Słowa ŚwiatłościTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– To było... – zaczął mówić.

– Cicho – powiedziała, nie przerywając pisania. – Ta ostatnia część wydawała się ważna.

Pisała jeszcze przez chwilę, po czym w końcu uniosła pióro znad podkładki, którą przytrzymywała osłoniętą rękawem dłonią.

– Chyba zanotowałam wszystko. Trudniej mi, kiedy zmieniasz języki.

– Zmieniłem język? – spytał.

– Pod koniec. Wcześniej mówiłeś w języku selay. Owszem, to jego starożytna wersja, ale mamy zapisy. Mam nadzieję, że tłumaczki poradzą sobie z moją transkrypcją, niezbyt dobrze posługuję się tym językiem. Kiedy to robisz, musisz mówić wolniej, najdroższy.

– W takiej chwili to bywa trudne – stwierdził Dalinar, wstając.

W porównaniu z tym, co czuł w wizji, powietrze było chłodne. Deszcz uderzał w zamknięte okiennice, choć wiedział z doświadczenia, że koniec wizji oznaczał również nadchodzący koniec burzy.

Czując wyczerpanie, podszedł do siedziska pod ścianą i usiadł na nim. Był sam na sam z Navani, tak wolał. Renarin i Adolin przeczekiwali burzę w pobliżu, w innej z komnat Dalinara, pod czujnym spojrzeniem kapitana Kaladina i jego mostowych.

Może powinien zaprosić więcej uczonych, by towarzyszyły jego wizjom – mogłyby wszystkie zapisać jego słowa, a później skonsultować się, by stworzyć najdokładniejszą wersję. Ale, na burze, dość przeszkadzała mu świadomość, że jedna osoba widzi go w takim stanie, gdy szaleje i rzuca się po podłodze. Wierzył w wizje, nawet na nich polegał, ale nie zmniejszało to jego zażenowania.

Navani usiadła obok i objęła go.

– Paskudna była?

– Ta? Nie. Nie taka zła. Trochę biegu, a później walki. Nie brałem w niej udziału. Wizja skończyła się, zanim musiałem pomóc.

– To skąd ta mina?

– Muszę odtworzyć Świetlistych Rycerzy.

– Odtworzyć... ale jak? Co to w ogóle znaczy?

– Nie wiem. Nic nie wiem, mam jedynie wskazówki i niejasne groźby. Nadchodzi coś niebezpiecznego, to jedno jest pewne. Muszę to powstrzymać.

Oparła głowę na jego ramieniu. Wpatrywał się w kominek, na którym cicho trzaskał ogień, wypełniając komnatę ciepłym blaskiem. To był jeden z nielicznych kominków, których nie przerobiono na nowe fabrialowe urządzenia grzewcze.

Wolał prawdziwy ogień, choć nie mówił tego Navani. Tak ciężko pracowała, by zapewnić im wszystkim nowe fabriale.

– Dlaczego ty? – spytała Navani. – Dlaczego ty musisz to wszystko zrobić?

– A dlaczego jeden rodzi się królem, a inny żebrakiem? – odpowiedział Dalinar pytaniem. – Taki już jest świat.

– Jest ci z tym łatwo?

– Niełatwo – odparł Dalinar – ale nie ma sensu żądać odpowiedzi.

– Szczególnie jeśli Wszechmocny nie żyje...

Może nie powinien się z nią dzielić tą informacją. Już to jedno mogłoby naznaczyć go jako heretyka, odepchnąć od niego żarliwców, dać Sadeasowi broń do ręki.

Jeśli Wszechmocny nie żył, komu oddawał cześć Dalinar? W co wierzył?

– Powinniśmy zapisać twoje wspomnienia wizji – powiedziała z westchnieniem Navani. – Póki masz je na świeżo.

Pokiwał głową. Musieli mieć opis dołączony do transkrypcji. Zaczął opowiadać, co widział, mówiąc dość powoli, by mogła wszystko zapisać. Opisał jezioro, stroje mężczyzn, dziwną fortecę w perspektywie. Navani stwierdziła, że niektórzy mieszkańcy Czystego Jeziora opowiadają historie o dużych budowlach. Uczone uważały je za mity.

Dalinar wstał i zaczął spacerować, gdy przeszedł do opisu przeklętej istoty, która powstała z jeziora.

– Zostawił po sobie otwór w dnie jeziora – wyjaśnił Dalinar. – Wyobraź sobie, że rysujesz na podłodze zarys ciała, a później patrzysz, jak to ciało wyrywa się z ziemi.

– Wyobraź sobie taktyczną przewagę takiej istoty. Spreny poruszają się szybko i swobodnie. Jeden mógłby się wślizgnąć za szeregi walczących, a później wstać i zacząć atakować wsparcie. To kamienne ciało musiało być trudne do zniszczenia. Na burze... Ostrza Odprysku. Zastanawiam się, czy zaprojektowano je do walki z tymi właśnie istotami.

Navani uśmiechnęła się, nie przerywając pisania.

– O co chodzi? – spytał Dalinar, zatrzymując się.

– Z ciebie to jest żołnierz.

– Tak. I co?

– I to urocze – powiedziała, kończąc notatki. – Co się wydarzyło później?

– Wszechmocny do mnie przemówił. – Przekazał monolog najlepiej, jak pamiętał, jednocześnie krocząc powoli, by się uspokoić.

Muszę więcej spać, pomyślał. Nie był młodzieńcem sprzed dwudziestu lat, który całą noc nie spał w towarzystwie Gavilara, nad kielichem wina wysłuchując planów brata, a następnego ranka ruszał do walki, pełen energii i żądny podboju.

Kiedy skończył z opowieścią, Navani wstała i schowała przybory pisarskie. Wiedział, że weźmie, co powiedział, i przekaże swoim uczonym – to znaczy, jego uczonym, które sobie przywłaszczyła – a one spróbują dopasować jego alethyjskie słowa do zapisanych przez nią transkrypcji. Oczywiście, najpierw usuwała fragmenty dotyczące kwestii drażliwych, jak śmierć Wszechmocnego.

Miała również poszukać historycznych wzmianek pasujących do jego opisów. Navani lubiła mieć porządek. Przygotowała chronologię jego wizji, próbując utworzyć z nich jedną opowieść.

– Nadal zamierzasz opublikować w tym tygodniu proklamację? – spytała.

Dalinar skinął głową. Przed tygodniem przekazał ją arcyksiążętom. Zamierzał tego samego dnia ogłosić ją w obozach, ale Navani przekonała go, że tak będzie mądrzej. Wieści się rozchodziły, ale to pozwoli arcyksiążętom się przygotować.

– Proklamacja zostanie ogłoszona za kilka dni – powiedział. – Nim arcyksiążęta zaczną jeszcze bardziej naciskać na Elhokara, by ją wycofał.

Navani zacisnęła wargi.

– Tak się musi stać – stwierdził Dalinar.

– Masz ich zjednoczyć.

– Arcyksiążęta to rozpuszczone dzieci – wyjaśnił Dalinar. – Ich przemiana wymaga drastycznych środków.

– Jeśli rozbijesz królestwo, nigdy go nie zjednoczysz.

– Postaramy się, żeby się nie rozpadło.

Navani zmierzyła go wzrokiem i się uśmiechnęła.

– Muszę przyznać, że podoba mi się twoje bardziej pewne siebie wcielenie. Gdybym tylko mogła pożyczyć trochę tej pewności siebie w odniesieniu do nas...

– Jestem całkiem pewien nas – powiedział, przyciągając ją do siebie.

– Naprawdę? Bo poruszanie się między królewskim pałacem i twoim kompleksem zajmuje mi dużo czasu każdego dnia. Gdybym przeprowadziła się tutaj, powiedzmy, do twoich komnat, pomyśl tylko, jaka to by była wygoda.

– Nie.

– Jesteś pewien, że nie pozwolą nam wziąć ślubu, Dalinarze. Co jeszcze mamy w takim razie zrobić? Chodzi o niemoralność? Sam powiedziałeś, że Wszechmocny nie żyje.

– Coś jest właściwe albo nie – powiedział Dalinar, choć czuł, że się upiera. – To nie ma związku z Wszechmocnym.

– Bóg – stwierdziła beznamiętnie Navani – nie ma związku z tym, czy jego przykazania są właściwe, czy nie.

– No tak.

– Ostrożnie – powiedziała Navani. – Brzmisz jak Jasnah. Tak czy inaczej, skoro Bóg umarł...

– Bóg nie umarł. Skoro Wszechmocny umarł, to nigdy nie był Bogiem, i tyle...

Westchnęła, nie opuszczając jego objęć. Stanęła na palcach i pocałowała go, i to nie skromnie. Navani uważała, że skromność jest dla wstydliwych i niepoważnych. Dlatego pocałowała go namiętnie, przyciskając wargi do jego warg, odchylając jego głowę do tyłu, pragnąc więcej. Kiedy się cofnęła, Dalinar z trudem złapał oddech.

Uśmiechnęła się do niego, odwróciła i zebrała swoje rzeczy – nie zauważył, że upuściła je w trakcie pocałunku – a później podeszła do drzwi.

– Jak pewnie wiesz, nie jestem cierpliwa, lecz równie rozpuszczona jak ci arcyksiążęta i przyzwyczajona, że dostaję wszystko, czego zapragnę.

Prychnął. Nic z tego nie było prawdą. Umiała być cierpliwa. Kiedy to jej pasowało. Jej słowa znaczyły, że w tej chwili jej to nie odpowiadało.

Otworzyła drzwi, a wtedy sam kapitan Kaladin zajrzał do środka, sprawdzając komnatę. Mostowy z pewnością poważnie traktował swoje obowiązki.

– Strzeż jej, gdy będzie wracać na noc do siebie, żołnierzu – powiedział mu Dalinar.

Kaladin zasalutował. Navani przepchnęła się obok niego i odeszła bez pożegnania. Zamknęła za sobą drzwi i zostawiła Dalinara samego.

Dalinar westchnął głęboko, po czym podszedł do krzesła i usadowił się przy kominku, by pomyśleć.

Obudził się jakiś czas później. Ogień już się wypalił. Na burze. Zaczynał już zasypiać w środku dnia? Gdyby tylko przez większość nocy nie przewracał się z boku na bok, z głową pełną zmartwień i ciężarów, które nie powinny na nim spoczywać. Co się stało z prostymi dniami? Kiedy trzymał dłoń na rękojeści miecza, pewien, że Gavilar zajmie się tymi trudniejszymi sprawami?

Dalinar przeciągnął się i wstał. Musiał zająć się przygotowaniami do ogłoszenia królewskiej proklamacji, a później zajrzeć do nowych strażników...

Zatrzymał się. Na ścianie jego komnaty pojawił się rząd wyraźnych białych zadrapań tworzących glify. Wcześniej ich tam nie było,

„Sześćdziesiąt dwa dni”, mówiły glify. „Nadchodzi śmierć”.

* * *

Niedługo potem Dalinar stał wyprostowany, z rękami założonymi za plecami, i przysłuchiwał się, jak Navani naradza się z Rushu, jedną z uczonych Kholinów. Adolin stał w pobliżu, przyglądając się odłamkowi białego kamienia, który znaleziono na podłodze. Najwyraźniej został odłamany z rzędu kamiennych ozdób wokół framugi okna, a później wykorzystany do wypisania glifów.

Wyprostuj się, głowa do góry, powiedział sobie Dalinar, choć marzysz tylko o tym, by osunąć się na to krzesło. Przywódca się nie osuwał. Przywódca miał kontrolę nad wszystkim. Nawet kiedy wcale nie czuł, że cokolwiek kontroluje.

 

Szczególnie wtedy.

– Ach – powiedziała Rushu, młoda żarliwczyni o długich rzęsach i wargach jak guziki. – Popatrzcie na te nierówne linie! Brak symetrii. Ktokolwiek to zrobił, nie ma doświadczenia w pisaniu glifów. „Śmierć” została napisana prawie niepoprawnie, brzmi bardziej jak „zniszczony”. A znaczenie jest niejasne. Nadchodzi śmierć? A może „iść za śmiercią”? Albo sześćdziesiąt dwa dni śmierci i więcej? Glify nie są precyzyjne.

– Po prostu to skopiuj, Rushu – powiedziała Navani. – I nie rozmawiaj o tym z nikim.

– Nawet z wami? – spytała Rushu, wyraźnie rozproszona.

Navani podeszła z westchnieniem do Dalinara i Adolina.

– Ona jest naprawdę dobra w tym, co robi – powiedziała cicho – ale czasami potrafi zatonąć w myślach. Tak czy inaczej, nikt inny nie zna się tak dobrze na piśmie ręcznym. To jedno z jej wielu zainteresowań.

Dalinar pokiwał głową, tłumiąc lęk.

– Dlaczego ktoś miałby to zrobić? – spytał Adolin, upuszczając kamień. – Czy to jakaś zawoalowana groźba?

– Nie – odpowiedział Dalinar.

Navani spojrzała mu oczy.

– Rushu – powiedziała. – Zostaw nas na chwilę.

Kobieta z początku nie zareagowała, ale po kolejnym poleceniu wyszła. Kiedy otworzyła drzwi, zobaczyli stojących na zewnątrz członków drużyny mostu czwartego, prowadzonych przez ponurego kapitana Kaladina. Żołnierz odprowadził Navani, wrócił, zobaczył, co się stało – a wtedy natychmiast posłał swoich ludzi, by przyprowadzili Navani z powrotem.

Wyraźnie uważał to za swoją winę, myślał, że ktoś wślizgnął się do komnaty Dalinara, kiedy ten stał. Dalinar wezwał go gestem do środka.

Kaladin podszedł pośpiesznie i być może nie zobaczył, jak Adolin zaciska zęby na jego widok. Dalinar walczył z Odpryskowym Parshendim, kiedy Kaladin i Adolin pokłócili się na polu bitwy, ale doszły go wieści o ich starciu. Syn nie był zachwycony, że ten ciemnooki mostowy został dowódcą Kobaltowej Gwardii.

– Panie – powiedział kapitan Kaladin, podchodząc. – Wstyd mi. Już w pierwszym tygodniu was zawiodłem.

– Wypełniałeś rozkaz, kapitanie – stwierdził Dalinar.

– Miałem rozkaz zapewnić wam bezpieczeństwo, panie – powiedział Kaladin głosem zabarwionym złością. – Powinienem umieścić strażników za wszystkimi drzwiami w waszych komnatach, a nie tylko przed wejściem do całego kompleksu.

– W przyszłości będziemy ostrożniejsi, kapitanie – powiedział Dalinar. – Twój poprzednik zawsze rozstawiał straże tak samo jak ty, i to wystarczało.

– Wcześniej czasy były inne, panie – powiedział Kaladin, rozejrzał się po komnacie i zmrużył oczy. Skupił się na oknie, zbyt wąskim, by ktoś mógł się przez nie wślizgnąć. – Wciąż chciałbym wiedzieć, jak ten ktoś dostał się do środka. Strażnicy nic nie słyszeli.

Dalinar przyjrzał się młodemu żołnierzowi, ponuremu i pobliźnionemu na twarzy. Dlaczego, pomyślał, tak bardzo mu ufam? Nie umiał tego dokładnie określić, ale przez lata jako żołnierz i generał nauczył się ufać swoim instynktom.

– To nie jest ważne – powiedział Dalinar.

Kaladin spojrzał na niego ostro.

– Nie przejmuj się zbytnio tym, jak ta osoba dostała się do środka, by napisać coś na ścianie – stwierdził Dalinar. – W przyszłości bądź jednak bardziej czujny. Możesz odejść.

Kaladin wycofał się niechętnie, zamykając za sobą drzwi.

Adolin podszedł do ojca. Byli tego samego wzrostu. Dalinar czasem o tym zapominał. Nie tak dawno temu Adolin był małym chłopcem z drewnianym mieczykiem.

– Powiedziałeś, że zobaczyłeś je, kiedy się obudziłeś – powiedziała Navani. – Mówiłeś, że nie widziałeś, żeby ktokolwiek je rysował.

Dalinar przytaknął.

– To dlaczego mam wyraźne wrażenie, że wiesz dlaczego tu są? – spytała.

– Nie mam pewności, kto je napisał, ale wiem, co znaczą.

– Co? – spytała ostro.

– Że zostało nam bardzo mało czasu – stwierdził Dalinar. – Ogłoście proklamację, a później idźcie do arcyksiążąt i zorganizujcie spotkanie. Będą chcieli ze mną rozmawiać.

„Nadchodzi Wieczna Burza...”.

Sześćdziesiąt dwa dni. Nie dość czasu.

Najwyraźniej tylko tyle miał.



Znak na murach zapowiadał niebezpieczeństwo większe nawet niż sam termin. Przepowiadanie przyszłości jest od Pustkowców.

Z dziennika Navani Kholin, Jeseses 1174.

– W drodze do zwycięstwa i w końcu zemsty.

Obwoływaczka niosła pismo z królewskimi słowami – umieszczone między dwiema okrytymi płótnem deskami – choć wyraźnie znała już tekst na pamięć. Co nie było zaskakujące. Sam Kaladin kazał jej trzy razy powtórzyć proklamację.

– Jeszcze raz – powiedział, siedząc na kamieniu obok ogniska mostu czwartego.

Wielu z drużyny opuściło miski ze śniadaniem i umilkło. Siedzący w pobliżu Sigzil powtórzył słowa pod nosem, zapamiętując je.

Obwoływaczka westchnęła. Była pulchną, jasnooką kobietą z pasmami rudych włosów wśród czerni, co świadczyło, że wśród przodków miała Vedeńczyków lub Rogożerców. Dziesiątki kobiet podobnych do niej wędrowało przez obóz, by wygłaszać, a czasami również wyjaśniać słowa Dalinara.

Znów otworzyła pismo. W pozostałych batalionach, pomyślał leniwie Kaladin, dowódca z pewnością przewyższałby ją rangą.

– Z upoważnienia króla – powiedziała – Dalinar Kholin, Arcyksiążę Wojny, niniejszym nakazuje zmianę systemu zbierania i rozdzielania serc klejnotów na Strzaskanych Równinach. Od tej chwili każde serce klejnotu będzie zbierane kolejno przez dwóch arcyksiążąt pracujących razem. Łupy staną się własnością króla, który określi ich udział w oparciu o skuteczność działania i skwapliwość w wypełnianiu rozkazów. Zostanie stworzona szczegółowa lista książąt i armii, które będą odpowiedzialne za zdobywanie serc klejnotów, jak również kolejność. Połączenia nie zawsze będą takie same, a wyznaczy się je na podstawie taktycznego dopasowania. Spodziewamy się, że zgodnie z Kodeksem, który jest ważny dla nas wszystkich, mężczyźni i kobiety z tych armii z radością przyjmą nowe skupienie na drodze do zwycięstwa i w końcu zemsty.

Obwoływaczka zatrzasnęła księgę, spojrzała na Kaladina i uniosła długą czarną brew, która bez wątpienia została namalowana.

– Dziękuję – powiedział.

Skinęła głową i ruszyła w stronę kolejnego batalionu.

Kaladin podniósł się.

– A oto i burza, której się spodziewaliśmy.

Mężczyźni pokiwali głowami. Po dziwnym włamaniu do komnat Dalinara poprzedniej nocy rozmowy w moście czwartym przycichły. Kaladin czuł się jak głupiec. Wydawało się jednak, że Dalinar zupełnie zignorował włamanie. Jak mam wykonywać swoją pracę, jeśli brakuje mi niezbędnych informacji?

Nie minęły dwa tygodnie w nowej pracy, a już czuł się uwikłany w politykę i machinacje jasnookich.

– Arcyksiążęta się wściekną – powiedział Leyten. Siedział przy ognisku i pracował nad paskami napierśnika Belda, prostując powyginane klamry. – Zdobywanie serc klejnotów jest dla nich najważniejsze. Dzisiejszy wiatr poniesie mnóstwo niezadowolenia.

– Ha! – powiedział Skała, nakładając porcję curry Lopenowi, który przyszedł po dokładkę. – Niezadowolenie? Dziś to oznacza zamieszki. Nie słyszeliście wzmianki o Kodeksie? To obelga dla pozostałych, którzy, jak sami wiemy, nie przestrzegają przysięgi.

Uśmiechał się i wyglądał, jakby uważał złość, a nawet bunt arcyksiążąt za coś zabawnego.

– Moash, Drehy, Mart i Eth za mną – powiedział Kaladin. – Musimy zmienić Bliznę i jego drużynę. Teft, jak ci idzie?

– Powoli – odparł mężczyzna. – Chłopaki z innych drużyn mostowych... daleka droga przed nimi. Potrzebujemy czegoś więcej, Kal. Czegoś, co ich zainspiruje.

– Pomyślę o tym – stwierdził Kaladin. – Na razie spróbujmy z jedzeniem. Skało, mamy tylko pięciu oficerów, więc możesz wykorzystać to szóste pomieszczenie z wyjściem na zewnątrz jako magazyn. Kholin dał mi prawo rekwizycji u kwatermistrza. Zapełnij spiżarnię.

– Ma być pełna? – spytał Skała z szerokim uśmiechem na twarzy. – Jak pełna?

– Bardzo – powiedział Kaladin. – Od miesięcy jedliśmy bulion i potrawkę z Dusznikowanym ziarnem. Przez następny miesiąc most czwarty będzie jadł jak królowie.

– Tylko nie dodawaj żadnych skorup – powiedział Mart, pokazując palcem na Skałę. Wziął włócznię i zapiął mundur. – To, że możesz ugotować, co tylko zechcesz, nie znaczy jeszcze, że zgodzimy się jeść jakieś śmieci.

– Chorzy od powietrza ludzie z nizin. – Skała westchnął. – Nie chcecie być silni?

– Serdecznie dziękuję, wolę zachować zęby – powiedział Mart. – Zwariowany Rogożerca.

– Przygotuję dwie rzeczy – stwierdził Skała, unosząc dłoń do piersi, jakby w geście pozdrowienia. – Jedną dla odważnych, a jedną dla niemądrych. Będziesz mógł sobie wybrać.

– Przygotujesz ucztę, Skało – powiedział Kaladin. – Chcę, żebyś też wyszkolił kucharzy dla innych koszar. Nawet jeśli Dalinar ma teraz mniej regularnych wojsk i wolnych kucharzy, chcę, żeby mostowi byli samowystarczalni. Lopenie, od tej pory Dabbid i Shen będą razem z tobą pomagać Skale. Musimy zmienić te tysiące mężczyzn w żołnierzy. Zacznie się tak samo jak z wami – od napełnienia ich żołądków.

– Zrobi się – powiedział Skała ze śmiechem i poklepał Shena po ramieniu, kiedy parshmen przyszedł po dokładkę. Od niedawna robił takie rzeczy i wydawało się, że mniej niż wcześniej ukrywa się z tyłu. – I nawet nie dodam do niego łajna!

Inni się roześmiali. To właśnie dodanie łajna do jedzenia sprawiło, że Skała wylądował u mostowych. Kiedy Kaladin ruszył w stronę królewskiego pałacu – Dalinar miał ważne spotkanie z królem – dołączył do niego Sigzil.

– Czy mogę prosić o chwilę, panie? – powiedział cicho Sigzil.

– Jak sobie życzysz.

– Obiecałeś mi, że będę miał okazję zmierzyć twoje... szczególne umiejętności.

– Obiecałem? – powtórzył Kaladin. – Obietnicy nie pamiętam.

– Chrząknąłeś.

– Ja... chrząknąłem?

– Kiedy mówiłem o pomiarach. Zdaje się, że sądziłeś, że to dobry pomysł, i powiedziałeś Bliźnie, że moglibyśmy pomóc ci zrozumieć twoje moce.

– Możliwe.

– Musimy dokładnie wiedzieć co możesz, panie. Zakres umiejętności, jak długo pozostaje w tobie Burzowe Światło. Zgodzisz się, że pełne zrozumienie własnych ograniczeń byłoby cenne, prawda?

– Tak – przyznał niechętnie Kaladin.

– Doskonale. W takim razie...

– Daj mi parę dni – przerwał mu Kaladin. – Przygotuj miejsce, gdzie nikt nas nie zobaczy. Wtedy... tak, dobrze. Pozwolę ci się zmierzyć.

– Doskonale – powtórzył Sizgil. – Wymyśliłem kilka eksperymentów.

Zatrzymał się na ścieżce, pozwalając, by Kaladin i jego towarzysze się od niego oddalili.

Kaladin oparł włócznię na ramieniu i rozluźnił dłoń. Często orientował się, że za mocno zaciska ją na drzewcu, aż bieleją mu kostki. Zupełnie jakby w głębi duszy wciąż nie wierzył, że może ją teraz nosić publicznie, i bał się, że znów zostanie mu odebrana.

Syl opadła z nieba po codziennym spacerze wokół obozu, niesiona porannym wiatrem. Wylądowała na jego ramieniu i usiadła, wyraźnie zatopiona w myślach.

Obóz Dalinara był dobrze zorganizowany. Żołnierze nigdy się nie wałkonili. Zawsze coś robili. Dbali o broń, nosili jedzenie i towary, patrolowali. W tym obozie było wiele patroli. Nawet przy zmniejszonej liczbie żołnierzy, w drodze do bram Kaladin minął trzy patrole. Trzy razy więcej niż kiedykolwiek widział w obozie Sadeasa.

Znów przypomniał sobie o pustce. Zmarli nie musieli stawać się Pustkowcami, by nawiedzać ten obóz, wystarczały opustoszałe koszary. Minął kobietę siedzącą na ziemi obok jednego z tych budynków, wpatrującą się w niebo i ściskającą węzełek męskich ubrań. Obok niej na ścieżce stała dwójka małych dzieci. Zbyt cichych. Tak małe dzieci nie powinny być ciche.

Kwartały koszar tworzyły ogromny krąg, wewnątrz którego znajdowała się bardziej ożywiona część obozu, zawierająca kompleks mieszkalny Dalinara, jak również kwatery szlachetnie urodzonych i generałów. Kompleks Dalinara przypominał kamienny kopiec, wokół niego łopotały sztandary i krążyły zaaferowane skryby z naręczami ksiąg. W pobliżu kilku oficerów rozstawiło namioty werbunkowe, przed którymi czekały kolejki potencjalnych żołnierzy. Część z nich to byli najemnicy, którzy w poszukiwaniu zatrudnienia udali się na Strzaskane Równiny. Inni byli piekarzami i ludźmi innych fachów, którzy po katastrofie posłuchali wezwania.

 

– Dlaczego się nie roześmiałeś? – spytała Syl, wpatrując się w kolejkę, którą Kaladin ominął w drodze do bram.

– Przepraszam – odpowiedział. – Zrobiłaś coś zabawnego, czego nie zauważyłem?

– Chodziło mi o wcześniej – wyjaśniła. – Skała i inni się śmiali. Ty nie. Kiedy śmiałeś się w czasie, gdy było ciężko, wiedziałam, że się zmuszasz. Pomyślałam, że może teraz, kiedy jest lepiej...

– Muszę się teraz zajmować całym batalionem mostowych – powiedział Kaladin, patrząc przed siebie. – I utrzymać przy życiu arcyksięcia. Znajduję się pośrodku obozu pełnego wdów. Raczej nie jest mi do śmiechu.

– Ale jest lepiej – upierała się. – Tobie i twoim ludziom. Pomyśl o tym, co zrobiłeś, czego dokonałeś.

Dzień na płaskowyżu, kiedy zabijał. Doskonałe połączenie jego, broni i samych burz. I zabijał dzięki nim. Zabijał, by ochronić jasnookiego.

On jest inny, pomyślał Kaladin.

Zawsze tak mówili.

– Chyba po prostu czekam – powiedział na głos.

– Na co?

– Na grzmot – odpowiedział cicho Kaladin. – Zawsze następuje po błyskawicy. Czasami trzeba poczekać, ale w końcu nadchodzi.

– Ja...

Syl wzniosła się przed niego, stanęła w powietrzu i zaczęła cofać w miarę, jak szedł do przodu. Nie leciała – nie miała skrzydeł – i nie kołysała się w powietrzu. Po prostu stała, na niczym, i poruszała się razem z nim. Nie przejmowała się prawami fizyki.

Przechyliła głowę w jego stronę.

– Nie rozumiem o co ci chodzi. A niech to! Myślałam, że już wszystko rozgryzłam. Burze? Błyskawica?

– Pamiętasz, że kiedy zachęcałaś mnie, żebym walczył i uratował Dalinara, to bolało cię, kiedy zabijałem?

– Tak.

– Właśnie tak jest – powiedział cicho Kaladin.

Przeniósł spojrzenie w bok. Znów za mocno zaciskał dłoń na włóczni.

Syl patrzyła na niego z dłońmi wspartymi na biodrach i czekała, żeby powiedział coś więcej.

– Wydarzy się coś złego – stwierdził. – Nie może być tak, żeby wciąż było mi dobrze. Życie takie nie jest. Może chodzi o te glify na ścianie u Dalinara. Wyglądały na odliczanie.

Pokiwała głową.

– Widziałaś kiedyś coś podobnego?

– Pamiętam... coś – wyszeptała. – Coś złego. Widzenie przyszłości... ono nie pochodzi od Honoru, Kaladinie. To coś innego. Coś niebezpiecznego.

Wspaniale.

Kiedy nie powiedział więcej, Syl z westchnieniem wzniosła się w powietrze i stała się świetlistą wstęgą. Podążała za nim, poruszając się między podmuchami wiatru.

Powiedziała, że jest honorsprenem, pomyślał Kaladin. Dlaczego więc nadal udaje, że bawi się z wiatrem?

Musiałby ją o to zapytać, zakładając, że by mu odpowiedziała. Zakładając, że w ogóle znała odpowiedź.

* * *

Sadeas splótł palce przed twarzą, opierając łokcie na zdobionym kamiennym stole, i wpatrywał się w Ostrze Odprysku, które wbił w środek blatu. Odbijało jego twarz.

Na Potępienie. Kiedy się zestarzał? Widział siebie jako młodzieńca, przed trzydziestką. Teraz skończył pięćdziesiąt lat. Burzowa pięćdziesiątka. Zacisnął zęby, wpatrując się w Ostrze.

Dawca Przysięgi. To było Ostrze Dalinara – zakrzywione, jak wygięte plecy, sztych przypominający haczyk, któremu odpowiadał rząd ząbków w pobliżu gardy. Niczym poruszające się fale, wznoszące się z oceanu.

Jakże często pożądał tej broni? Teraz należała do niego, a on odkrył, że wcale go to nie cieszy. Dalinar Kholin – oszalały z żalu, złamany tak bardzo, że bitwa go przerażała – wciąż trzymał się życia. Stary przyjaciel Sadeasa był niczym ulubiony ostrogar, którego zmuszony był uśpić, a jednak ujrzał go skomlącego pod oknem, gdyż trucizna nie do końca zadziałała.

Co gorsza, nie mógł się otrząsnąć z wrażenia, że Dalinar jakimś sposobem go pokonał.

Drzwi do salonu otworzyły się i do środka wślizgnęła się Ialai. Miała cienką szyję i duże usta, nikt nigdy nie nazywał jej pięknością – szczególnie w miarę upływu czasu. Nie obchodziło go to. Ialai była najbardziej niebezpieczną kobietą, jaką znał, a to czyniło ją znacznie atrakcyjniejszą niż po prostu śliczna buźka.

– Widzę, że zniszczyłeś mój stół – powiedziała, wpatrując się w Ostrze Odprysku wbite w środek.

Opadła na niewielką sofę obok niego, położyła mu rękę na plecach i oparła stopy o blat. W obecności innych była doskonałą Alethyjką. Prywatnie lubiła się wylegiwać.

– Dalinar zabrał się za werbowanie – powiedziała. – Wykorzystałam tę okazję, by umieścić kolejnych ludzi w jego obozie.

– Żołnierze?

– Za kogo ty mnie masz? To by było zbyt oczywiste, nowych żołnierzy będzie uważnie obserwował. Jednak w jego służbach pomocniczych pojawiły się luki, gdy mężczyźni posłuchali wezwania, by wzmocnić armię.

Sadeas pokiwał głową, wciąż wpatrując się w Ostrze. Jego żona kierowała najbardziej imponującą siatką szpiegów w obozach. Tym bardziej imponującą, że mało kto o niej wiedział. Podrapała go po plecach, aż przeszedł go dreszcz.

– Ogłosił swoją proklamację – zauważyła Ialai.

– Owszem. Jakie reakcje?

– Spodziewane. Inni są wściekli.

Sadeas pokiwał głową.

– Dalinar powinien zginąć, ale skoro żyje, przynajmniej możemy liczyć, że w swoim czasie sam przygotuje sobie pętlę. – Sadeas zmrużył oczy. – Niszcząc go, próbowałem powstrzymać rozpad królestwa. Teraz zastanawiam się, czy ten upadek nie byłby lepszy dla nas wszystkich.

– Co takiego?

– To nie dla mnie, ukochana – wyszeptał Sadeas. – Ta głupia gra na płaskowyżach. Z początku mnie zaspokajała, ale teraz zaczynam mieć jej dosyć. Chcę wojny, Ialai. Nie godzin marszu z nadzieją na niewielką potyczkę!

– Te niewielkie potyczki zapewniły nam bogactwo.

I dlatego znosił je tak długo. Wstał.

– Będę się musiał spotkać z niektórymi z pozostałych. Z Aladarem. Rutharem. Musimy podsycić płomienie wśród innych arcyksiążąt, wzbudzić ich oburzenie tym, co próbuje zrobić Dalinar.

– A jaki jest nasz ostateczny cel?

– Odzyskam go, Ialai – powiedział, dotykając dłonią rękojeści Dawcy Przysięgi. – Podbój.

Tylko on sprawiał, że czuł się żywy. Ten wspaniały Dreszcz bycia na polu bitwy i walki, mężczyzna przeciw mężczyźnie. Ryzykowania wszystkim dla łupu. Dominacji. Zwycięstwa.

Tylko wtedy czuł się znów młody.

Taka była brutalna prawda. Ale najlepsze prawdy były proste.

Chwycił Dawcę Przysięgi za rękojeść i wyrwał go ze stołu.

– Dalinar chce się teraz bawić w polityka, co mnie nie zaskakuje. Zawsze w tajemnicy chciał być taki jak brat. Na szczęście dla nas, nie jest w tym dobry. Jego proklamacja zniechęci pozostałych. Zacznie naciskać arcyksiążąt, a oni podniosą broń przeciw niemu, doprowadzając do rozpadu królestwa. A wtedy, z krwią u stóp i mieczem Dalinara w dłoni, z łez i płomieni wykuję nowy Alethkar.

– A jeśli jednak mu się uda?

– Wtedy, moja droga, przydadzą się twoi skrytobójcy. – Odesłał Ostrze Odprysku, które zmieniło się w mgłę i zniknęło. – Od nowa podbiję to królestwo, a za nim podąży Jah Keved. W końcu celem tego życia jest szkolenie żołnierzy. W pewnym sensie robię to, czego pragnie sam Bóg.

* * *

Marsz z koszar do królewskiego pałacu – który król zaczął nazywać Szczytem – zajmował około godziny, więc Kaladin miał mnóstwo czasu na myślenie. Niestety, po drodze minął grupkę chirurgów Dalinara, którzy wraz ze sługami zbierali sok z guzowca do produkcji środka odkażającego.

Ich widok sprawił, że Kaladin pomyślał nie tylko o tym, jak sam zbierał sok, ale też o ojcu, Lirinie.

Gdyby tu był, pomyślał, mijając ich, zapytałby, dlaczego nie jestem tam, razem z chirurgami. Zapytałby, dlaczego, skoro Dalinar przyjął mnie do siebie, nie zażądałem wcielenia do korpusu medycznego.

W rzeczy samej, Kaladinowi pewnie udałoby się skłonić Dalinara do zatrudnienia całego mostu czwartego jako pomocników chirurgów. Mógłby wyszkolić ich w sztuce medycznej niemal równie łatwo, jak w posługiwaniu się włócznią. Dalinar by to zrobił. Dobrych chirurgów zawsze brakowało.

Nawet o tym nie pomyślał. Jego wybór był prostszy – zostać strażnikami Dalinara albo opuścić obozy. Znów postawił swoich ludzi na drodze burzy. Dlaczego?

W końcu dotarli do królewskiego pałacu, który wybudowano na zboczu kamiennego wzgórza, z tunelami wydrążonymi w głębi skały. Komnaty króla znajdowały się na samym szczycie. A to oznaczało długą wspinaczkę.