RozjemcaTekst

Z serii: Siewca Wojny #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

5

To skomplikuje sprawy, pomyślał Vasher. Stał w cieniu na szczycie otaczającego Dwór Bogów muru.

Co się stało? – odezwał się Krew Nocy. Buntownicy przysłali wreszcie księżniczkę. To nie zmienia twoich planów.

Vasher odczekał do chwili, gdy powóz z nową królową wjechał po pochylni i zniknął w paszczy pałacu.

No co? – spytał ostro Krew Nocy. Nawet po upływie tylu lat miecz bardzo często zachowywał się dziecinnie.

Zostanie wykorzystana, odpowiedział w myślach Vasher. Wątpię, byśmy mogli wykonać zadanie, nie interesując się tą dziewczyną.

Nie wierzył, by Idrianie naprawdę przysłali do T’Telir osobę, w żyłach której płynie królewska krew. Oddaliby tym samym przeciwnikom ogromnie cenną figurę, sobie zostawiając jedynie pionki.

Vasher odwrócił się tyłem do dziedzińca i owinął stopę wokół jednego ze sztandarów spływających po zewnętrznej stronie muru. Uwolnił Oddech.

– Opuść mnie – rozkazał.

Wielki, utkany z wełny proporzec pozbawił go setek Oddechów. Nie miał kształtu przypominającego sylwetkę człowieka i był ogromny. Vasher dysponował już jednak tak dużą ilością BioChromy, by pozwalać sobie na najbardziej ekstrawaganckie Przebudzenia.

Sztandar skręcił się jak żywa istota i przybrał kształt ręki, która pochwyciła Vashera. Przebudzony przedmiot jak zawsze starał się zbliżyć zarysem do ludzkiej postaci – patrząc na sploty i zgięcia tkaniny, Vasher był w stanie rozróżnić mięśnie, a nawet żyły. Oczywiście nie były potrzebne: materiał czerpał życie z Oddechu.

Vasher został ostrożnie opuszczony w dół i w końcu dotknął stopami bruku.

– Twój Oddech do mnie – rozkazał. Wielki proporzec natychmiast stracił swój ożywiony kształt. Wypłynęło z niego życie i na powrót załopotał pod murem.

Na ulicy zatrzymało się kilku przechodniów. Jednakże byli jego wyczynem tylko zainteresowani, z pewnością nie oniemieli z zachwytu bądź strachu. W końcu znajdowali się w T’Telir, mieście bogów. Ludzie dysponujący tysiącem lub więcej Oddechów nie stanowili może częstego widoku, ale z pewnością nie zaskakiwali. Gapie patrzyli przez chwilę na Vashera – tak jak w innym królestwie przyglądaliby się przejeżdżającemu powozowi arystokraty – po czym wrócili do własnych zajęć.

Zwrócenia uwagi nie dało się uniknąć. Co prawda Vasher był ubrany wciąż w swe zwykłe ubranie – poszarpane spodnie, noszony mimo upału wytarty płaszcz przepasany owiniętą kilkakrotnie wokół pasa liną – lecz teraz jego obecność powodowała wyrazistą zmianę barw pobliskich przedmiotów. Zmianę zauważalną dla zwykłych ludzi i oczywistą dla tych, którzy dostąpili Pierwszego Wywyższenia.

Minęły dni, gdy mógł się skradać i kryć. Teraz musiał się ponownie przyzwyczaić do ludzkiej uwagi. Był to jeden z powodów, dla których cieszył się, że jest właśnie w T’Telir. To miasto było na tyle duże i pełne niesamowitości – od Nieżywych żołnierzy począwszy, na Przebudzonych przedmiotach pomagających w codziennych czynnościach skończywszy – że mimo wszystko zanadto się w nim nie wyróżniał.

Oczywiście nie dotyczyło to Krwi Nocy. Vasher przeciskał się przez tłum, niosąc w jednym ręku wyraźnie zbyt ciężki miecz, niemal ciągnąc za sobą po ziemi ukryte w pochwie ostrze. Na widok broni niektórzy natychmiast uskakiwali. Inni przyglądali się jej stanowczo zbyt długo. Może nadszedł już moment, by schować Krew do worka.

O nie, nawet o tym nie myśl – odezwał się miecz. Tylko nie to. Za długo siedziałem w zamknięciu.

A jaką ci to robi różnicę? – pomyślał Vasher.

Potrzebuję świeżego powietrza – odparł Krew Nocy. I słońca.

Jesteś mieczem, nie palmą, zauważył Vasher.

Krew ucichł. Był na tyle rozgarnięty, by rozumieć, że nie jest osobą, ale zdecydowanie nie lubił, gdy mu o tym przypominano. W takich chwilach wpadał w ponury nastrój i zamykał się w sobie. Co bardzo Vasherowi odpowiadało.

Dotarł do znajdującej się o kilka przecznic od Dworu Bogów restauracji. Tego właśnie zawsze mu poza T’Telir brakowało: restauracji. W większości innych miast nie istniał wielki wybór, jeśli chciało się coś zjeść. Przyjezdni zatrzymujący się na dłużej płacili miejscowym kobietom, u których się potem stołowali. Podróżni niemający wiele czasu na pobyt jadali to, co podano w gospodzie.

W T’Telir jednakże żyło wystarczająco wielu mieszkańców i byli oni na tyle bogaci, by mogły tu powstać lokale zajmujące się wyłącznie serwowaniem potraw. W innych miastach świata restauracje wciąż jeszcze były nieznane, tutaj jednak działało ich już wiele. Vasher miał zarezerwowany stolik, do którego przyprowadził go kelner. Usiadł i oparł Krew Nocy o ścianę.

Miecz został skradziony niecałą minutę później.

Vasher, zajęty przyniesionym przez kelnera kubkiem gorącej cytrusowej herbaty, zupełnie nie przejął się kradzieżą. Popijał słodzony napój, ssał w zamyśleniu owocową skórkę i zastanawiał się, dlaczego mieszkańcy tropikalnych krain pijają ciepłe herbaty. Po kilku minutach zmysł życia podpowiedział mu, że jest obserwowany. Chwilę potem poczuł, że ktoś się doń zbliża. Vasher, nie przerywając sączenia naparu, wysunął wolną ręką sztylet z rękawa.

Kapłan zajął miejsce naprzeciwko Vashera. Zamiast szaty duchownego miał na sobie zwykłe, codzienne ubranie. Niemniej – być może nie do końca świadomie – wybrał zieleń i biel: symboliczne barwy swego bóstwa. Vasher ukrył ostrze w pochwie, maskując towarzyszący temu dźwięk głośnym siorbnięciem.

Kapłan, Bebid, rozejrzał się nerwowo. Otaczająca go intensywna aura świadczyła o tym, że dostąpił Pierwszego Wywyższenia. Na tym właśnie poziomie zatrzymywała się większość ludzi zamożnych na tyle, by kupić Oddech. Dzięki takiej jego ilości ich życie wydłużało się mniej więcej o dziesięć lat, otrzymywali także bardziej wrażliwy zmysł życia. Byli też w stanie widzieć aurę innych ludzi i rozpoznawać Rozbudzających. Potrafili również samodzielnie dokonywać pomniejszych Przebudzeń. Całkiem nieźle, jak na coś, co kupowało się za sumę, za którą chłopska rodzina mogła się utrzymać przez pięćdziesiąt lat.

– Zatem? – zagaił Vasher.

Bebid aż podskoczył. Vasher westchnął i zamknął oczy. Kapłan nie był przyzwyczajony do tego rodzaju potajemnych spotkań. Zapewne nie przyszedłby w ogóle, gdyby Vasher nie poddał go szczególnego rodzaju... presji.

Vasher otworzył oczy i spojrzał na kapłana. Pojawił się kelner, niosący dwa talerze mocno przyprawionego ryżu. Specjalnością restauracji były potrawy z Tektees – mieszkańcy Hallandren lubowali się w kuchniach innych nacji niemal tak samo, jak w dziwacznych kolorach. Vasher złożył zamówienie już wcześniej, dodając do tego napiwek, dzięki któremu sąsiednie wnęki ze stolikami pozostawały puste.

– Zatem? – powtórzył Vasher.

– Ja... – odezwał się Bebid. – Nie wiem, niewiele zdołałem się dowiedzieć.

Vasher spojrzał na rozmówcę.

– Musisz mi dać więcej czasu – mówił dalej kapłan.

– Nie zapominaj o swoich grzeszkach – rzekł Vasher, dopijając herbatę. Poczuł ukłucie irytacji. – Nie chciałbyś, żeby wyszły na jaw, prawda?

Czy naprawdę musimy przez to jeszcze raz przechodzić? – pomyślał.

Bebid zamilkł na dłuższą chwilę.

– Vasher, nie wiesz, o co mnie prosisz. – Pochylił się. – Jestem kapłanem Śniącej Prawdziwie. Nie mogę złamać ślubów!

– Świetnie się składa, bo wcale cię o to nie proszę.

– Nie powinniśmy rozpowszechniać informacji o dworskiej polityce.

– Co ty powiesz – żachnął się Vasher. – Powracający nie są w stanie nawet popatrzeć jeden na drugiego, żeby po godzinie nie wiedziało o tym pół miasta.

– Nie sugerujesz chyba... – zaczął Bebid.

Vasher zazgrzytał zębami i w rozdrażnieniu zgiął w palcach łyżeczkę.

– Dość tego, Bebid! Obaj wiemy, że twoje śluby to tylko część gry. – Również się pochylił. – A ja nienawidzę takich gierek.

Bebid pobladł. Nawet nie tknął jedzenia. Vasher rzucił swojej łyżce wściekłe spojrzenie i wyprostował ją. Uspokoił się. Nabrał do ust sporą porcję ryżu. Poczuł, jak ostre korzenne przyprawy palą mu usta. Nie był człowiekiem, który pozwalał stygnąć jedzeniu – nigdy nie wiadomo, kiedy nadejdzie pora, by pośpiesznie zmienić lokal.

– Pojawiły się pewne... plotki – zaczął w końcu Bebid. – Tu nie chodzi o zwykłą dworską politykę, Vasher. To już nie są zwykłe rozgrywki pomiędzy bogami. Tu się dzieje coś bardzo tajemniczego. To tak poważna sprawa, że nawet wysoko postawieni kapłani znają tylko pogłoski.

Vasher nie przerywał jedzenia.

– Jedno z dworskich stronnictw naciska na zaatakowanie Idris – ciągnął Bebid – choć nie mam pojęcia dlaczego.

– Nie bądź idiotą – upomniał go Vasher i pomyślał z żalem, że nie ma więcej herbaty, którą mógłby popić pikantny ryż. – Obaj wiemy, że Hallandren ma mocne powody do wyrżnięcia w pień wszystkich tych górali.

– Rodzina królewska – powiedział Bebid.

Vasher skinął głową. Nazywano ich buntownikami, ale ci „buntownicy” byli prawdziwym rodem królewskim Hallandren. Owszem, byli zwykłymi śmiertelnikami, ale płynąca w ich żyłach krew stanowiła wyzwanie rzucone Dworowi Bogów. Każdy dobry monarcha wie, że pierwszą rzeczą, jaką należy zrobić, by zapewnić sobie stabilność rządów, jest stracenie każdego, kto mógłby wystąpić z lepiej od niego ugruntowanymi roszczeniami do tronu. Potem nigdy nie szkodziło wykończyć wszystkich, którym mogłoby w przyszłości przyjść do głowy, że są w stanie wystąpić z takimi roszczeniami.

– Ale dobrze – rzekł Vasher. – Zastanówmy się. Wybucha wojna. Hallandren zwycięża. Gdzie tu problem?

– Problem jest taki, że to zły pomysł – odpowiedział Bebid. – Bardzo zły pomysł. Na Widma Kalada, człowieku! Idris nie podda się bez walki i wcale nie będzie łatwym kąskiem, bez względu na to, co się mówi na dworze. To zupełnie inna sytuacja, niż z tłumieniem rebelii tego głupca Vahra. Idrianie mają sojuszników zza gór. Sympatyzują z nimi dziesiątki innych królestw. To, co niektórzy nazywają „chirurgicznym trzebieniem buntowniczych stronnictw”, bez trudu może się przerodzić w kolejne Wielowojnie. A tego chyba nie chcemy? Tysiące tysięcy zabitych? Królestwa padające, by już nigdy się nie podnieść? I tylko po to, by położyć łapę na kawałku skutej lodem ziemi, której tak naprawdę nikt nie chce.

 

– Tamtejsze przełęcze i biegnące nimi szlaki handlowe są bardzo cenne – zauważył Vasher.

Bebid prychnął.

– Idrianie nie są na tyle głupi, by podnieść cła zbyt wysoko. Ta gra nie idzie o pieniądze. Tu chodzi o strach. Na dworze mówi się o tym, co mogłoby się stać, gdyby Idrianie zamknęli przełęcze albo przepuścili tamtędy naszych wrogów i dopuścili do oblężenia T’Telir. Gdyby chodziło wyłącznie o złoto, do wojny nigdy by nie doszło. Hallandren kwitnie dzięki handlowi farbami i tkaninami. Myślisz, że w razie wojny nasz handel miałby się równie dobrze? Mielibyśmy szczęście, gdyby nie załamała się cała nasza gospodarka.

– A ty zakładasz, że mi zależy na pomyślności gospodarki Hallandren? – zapytał Vasher.

– Ach tak – rzucił oschle Bebid. – Zapomniałem, z kim rozmawiam. Czego ty właściwie chcesz? Powiedz mi i skończmy już z tym.

– Opowiedz mi o buntownikach – polecił Vasher z ustami pełnymi ryżu.

– O Idrianach? Właśnie mówiłem...

– Nie o nich – wtrącił Vasher. – O tych w mieście.

– Po śmierci Vahra nie stanowią już problemu. – Kapłan lekceważąco machnął ręką. – Co ciekawe, nikt nie wie, kto go zabił. Najprawdopodobniej zrobili to sami rebelianci. Pewnie nie spodobało im się, że tak łatwo dał się schwytać.

Vasher tego nie skomentował.

– I tylko tego chcesz? – spytał niecierpliwie Bebid.

– Chcę nawiązać kontakt z ludźmi, o których wspomniałeś – odpowiedział Vasher. – Z tymi, którzy nalegają na wypowiedzenie wojny Idris.

– Nie pomogę ci wywołać...

– Nawet nie próbuj myśleć, że mógłbyś mi mówić, co mam robić, Bebid. Daj mi tylko informacje, które mi obiecałeś, i będziesz wolny.

– Vasher. – Kapłan pochylił się jeszcze bardziej. – Nie potrafię ci pomóc. Moja pani nie interesuje się taką polityką, a ja obracam się w innych kręgach.

Vasher jadł, oceniając w myślach szczerość rozmówcy.

– No dobrze, kto więc potrafi?

Bebid odprężył się i osuszył skroń chusteczką.

– Nie wiem – przyznał. – Może któraś z kapłanek Gwiazdy Miłosierdzia? Mógłbyś też chyba spróbować Niebieskopalcego.

– Niebieskopalcy? Dziwne imię jak na boga.

– Niebieskopalcy nie jest bogiem. – Bebid zachichotał. – Tak go nazywają. To urzędnik Wysokiego Dworu, główny skryba. Tak naprawdę dwór działa głównie dzięki niemu; jeśli ktoś wie cokolwiek o buntownikach, to na pewno on. Oczywiście to służbista i sztywniak. Niełatwo ci będzie go złamać.

– Zdziwiłbyś się – rzucił Vasher i wsadził sobie do ust ostatnią łyżkę ryżu. – Z tobą mi się udało, prawda?

– Racja.

Vasher podniósł się z miejsca.

– Wychodząc, nie zapomnij zapłacić – powiedział, zdjął płaszcz z wieszaka i opuścił restaurację. Gdzieś po prawej stronie wyczuł... ciemność. Ruszył ulicą, po czym skręcił w wąską alejkę, gdzie znalazł Krew Nocy – wciąż spoczywający w pochwie – wbity głęboko w pierś złodzieja. Ciało drugiego rzezimieszka leżało obok na bruku.

Vasher wyciągnął miecz z ciała zabitego, wsunął ostrze głębiej w pochwę – zostało ledwie z niej wysunięte – i zamknął zatrzask.

Dałeś się ponieść emocjom – zauważył karcąco Krew Nocy. Wydawało mi się, że obiecywałeś nad tym popracować.

Chyba znów mi się pogorszyło, odparł Vasher.

Krew Nocy przez chwilę milczał.

Według mnie, nigdy ci się nie odgorszyło – skomentował.

Nie ma takiego słowa, pomyślał Vasher i wyszedł z alejki.

I co z tego? – burknął Krew. Strasznie się przejmujesz słowami. Na przykład w rozmowie z tym kapłanem. Zużyłeś na niego tyle słów, a potem po prostu pozwoliłeś mu odejść. Ja bym inaczej rozwiązał tę sytuację.

Tak, wiem, przyznał w myślach Vasher. Twoje rozwiązanie wymagałoby zapewne wyprawienia kilku dodatkowych pogrzebów.

Cóż, jestem w końcu mieczem – przypomniał z dumą Krew Nocy. Niegłupio jest robić to, w czym się jest dobrym...

* * *

Dar Pieśni siedział w altanie i obserwował zbliżający się do pałacu powóz nowej królowej.

– Cóż, to był przyjemny dzień – odezwał się do swego wysokiego kapłana. Kilka kielichów wina – oraz trochę czasu, który pozwolił mu się pozbyć myśli o losie dzieci pozbawionych Oddechu – i już zaczynał wracać do siebie.

– Tak bardzo się cieszysz z powodu przybycia królowej? – zaciekawił się Llarimar.

– Cieszę się, że dzięki jej przyjazdowi choć na jeden dzień uniknąłem wysłuchiwania petycji. Co o niej wiemy?

– Niewiele, Wasza Miłość – odpowiedział Llarimar. Podszedł do krzesła swego pana i spojrzał w kierunku pałacu Króla-Boga. – Idrianie zaskoczyli nas, nie przysyłając swej najstarszej córki. Zamiast niej przyjechała najmłodsza.

– To ciekawe – przyznał Dar Pieśni i odebrał z rąk służącego następny kielich wina.

– Dziewczyna ma tylko siedemnaście lat – ciągnął Llarimar. – Nie wyobrażam sobie związku z Królem-Bogiem w tym wieku.

– Wiercipięto, ciebie nie wyobrażam sobie związanego z Królem-Bogiem w dowolnym wieku – zauważył Dar Pieśni. Po chwili skrzywił się znacząco. – Choć nie, jednak sobie wyobrażam. Ale ta suknia leży na tobie wprost koszmarnie. Zanotuj, że należy wychłostać moją wyobraźnię za ukazywanie mi ciebie w tak krępującej sytuacji.

– Umieszczę to w kronice zaraz po peanie na cześć twego poczucia obyczajności, Wasza Miłość – odpowiedział oschle Llarimar.

– Nie bądź niemądry – rzucił Dar Pieśni, upijając łyk wina. – Wiesz, że akurat tego nie mam już od lat.

Oparł się wygodniej. Co takiego Idrianie chcieli dać do zrozumienia sąsiadom, przysyłając inną księżniczkę? Dwie zasadzone w donicach palmy kołysały się na wietrze. Uwagę Powracającego rozproszyła słona woń wiejącego od morza wiatru. Ciekawe, czy kiedyś pływałem po tych wodach? – zastanawiał się. Czy byłem wilkiem morskim? Może właśnie w ten sposób zginąłem? Może to dlatego śniłem o statku?

Sen już prawie zupełnie opuścił jego pamięć. Czerwony ocean...

Ogień. Śmierć, zabijanie, bitwa. Wstrząsnęło nim to, jak żywo i wyraźnie powróciły do niego nocne wizje, jak szczegółowo i intensywnie. Morze było czerwone, ponieważ odbijało płomienie trawiące wspaniałe T’Telir. Niemal słyszał krzyki cierpiących ludzi oraz... co takiego? Walczących i maszerujących ulicami żołnierzy?

Dar Pieśni potrząsnął głową, próbując się pozbyć nieprzyjemnych wspomnień. Okręt, który ukazał mu się we śnie, również płonął. Teraz pamiętał to wyraźnie. Ale to oczywiście nie musiało nic znaczyć; wszyscy przecież miewają koszmary. Niepokojące było jedynie to, że wszyscy traktowali jego koszmary jako przepowiednie przyszłości.

Llarimar wciąż stał obok krzesła i wpatrywał się w pałac Króla-Boga.

– Och, usiądź wreszcie i nie wiś tak nade mną – rzucił Dar Pieśni. – Przez ciebie sępy stracą zajęcie.

Llarimar uniósł brew.

– A które to konkretnie sępy masz na myśli, Wasza Miłość?

– Te, które nakłaniają nas do wojny. – Dar Pieśni machnął ręką.

Kapłan usiadł na jednym ze stojących w altanie drewnianych leżaków, odprężył się i zdjął z głowy ciężką mitrę. Pot przykleił mu do czaszki włosy. Przeczesał je ręką. Przez pierwsze kilka lat Llarimar pozostawał przez cały czas sztywny i bez przerwy zachowywał się oficjalnie. Wreszcie jednak Darowi Pieśni udało się go zmiękczyć. W końcu to on był bogiem, i jego zdaniem, skoro sam mógł sobie wypoczywać w czasie pracy, równie dobrze mogli to robić kapłani.

– Nie wiem, Wasza Miłość – odezwał się Llarimar, pocierając brodę. – Nie podoba mi się to.

– Przybycie królowej? – spytał Dar Pieśni.

Kapłan skinął głową.

– Na dworze nie było królowej od trzydziestu lat. Nie wiem, jak na jej pojawienie się zareagują stronnictwa.

Dar Pieśni przeciągnął dłonią po czole.

– Polityka, Llarimar? Wiesz, że nie przepadam za takimi sprawami.

– Wasza Miłość – kapłan spojrzał na boga – ty z definicji jesteś politykiem.

– Nie przypominaj mi o tym, proszę. Gdybym mógł, to uwolniłbym się od tego czym prędzej. Nie wiesz czasem, czy nie udałoby się przekupić któregoś z innych bogów, by przejęli moje Rozkazy dla Nieżywych?

– Nie sądzę, by to się okazało mądrym posunięciem – zauważył Llarimar.

– Wszystko to część mojego wielkiego planu, który ma sprawić, że zanim znowu umrę, stanę się miastu zupełnie zbędnie niepotrzebny.

– Zupełnie zbędnie niepotrzebny? – Llarimar pochylił głowę.

– Oczywiście. Zwyczajnie niepotrzebny mi nie wystarczy. Jestem przecież bogiem. – Dar Pieśni wziął z trzymanej przez sługę tacy garść winogron. Wciąż próbował wyrzucić z głowy niepokojące obrazy z koszmaru. Oczywiście one nic nie znaczyły. W końcu to tylko sny.

Niemniej postanowił, że następnego ranka opowie o nich Llarimarowi. Może kapłan zdoła je wykorzystać w celu zapobieżenia konfliktowi z Idris. Skoro stary Dedelin nie przysłał swojej pierworodnej, to na dworze rozpętają się jeszcze ostrzejsze dyskusje i debaty. Rozlegną się głośniejsze nawoływania do wojny. Przyjazd księżniczki powinien uspokoić sytuację, ale Dar Pieśni zdawał sobie sprawę, że wojowniczo nastawieni bogowie do tego nie dopuszczą.

– A jednak – odezwał się Llarimar, mówiąc jakby do siebie – kogoś jednak przysłali. To z pewnością dobry znak. Gdyby zerwali traktat, wojna wybuchłaby bezzwłocznie.

– Nie wiem, kim jest ten twój „zwłocznie”, ale nie sądzę, byśmy go potrzebowali do wojaczki – rzucił lekko Dar Pieśni, przyglądając się skórce owocu. – Moim boskim zdaniem wojna jest jeszcze gorsza od polityki.

– Niekiedy nie ma pomiędzy nimi różnicy, Wasza Miłość.

– Bzdura. Wojna jest o wiele mniej przyjemna. Polityka przynajmniej oznacza pyszne przystawki na nudnych spotkaniach.

Llarimar jak zwykle zignorował żarcik Powracającego. Gdyby bóg się dowiedział, że za jego plecami nie stoją trzej młodsi kapłani, którzy powinni zapisywać każde jego słowo i doszukiwać się w nich znaczenia i mądrości, poczułby się zapewne urażony.

– Co teraz zrobią idriańscy buntownicy, jak sądzisz? – spytał Llarimar.

– O to właśnie chodzi, Wiercipięto – odparł Dar Pieśni, oparł się na leżaku i pozwolił słońcu pieścić twarz. – Idrianie wcale nie uważają się za buntowników. Nie siedzą w swoich górach po to, żeby w odpowiednim momencie powrócić tryumfalnie do Hallandren. To już nie jest ich dom.

– Ale te ich pagórki trudno nawet nazwać królestwem.

– Są wystarczająco poważnym królestwem, by kontrolować największe złoża surowców naturalnych w regionie, nie mówiąc o czterech najistotniejszych przełęczach prowadzących na północ i o płynącej w żyłach ich władców królewskiej krwi z oryginalnej dynastii Hallandren. Nie jesteśmy im do niczego potrzebni, przyjacielu.

– A te pogłoski o idriańskich dysydentach w mieście? O tych, którzy podburzają lud przeciwko Dworowi Bogów?

– To tylko plotki – skwitował Dar Pieśni. – Choć, jeśli okaże się, że nie miałem racji i masy prostaków wezmą mój pałac szturmem, a mnie spalą na stosie, będziesz pierwszym, którego przeproszę. Będziesz się mógł śmiać ostatni. Albo... wrzeszczeć jako ostatni, bo podejrzewam, że upieką nas na jednym ogniu.

Llarimar westchnął. Bóg otworzył oczy i zobaczył twarz przyglądającego mu się z namysłem kapłana. Nie zganił go za beztroskę. Sięgnął tylko po mitrę i nałożył ją na głowę. Był kapłanem, bogiem był Dar Pieśni. Nie mógł się z nim spierać ani zbyt żarliwie dyskutować. Każdy wydany przez Powracającego rozkaz wykonałby bez wahania.

Niekiedy go to przerażało.

Ale nie dzisiaj. Dziś czuł irytację. Przybycie królowej sprawiło, że zaczął rozmawiać o polityce – a przedtem dzień toczył się tak miło.

– Jeszcze wina! – zawołał Dar Pieśni i uniósł kielich.

– Nie uda ci się upić, Wasza Miłość – przypomniał Llarimar. – Twoje ciało jest odporne na wszelkie toksyny.

– Pamiętam – przytaknął Dar Pieśni, gdy młody kapłan dolewał mu wina – ale zaufaj mi, potrafię się wczuć.