… Byłam przerażona. Zaraz jednak moja twarz się zmieniła, w niewiarygodny sposób odzwierciedlając to, co teraz czułam.

— Wyłączcie to! — krzyknęłam. Wyrwałam się Kimmalyn i sięgnęłam do wyłącznika, ale złapały mnie silniejsze ręce.

Szamotałam się, próbując wyłączyć obraz. Zarówno fizycznie, jak… w jakiś inny sposób. Jakimś moim zmysłem. Jakąś pierwotną, przerażoną, wstrząśniętą cząstką mojego ja. To było jak niemy krzyk dobywający się gdzieś z głębi podświadomości.

A wtedy, gdzieś z daleka, coś jakby odpowiedziało na mój krzyk.

Słyszę… cię…

— Spensa! — krzyknął Jorgen.

Spojrzałam na niego. Trzymał mnie, spoglądając mi w oczy.

— Spensa, co tam widzisz? — zapytał.

Zerknęłam na ekran i widoczną na nim moją postać. Niedobrze, och, niedobrze. Moja twarz. Moje emocje. Ale…

— Ty tego nie widzisz? — spytałam, patrząc na innych i ich zaskoczone miny.

— Ciemność? — zapytał Jorgen. — Na ekranie jest mężczyzna, ten, który to zarejestrował. A za nim ciemność pełna białych światełek.

— Jak… oczy — podpowiedział jeden z techników.

— A ta osoba? — zapytałam. — Czy widzisz kogoś w ciemności?

Na to pytanie odpowiedziały tylko zdziwione spojrzenia.

— To tylko ciemność — rzekł Rodge z grupki techników. — Spin? Nie ma tam nikogo. Ja nawet nie widzę żadnych gwiazd.

— Ja je widzę — rzekł Jorgen, mrużąc oczy. — I coś, co może być jakąś postacią. Może. Zapewne to tylko cień.

— Wyłączcie to — rozkazał Cobb. — Sprawdźcie, czy uda się wam odzyskać inne zapisy lub pliki. — Spojrzał na mnie. — Porozmawiam na osobności z porucznik Nightshade.

Popatrzyłam na niego i na zaskoczone twarze obecnych, nagle zawstydzona. Wprawdzie już uporałam się z obawą, że będę uważana za tchórza, ale byłam zmieszana widowiskiem, jakie tu z siebie zrobiłam. Co oni sobie pomyśleli, widząc mnie w takim stanie?

Z trudem się uspokoiłam i skinęłam głową Jorgenowi, uwalniając się z jego uścisku.

— Nic mi nie jest — powiedziałam. — Trochę rozemocjonował mnie ten film.

— Świetnie. I tak porozmawiamy o tym później — rzekł.

Cobb skinieniem głowy kazał mi wyjść za nim z sali, więc ruszyłam do drzwi, ale zanim przez nie przeszliśmy, przystanął i odwrócił się. — Poruczniku McCaffrey? — rzucił.

— Panie admirale? — rzekł Rodge, spoglądając na niego spod ściany.

— Nadal pracujesz nad tym swoim projektem?

— Tak jest! — odparł Rodge.

— Dobrze. Zobaczymy, czy twoje teorie się sprawdzą. Porozmawiam z tobą później.

Poszedł dalej, wyprowadzając mnie z sali.

— O co chodziło, panie admirale? — zapytałam go, gdy zamknęły się za nami drzwi.

— Teraz to nie jest ważne — powiedział, prowadząc mnie do obserwatorium po drugiej stronie korytarza. To długie, wąskie pomieszczenie nazywano tak, ponieważ doskonale widać było z niego planetę. Weszłam tam i powitał mnie panoramiczny widok Detritusa.

— Co widziałaś na tym filmie? — zapytał Cobb.

— Siebie — odparłam. Z Cobbem mogłam mówić otwarcie. Już dawno dowiódł, że w pełni zasługuje na moje zaufanie. — Wiem, że to wydaje się niemożliwe, Cobb, ale ta ciemność na filmie przybrała kształt i to byłam ja.

— Kiedyś widziałem, jak mój skrzydłowy i najlepszy przyjaciel próbuje mnie zabić, Spensa — wyszeptał. — Teraz wiemy, że twój ojciec wziął mnie za nieprzyjaciela. Coś zmieniło obraz, który widział — lub sposób, w jaki odbierał to jego mózg.

— Myślisz… że tu było podobnie?

— Nie potrafię inaczej wyjaśnić, dlaczego ujrzałaś siebie na tym filmie sprzed kilkuset lat. — Pociągnął długi łyk kawy, przechylając kubek tak, by wypić ją co do kropli. Potem opuścił rękę. — Nic nie wiemy. Nie znamy możliwości nieprzyjaciela, ani nawet nie wiemy, kim on jest. Czy widziałaś jeszcze coś w tej ciemności?

— Wydawało mi się, że coś do mnie mówi… że mnie „słyszy”. Jednak jakby coś innego od tej ciemności. Z innego miejsca i nie takie złe. Nie wiem, jak to wyjaśnić.

Cobb mruknął coś pod nosem.

— No cóż, przynajmniej teraz już wiemy, co się stało z ludźmi mieszkającymi na tej planecie.

Wskazał kubkiem okno, więc podeszłam, by spojrzeć na Detritusa. Planeta wyglądała na bezludną, z powierzchnią zamienioną w żużel. Złom krążący na najniższej orbicie był resztkami platform — zapewne zniszczonych przez przerażonych mieszkańców planety, strzelających do otaczającego ich wroga.

— Czymkolwiek było to na filmie — rzekł Cobb — przybyło tutaj, żeby zniszczyć te platformy i całą ludność planety. Nazywali to wnikaczem.

— Słyszałeś kiedyś o czymś takim? — zapytałam. — Wiesz, o… o tych oczach, które czasem widzę.

— Nie słyszałem tej nazwy — odparł Cobb. — Mamy jednak tradycje sięgające czasów naszych pradziadów. Mówią o stworzeniach obserwujących nas z pustki, o głębokiej ciemności i przestrzegają przed używaniem łączności bezprzewodowej. Dlatego tylko wojsko używa kilku kanałów radiowych. Ten mężczyzna na filmie powiedział, że wnikacz przybył, ponieważ usłyszał ich transmisje, więc to może ma z tym związek. — Cobb spojrzał na mnie. — Ostrzegano nas, by nie konstruować maszyn, które myślą za szybko i…

— …obawiać się ludzi, którzy mogą zajrzeć w niebyt — szepnęłam. — Ponieważ to przyciąga uwagę tych oczu.

Cobb nie zaprzeczył. Próbował pociągnąć kolejny łyk kawy, ale odkrył, że kubek jest pusty, więc tylko cicho chrząknął.

— Czy sądzisz, że to coś, co widzieliśmy na filmie, ma związek z oczami, które widujesz? — zapytał.

Przełknęłam ślinę.

— Tak. To jedno i to samo. Te istoty, które obserwują mnie, gdy używam moich umiejętności, są tym samym, co to coś z kolcami, które pojawiło się na filmie. Tamten mężczyzna mówił coś o cytoosłonie. To najwyraźniej dotyczy cytoniki.

— Być może to osłona mająca zapobiec podsłuchaniu lub znalezieniu cytoników na planecie — stwierdził Cobb. — I najwyraźniej zawiodła. — Westchnął i potrząsnął głową. — Widziałaś te krążowniki, które tu przybyły?

— Taak. Jednak forty uchronią nas przed zbombardowaniem, prawda?

— Może — odparł Cobb. — Nasi inżynierowie uważają, że kilka z tych najbardziej oddalonych fortów ma systemy obrony przeciwrakietowej, ale nie jesteśmy tego pewni. Nie wiem, czy możemy sobie pozwolić na zamartwianie się wnikaczami, oczami i tym podobnymi rzeczami. Mamy ważniejszy problem. Krelle — czy jak się tam naprawdę zwą — nie usłuchają naszych próśb o zaniechanie ataków. Przestali się przejmować tym, czy jacyś ludzie pozostaną przy życiu. Postanowili nas unicestwić.

— Obawiają się nas — powiedziałam. Kiedy przed sześcioma miesiącami M-Bot i ja wykradliśmy informacje z ich stacji, były największym i najbardziej zaskakującym odkryciem dotyczącym Krelli. Trzymali nas w izolacji nie ze złośliwości, ale ponieważ po prostu straszliwie bali się ludzi.

— Boją się nas czy nie — rzekł Cobb — chcą nas pozabijać. I jeśli nie znajdziemy sposobu, aby podróżować do gwiazd tak jak oni, będziemy zgubieni. Żadna forteca — choćby nie wiem jak potężna — nie może wiecznie odpierać ataków, szczególnie tak groźnego nieprzyjaciela, jakim jest Zwierzchnictwo.

Skinęłam głową. Oto sedno wszelkiej taktyki — trzeba mieć plan odwrotu. Dopóki jesteśmy uwięzieni na Detritusie, jesteśmy w niebezpieczeństwie. Gdybyśmy mogli się stąd wydostać, otworzyłoby się przed nami wiele możliwości. Moglibyśmy uciec i ukryć się gdzieś. Szukać innych enklaw ludzkości — jeśli istnieją — i uzyskać pomoc. Dokonać kontrataku, zmuszając wroga do obrony.

Wszystko to było niemożliwe, dopóki nie nauczę się korzystać z moich zdolności. A jeśli nie, to dopóki nie znajdziemy sposobu, by wykraść nieprzyjacielowi technologię lotów w nadprzestrzeni. Cobb miał rację. Te oczy, wnikacze, mogły być ważne dla mnie, ale dla przetrwania naszego ludu miały drugorzędne znaczenie.

Musieliśmy znaleźć sposób, aby wydostać się z tej planety.

Cobb zmierzył mnie bacznym spojrzeniem. Zawsze wydawał mi się stary. Wiedziałam, że był zaledwie kilka lat starszy od moich rodziców, teraz jednak wyglądał jak skała, która za długo pozostawała na zewnątrz i przetrwała zbyt wiele uderzeń meteorów.

— Ironside zawsze narzekała, że to ciężka praca — mruknął. — Wiesz, co jest najtrudniejsze dla dowódcy, Spin?

— Nie, panie admirale.

— Perspektywa. Gdy jesteś młody, zakładasz, że każdy starszy od ciebie wie już wszystko o życiu. Gdy obejmiesz dowodzenie, pojmujesz, że wszyscy jesteśmy tylko dziećmi, choć niektóre mają starsze ciała.

Przełknęłam ślinę, ale nic nie powiedziałam. Stojąc obok Cobba, patrzyłam przez okno na pustynną planetę i tysiące otaczających ją platform. Niewiarygodna linia obrony, która — ostatecznie — nie zdołała zatrzymać tego czegoś, czym był wnikacz.

— Spensa — dodał Cobb. — Musisz być ostrożniejsza. Połowa mojego personelu uważa, że jesteś największym zagrożeniem, jakie kiedykolwiek posadziliśmy za sterami myśliwca. Druga połowa uważa cię za świętą. Chciałbym, żebyś przestała dostarczać argumenty każdej ze stron.

— Tak jest, panie admirale — odparłam. — Ja… szczerze mówiąc, usiłowałam postawić się w skrajnie niebezpiecznej sytuacji. Myślałam, że jeśli to zrobię, może zmuszę mój umysł do wykorzystania moich możliwości.

— Chociaż doceniam dobre chęci, uważam to za niedorzeczną próbę rozwiązania naszych problemów, poruczniku.

— Musimy jednak znaleźć sposób, by polecieć do gwiazd. Sam pan tak mówił.

— Wolałbym znaleźć jakiś mniej ryzykowny sposób — odparł Cobb. — Wiemy, że statki Zwierzchnictwa podróżują między gwiazdami. Mają hipernapęd, ale oczy — wnikacze — nie zniszczyły ich. Tak więc jest to możliwe.

Cobb z zamyśloną miną spoglądał przez okno na planetę w dole. Milczał tak długo, że zaczęłam się niepokoić.

— Panie admirale? — zagadnęłam.

— Chodź ze mną — rzekł. — Może mam sposób, aby zabrać nas z tej planety bez użycia twoich umiejętności.