Wśród GwiazdTekst

Z serii: Skyward #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  CZĘŚĆ PIERWSZA

2  CZĘŚĆ DRUGA

3  CZĘŚĆ TRZECIA

4  CZĘŚĆ CZWARTA

5  PODZIĘKOWANIA

Tytuł oryginału: Starsight

Text copyright © 2019 by Dragonsteel Entertainment, LLC

All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zbigniew A. Królicki, 2020

Copyright © for the Polish edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2020

Ilustracja na okładce

Michał Krawczyk

Redakcja

Robert Cichowlas

Opracowanie graficzne

Barbara i Przemysław Kida

Wydanie I

ISBN 978-83-8116-953-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Erricowi Jamesowi Stone’owi,

który próbował mnie nauczyć,

jak się streszczać,

(co rzadko mi się udawało),

a mimo to był wspaniałym przyjacielem

i wzorem do naśladowania.


CZĘŚĆ PIERWSZA

CZĘŚĆ PIERWSZA

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

Gwałtownie przyspieszyłam i przemknęłam moim myśliwcem przez chaos laserowych promieni i eksplozji. Nade mną rozpościerał się niesamowity bezmiar kosmosu. W porównaniu z jego bezgraniczną czernią zarówno planety, jak i gwiazdoloty wydawały się nieistotne. Nieważne.

Oczywiście, jeśli nie uwzględniać faktu, że te nieważne planety i gwiazdoloty usilnie starały się mnie zabić.

Wykonałam unik, robiąc gwałtowny skręt i w połowie tego manewru wyłączając silniki. Gdy mój statek się obrócił, natychmiast ponownie je włączyłam, kierując maszynę w przeciwną stronę, żeby zgubić trzy podążające za mną drony. Walka w kosmosie bardzo się różni od potyczki w atmosferze. Po pierwsze, skrzydła są bezużyteczne. Brak powietrza oznacza zero aerodynamiki, unoszenia, oporu. W kosmosie tak naprawdę nie lecisz. Po prostu nie spadasz.

Wykonałam następny skręt i przyspieszyłam, kierując się z powrotem w główny rejon bitwy. Niestety, manewry robiące wrażenie w atmosferze, tu były czymś zwyczajnym. Sześć miesięcy walk w próżni zmusiło nas do opanowania całego zestawu nowych umiejętności.

— Spensa — powiedział rześki męski głos w mojej konsoli — pamiętasz, że kazałaś, abym cię ostrzegł, kiedy będziesz postępować kompletnie irracjonalnie?

— Nie — mruknęłam, robiąc unik w prawo. Promienie z działek laserowych przeleciały nad kopułą mojego kokpitu. — Nie sądzę, żebym powiedziała coś takiego.

— Powiedziałaś: czy możemy porozmawiać o tym później?

Ponownie wykonałam unik. Cholera. Czy te drony walczyły coraz lepiej, czy ja traciłam formę?

— Właściwie to „później” powinno nastąpić zaraz po tym, jak to powiedziałaś — ciągnął gawędziarskim tonem M-Bot, czyli sztuczna inteligencja mojego statku. — Jednak ludzie nie używają tego słowa w znaczeniu „w dowolnym czasie po tej chwili”. Ma to oznaczać „w jakimś dogodniejszym dla mnie momencie”.

Drony Krelli roiły się wokół nas, usiłując odciąć mi drogę ucieczki do głównego rejonu bitwy.

— I uważasz, że to jest dogodniejszy moment? — zapytałam.

— A dlaczego nie?

— Ponieważ toczymy bitwę!

— Cóż, można by sądzić, że właśnie tocząc walkę na śmierć i życie, chciałbyś wiedzieć, czy postępujesz kompletnie irracjonalnie.

Z lekkim rozczuleniem wspomniałam te czasy, gdy mój gwiazdolot ze mną nie rozmawiał. To było, zanim pomogłam naprawić M-Bota, mającego osobowość, będącą osiągnięciem starożytnej techniki, którego wciąż nie rozumieliśmy. Często zastanawiałam się, czy każda sztuczna inteligencja jest taka wygadana, czy może to szczególny przypadek?

— Spensa — powiedział M-Bot. — Miałaś podprowadzić te drony pod lufy innym, pamiętasz?

Minęło sześć miesięcy, od kiedy udaremniliśmy podjętą przez Krelli próbę zbombardowania naszych jaskiń. Nie tylko pokonaliśmy ich, ale także dowiedzieliśmy się o kilku istotnych faktach. Wrogowie, których nazywaliśmy Krellami, byli grupą obcych, mających uniemożliwiać nam opuszczenie naszej planety, Detritusa, będącego czymś w rodzaju skrzyżowania więzienia z rezerwatem dla ludzi. Krelle podlegali galaktycznemu rządowi zwanemu Zwierzchnictwem.

Ono do walki z nami wysyłało drony, zdalnie sterowane przez obcych, znajdujących się daleko stąd i kierujących tymi maszynami dzięki nadświetlnym łączom. Drony nie mogły być obsługiwane przez sztuczną inteligencję, gdyż galaktyczne prawo nie pozwalało, by statek sam się pilotował. Nawet samodzielność M-Bota była mocno ograniczona. Poza tym było coś, czego Zwierzchnictwo bardzo się obawiało — ludzi mających zdolność zaglądania w przestrzeń nadświetlnych połączeń. Ludzi zwanych cytonikami.

Ludzi takich jak ja.

Wiedzieli, co potrafię, i nienawidzili mnie. Drony zazwyczaj głównie mnie brały na cel — a my mogliśmy to wykorzystać. Powinniśmy to wykorzystać. Na dzisiejszej odprawie przed bitwą przekonałam pozostałych pilotów, którzy niechętnie zgodzili się zrealizować śmiały plan. Miałam odłączyć się od formacji, skłonić nieprzyjacielskie drony, by skupiły się na mnie, a potem ściągnąć je w pole ostrzału całego zespołu. Wtedy moi przyjaciele mogliby je zniszczyć.

To był niezły plan. I zrealizowałabym go… w końcu.

Teraz jednak chciałam coś sprawdzić.

Włączyłam hipernapęd, oddalając się od statków nieprzyjaciela. M-Bot był szybszy i zwrotniejszy od nich, choć jego przewaga nad nimi polegała głównie na tym, że mógł wykonywać błyskawiczne manewry w atmosferze, nie rozpadając się przy tym na kawałki. Tu, w próżni, nie miało to znaczenia i drony wroga miały większe szanse.

Cały ich rój pomknął za mną, gdy zanurkowałam w kierunku Detritusa. Mojego ojczystego świata broniły liczne kręgi starożytnych metalowych fortec uzbrojonych w działa. Po zwycięstwie odniesionym sześć miesięcy temu odepchnęliśmy Krelli od naszej planety poza ten obronny pas. Teraz naszym długofalowym zadaniem było zatrzymywanie nieprzyjaciela tutaj, w kosmosie, nie pozwalając mu zbliżyć się do planety.

Zatrzymywanie go tutaj pozwalało naszym inżynierom — włącznie z moim przyjacielem Rigiem — uzyskiwać kontrolę nad fortami i ich działami. W końcu to one powinny stać się skuteczną obroną naszej planety przed atakami. Na razie jednak większość tych stanowisk obronnych nadal była autonomiczna — i mogły one być równie niebezpieczne dla nas, jak i dla wroga.

Statki Krelli pędziły za mną, chcąc odciąć mnie od głównego rejonu bitwy, gdzie moi przyjaciele powstrzymywali pozostałe drony. Ta próba odizolowania mnie opierała się na jednym fatalnym założeniu: że osamotniona będę mniej niebezpieczna.

— Nie zamierzamy zawrócić i trzymać się planu, prawda? — spytał M-Bot. — Zamierzasz walczyć z nimi sama.

Nie odpowiedziałam.

— Jorgen będzie baaardzo zły — zauważył M-Bot. — Nawiasem mówiąc, te drony usiłują skierować cię w konkretne miejsce, które pokazuję ci na monitorze. Z mojej analizy wynika, że to zasadzka.

— Dzięki — mruknęłam.

— Ja tylko staram się uniknąć zniszczenia — odrzekł M-Bot. — A skoro o tym mowa, to jeśli zabijesz nas oboje, ostrzegam, że będę cię straszył.

— Straszył? — powtórzyłam. — Jesteś robotem. A ponadto, gdyby cię zniszczyli, ja też byłabym martwa, mam rację?

— Mój robotyczny duch straszyłby twojego.

— W jaki sposób?

— Spensa, duchy nie istnieją — rzekł karcącym tonem. — Dlaczego przejmujesz się takimi rzeczami, zamiast skupić się na lataniu? Naprawdę ludzie tak łatwo się dekoncentrują.

Dostrzegłam zasadzkę — małą grupkę dronów ukrytych za wielkim kawałem metalu unoszącym się tuż poza zasięgiem fortecznych dział. Kiedy się tam zbliżyłam, wyłoniły się zza niego i pomknęły ku mnie. Jednak byłam na to przygotowana. Rozluźniłam mięśnie i pozwoliłam przejąć kontrolę mojej podświadomości. Skupiłam się, zapadając w rodzaj transu, w którym nasłuchiwałam.

Nie uszami.

Zdalnie sterowane drony przeważnie spełniały swoje zadanie. Były skutecznym narzędziem, za pomocą którego więziono ludzi na Detritusie. Jednak ogromna odległość, z jakiej toczyli te kosmiczne walki, zmuszała Krelli do wykorzystywania nadświetlnej łączności do kierowania dronami. Podejrzewałam, że operatorzy znajdowali się bardzo daleko stąd, ale nawet gdyby byli na tej stacji Krelli, która unosiła się w przestrzeni w pobliżu Detritusa, opóźnienie sygnałów radiowych powodowałoby zbyt wolne reakcje dronów. Tak więc potrzebowali nadświetlnej łączności.

 

A ta miała jedną poważną wadę. Słyszałam wydawane za jej pomocą rozkazy.

Z jakiegoś niewiadomego mi powodu mogłam słuchać tego, co mówiono tam, skąd płynęły te nadświetlne polecenia. Nie było to żadne konkretne miejsce, raczej inny wymiar, niepodlegający naszym prawom fizyki. Słyszałam, co się tam dzieje, czasem nawet widziałam to — oraz mieszkające tam i obserwujące mnie stworzenia.

Raz nawet, w trakcie tamtej decydującej bitwy przed sześcioma miesiącami, zdołałam tam wejść i w mgnieniu oka teleportować mój statek na dużą odległość. Nadal niewiele wiedziałam o moich zdolnościach. Nie zdołałam ponownie się teleportować, ale dowiedziałam się, że mogę wykorzystać ten dar w walce.

Teraz pozwoliłam przejąć kontrolę swemu instynktowi i rozpoczęłam szereg skomplikowanych uników. Dzięki wyćwiczonym odruchom i wrodzonej zdolności podsłuchiwania nadświetlnych rozkazów manewrowałam statkiem, nie wydając żadnych świadomych poleceń.

Te cytoniczne zdolności były dziedziczne. Moi przodkowie wykorzystywali je, aby przemierzać starożytnymi gwiazdolotami galaktykę. Miał je mój ojciec i nieprzyjaciel wykorzystał to, aby go zabić. Teraz ja używałam ich, żeby pozostać przy życiu.

Błyskawicznie reagowałam na wydawane przez Krelli rozkazy, w jakiś sposób przetwarzając je nawet szybciej niż drony. Kiedy zaatakowały, bez trudu uniknęłam ostrzału z ich działek laserowych. Wpadłam między nie, po czym odpaliłam ładunek elektromagnetyczny, wyłączając osłony wszystkich jednostek znajdujących się w pobliżu.

Skupiona na zadaniu nie przejmowałam się tym, że impuls wyłączył również moją osłonę. To nie miało znaczenia.

Włączyłam lancę świetlną i strumień energii trafił jedną z nieprzyjacielskich maszyn, łącząc ją z moim myśliwcem. Następnie wykorzystałam różnicę prędkości, aby wykonać gwałtowny zwrot, który wyprowadził mnie na tyły gromady bezbronnych teraz dronów.

W próżni pojawiły się dwa rozbłyski ognia i iskier, gdy zniszczyłam dwie maszyny. Pozostałe rozpierzchły się jak wieśniacy na widok wilka w jednej z bajek Babki. Zasadzka zmieniła się w chaotyczną ucieczkę, gdy wybrałam drugą parę statków i otworzyłam do nich ogień z działek laserowych — rozwalając jeden, a jednocześnie słuchając rozkazów wydawanych pozostałym.

— Nigdy nie przestaje mnie zadziwiać, jak to robisz — cicho rzekł M-Bot. — Interpretujesz dane szybciej, niż ja je przetwarzam. Wydajesz się niemal… nieludzka.

Zacisnęłam zęby, koncentrując się, po czym skręciłam i pomknęłam za drugim dronem Krelli.

— Nawiasem mówiąc, to miał być komplement — dodał M-Bot. — Nie żeby coś było nie tak z ludźmi. Ich kruchą, emocjonalnie niestabilną, irracjonalną naturę uważam za całkiem sympatyczną.

Zniszczyłam drona i jego ognisty blask zalał mój kokpit. Potem wykonałam unik w prawo, pomiędzy promienie laserów dwóch innych. Chociaż drony Krelli nie miały pilotów na pokładach, trochę było mi ich żal, gdy próbowały stawić mi czoło — tej niepowstrzymanej, nieznanej sile, która nie grała według zasad obowiązujących wszystko inne w ich świecie.

— Być może — ciągnął M-Bot — traktuję ludzi w ten sposób, ponieważ tak zostałem zaprogramowany. No cóż, to nie różni się niczym od instynktu nakazującego ptasiej matce kochać pokręcone i bezpióre potworki, które zrodziła, prawda?

Nieludzka.

Wykonywałam uniki, strzelałam i niszczyłam. Nie byłam doskonała — czasem znosiło mnie z kursu i wiele moich wystrzałów chybiało. Jednak miałam wyraźną przewagę.

Zwierzchnicy — i jego słudzy, Krelle — najwyraźniej wiedzieli, że powinni obserwować takich ludzi, jak mój ojciec i ja. Ich statki zawsze polowały na tych, którzy latali za dobrze lub reagowali zbyt szybko. Usiłowali kontrolować mój umysł, wykorzystując słabość mojego daru — tak samo, jak zrobili to z moim ojcem. Na szczęście miałam M-Bota. Jego silne osłony odpierały ich mentalne ataki, a jednocześnie pozwalały mi przechwytywać nieprzyjacielskie rozkazy.

Wszystko to rodziło jedno istotne pytanie.

Kim jestem?

— Czułbym się znacznie lepiej — rzekł M-Bot — gdybyś znalazła chwilę i ponownie włączyła naszą osłonę.

— Nie ma na to czasu — odparłam. Potrzebowalibyśmy na to dobre trzydzieści sekund i w tym czasie nie moglibyśmy walczyć.

Znów miałam okazję, by wrócić do głównego rejonu bitwy, zgodnie z planem, który zaproponowałam. Zamiast tego zawróciłam, a następnie pomknęłam z powrotem w kierunku maszyn wroga. Kompensatory grawitacyjne zamortyzowały w większości przeciążenie i zapobiegły utracie przytomności, ale i tak przyspieszenie wgniotło mnie w fotel, napinając skórę i zwiększając ciężar ciała. Tak gwałtowne przyspieszenie zdawało się w sekundę postarzać mnie o sto lat.

Wyszłam z tego i otworzyłam ogień do pozostałych dronów. Teraz musiałam w pełni wykorzystać moje dziwne umiejętności. Promień z działka laserowego przemknął tuż nad kopułą mojego kokpitu, tak jasny, że jeszcze przez moment miałam go w oczach.

— Spensa — powiedział M-Bot. — Zarówno Jorgen, jak i Cobb łączyli się, żeby narzekać. Wiem, że kazałaś mi ich zbywać, ale…

— Zbywaj ich.

— Zrezygnowane westchnienie.

Weszłam w skręt, ścigając nieprzyjacielską jednostkę.

— Czy właśnie powiedziałeś „zrezygnowane westchnienie”?

— Niewerbalne ludzkie przekazy zbyt łatwo błędnie zinterpretować — odparł. — Dlatego staram się je uczynić bardziej wymownymi.

— Czy to nie jest sprzeczne z definicją?

— Najwyraźniej nie. Przecząco przewracam oczami.

Wokół mnie przelatywały promienie z laserowych działek, ale rozwaliłam dwa następne drony. Robiąc to, zauważyłam coś, co pojawiło się odbite w kopule mojego kokpitu. Kilka białych światełek, przypominających obserwujące mnie oczy. Gdy zbyt intensywnie wykorzystywałam moje umiejętności, pojawiły się znikąd i patrzyły na mnie.

Nie wiedziałam, czym są. Nazywałam je oczami. Jednak czułam zionącą z nich nienawiść. I gniew. W jakiś sposób to wszystko się łączyło. Moja umiejętność słuchania i zaglądania w tę nicość, spoglądające stamtąd na mnie oczy oraz zdolność teleportacji, której dotychczas tylko raz zdołałam użyć.

Wciąż doskonale pamiętałam, co czułam, kiedy to zrobiłam. Byłam bliska śmierci, w epicentrum potwornego wybuchu. W tym momencie w jakiś sposób włączyłam coś, co nazwałam hipernapędem cytonicznym.

Gdybym opanowała umiejętność teleportacji, mogłabym pomóc mojemu ludowi na Detritusie. Dzięki temu moglibyśmy na zawsze uciec przed Krellami. Dlatego robiłam, co mogłam.

Poprzednio wykonałam skok w nadprzestrzeni, ratując własne życie. Jeśli zdołam odtworzyć tę sytuację…

Zanurkowałam, trzymając lewą dłoń na sterach, a prawą na dźwigni przepustnicy. Trzy drony usiadły mi na ogonie, ale przewidziałam trajektorię ich wystrzałów i ustawiłam myśliwiec pod takim kątem, że wszystkie chybiły. Przyspieszyłam i mój umysł musnął ten niebyt.

Oczy wciąż się pojawiały, odbite w kopule, jakby ktoś obserwował mnie zza fotela. Białe światełka, jak gwiazdy, ale jakoś bardziej… świadome. Dziesiątki złowrogo płonących plamek. Wkraczając do ich królestwa, natychmiast stawałam się dla nich widoczna.

Te oczy mnie irytowały. Jak mogłam jednocześnie być nimi zafascynowana i się ich obawiać? Były jak zew otchłani, gdy stoisz na skraju przepaści w jaskiniach, wiedząc, że możesz rzucić się w tę ciemność. Jeden krok i…

— Spensa! — ostrzegł mnie M-Bot. — Pojawił się nowy statek!

Wyrwał mnie z transu i oczy znikły. M-Bot pokazał mi na ekranie konsoli to, co odkrył. Nowy myśliwiec, niemal niewidoczny na tle czarnego nieba, wyłonił się zza tego samego kawałka złomu, za którym chowały się drony. Lekko wydłużony dysk, czarny jak sam kosmos. Był nieco mniejszy od zwykłych statków Krelli, ale miał większą kopułę.

Te nowe czarne jednostki zaczęły się pojawiać dopiero w ostatnich ośmiu miesiącach, w okresie poprzedzającym próbę zbombardowania naszej bazy. Wtedy nie wiedzieliśmy, jakim są dla nas zagrożeniem, ale teraz zdawaliśmy sobie z tego sprawę.

Nie słyszałam rozkazów otrzymywanych przez ten statek — ponieważ ich nie wydawano. Takie czarne statki nie były zdalnie sterowane. Miały prawdziwych pilotów — obcych. Zazwyczaj asów pilotażu, najlepszych, jakich mieli.

Ta bitwa właśnie stała się o wiele bardziej interesująca.

2

Serce zaczęło mi bić mocniej.

Ich as pilotażu. Zwalczanie dronów było ekscytujące, owszem, ale nie aż tak. Nie było dostatecznie osobiste. Natomiast pojedynek z asem pilotażu był jak jedna z opowieści Babki. Dzielni piloci toczący zaciekłe walki podczas Wielkich Wojen na Starej Ziemi. Jeden na jednego.

— Zaśpiewam ci pieśń — szepnęłam. — Gdy twój statek spłonie, a dusza uleci w niebyt, zaśpiewam ci. O naszej walce.

Dramatyczne, owszem. Moi przyjaciele wciąż się ze mnie śmiali, gdy mówiłam takie rzeczy, jak zaczerpnięte ze starych opowieści. Prawie przestałam tak mówić. Nadal jednak byłam sobą i nie mówiłam takich rzeczy dla moich przyjaciół. Mówiłam je dla siebie.

I dla wroga, którego zaraz miałam zabić.

Obcy ruszył na mnie, rażąc z działek i próbując mnie trafić, gdy moja uwaga była skupiona na dronach. Uśmiechnęłam się, schodząc z linii strzału i chwytając lancą świetlną kawał kosmicznego złomu. To pozwoliło mi wykonać szybki zwrot i przemieścić złom tak, że zasłonił mnie przed ostrzałem. Grawkompy M-Bota zamortyzowały przeciążenie, mimo to czułam je, gdy zataczałam łuk. Promienie z działek trafiały w bryłę złomu, lecz jeden przeleciał blisko mnie. Cholera. Wciąż nie miałam czasu ponownie włączyć osłony.

— To może być dobry moment, by zawrócić i ściągnąć statek obcych pod ostrzał pozostałych — zauważył M-Bot. — Zgodnie z planem, który…

Zobaczyłam, że as przeleciał obok mnie. Zawróciłam i pognałam za nim.

— Dramatyczne zawieszenie głosu — dodał M-Bot — podszyte niemą naganą twojego braku odpowiedzialności.

Strzeliłam do asa, lecz ten okręcił się wokół własnej osi, wyłączywszy napęd. Siła bezwładu niosła go naprzód, ale obrócił się i ustawił dziobem do mnie. W tej pozycji nie można sprawnie pilotować, więc jest to bardzo ryzykowny manewr, ale kiedy masz osłonę, a przeciwnik jej nie ma…

Musiałam przerwać pościg, skręcając w lewo i schodząc z linii ognia działek laserowych. Nie mogłam ryzykować bezpośredniego starcia. Zamiast tego przez moment skupiłam uwagę na dronach. Rozwaliłam jeden, a potem przeleciałam przez chmurę jego szczątków — które podrapały skrzydło M-Bota i z głośnym trzaskiem uderzyły w kopułę.

No tak. Brak osłony. A w przestrzeni kosmicznej szczątki zestrzelonego statku nie spadają. Błąd początkującego pilota, przypominający mi, że pomimo treningu nadal byłam nowicjuszką, gdy przychodziło walczyć przy zerowej grawitacji.

As wykonał zręczny manewr i usiadł mi na ogonie. Był dobry, co z jednej strony było ekscytujące. Natomiast z drugiej…

Próbowałam zawrócić w kierunku głównego rejonu bitwy, ale rój dronów zablokował mi drogę. Może trochę przeceniłam swoje możliwości.

— Wywołaj Jorgena — powiedziałam — i powiedz mu, że dałam się odciąć. Nie mogę wciągnąć nieprzyjaciela w zasadzkę. Spytaj, czy zamiast tego on i pozostali nie zechcieliby przyjść mi z pomocą.

— Wreszcie — odparł M-Bot.

Wykonałam jeszcze kilka uników, obserwując wroga na monitorze zbliżeniowym. Cholera. Szkoda, że nie mogę go podsłuchać, tak jak podsłuchuję drony.

Nie, tak jest dobrze, pomyślałam. Muszę uważać, żeby mój dar nie stał się protezą.

Zacisnęłam zęby i błyskawicznie podjęłam decyzję. Nie mogłam wrócić w główny rejon bitwy, więc zanurkowałam w kierunku Detritusa. Otaczające go forty nie tworzyły zwartych warstw — te duże obiekty zawierały kwatery mieszkalne, stocznie i baterie dział. Chociaż zaczęliśmy odzyskiwać te, które znajdowały się najbliżej planety, forty zewnętrznego pierścienia automatycznie otwierały ogień do każdego zbliżającego się obiektu.

Włączyłam hipernapęd, rozwijając prędkość, przy której — w atmosferze — większość myśliwców rozpadłaby się na kawałki. Tutaj poczułam tylko lekkie przeciążenie towarzyszące przyspieszaniu.

 

Szybko dotarłam do najbliższego fortu. Długi i cienki, był lekko wygięty, jak skorupka rozbitego jajka. Pozostałe drony i as wciąż siedziały mi na ogonie. Gwałtowne manewry przy tej prędkości były o wiele bardziej niebezpieczne. Czas na uniknięcie zderzenia z czymś znacznie się skracał, a najdelikatniejsze dotknięcie sterów mogło spowodować natychmiastowe zejście z kursu.

— Spensa? — zagadnął mnie M-Bot.

— Wiem, co robię — mruknęłam, skupiona.

— Tak, jestem pewny. Jednak… na wszelki wypadek… pamiętasz, że jeszcze nie kontrolujemy tych zewnętrznych fortów?

Całą uwagę skupiłam na tym, żeby podlecieć jak najbliżej do powierzchni tej metalowej platformy i z niczym się nie zderzyć. Baterie wykryły mnie i zaczęły strzelać — ale także do wroga.

Skupiłam się na wykonywaniu uników. A raczej przypadkowych manewrów, bo choć mogłam zręcznie wymanewrować drony, to miały one przewagę liczebną. Co w pobliżu tego fortu było dla nich niekorzystne, ponieważ dla baterii wszyscy byliśmy celami.

Kilka dronów znikło w ognistych eksplozjach, które niemal natychmiast zgasły, gdy próżnia zdusiła płomienie.

— Ciekawe, czy te baterie czują się spełnione, mogąc w końcu postrzelać sobie do czegoś po tylu latach — rzekł M-Bot.

— Zazdrościsz? — zapytałam i stęknęłam, wykonując unik.

— Z tego, co mówi Rodge, wynika, że nie mają sztucznej inteligencji, tylko proste funkcje namierzania celu. Równie dobrze ty mogłabyś zazdrościć szczurowi.

Znikł kolejny dron. Jeszcze chwilę. Chciałam trochę wyrównać szanse, czekając na przybycie moich przyjaciół.

Znów wpadłam w trans. Wprawdzie nie słyszałam komputerowych rozkazów wydawanych stanowiskom ogniowym, ale w takich chwilach — głębokiego skupienia — czułam, że z moim statkiem stanowię jedność.

Wyczuwałam te uważne spojrzenia świetlistych oczu. Serce waliło mi w piersi. Te wycelowane we mnie działa… wrogowie ścigający mnie i nieprzestający strzelać…

Jeszcze trochę…

Mój umysł się wyłączył i zdawałam się wyczuwać procesy myślowe M-Bota. Byłam w niebezpieczeństwie. Powinnam uciec.

Teraz na pewno zdołam.

— Włącz hipernapęd cytoniczny! — powiedziałam, po czym spróbowałam zrobić to, co wtedy, czyli teleportować mój statek.

— Napęd cytoniczny wyłączony — zameldował M-Bot.

Szlag. Ten jeden raz, gdy zadziałał, M-Bot wcześniej zgłosił jego gotowość. Próbowałam to powtórzyć, ale… Nie wiedziałam, co takiego wówczas zrobiłam. Byłam w niebezpieczeństwie, bliska śmierci. I wtedy… zrobiłam…

Co?

Błysk bliskiego wystrzału niemal mnie oślepił i zaciskając zęby, skręciłam, pospiesznie umykając z pola rażenia dział. As przetrwał ostrzał, chociaż oberwał raz czy dwa razy, więc może miał osłabioną osłonę. Ponadto pozostały tylko trzy drony.

Wyłączyłam ciąg i obróciłam statek wokół jego osi — nadal lecąc, tylko rufą naprzód. Ten manewr świadczył, że zamierzam ostrzelać ścigających. As natychmiast wykonał unik. Z osłabioną osłoną nie był już taki odważny. Zamiast strzelić, pomknęłam za nim, umykając dronom, które poleciały moim dotychczasowym kursem. Usiadłam asowi na ogonie i spróbowałam zbliżyć się na odległość strzału, ale kimkolwiek był, był naprawdę dobry. Rozpoczął serię skomplikowanych uników, przez cały czas zwiększając prędkość. Źle przewidziałam kolejny jego skręt i nagle oddaliłam się od niego. Szybko skorygowałam kurs, dogoniłam go przy następnym skręcie i wystrzeliłam z działek laserowych, ale teraz był już za daleko i wystrzały chybiły, znikając w kosmosie.

M-Bot podawał mi zmiany prędkości i kąty skrętów, więc ani na moment nie musiałam odrywać się od sterowania, by zerknąć na pulpit kontrolny. Pochylona, usiłowałam dokładnie powtarzać każdy manewr tamtego myśliwca — skręty, obroty i przyspieszenia. Czekając na dogodny moment, gdy znajdzie się na celowniku wystarczająco długo, bym mogła oddać strzał.

On w każdej chwili mógł się obrócić i odpowiedzieć ogniem — zapewne tak samo jak ja czekał na dogodną chwilę, w nadziei, że mnie zaskoczy.

Głębokie skupienie. Intensywne do bólu. To przedziwne połączenie, w którym obcy pilot był lustrzanym odbiciem moich zamiarów, wysiłków, manewrów — coraz bardziej zbliżając się w tym paradoksalnie intymnym starciu. Na mgnienie oka staniemy się jednością. A wtedy go zabiję.

Żyłam dla tej chwili. Aby walczyć z rzeczywistym wrogiem, wiedząc, że tylko jedno z nas ujdzie z życiem. W takich chwilach nie walczyłam dla SPŚ ani dla ludzkości. Walczyłam, aby dowieść, że potrafię.

Skręcił w lewo jednocześnie ze mną. Obrócił się i na moment nasze statki ustawiły się naprzeciw siebie — a wtedy oboje wystrzeliliśmy.

On chybił. Ja nie. Mój pierwszy strzał rozbił jego osłabioną osłonę. Drugi trafił tuż obok kokpitu, w rozbłysku światła rozrywając spodkowaty statek.

Próżnia łapczywie pochłonęła błysk, a ja odbiłam w prawo, omijając resztki myśliwca. Zrobiłam kilka głębokich wdechów, uspokajając mocno bijące serce. Pot zmoczył wyściółkę mojego hełmu i spływał mi po policzkach.

— Spensa! — zawołał M-Bot. — Drony!

Cholera.

Obróciłam statek i odskoczyłam w bok, gdy trzy jaskrawe eksplozje oświetliły mój kokpit. Skrzywiłam się, lecz nie zostałam trafiona — to były błyski rozpadających się jeden po drugim dronów. Dwa myśliwce SPŚ przemknęły obok.

— Dzięki, ludzie — powiedziałam, włączywszy zbiorowy kanał łączności na konsoli kokpitu.

— Żaden problem — odpowiedziała Kimmalyn. — Jak zawsze mówiła Święta: „Uważaj na mądrali. Zwykle są głupi”.

Mówiła z wyraźnym akcentem i niespiesznie, jak zwykle z lekkim rozbawieniem, nawet gdy mnie karciła.

— Myślałam, że miałaś odwrócić uwagę dronów — powiedziała FM — a potem ściągnąć je do nas.

Jej głos zdradzał pewność siebie, jakiej oczekuje się raczej od osoby dwukrotnie starszej od niej.

— Zamierzałam to w końcu zrobić.

— Taak — mruknęła FM. — I dlatego wyłączyłaś komunikator, żeby Jorgen nie mógł na ciebie nawrzeszczeć?

— Nie wyłączyłam — zaprotestowałam. — Tylko kazałam M-Botowi zakłócać łączność.

— Jorgen naprawdę nie znosi ze mną rozmawiać! — entuzjastycznie stwierdził M-Bot. — Wiem, ponieważ sam tak mówi!

— No cóż, nieprzyjaciel się wycofuje — oznajmiła FM. — A ty masz szczęście, że leciałyśmy ci pomóc, zanim zechciałaś przyznać, że masz kłopoty.

Wciąż byłam spocona i roztrzęsiona, gdy z bijącym sercem i mokrymi od potu rękami ponownie włączyłam osłonę, a potem skierowałam ku nim statek. Przeleciałam obok wraku statku, który zniszczyłam, a który nadal leciał mniej więcej z taką samą prędkością. Jak to w kosmosie.

Eksplozja rozerwała go, nie niszcząc całkowicie, więc z dreszczem zgrozy zobaczyłam zwłoki mojego przeciwnika. Kanciaste kształty. Może przez pancerz, który nosił dla ochrony przed próżnią…

Nie. Przelatując obok, zobaczyłam, że wybuch rozerwał także pancerz. Stworzenie wewnątrz niego przypominało niedużego dwunogiego kraba — chude i jaskrawoniebieskie, z pancerzem pokrywającym tułów i twarz. Widziałam kilka takich pilotujących promy w pobliżu ich stacji kosmicznej, która znajdowała się w pewnej odległości od Detritusa, monitorując go z daleka. Byli strażnikami naszego więzienia i choć w wykradzionych przez nas danych nazywano te krabopodobne stworzenia warwaksami, większość z nas nadal nazywała ich Krellami — mimo iż wiedzieliśmy, że w jednym z języków Zwierzchnictwa jest to akronim oznaczający więzienie ludzi, a nie nazwa rasy.

Ten osobnik był martwy. Ciecz wypełniająca jego pancerz wytrysnęła w próżnię wrzącą fontanną, która natychmiast zamarzła. Kosmos jest niesamowity.

Zwolniłam i skupiłam wzrok na zwłokach, cicho nucąc jedną z pieśni moich przodków. Żałobną pieśń wikingów.

Dobrze walczyłeś, posłałam myśl odchodzącej duszy Krella. W pobliżu pojawiło się kilka naszych jednostek holowniczych, które obserwowały przebieg bitwy ze stosunkowo bezpiecznego miejsca bliżej planety. Zawsze odholowywaliśmy statki Krelli, szczególnie te pilotowane przez żywe stworzenia. Liczyliśmy na to, że w ten sposób zdołamy zdobyć działający napęd nadprzestrzenny. Statki Zwierzchnictwa nie podróżowały dzięki zdolnościom teleportacyjnym pilotów. Były wyposażone w jakiś silnik umożliwiający podróże międzygwiezdne.

— Spin? — wywołała mnie Kimmalyn. — Lecisz?

— Taak — odpowiedziałam. Odbiłam, ustawiając się równolegle do niej i FM. — M-Bot? Jakbyś ocenił umiejętności tego pilota?

— Niemal dorównujące twoim — odparł M-Bot. — A ten statek był nowocześniejszy niż jakikolwiek, który dotychczas spotkałem. Będę szczery, Spensa — głównie dlatego, że moje oprogramowanie nie pozwala mi kłamać — myślę, że ta walka mogła się zakończyć jego zwycięstwem.

Kiwnęłam głową, myśląc tak samo. Namęczyłam się z tym asem. Z jednej strony dobrze było wiedzieć, że moje umiejętności nie są oparte jedynie na zdolności kontaktowania się z niebytem. Jednak wychodząc z transu i mając to szczególne poczucie zagubienia, które zawsze przychodzi po walce, byłam dziwnie zaniepokojona. Podczas wszystkich naszych dotychczasowych bitew widzieliśmy tylko kilka tych czarnych statków pilotowanych przez żywe stworzenia.